Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

2009-09-24 10:31

Król PKB – kiedy nastąpi detronizacja?

Pisząc o PKB muszę na początku zrobić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze uważam, że rząd zrobił słusznie chwaląc się niedawno wzrostem gospodarki. Nawet jeśli nie są to tak naprawdę dane tak doskonałe jak chciano nas przekonać to media na całym świecie będą rozpowszechniały informację: Polska jest liderem i nie poddaje się kryzysowi. To duży plus, bo może przyciągnąć inwestorów zagranicznych. Nie znaczy to jednak, żeby zamykać oczy na realia i pogrążać się w samozadowoleniu.

Poza tym poważnie się obawiam, że padniemy ofiarami własnego sukcesu. Niemiecki program wspomagania producentów samochodów się już zakończył. Inne środki pomocowe nie będą już tak bardzo Polsce pomagały. Ożywienie gospodarcze jednak z całą pewnością się w Europie i w USA pojawi. U nas zresztą również. Jednak w przyszłym roku okaże się, że inne kraje regionu (Czechy, Słowacja, Węgry) będą się rozwijały z dużo większą szybkością niż Polska. Działać będzie efekt niskiej bazy i dużo większa zależność tych krajów od eksportu (będzie rósł). Trzeba się przygotować na to, że media będą mówiły o polskiej stagnacji. 

Po drugie zastrzegam, że nie mam zamiaru wchodzić na pole zarezerwowane dla naszych makroekonomistów. Oni się na tym znają lepiej, ale czasem i oni powinni wyjść poza szablon. Tak jest na przykład z bezrobociem w USA. Pisałem o tym w felietonie „Koniec pierwszego etapu kryzysu”. Odezwały się głosy mówiące o tym, że nie jest prawdziwa teza mówiąca o różnicach w pomiarze bezrobocia w USA i Europie. Otóż jest i pisał już o tym klika lat temu Jeremy Rifkin w swoim „Europejskim marzeniu”. Niedawno wypowiedział się też na ten temat Dennis Lockhart, szef Fed w Atlancie. Twierdzi on, że jeśli uwzględni się ludzi, którzy przestali szukać pracy, ale dlatego, że się nie mogą jej znaleźć od dawna oraz tych, którzy przyjmują pracę w wymiarze ich zdecydowanie niesatysfakcjonujący, to stopa bezrobocia w USA wynosiłaby 16 proc. 

Mając w pamięci te dwa zastrzeżenia spójrzmy teraz na raport, w którym GUS informuje o wzroście polskiego PKB (w drugim kwartale wzrósł o 1,1 procent). Przypomnijmy przy okazji w skrócie (już o tym pisałem) dlaczego nasza gospodarka jest taka odporna. Nie dlatego, że obniżone zostały podatki. Większość z wynikających z tego oszczędności nich wylądowała w kieszeni ludzi, którzy wcale nie musieli ich wydać. Jest kilka powodów tego sukcesu: dobrze zarządzany sektor bankowy (niektórzy mówią „zacofany”, ale ja wolę wyjaśnienie pozytywne), w którym nie było „trujących aktywów”, zdecydowanie mniejszy niż w innych krajach regionu udział eksportu w PKB, duży rynek wewnętrzny (liczba ludności), dopłaty unijne, własna waluta (dzięki osłabieniu złotego nie załamał się eksport), pomoc rządowa w sąsiednich krajach (przede wszystkim w Niemczech), która na przykład zwiększała popyt na samochody w Polsce. Mamy po prostu trochę szczęścia, a to się bardzo liczy. 

Ekonomiści i dziennikarze bardzo delikatnie obeszli się z danymi, ale jeśli spojrzy się głębiej w raport GUS to widać pewne niepokojące sygnały. Przede wszystkim spadł popyt wewnętrzny (2 proc.) i po raz pierwszy od drugiego kwartału 2003 spadły inwestycje (2,9 proc.). Mniejsze inwestycje będą negatywnie procentowały w przyszłości. Popyt wewnętrzny jest bardzo w Polsce ważny, bo to ponad 60 procent PKB. Można zapytać: co w takim razie dało tak dobry wynik? Po części mniejszy ujemny wkład zmiany zapasów, ale naprawdę pozytywny wpływ miał eksport netto, czyli bilans handlu zagranicznego (3,1 pkt. proc.). Gdyby nie ten czynnik to PKB wylądowałby na minusie. Skąd takie dane? Po prostu załamał się import konsumpcyjny, i co gorsze, inwestycyjny (import spadł w stosunku do zeszłego roku o 20,3 procent, a eksport o 14,3 proc.). 

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli do krytyki samego wskaźnika (PKB). Można przeprowadzić ćwiczenie umysłowe, co by się stało gdyby eksport spadł o 25 procent, a import o 60 procent? No cóż, bilans byłby jeszcze lepszy i PKB wyglądałby jeszcze lepiej. A przecież byłaby to mała tragedia zarówno dla zatrudnionych w firmach związanych z handlem zagranicznym jak i dla budżetu (mniejsze podatki). PKB wzrośnie też, jeśli wzrosną zapasy. Teraz się zmniejszają, co PKB obniża. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego zapasy wzrosną? Czy dlatego, że firmy uwierzą w ożywienie, a dynamika sprzedaży (opróżniania magazynów) się nie zmniejszy, czy też dlatego, że popyt uzasadni wzrost zapasów? Na to raport o PKB nam nie odpowie. 

Oczywiście PKB ma mnóstwo innych, ogólnie znanych wad. Na przykład zanieczyszczenie środowiska zwiększy PKB, bo przecież trzeba będzie je usunąć i za to zapłacić. Jest wiele takich przykładów. Dlatego też od dziesiątków lat ekonomiści szukają wskaźnika, który zdecydowanie lepiej opisywałby to, co dzieje się w danym państwie. W państwie, niekoniecznie tylko w gospodarce, bo przecież PKB nic nie mówi o zadowoleniu społeczeństwa. Może być na przykład bardzo różnie dzielony. Takimi wskaźnikami są Wskaźnik Rozwoju Społecznego (Human Development Index) stosowany przez ONZ, czy Wskaźnik Rzeczywistego Rozwoju (Genuine Progress Indicator). Zdecydowanie lepiej opisują one sytuację, ale są trudniejsze do wyliczenia i mają jeszcze jedną wadę: bardzo nie podobają się wyznawcom neoliberalnej wersji ekonomii. 

Ostatnio media obiegła informacja o interesującej wypowiedzi prezydenta Francji. Nicolas Sarkozy chce zaproponować światu nowy system pomiaru postępu gospodarczego i społecznego, który lepiej niż PKB odzwierciedla jakość życia ludzi. Prezydent opiera się na wynikach prac powołanej przez prezydenta Francji w lutym 2008 roku komisji Josepha Stiglitza, której zadaniem było właśnie ocena wskaźnika, jakim jest PKB i ewentualnie propozycje jego zastąpienia. Członkami komisji było pięciu noblistów (oprócz samego Stiglitza byli to: Amartya Sen, Kenneth Arrow, Daniel Kahneman i James Heckman). Nawet jeśli ma się inne niż oni zdanie to trzeba się poważnie zastanowić zanim się zdezawuuje wyniki jej prac. 

W Polsce jednak, w tym raju neoklasycznej ekonomii, o krytykę było bardzo łatwo. Najmocniej uderzył profesor Leszek Balcerowicz stwierdzając, że takiego wskaźnika “po prostu nie ma” (cytat za PAP). Prawdę mówiąc takie stwierdzenie mnie zszokowało. Wiemy przecież, że postępu zatrzymać się nie da, że informatyzacja i komputeryzacja dają coraz potężniejsze narzędzia, które mogą być wykorzystane przez statystyków. Tymczasem ważna dla polskiej ekonomii postać mówi, że innego wskaźnika nie ma… Wiemy też, że założenie, iż PKB jest „silnie związany z pozytywnymi zjawiskami, przede wszystkim z redukcją biedy” (też podobno twierdzenie profesora Balcerowicza) nie do końca jest prawdą, bo to nie wzrost PKB redukuje biedę, a sposób jego podziału. 

Rozbawiła mnie jednak kolejna fraza (znowu Leszek Balcerowicza za PAP): “Myślę, że deklaracja prezydenta Sarkozyego jest ruchem politycznym pod publikę. Ma odwrócić uwagę od realnych problemów, od tego, że wzrost gospodarczy mierzony PKB jest we Francji niski”. Obawiam się, że to klasyczny dla naukowców problem: oderwanie od realnego życia. Naukowcy (mam nadzieję, że nie wszyscy) zdają się myśleć, że społeczeństwo bardzo się przejmuje wzrostem PKB. Nic bardziej błędnego. Nawet w krajach naszej cywilizacji 90+ procent społeczeństwa nie wie nawet, co to jest PKB. Ludzie patrzą na to, czy łatwo jest znaleźć pracę, ile za nią dostają i ile i czego mogą kupić. Jakieś statystyczne dane i teoretyczne porównania nikogo oprócz specjalistów nie interesują. Jeśli więc prezydent Francji chciał być populistą to wybrał bardzo wąską publikę, co może dziwić, bo głosami ekonomistów i analityków nie wygrywa się wyborów. 

Jak widać w Polsce jeszcze długo pomysł innego niż PKB pomiaru postępu gospodarczego i społecznego się nie przebije. Środowiska sceptyczne wobec takich propozycji są po prostu zbyt potężne. Ale nic nie trwa wiecznie - za parę lat, po kolejnym, niszczącym kryzysie, zmieni się cały system finansów globalnych, a za nim podąży nauka, która z pewnością zdefiniuje nowy miernik tak, żeby odczucia ludzi pokrywały się z jego zmianami.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-09-09 9:57

Podatek Tobina, czy nowa waluta rezerwowa?

Ostatnio znowu rozgorzała dyskusja o możliwości i celowości wprowadzenia podatku Tobina. Podatku, którym obłożone byłyby transakcje kupna/sprzedaży na rynku walutowym. Często przedstawia się tę ideę jako pomysł alterglobalistów (co ma być określeniem pejoratywnym). Rozprawmy się więc z tym twierdzeniem. James Tobin, amerykański noblista z dziedziny ekonomii (1981 rok), który na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zaproponował wprowadzenie tego podatku z pewnością alterglobalistą nie był. Pomysł podatku forsowany był przesz niego szczególnie mocno w 1972 roku, rok po załamaniu się systemu z Bretton Woods, kiedy to prezydent Nixon pozbawił dolara pokrycia w złocie. Od tego momentu rozpoczęła się era rynku walutowego, jaki znamy. Era graczy walutowych. 

Nie byli alterglobalistami w 2005 roku (może się potem na alterglobalizm nawrócili?) Jacques Chirac, wtedy prezydent Francji i Gerhard Schroeder, wtedy kanclerz Niemiec. A to przecież właśnie prezydent Francji podczas szczytu w Davos zaproponował wprowadzenie podatku Tobina, a Gerhard Schroeder go poparł. Wystarczy spojrzeć na wykresy, żeby zobaczyć, dlaczego szefowie Francji i Niemiec poparli wtedy tę ideę. W ciągu 3 lat euro zyskało do dolara 60 procent, co bardzo obniżało konkurencyjność strefy euro. W 2005 roku straciło jednak 15 procent, co uspokoiło polityków. Potem znowu zyskało w ciągu 2 lat 50 procent, ale temat nie wrócił. Pojawił się dopiero w tym roku. Niedawno Lord Turner, szef FSA, czyli angielskiego KNF (kolejny alterglobalista? ;-)) opowiedział się za jego wprowadzeniem. Co prawda celem Turnera było ograniczenie zbyt wysokich wynagrodzeń w sektorze finansowy, a według mnie podatek Tobina zdecydowanie nie jest odpowiednim do tego narzędziem, ale cenne jest, że swoją propozycją doprowadził do ponownego rozpoczęcia dyskusji. 

Jak widać to nie alterglobaliści są tymi, których głos był najbardziej słyszalny. Faktem jednak jest, że mają oni specjalną organizację (ATTAC, czyli Association pour la Taxation des Transactions pour l’ Aide aux Citoyens - polska strona: http://www.attac.org.pl/), której celem jest wprowadzenie tego podatku. Chcieliby oni, żeby zebrane w ten sposób fundusze przeznaczone były na pomoc dla krajów trzeciego świata i to jest w tej idei najbardziej kontrowersyjne. Wiadomo gdzie często ląduje taka zagraniczna pomoc. Niestety, jest w dużej części rozkradana. Poza tym pomoc tego typu - dawanie ryby, nie wędki - nie ma pozytywnego wpływu na rozwój krajów trzeciego świata. Przeznaczenie kwot zebranych dzięki temu podatkowi może być jednak zupełnie inne (np. zwiększenie kapitałów MFW, „zielona” energia, edukacja, nauka itp.). Nie byłyby to tak olbrzymie kwoty, które można wyliczyć z obecnego obrotu, bo wprowadzenie podatku skutkowałoby znacznym (nawet o 90 procent) zmniejszeniem obrotu, ale kilkaset miliardów dolarów pewnie dałoby się tą drogą zdobyć.  

Twierdzi się często, że nie ma realnej możliwości wprowadzenia takiego podatku, bo przecież w zglobalizowanym świecie kapitał może z kraju, który by go wprowadził po prostu uciec w inny zakątek świata. Owszem, prawdą jest, że nie da się wprowadzić podatku w jednym kraju. Gdyby jednak główne centra kapitału, czyli USA, UE, Japonia i Chiny podjęły decyzje o wprowadzeniu podatku to całe reszta chętnie albo mniej niechętnie by się podporządkowała. Wystarczyłoby równocześnie przyjąć rozwiązania prawne, dzięki którym kapitały pochodzące z krajów niestosujących podatku Tobina zostałyby objęte różnego rodzaju restrykcjami. Nawet potężne lobby handlarzy walutą nie dałoby rady i musiałoby się poddać. Być może pozostałyby gdzieś jakieś miejsca, gdzie nadal spekulowałoby walutą, ale przecież kasyna istnieją i nikomu nie szkodzą, więc i takie zjawisko byłoby zupełnie marginalne i niemające większego znaczenia. 

Szacuje się, że na rynku walutowym obraca się około 3 bln dolarów dziennie - 20 dni obrotu to PKB całego świata. Nie ma takich pieniędzy. Gołym okiem widać, że 90 procent obrotu robią gracze walutowi posługujący się analizą techniczną. Gracze, którzy nie tylko zapewniają płynność (jak sami zapewniają), ale przede wszystkim dominują rynek. Dzięki nim nawet bardzo wytrawni ekonomiści (zapytajcie polskich profesorów ekonomii) nie chcą się wypowiadać na temat przyszłych kursów walutowych. Ruchy kapitału spekulacyjnego potrafią doprowadzić do ruiny całe kraje (są tego liczne przykłady). Niedawno Polacy zadłużeni w walutach też doświadczyli wpływu tego rynku na swojej własnej kieszeni. O stabilność waluty modlą się codziennie eksporterzy i importerzy. Pamiętacie problem opcji walutowych i wynikające z tego kłopoty wielu firm? Co prawda w większości zarządy firm sami doprowadzili do powstania kłopotów, ale gdyby obowiązywał podatek Tobina, to problemu w ogóle by nie było. 

Gracze obracają walutami wiele razy dziennie. Posługują się też olbrzymią dźwignią finansową i dlatego stosunkowo niewielki podatek obrotowy (0,25 - 0,5 proc.) sprawiłby, że ten rynek stałby się dla nich nieopłacalny. Firmy i osoby prywatne transakcje robią tak rzadko, że wpływu podatku by nie odczuły. Ich zyskiem byłaby zdecydowanie większa stabilność rynku walutowego, a co za tym idzie i gospodarki oraz większa przewidywalność ruchów kursów walutowych (zwiększyłby się wpływ czynników fundamentalnych). Płacz nad krępowaniem wolnego rynku jest niczym innym jak wylewaniem krokodylich łez. One będą nadal lane, bo przecież ten rynek jest olbrzymi i zapewnia potężne zyski, którymi z chęcią dzielić się będzie z lobbystami. 

Jest też i inna możliwość. W opublikowanym w poniedziałek 7 września raporcie Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) zaproponowano reformę systemu walutowego (niewykluczone, że pomógł on w przecenia dolara). O taką reformę dopominają się już od pewnego czasu bardzo energicznie kraje BRIC. One jednak chcą tylko zwiększenia roli Specjalnym Prawom Ciągnienia (SDR) emitowanym przez Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Miałaby to być namiastka waluty światowej. UNCTA postuluje utworzenie światowego banku, który emitowałby nową walutę oraz kontrolowałby, czy poszczególne kraje utrzymują względem niej sztywny realny kurs swoich walut. Jak widać na świecie zaczyna dominować przekonanie o konieczności zmiany systemu. Tylko sprzeciw USA, jako posiadacza waluty rezerwowej, blokuje jeszcze znalezienie rozwiązania. Wcześniej czy później jednak do tego dojdzie. Gracze walutowi muszą szykować się do zmiany zawodu. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-08-21 9:42

Kończy się pierwszy etap kryzysu

Kolejny, wakacyjny wpis, oparty o już wydrukowany w „Parkiecie” felieton (ale wzbogacony). Na początku jednak sprawy formalne. W porozumieniu z IT Bankiera zbieram pomysły na zmianę formy blogu i forum. Proszę o pomysły. W tytule proszę zaznaczać „@ Nowe Forum”. Nie gwarantuję, że pomysły zostaną wprowadzone w życie, ale gwarantuję, że przekażę je w odpowiedzialne ręce. 

A teraz ad rem. Od kliku tygodni rynki bombardowane są optymistycznymi prognozami. Nie może dziwić, że optymizmem promieniuje Barack Obama, prezydent USA, bo to przecież jest jedno z jego zadań. Prezydent musi pokazywać obywatelom kraju, że pod jego kierownictwem kryzys się kończy, a rynek pracy niedługo zacznie wykazywać oznaki poprawy. Teoretycznie takim optymistycznym sygnałem był ostatni raport z amerykańskiego rynku pracy, chociaż naprawdę dyskusyjne jest zachwycanie się tym, że gospodarka straciła kolejne 247 tysięcy miejsc pracy, a stopa bezrobocia wynosi 9,4 procent. 

Nawiasem mówiąc ilość zatrudnionych Amerykanów maleje, a stopa bezrobocia spada, co może nieco dziwić. Może, jeśli się nie wie, że w USA bezrobocie liczone jest inaczej niż w Europie. Gdyby liczyć bezrobocie zgodnie z europejskimi standardami to byłoby ono dużo wyższe. Warto spojrzeć na taki, dosyć prześmiewczy schemat, do którego lin podesłał jeden z Forumowiczów (http://www.adamduda.pl/wp-content/uploads/2009/08/unemploymentratemint2.jpg - rysunek trzeba rozszerzyć), żeby stwierdzić, że bezrobocie podawane zgodnie z obecnymi zasadami jest znacznie zaniżone. Gdyby liczyć je tak jak w czasach Wielkiej Depresji to okazałoby się, że nie jest ono wcale tak dużo niższe niż było w latach 30. tych XX wieku. Skutki dla gospodarki są jednak z wielu powodów (choćby dlatego, że państwo pomaga przez pewien czas bezrobotnym) dużo mniejsze. 

Wróćmy jednak do naszych optymistów. Do ich grona dołączają kolejne znane nazwiska: noblista Paul Krugman, profesor Nouriel Roubini, który przewidział ten kryzysy i uważany jest za największego pesymistę oraz Alan Greenspan, były szef Fed. Ten ostatni co prawda za wyrocznię uważany być nie może, ale podobnym optymizmem promienieje jednak również Ben Bernanke, obecny szef Fed. On jednak, tak jak i prezydent, ma to niejako wpisane w zakres obowiązków. 

Po takim początku Czytelnik zapewne spodziewa się, że napiszę: oni wszyscy nie mają racji. Nie, mają rację, pierwsza faza tego kryzysu rzeczywiście się kończy. Kolejne dane wyraźnie to sygnalizują. Choćby opublikowane niedawno dane o PKB Niemiec czy Francji (wzrost o 0,3 proc. kw/kw), czy dzisiejsze indeksy PMI w sektorze usług dla Niemiec (powyżej 50 pkt.) sygnalizują, że z recesją się żegnamy. Jednak, jeśli jest pierwsza faza to znaczy, że będą i następne. Tak, rzeczywiście według mnie najpewniej tak właśnie będzie. Od dawna twierdzę, że nowe uderzenie kryzysu (drugie dno recesji lub/i dużą inflację) zobaczymy za 1,5 do 2 lat. Prognoza jest jednak bardzo nieprecyzyjna i obarczona może być olbrzymim błędem. Procesy gospodarcze w ostatnich dwudziestu latach uległy znacznemu przyspieszeniu (globalizacja, deregulacja, informatyzacja), więc nie można wykluczyć, że już w drugiej połowie przyszłego roku przyjdzie nam walczyć z drugą odsłoną kryzysu. 

Na pocieszenie można przypomnieć, że są znani ludzie, którzy też widzą tę drugą fazę kryzysu, ale dużo później. Tak mówi na przykład Mark Mobius, szef Franklin Templeton, noblista Paul Krugman, czy znany inwestor i autor książek (m.in. „Ślepy traf” Nassim Taleb. Simon Johnson, były główny ekonomista MFW co prawda nie mówi o powtórce kryzysu, ale o tym, że jeśli nie wymieni się elit to nic się nie zmieni. Jestem tego samego zdania. W poprzednich wpisach przekonywałem, że wchodzimy do tej samej rzeki i jestem tego coraz bardziej pewny. Budujemy z zapałem nowe - stare bańki spekulacyjne, chęć do reform zanika, a szefowie firm w sektorze finansowym znowu promienieją dawną arogancją. Mówiła o tym niedawno nawet Angela Merkel, kanclerz Niemiec. Obawiam się, że druga odsłona kryzysu będzie dużo groźniejsza i może zakończyć się para-rewolucją. 

Trzymajmy kciuki, żebym nie miał racji i cieszmy się (zarabiając pieniądze), że ten pierwszy etap się kończy. Kończy się tylko i wyłącznie dzięki pomocy rządowej. W USA jedynie 10 procent „pakietu Obamy” dotarło do gospodarki. Spora część pozostałych 700 mld dolarów trafi do gospodarki w trzecim i czwartym kwartale. W Chinach skutki pomocy widać już od czterech miesięcy. Pomoc rządowa i odbudowywanie zapasów doprowadzi na przełomie roku do oczekiwanego ożywienia gospodarczego. Nie jest więc prawdą to, co twierdzi wielu polskich ekspertów i polityków: „tyle pieniędzy wydali i nic nie pomogło”. Nie pomagało, bo te pieniądze dopiero do gospodarki docierają. 

Wydawałoby się, że skoro jest tak dobrze, to należy się cieszyć i przestać mówić o kryzysie. Niby tak, ale jeśli jest się aktywnym inwestorem to trzeba poszukać odpowiedzi na parę pytań. Indeksy giełdowe i ceny surowców rosną jak na drożdżach - czy ten wzrost nie jest za szybki?. Najwięksi optymiści są zaniepokojeni tempem zwyżki. W Chinach rząd poinformował, że będzie bacznie obserwował rynek akcji. Wspomniano o wielu narzędziach, których może użyć, co pewnością graczom w Chinach spodobać się nie mogło. Ten problem jednak dla globalnego rynku akcji groźny nie jest. Więcej na ten temat w kolejnym wpisie do bloga. Regulatorzy w USA i Wielkiej Brytanii dyskutują nad ograniczeniem wpływu funduszy inwestycyjnych na rynki ropa i gazu. Widać to na rynkach, bo ceny miedzi od tego czasu rosną dużo szybciej niż ropy. Widać jednak też, że chęć do reform i tutaj maleje, a ropa niedługo będzie dużo droższa. Drogie surowce i ożywienie gospodarcze (nie ulega wątpliwości, że nadchodzi) muszą podnieść inflację. Zresztą władcy USA bardzo tego chcą: wzrostu inflacji w okolice 6 procent i dużego osłabienia dolara (co też podniesie ceny surowców) - to najpewniejsza droga do zmniejszenia długu USA. 

Budowanie kolejnej bańki spekulacyjnej jest faktem i stąd drugie pytanie: czy we wrześniu (podobno najgorszy miesiąc dla akcji) nie zorientujemy się, że indeksy i ceny surowców zawędrowały zbyt wysoko? Myślę, że jednak nie zorientujemy się. Wrzesień uważany jest za najgorszy miesiąc w roku dla akcji, ale czy może być gorszy od stycznia/lutego? Nie może, bo oczekiwania na ożywienie są zbyt duże. Poza tym stanowczo zbyt dużo się o „problemie września” mówi. Zakładam, że dlatego właśnie mieliśmy (mamy?) sierpniową korektę - gracze chcieli zrealizować część zysków przed wrześniem. Bardziej prawdopodobna jest korekta w październiku, ale czy w okrzyczanym „miesiącu krachów” naprawdę indeksy mogą spadać skoro tak się tego oczekuje. Może więc jednak nie wrzesień i październik, a listopad? W końcu przecież trzeba będzie skonfrontować wyobrażenie o wzroście z jego rzeczywistą skalą (zakładam, że będzie rozczarowująca). 

Jest też i trzecie pytanie: co stanie się w przyszłym roku w gospodarce globalnej, kiedy fundusze rządowe wyczerpią się, a jednocześnie pojawi się inflacja? Tym będziemy się martwili za rok, ale przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych warto odpowiedzieć sobie na te pytania. Inaczej mówiąc ponawiam stare pytanie - co będzie szybsze: rosnąca gospodarka, czy inflacja? Slaby wzrost gospodarczy i rosnąca szybko inflacja (tego w przyszłym roku oczekuję) doprowadzi do tego, że banki centralne (szczególnie w USA) będą musiały przepłynąć między Scyllą (recesją), a Charybdą (recesja). Bankierzy twierdzą, że potrafią wycofać wpompowane pieniądze nie szkodząc gospodarkom. Mają rację? Twierdzę, że nie z prostego powodu: nigdy takiej sytuacji nie doświadczali, a w książkach odpowiedzi nie znajdą. To takie memento na zakończenie wakacji, a teraz cieszmy się hossą - ona jeszcze całkiem długo potrwa. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-08-06 13:50

Podatki bez zmian, ale co w zamian?

Dzisiaj kolejny (bardzo zmieniony) wpis, którego zarys ukazał się w „Parkiecie” z 3.08. Przyjdzie pora i na bardziej dedykowane wpisy, ale dopiero po wakacjach. 

Niedawno premier Donald Tusk obiecał pozostawienie w 2010 roku podatków na dotychczasowym poziomie. Prawdę mówiąc najcelniej i lakonicznie tę zapowiedź zrecenzował profesor Stanisław Gomułka mówiąc, że ta obietnica nic nie kosztuje, bo przecież prezydent Lech Kaczyński już zapowiedział wetowanie wszelkich podnoszących podatki ustaw. Trzeba też pamiętać o tym, że w roku wyborczym (w 2010 roku mamy wybory samorządowe i prezydenckie) bardzo ciężko podnosi się podatki. Można więc spokojnie założyć, że rzeczywiście nie wzrosną. Będę jednak stale powtarzał, że niepotrzebnie obniżano składkę rentową i zmieniano progi PIT. 

Olbrzymia większość Polaków tego nie poczuła w kieszeni, a jeśli poczuła to jako brak pieniędzy na przykład na ochronę zdrowia. Widać to coraz wyraźnie, a strajki pracowników ochrony zdrowia (nie lekarzy, bo im się całkiem dobrze już powodzi) będą się nasilały. Premier na początku swego urzędowania obiecał zwiększanie składki zdrowotnej, ale teraz twierdzi, że tego ruchu nie wykona. Od mieszania herbata nie robi się słodsza - potrzebny jest cukier. To przecież (chyba) rząd dobrze wie. Dlaczego więc nie zwiększa składki skoro jasne jest, że pieniędzy po prostu nie wystarczy (co wyraźnie niedawno powiedział szef NFZ)? Nie śmiem podejrzewać, że chodzi o to, żeby doprowadzić publiczną ochronę do bankructwa tak, żebyśmy sami prosili o jej sprywatyzowanie. Dlaczego nie śmiem podejrzewać? Dlatego, że przecież każdy chyba wie, że ochrona zdrowia obywateli będzie kosztowała budżet dużo więcej wtedy, kiedy system się sprywatyzuje. To nie jest temat tego wpisu - jedynie dygresja - więc nie będę tej tezy udowadniał, ale dla znawców tematu jest ona jasna jak słońce (to na równiku, a nie teraz w Polsce ;-). 

Mleko się jednak rozlało, podatki i składkę rentową obniżono, więc pozostaje postawić pytanie: jak wypełnione zostaną luki w budżecie? Co zrobić, żeby w 2010 roku nie przekroczyć poziomu 60 procent zadłużenia? Na pozór, w kryzysie (a spowolnienie gospodarki będzie nam przecież towarzyszyło w przyszłym roku) będzie bardzo trudno o decyzje zapewniające zmniejszenie deficytu i ograniczone powiększanie długu. Zakładam (być może niesłusznie), że rząd nie będzie dążył do celu metodą cięć wydatków (szczególnie inwestycyjnych), bo zaszkodzi zarówno budżetowi jak i całej gospodarce.  Pojawiają się też podejrzenie, że podatki nie wzrosną, ale zniknie wiele ulg, a to zwiększy dochody państwa. W to nie bardzo wierzę. Czwarta władza patrzy rządowi na ręce - decyzje likwidujące ulgi natychmiast zostałyby okrzyknięte zakamuflowanym podniesieniem podatków i tak przyjęłoby je społeczeństwo. 

Napisałem, czego według mnie nie będzie, więc teraz pora na to, co może być. Przede wszystkim rząd w założeniach do budżetu (w 2010 roku wzrost PKB o 0,5 proc., a inflacji o 1 procent) przyjął wariant pesymistyczny. Można powiedzieć, że zastosował  (wreszcie) wariant szykowania się do najgorszego przypadku. Można z góry założyć, że PKB wzrośnie mocniej, a inflacja będzie wyższa. Z tego też powodu niejako automatycznie wyższe od założonych będę przychody budżetu. Nie ma sensu dywagować, jaka będzie różnica, ale z pewnością spora. Trzeba by było jednak mieć dużo szczęścia, żeby już to pozwoliło osiągnąć założone parametry budżetu i zadłużenia. 

Na szczęście są też inne metody poprawienia stanu kasy państwa. Mówi się ostatnio na przykład dużo o prywatyzacji. Co prawda minister skarbu natychmiast został wyhamowany przez premiera, kiedy nieopatrznie powiedział o prywatyzacji KGHM, ale z pewnością można sprzedać wiele „resztówek” osiągając (nawet w czasach wychodzenia z kryzysu) ponad 10 miliardów złotych. Oczywiście robić to trzeba rozsądnie, bo prywatyzacja „ideologiczna” (po to tylko, żeby prywatyzować) nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze nie zawsze, mimo propagowania takiej tezy przez zwolenników ekonomii neoklasycznej, sprywatyzowane jest lepsze od państwowego (np. Medicaid i Medicare vs. system leczenie prywatnego w USA, czy u nas PKO BP). Po drugie zaś warto sobie czasem policzyć, ile pieniędzy przez te wszystkie lata mogło państwo wziąć z wielu (często bardzo tanio) sprzedanych kolosów. Pozbywanie się kury znoszącej złote jajka jest zwyczajnym brakiem rozsądku. 

Prywatyzacja to jednak też nie wszystko. Ciągle gdzieś tam majaczy olbrzymia dywidenda z PZU SA. Mając dobrą wolę zakładam, że miał na to nadzieję minister finansów, kiedy jeszcze pod koniec maja twierdził, że nie trzeba będzie nowelizować budżetu. Warto ten cytat zapamiętać: „Oczekujemy także, że deficyt na poziomie ok. 16 mld zł utrzyma się jeszcze do lipca, by później obniżyć się nawet do 12 mld zł w sierpniu, a następnie znów wzrosnąć do poziomu 18,2 mld zł w grudniu”. A miesiąc później była zapowiedź nowelizacji, która skończyła się podniesieniem planowanego deficytu do 27 mld zł… Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno rząd jak i Eureko bardzo potrzebują pieniędzy z PZU. W przyszłym roku może to już być około 10 mld złotych dla skarbu państwa. Wszystko sygnalizuje, ze niedługo jakieś porozumienie zostanie osiągnięte i budżetowi spadnie manna z nieba. 

Jeszcze za mało? Jest w końcu przecież i zysk NBP. Pisałem o tym niedawno dosyć sceptycznie, ale w przyszłym roku sytuacja będzie nieco inna. Zmieni się przecież skład Rady Polityki Pieniężnej. Przypominam, że artykuł 65 Ustawy o NBP mówi, że bank „tworzy rezerwę na pokrycie ryzyka zmian kursu złotego do walut obcych”, a „zasady tworzenia i rozwiązywania tej rezerwy określa Rada (Polityki Pieniężnej)”. W grudniu 2006 r. Rada Polityki Pieniężnej podjęła odpowiednią uchwałę, ale przecież nowy skład może inaczej ustalić zasady tworzenia rezerwy. Mogą być takie, że NBP jednak zysk wykaże, a wtedy 95 procent będzie musiał przekazać do budżetu. 

To też jednak nie wszystko. W sierpniu ukazać się ma kolejny rządowy scenariusz wejścia do ERM2 i przyjęcia euro. Miejmy nadzieję, że będzie on bardziej realny niż to, co nam dotychczas obiecywano. Przypominam: w Krynicy rok 2011, potem 2012. Od początku (i bez kryzysu) wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Zakładam, że scenariusz będzie bardzo ambitny - rząd założy przyjęcie euro w 2013 roku, a wejście do ERM2 w 2010 roku. To pierwsze jest bardzo ambitne, ale może się udać. To drugie uda się bez większego problemu (nie trzeba spełniać warunków z Maastricht, żeby wejść do ERM2). Wejście do ERM2 będzie umacniało złotego, a to będzie znacznie obniżało zadłużenie Polski. 

Z całą pewnością nie wyczerpałem wszystkich możliwości pozyskania przez rząd pieniędzy, ale już to, co napisałem sygnalizuje, że zapowiedzi premiera będą zapewne wypełnione bez większych problemów. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie przypomniał, że oczekuję drugiego uderzenia kryzysu za około dwa lata (może być nieco krócej lub nieco dłużej), a wtedy będziemy w zupełnie innej sytuacji. Dlatego też konieczne jest pozbycie się gorsetu 80 procent sztywnych wydatków budżetu, a przede wszystkim konieczna jest reforma KRUS. O powrocie do starych progów podatku PIT i wzroście składki zdrowotnej już nawet nie mówię… Jeśli nic nie zrobimy to obudzimy się w kolejnym kryzysie z ręką w nocniku. Tyle tylko, że ja nie widzę żadnej szansy, żeby takie reformy zostały przeprowadzone.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-07-21 8:17

Zysk NBP tematem sezonu ogórkowego?

Jestem na urlopie (musiałem wykorzystać z zeszłego roku), więc w sieci istnieję tylko w Stooq.pl i na blogu. Nie bardzo chce mi się w czasie urlopu czegoś nowego tworzyć (zresztą zmniejszony ruch na Forum pokazuje, że nie tylko mnie ogarnia lenistwo), więc poniżej przytoczę ostatni swój felieton z „Parkietu”. Myślałem, że stracił już aktualność, a tu okazuje się, że jak znalazł… Niestety, zresztą. 

Kiedy słucham i czytam to, co mówi się o sprawie przekazania zysku NBP do budżetu państwa to myślę, że albo sezon ogórkowy mamy w pełni albo, że zanikła umiejętność czytania. Nawiasem mówiąc ona rzeczywiście zanika, co widać po statystykach (ponad 60 procent Polaków nie czyta w ciągu roku ani jednej książki). Miałem nadzieję, że politycy i dziennikarze są w tej pozytywnej mniejszości. Zaczynam mieć jednak wątpliwości. 

Spójrzmy na temat zysku NBP tak jak go widzi analityk. Załatwmy wpierw tę łatwiejszą część problemu. W Polsce i w całej Unii Europejskiej niezależność banku centralnego jest jednym z filarów, na którym budowany jest system. W Polsce bank znalazł się nawet w Konstytucji RP. W artykule 227 nie ma jednak mowy o niezależności. Opisany jest sposób wybierania i długość trwania kadencji prezesa NBP i Rady Polityki Pieniężnej, ale ustęp 8 tego artykułu mówi, że „organizację i zasady działania Narodowego Banku Polskiego oraz szczegółowe zasady powoływania i odwoływania jego organów określa ustawa”. Ta ustawa to oczywiście Ustawa o Narodowym Banku Polski. 

Tak więc można spowodować (przez zmianę ustawy), że NBP będzie mniej lub bardzie zależny od innego organu (prezydenta, sejmu, rządu). Nie jestem wcale przekonany, że absolutna niezależność banku to rzecz pożądana, ale uważam, że po pierwsze prawa są po to, żeby ich przestrzegać, a po drugie każda próba podważenia niezależności NBP spotka się z ostrą reprymendą Europejskiego Banku Centralnego i Komisji Europejskiej. Zapomnijmy więc o możliwości zmiany ustawy w celu przejęcia zysku NBP. To typowy, letni ogórek. 

Przejdźmy do zysku NBP i możliwości jego przejęcia przez budżet. Chyba już wszyscy wiedzą, że Ustawa o NBP w artykułach 62 i 69 mówi wyraźnie: zysk NBP jest przekazywany do budżetu państwa po odpisaniu na fundusz rezerwowy pięciu procent jego wartości. Inaczej mówiąc: bez żadnej łaski 95 procent zysku NBP trafia do budżetu państwa. O co wiec kruszy się tak bardzo kopie? Słyszę od czasu do czasu, że nie chodzi o rezerwę rewaluacyjną, o której częściowe przekazanie do budżetu wnioskowali zarówno wicepremier Grzegorz Kołodko (w 2003 roku) jak i wicepremier Andrzej Lepper. Jeśli podejdzie się do tego twierdzenia dosłownie to jest rzeczywiście prawda. Wielkość rezerwy rewaluacyjnej przekroczyła w 2004 roku 29 mld złotych, ale w 2006 roku już jej nie było. Umocnienie złotego obniżyło wartość (wyrażoną w złotych) rezerw walutowych NBP, w związku z tym bank w bilansie wykorzystywał do końca rezerwę rewaluacyjnej (nie musiał notować olbrzymich strat). 

Jednak artykuł 65 Ustawy o NBP mówi, że bank „tworzy rezerwę na pokrycie ryzyka zmian kursu złotego do walut obcych”, a „zasady tworzenia i rozwiązywania tej rezerwy określa Rada (Polityki Pieniężnej)”. Rzeczywiście 19 grudnia 2006 r. Rada Polityki Pieniężnej podjęła odpowiednią uchwałę. Jeśli mówimy o części zysku NBP, którą można przekazać do budżetu państwa to de facto mówimy tylko o tej właśnie rezerwie, bo zasady rachunkowości NBP powinny odpowiadać standardom stosowanym w Europejskim Systemie Banków Centralnych (art. 67). Inaczej mówiąc nie są u nas ustalane. Oczywiście zasady można zmienić, ale chciałbym zobaczyć takiego bohatera, który przekonałby 10 członków RPP (w tym dziewięciu profesorów) do zmiany przyjętej w 2006 roku uchwały. Załóżmy jednak, że ktoś taki by się znalazł to jaki byłby wynik? Analitycy walutowi wiedzą, że z chwilą wejścia do ERM-2 lokalne waluty wzmacniają się i to bardzo szybko. Nie mówimy o kursach usztywnionych, a tylko o tych mogących się wahać o +/- 15 proc. Dlaczego tak się dzieje to już zupełnie inna historia. 

Do czego może doprowadzić umocnienie złotego widzieliśmy w 2007 roku, kiedy to NBP miał ponad 12 mld złotych straty. Zakładam, że rząd zrobi wszystko, żeby w 2010 roku wprowadzić Polskę do ERM-2 (nie trzeba wtedy jeszcze spełniać warunków z traktatu z Maastricht). Złoty będzie się umacniał, a przy ponad 45 mld euro posiadanych rezerw walutowych to umocnienie będzie bardzo dużo NBP kosztowało. Nie jest to proste przeliczenie typu: umocnienie kursu w stosunku do euro o jeden złoty to 45 mld złotych straty, ale mówimy jednak o grubych miliardach. Pozbawiony odpowiednich rezerw NBP wykazywałby straty. Co prawda artykuł 58 Ustawy mówi, że nie można ogłosić upadłości NBP, ale coś z tym stratami należałoby zrobić. Czyżby trzeba było dodrukować pieniądze, żeby je pokryć? To naprawdę tylko pytanie - nigdzie nie znalazłem na nie odpowiedzi. Gdyby tak było to może lepiej już teraz je dodrukować i zapomnieć o walce o zysk NBP? Gdyby ktoś miał wątpliwości: ostatnie zdanie to oczywiście jest żart.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-07-07 13:37

Leczenie objawowe, czy próba radykalnej kuracji?

Letni marazm i korekta na giełdach (oczekiwana i wynikająca w dużej części z niepokoju o wyniki spółek - sezon zaczyna się w środę 8.07) nie sprzyjają aktywności również pod blogiem. Dlatego też nie tworzyłem nowego wpisu. Poniższy tekst jest w pewnym sensie ponadczasowy i został umieszczony niedawno w „Parkiecie”. 

W środę 17 czerwca administracja amerykańska przedstawiła plan zreformowania systemu nadzoru i regulacji amerykańskich rynków finansowych. Diabeł leży w szczegółach, a jest ich z pewnością wiele w 88. stronicowym dokumencie (http://financialstability.gov/docs/regs/FinalReport_web.pdf ). Znane są jednak zarysy planu, które pozwalają na jego ocenę. Po pierwsze rząd chce, żeby zwiększona został znacznie rola Fed. Ma on nadzorować największe instytucje finansowe USA - takie, których upadek byłby groźny dla gospodarki amerykańskiej i całego systemu finansowego. Będzie mógł również pożyczać im pieniądze lub przejmować udziały, ale wyłącznie po uzyskaniu zgody Departamentu Skarbu. 

Po drugie powstać ma Consumer Financial Protection Agency (agencja finansowej ochrony konsumenta) nadzorująca kredytodawców, wystawców kart kredytowych i inne tego typu instytucje. Agencja ta ma chronić konsumentów przed nadużyciami ze strony instytucji rynku finansowego. Będzie mogła wymierzać grzywny i zezwalać stanom USA na uchylanie regulacji ostrzejszych od rozwiązań federalnych. Po trzecie ma powstać rada, w której skład wchodziliby przedstawiciele organów regulacyjnych (łącznie z Fed), której rolą byłoby uzgadnianie podejmowanych kroków i czuwanie nad całością systemu. 

Uzupełnieniem tych trzech filarów mają być kolejne regulacje. Rząd chce, żeby wzrosły wymagania odnośnie kapitału własnego instytucji finansowych. Chce też doprowadzić do zwiększenia przejrzystości funduszy hedżingowych. Regulacjami ma też zostać objęty rynek instrumentów pochodnych, które nie były dotychczas nimi objęte. Chodzi o derywaty, które można uznać za standaryzowane. Ich rozliczeniem miałaby się zająć nowa instytucja clearingowa. Wątpliwości wyraża nawet Mary Schapiro, szefowa SEC (komisja papierów wartościowych) twierdząc, że bardzo trudno jest odróżnić product standaryzowany od dopasowanego do klienta. Poza tym można się obawiać, że chcące uniknąć nadzoru instytucje będą tworzyły derywaty tak, żeby nie można je było zanuć za standaryzowane. 

Podobno 40 procent zysku takich firm jak Goldman Sachs, czy Morgan Stanley pochodzi właśnie z handlu derywatami, więc będą ona zwalczały wszelkie pomysły na regulacje rynku. Mam olbrzymie wątpliwości, żeby w efektywny sposób udało się uregulować rynek, który Bank of International Settlements (BIS) szacuje na około 600 tysięcy mld USD, a przecież tak naprawdę to on jest tą tykającą bombą mogącą wysadzić w powietrze system finansowy, o której już w 2002 roku mówił Warren Buffet (wtedy ten rynek był 6 razy mniejszy). Nie mówi się też w tym dokumencie o komputerowym, automatycznym inwestowaniu. Nie zapowiada się znacznego zwiększenia depozytów na rynkach kontraktowych. A przecież to właśnie tam są zalążki przyszłych kryzysów. 

Proponuje się jedynie, żeby, w celu zwiększenia odpowiedzialności instytucji finansowych, twórcy instrumentów pochodnych, takich jak obligacje bazujące na kredytach hipotecznych (CDO), mają być zobowiązani do zatrzymania pięcioprocentowego udziału w instrumentach bazowych (tak, żeby część ryzyka pozostała u nich). Tyle tylko, że to jest naprawdę minimalna część i nikogo to nie zniechęci do tworzenia „dziwnych” produktów. Propozycje zawierają też procedury postępowania w przypadkach takich jak AIG - kiedy upadek firmy może zagrozić całemu systemowi. To zdecydowanie jest dobry kierunek, ale nie wiemy, co z niego zostanie po pracach Kongresu. 

Niestety, to ma być reforma wyłącznie amerykańskich rynków finansowych. Unia Europejska będzie miała swoją reformę, a inne kraje być może coś w swoich przepisach zmienią, ale to wcale nie jest pewne. Takie, niejednolite reformy przypominać będą sieć z olbrzymi dziurami, przez które może przepłynąć niejeden finansowy wieloryb. Żyjemy wszakże w erze globalizacji, a kapitały z szybkości błyskawicy swobodnie przemieszczają się po całym globie. Poza tym większa władza Fed w tym nowym systemie wcale nie musi zwiększać jego bezpieczeństwa. Przecież rola Fed w wykreowaniu ostatnich dwóch baniek spekulacyjnych i w tolerowaniu budowania obecnego kryzysu była olbrzymia. Od zwiększenia posiadanej władzy nie przybędzie kompetencji i odwagi. Dodatkowo można wyrazić wątpliwość w to, czy wiele rozproszonych instytucji będzie w stanie sprawować efektywnie nadzór. 

I na koniec: wygląda na to, że w planach reformy nie ma powrotu do rozdziału bankowości inwestycyjnej i regularnej. Owszem, zapowiada się poddanie bankowości inwestycyjnej regulacjom, ale nie znalazłem w propozycjach dążenia do kompletnego rozdzielania instytucjonalnego działalności bankowej i inwestycyjnej. Przypominam, że taki rozdział został wprowadzony ustawą Glass-Steagalla w 1933 roku, a anulowany w listopadzie 1999 roku. Od tego właśnie momentu zaczęło się nieprzytomne zadłużania banków i „lewarowanie” na niespotykaną skalę. Anulowane tej ustawy było jedną z przyczyn kryzysu sektora finansowego, więc można tylko wyrazić olbrzymie zdumienie, że nie wrócono do dobrych rozwiązań. Spotkałem się z pytaniami ze strony ludzi całe lata działającymi na rynku finansowym, dlaczego takie rozwiązanie jest szkodliwe. Zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że to, co było dobre dawniej nie musi się sprawdzać obecnie. 

Skoro takie są wątpliwości to może warto wytłumaczyć, o co chodzi. Ustawą Glass-Steagalla (wynik krachu lat 30. tych) doprowadziła do tego, że bank A musiał zajmować się tylko typować działalnością bankową. Bank B był bankiem inwestycyjnym, który ryzykował swoje i klientów pieniądze inwestując je na różnych rynkach. Jak widomo inwestycje są o wiele bardziej ryzykowne niż prosta działalność kredytowo-depozytowa, ale to właśnie ten ostatni, nudny biznes napędza gospodarkę. Załóżmy, że bank B upada, bo źle inwestował pieniądze. Bank A prowadzi jednak działalność nawet na jotę nie zmieniając swojej polityki. Jeśli połączymy bank A z B (stan po 1999 roku) to upadłość części B zaraża A i problem ma cały system, a za nim cała gospodarka. Jak można tego nie rozumieć?  

Pamiętać też trzeba o tym, że reformę planują ci sami ludzie, którzy od wielu lat należą do elity USA. Nierzadko są to osoby wcześniej bardzo silnie związane z rynkami finansowymi. Jest bardzo wątpliwe, żeby projektowane przez nich reformy zlikwidowały możliwość wyciągania nienależnych zysków przez różnego rodzaju fundusze, banki czy inne instytucje tego rynku. Dlatego też nie dotknięto sprawy wynagradzania zarządów spółek. I nie chodzi mi nawet o wysokość wynagrodzenia (w wielu wypadkach absurdalnie wysoką), czy o odprawy, a przede wszystkim o to, że wynagrodzenie zbyt mocno zależy (i będzie zależeć) od opcji na akcje przyznawane pracownikom. Zależność zarządu od ceny akcji prowadzi do szukania szybkich, krótkoterminowych zysków, do podejmowania nadmiernego ryzyka. Wszystko po to, żeby szybko zarobić tyle, żeby do końca życia wystarczyło posiadaczowi opcji i jego rodzinie (a może i wnukom). 

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że wystarczy zmusić (przyjmując odpowiednie regulacje prawne) instytucje finansowe do utrzymywania odpowiedniego poziomu kapitału, żeby nie było potrzebne zwiększanie regulacji. Śmiem wątpić. Jeśli zmusi się inwestorów do zapewnienia odpowiednio dużego kapitału instytucji, której są udziałowcami (akcjonariuszami) to albo szybko sprzedadzą akcje i zainwestują kapitały w inną branżę albo będą dążyli do szybkiego odzyskanie zainwestowanego kapitału, a to zmusi zarządy do podejmowania nadmiernego ryzyka i znowu wrócimy do punktu wyjścia. 

Nie należy też wierzyć w to, że nawet te (niezbyt ambitne) zamierzenia administracji Baracka Obamy zostaną przyjęte przez Kongres. Już słychać o buncie (nawet w szeregach Demokratów). Spotkanie Timothy Geithnera, sekretarza skarbu USA z senacką komisją Kongresu ds. bankowości pokazało, że proponowane rozwiązania mają w Kongresie wielu potężnych wrogów. Mówi się, że rynek będzie przeregulowany, że Fed dostanie zbyt dużo władzy, że rząd będzie się za bardzo wtrącał do działania rynków. Po części to jest prawda, bo na przykład Rezerwa Federalna jest instytucją prywatna, niekontrolowaną przez nikogo i nieodpowiadającą przed nikim, ale po większej części to jedynie pretekst. Protestuje też sam Fed, bo projekt zakłada „przegląd” struktury Fed i obsady 12 regionalnych banków Fed. To bardzo się członkom Fed nie podoba, bo boją się utraty niezależności. Bardzo niezadowolone jest American Bankers Association (stowarzyszenie bankowców), bo obawia się, że Consumer Financial Protection Agency będzie nadmiernie ingerowała w działalność banków. 

Jak widać bardzo wielu jest przeciwników nawet tak umiarkowanych regulacji. To są potężni przeciwnicy, a mają przecież równie potężnych sojuszników. W końcu blisko 40 tysięcy lobbystów działających w USA musi zarobić na swój chleb, a sektor finansowy ma czym płacić i bardzo nie chce zwiększenia regulacji. Można przyjąć zakład, że to, co dostanie w końcu roku (tak się zakłada) do podpisu Barack Obama będzie się znacznie różniło od oryginału. Będzie też bardzo ładnie wyglądało, ale pożytki wynikające z takich regulacji mogą być tylko pozorne lub w najlepszym razie częściowe. Podobno zawsze lepiej jest mieć coś niż nic, ale w tym przypadku to „coś” może nawet szkodzić, bo uspokaja, a chyba nie powinno.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-06-15 8:57

Amerykańskie obligacje w centrum uwagi

Od kilku tygodni na rynku amerykańskich obligacji dzieją się rzeczy, które wymagają analizy. Pierwszy szok rynki przeżyły 21 maja, kiedy to rentowność obligacji dziesięcioletnich (to podstawa do wyceny wielu kredytów - przede wszystkim hipotecznych) gwałtownie wzrosła. Powodem przeceny obligacji (im niższa cena tym wyższa rentowność) była informacja o obniżeniu przez agencję ratingową Standard & Poor’s perspektywy ratingu kredytowego Wielkiej Brytanii do „negatywnie” ze „stabilnie”. Polityka gospodarcza i monetarna USA jest bardzo zbliżona do tego, co robią rząd i bank centralny w Wielkiej Brytanii, więc zaczęto spekulować, że niedługo taki sam los czeka USA. 

To oczywiście w wyobrażalnej przeszłości się nie wydarzy, bo nie widzę takiego odważnego, który obniżyłby rating USA doprowadzając do wyprzedaży amerykańskich aktywów, upadku dolara i globalnej recesji. Na potwierdzenie tej tezy już w następnym tygodniu agencja ratingowa Moody’s zapewniła, że nawet znaczne zwiększenie zadłużenia przez USA nie spowoduje straty przez nie ratingu AAA. Można powiedzieć: zadłużajcie się ile chcecie, jeśli tylko znajdziecie chętnych do pożyczania. W tym pożyczaniu, a właściwie w jego skali jest właśnie problem, ale o tym niżej. 

Kolejne uderzenie rynek obligacji dostał 27 maja. Wydawałoby się, że z powodzeniem przeprowadzona aukcja obligacji pięcioletnich (35 mld USD) podniesie ceny obligacji, a tym czasem okazało się, że całkowicie się one załamały. Rentowność odnośnika, czyli obligacji dziesięcioletnich gwałtownie wzrosła. Ceny obligacji spadały przede wszystkim dlatego, że gracze uświadomili sobie, że rynek jest zalewany ofertami długu rządowego. Była to bowiem już druga aukcja w tym tygodniu, a następnego dnia miała odbyć się trzecia - tym razem rząd sprzedał z sukcesem obligacje 7. letnie (26 md USD). Dzięki tej ostatniej aukcji rentowność obligacji spadła, ale już 1 czerwca wróciła na poziom sprzed tej korekty. Tym razem przyczyną była ucieczka kapitałów z rynku obligacji - przechodziły na rynek akcji i surowców, które rozpoczęły miesiąc od szalonych zwyżek. 

Rentowność sięgnęła poziomu sprzed 7 miesięcy. Można powiedzieć, że jej wysokość (okolice 3,80 - 3,90 procent) to nic wielkiego, ale tak nie jest. Stopy Fed są zerowe (0 - 0,25 proc.), a rentowność rośnie. Fed między innymi po to zadecydował 18 marca o kupnie obligacji za 300 mld USD, żeby obniżyć rentowność obligacji i przez to zapewnić niskie oprocentowanie kredytów. Po tej decyzji natychmiast spadła o 47 pkt bazowych. Dwa i pół miesiąca potem była już o blisko 140 pkt. wyższa. Można sobie tylko wyobrazić, gdzie by wylądował, gdyby Fed takiej decyzji nie podjął. 

W tym roku USA potrzebują 1.800 miliardów dolarów (około 12 procent PKB), a w przyszłym będą potrzebowały 1.000 miliardów. Takie potrzeby pożyczkowe będzie bardzo trudno zaspokoić. Owszem, olbrzymie rezerwy Chin, Japonii i państw OPEC na razie wystarczą, ale jeśli dolar będzie szybko tracił (a będzie) to apetyt na dolarowe aktywa może znacznie spaść. Poza tym wzrosty indeksów giełdowych i cen surowców będą ogołacały rynek obligacji z kapitałów, które wychodzą z bezpiecznych obligacji i przenoszą się na bardziej obiecujące rynki. Już obecnie Chiny interweniują na szczeblu dyplomatyczny, a USA muszą ja zapewniać, że chcą silnego dolara (to stara śpiewka sekretarzy skarbu), więc chińskie rezerwy są bezpieczne. Problem w tym, że nie są. Olbrzymie zadłużenie USA najlepiej będzie zmniejszyć inflacją i słabym dolarem. Czy Chiny się z tym pogodzą? To pytanie retoryczne. 

Można powiedzieć: o co chodzi? Co to za wydumany problem? Niekoniecznie wydumany. Ciekawą informację przyniosły niedawno dane o ilości złożonych wnioskach o kredyt hipoteczny. Podawany przez Mortgage Bankers Association indeks spadł dwa tygodnie temu o 16 procent, a indeks refinansowania spadł o 24 procent. W zeszłym tygodniu wzrósł indeks rynku kredytów hipotecznych (1,1 proc.), ale znowu spadł i to o 11,8 procent indeks refinansowania kredytów. Powodem tego załamania się akcji kredytowej jest duży skok oprocentowania kredytów. Średnia cena 30. letniego kredytu hipotecznego skoczyła w ciągu dwóch tygodni z 4,81 do 5,57 proc. To największy skok od października zeszłego roku. Przyczyną jest oczywiście wzrost rentowności obligacji. Inne kredyty też podrożały. Nawiasem mówiąc polskie obligacje wyglądają lepiej. Ich ceny rosną, co wydaje się być dziwne, jeśli widzi się spadki cen obligacji na całym świecie. Tyle tylko, że wyjaśnienie jest dosyć proste: obligacje kupują podmioty krajowe (banki). Zmniejszenie stopy rezerwy obowiązkowej jak widać nie zwiększy akcji kredytowej - zwiększy popyt na obligacje. 

Wróćmy do USA. Można powiedzieć, że przecież rentowność obligacji w 2007 roku przekroczyła pięć procent, pod koniec lat 90. tych XX wieku przekraczała 6 procent, a gospodarka USA doskonale dawała sobie radę. Tak rzeczywiście było, ale wystarczy spojrzeć na wykres, żeby zobaczyć, gdzie leży zagrożenie. Rentowność obligacji jest obecnie w 23. letnim kanale trendu spadkowego. Podobnie wyglądało złoto zanim nie doszło do wybicia. Powód? Nasilenie globalizacji, co przecież rozpoczęło się w latach 80. zeszłego wieku. Eksportowanie siły roboczej do krajów o taniej robociźnie znacznie zmniejszyło koszty pracy również w krajach naszej cywilizacji (stąd tak duży wzrost akcji kredytowej), a to z kolei doprowadziło do spadku inflacji, co musiało przełożyć się na niższe rynkowe stopy procentowe. Do górnego ograniczenia kanału zostało już tylko około 60 pkt. bazowych, Gdyby ten opór został przełamany, a jak widać takie zagrożenie rośnie, to rozpoczęłaby się potężna bessa na rynku obligacji. Rentowność wzrosłaby do ponad siedmiu procent, oprocentowanie kredytu hipotecznego sięgnęłoby nawet dziesięciu procent. 

Tego (słaba przecież nadal) gospodarka USA by nie wytrzymała i rozpoczęłaby się druga odsłona kryzysu. Nie mówimy raczej o tym roku, bo należy założyć, że niedługo Fed zwiększy kwoty przeznaczone na zakup obligacji rządowych (będzie to zapewne bardzo poważne zwiększenie), co uspokoi rynek. Wall Street Journal twierdzi, że taka decyzja 24.06 nie zostanie podjęta, ale po pierwsze WSJ nie musi mieć racji, a po drugie Fed z pewnością bacznie rynek obligacji obserwuje i decyzję może podjąć w dowolnym momencie - nie tylko w czasie regularnego posiedzenia. W dłuższym okresie taki dopływ nowego pieniądza zwiększyłby i tak coraz większe ryzyko inflacji. A to z kolei znowu będzie napędzało wzrost rentowności obligacji. Ostatnio rynki zwiększyły prawdopodobieństwo podwyższenia stóp przez Fed do września z 15 do 36 procent. Jeśli się inwestuje na rynku akcji to trzeba sobie w tej sytuacji postawić pytanie: kiedy inwestorzy naprawdę wystraszą się wysokich, rynkowych stóp procentowych? Bo to, że się wystraszą nie ulega najmniejszej wątpliwości.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-05-26 15:37

Władza a kryzys - podsumowanie

Prawdę mówiąc mam już trochę dosyć tego tematu, ale widzę, że emocje wśród uczestników Forum są duże. Duże są też różnice zdań. Dlatego też postanowiłem, korzystając z pretekstu, jakim było orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego podsumować moje poglądy na temat sytuacji gospodarczej i rządowych działań przeciwdziałających kryzysowi. Niestety, będzie to długi tekst i będą się w nim powtarzały motywy z innych wpisów, ale przyrzekam, że będzie ostatni na ten temat. Przerwę milczenie tylko po to, żeby albo pogratulować rządowi (nie wcześniej niż za 12 miesięcy) osiągnięć wynikających z jego polityki albo żeby stwierdzić, że poniósł on klęskę (a my razem z nim). Dzisiaj nic jeszcze nie jest przesądzone. 

Dyskutujmy nie-partyjnie

 Orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wniosek o votum nieufności dla ministra finansów na nowo rozpoczęły spór o sposobach radzenia sobie z kryzysem. Jego kulminacją teoretycznie będzie miała miejsce w lipcu, kiedy pojawią się propozycje nowelizacji budżetu, ale praktycznie nastąpi dopiero za pewien czas (może nawet nie w przyszłym roku). Wtedy to będziemy już wiedzieli, czy rządowy pomysł na kryzys zdał egzamin. Obecna dyskusja nie jest jednak akademicka i jałowa. Pozwala wyartykułować argumenty, przeprowadzić dyskusję (nie tylko polityczną), a to wydobywa na światło dzienne argumenty, których rząd mógł do tej pory nie zauważać. 

Minusem jest to, że dyskusja rozpoczęła się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, co wpisuje ją w kampanię wyborczą i zmusza polityków do stosowania nadmiernej ilości demagogii. Jednak demokracja opiera przecież na wyborach, więc w mniejszym lub większym natężeniu zawsze trwa kampania wyborcza. Najważniejsze jest, żeby (o co zawsze apeluję) starać się nie oceniać wypowiedzi publicznych pod kątem ich zgodności z obowiązującymi w poszczególnych partiach poglądami. Uważam, że dramatem jest to, co obserwujemy na co dzień - każda wypowiedź natychmiast jest szufladkowana, a jej autor dostaje partyjną nalepkę. Zachęcałem, zachęcam i będę zachęcał do analizowania argumentów rozumem, a nie sercem. Logiką a nie ideologią. Pod kątem słuszności, a nie zgodności z tym, co mówi lubiana/nielubiana partia. Warto przyznać rację nawet najgorszemu wrogowi, bo nie jest tak, że jak kogoś się nie lubi to on z zasady nie ma racji. 

Dla jasności: ja nie mam żadnej nalepki. Zresztą nigdy nie byłem w żadnej partii ani organizacji politycznej (za wyjątkiem NSZZ „Solidarność”, w której tworzeniu uczestniczyłem). Poza tym nie jestem gorącym zwolennikiem żadnej obecnie działającej partii. Każdej mam coś do zarzucenia, co nie znaczy oczywiście, że nie chodzę na wybory. 

Co powiedzieli prezydent i premier? 

Prezydent przedstawił czarny obraz sytuacji, a premier różowy. Analitycy rynków finansowych doskonale wiedzą, który z nich wyjdzie na tym lepiej. Nikt nie lubi „niedźwiedzi”. „Bykom” wybacza się nawet, jeśli się pomylą (przecież chcieli dobrze), a „niedźwiedziom” nie wybacza się tym bardziej wtedy, kiedy się nie pomylą. Jedno jest pewne: nie jest ani tak różowo jak mówi premier, ani tak czarno jak twierdzi prezydent. Można powiedzieć, że premier wypowiedział się politycznie i ku pokrzepieniu serc, zostawiając czarną robotę występującemu po nim ministrowi finansów. Dlatego też połączę wypowiedzi ministra i premiera w jedno - przedstawiali stanowisko rządu. 

Na temat przemówienia premiera powiem tylko, że odczułem jakby tłumaczył się on ze zbyt „różowych” prognoz swojego rządu tym, że nie chciał pogarszać nastrojów, bo gorsze nastroje tworzą atmosferę, której dochodzi do powstanie sprzężenia zwrotnego i szybkiego pogorszenia sytuacji gospodarczej. To rzeczywiście stary dylemat: mówić prawdę, czy koloryzować? Według mnie mówić prawdę, szykować się na najgorszy przypadek, ale dawać obywatelom nadzieję, że wszystko jest pod kontrolą, a ból będzie krótki. Nie tak jednak zachowywał się rząd. Załóżmy, że jesteśmy w swojej rodzinie czymś na kształt ministra finansów. Mówicie na początku roku partnerowi: mamy tyle to a tyle pieniędzy i tak musimy wydawać, żeby nam wystarczyło. Partner jest przez pół roku bardzo zadowolony. W lipcu mówimy jednak, wiesz, chciałem żeby było nam miło, ale kasy jest za mało - trzeba zacisnąć pasa i zrezygnować ze wszystkich przyjemności. Ciekaw jestem jak zostałoby to przyjęte…W takiej sytuacji będą w drugiej połowie roku liczne instytucje państwowe. 

Prezydent podawał prawdziwe dane, ale niepotrzebnie apelował o prawdziwe informacje. One rzeczywiście (tak jak mówi rząd) są dostępne. Można apelować jedynie o bardziej wiarogodne prognozy i plany, a z tym rzeczywiście najlepiej nie jest. Słuszne krytykowane było tempo prac rządu i sejmu (o tym niżej). Zgadzam się też z tym, że wejście do ERM2 w tym roku zaszkodziłoby polskiej gospodarce. Bardzo sensowny był postulat zwiększenia kwoty wolnej od podatku dla mniej zarabiających, choćby dlatego, że pieniądze te nie zostaną oszczędzone - wrócą natychmiast do gospodarki. W końcu, bardzo pożądana była propozycja nawiązania współpracy z rządem w zwalczaniu kryzysu. Podchwycona została zresztą natychmiast przez premiera. Dla Polski naprawdę najlepsze by było stworzenie ponadpartyjnego zespołu doradczego, pod warunkiem, że jego rady byłyby słuchane. Pozostawałoby się cieszyć, gdyby nie to, że z tej współpracy nic nie będzie, co prawie natychmiast zasygnalizowało otoczenie prezydenta i premiera. 

Na koniec - zupełnie nietrafiony jest pomysł obniżenia VAT o 3 - 4 punkty procentowe. Nie zwiększyłoby to popytu wewnętrznego, bo jeśli coś kosztuje teraz 122 złote to nie kupię tego tylko dlatego, że staniało do 119 złotych. Owszem, 3 - 4 pkt. proc. w VAT to około 13 - 18 mld złotych (według ministra Rostowskiego 1 pkt. proc. VAT to 4,5 mld złotych) przekazanych konsumentom, ale jedno jest pewne: będzie to ubytek w dochodach państwa, czyli jeszcze większy deficyt budżetowy, z którym przecież mamy walczyć. Znowu większe pieniądze trafią do tych, którzy więcej wydają, a oni je w dużej części zaoszczędzą. Nawiasem mówiąc prezydent, wywodzący się z PiS nie bardzo ma prawo krytykować rząd za deficyt, bo powstał on w dużej mierze dzięki tej partii. O tym jednak niżej. 

Nieoczekiwana zamiana miejsc 

Przy okazji przedstawienie propozycji obniżenia VAT doszło do zabawnej i niezbyt chętnie dostrzeganej przez media zamiany miejsc. Politycy PO krytykują propozycję prezydenta używając nawet określenie „księżycowa ekonomia”. Mają rację, ale czy mają też taką krótką pamięć? Przecież PO „od zawsze” popierała konsensus waszyngtoński, a w jego skład wchodzą niskie podatki, dzięki którym szybciej ma się rozwijać gospodarka doprowadzając do wzrostu dochodów budżetu. Jak widać PO odstawiła do lamusa (tam gdzie jej miejsce) krzywą Laffera, a prezydent ją stamtąd wyciągnął stając po stronie neoliberałów . Przypominam, że według Arthura Laffera między stawką opodatkowania a dochodami budżetowymi państwa z tytułu podatków istnieje zależność i jeśli podatki są wysokie to ich spadek podniesie wpływy do budżetu. W Polsce stawka VAT należy do najwyższych w Unii. Wyższe są tylko w Szwecji i Danii (25 procent). Podejrzenia, co do powodów tej dziwacznej zamiany miejsc prowadzą w jednym kierunku: profesor Zyty Gilowskiej, której zawdzięczamy przecież nasz deficyt budżetowy. 

Deficyt mógł być dużo niższy 

Gdyby nie obniżka składki rentowej i zmiana progów podatkowych (oba rozwiązania klasycznie neoliberalne i naprawdę korzystne tylko dla dobrze zarabiających) to większego niż 3 procent deficytu w tym roku by nie było. Niedawno premier Tusk chwalił się, że dał Polakom 35 mld złotych - tak, tych samych, których zabrakło w budżecie. Jak widać krzywa Laffera nie zadziałała. Oczywiście zawdzięczamy te zmiany PiS, bo to ta partia stworzyła ustawy i doprowadziła do ich przyjęcia w poprzednim sejmie, ale koalicja mogła bez problemów (a kryzys na świecie już przecież wtedy był) w zeszłym roku (do listopada) te zmiany zablokować. Nie miała jednak politycznej odwagi. 

Sprecyzujmy, o czym tak naprawdę mówimy. Dla mediów, które zdają się na ten chwyt nabierać, minister mówi o 18,2 mld PLN deficytu (budżetu centralnego) i zrobi wszystko, żeby go wykonać, co jest i tak bez znaczenia. KE rozlicza nas z deficytu finansów publicznych (szersza kategoria). Minister przyznaje, że wyniesie on 4,6 proc. PKB, czyli ok. 55 mld (a nie 18), a KE twierdzi, że 25 mld więcej. Powinno być mniej niż 36 mld. Trzeba się starać, żeby nie było więcej niż mówi minister, ale zagrożeniem jest właśnie te 18,2 mld. To według właściwie wszystkich ekonomistów jest nierealna wielkość. Co zrobi minister w lipcu, kiedy trzeba będzie budżet nowelizować? Skoro zapewnia teraz, że deficyt ani drgnie to będzie miał do wyboru: albo złożyć dymisję albo metodą kreatywnej księgowości wypchnąć wydatki z budżetu centralnego, co niewątpliwie uczyni. To jednak w niczym nie zmieni sytuacji: deficyt finansów publicznych spuchnie i oddali nas od strefy euro. 

Dlaczego Polska jest w dobrej sytuacji? 

Minister Rostowski cytując listę krajów, w których PKB szybko spada twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji dlatego, że jej finanse są w dobrym stanie, To oczywiście też nie jest bez znaczenia, ale recesja omija nas z zupełnie innych powodów, o czym rząd oczywiście wie. 

Po pierwsze nasz system bankowy nie był zarażony „trującymi” aktywami, dlatego, że był zdecydowanie bardziej konserwatywny i lepiej nadzorowany. Po drugie w Polsce PKB zależne jest od eksportu w około 40 procentach, a w naszym regionie (Czechy, Węgry, Słowacja) ta zależność jest co najmniej od 50 procenty większa. W tej sytuacji ostra recesja w strefie euro zmniejszająca nasz eksport mniej szkodzi Polsce. I tutaj dochodzimy do powodu trzeciego, czyli populacji. Jest nas 38 milionów, czyli wiele więcej niż ludności innych państw regionu. Mamy dużo większy rynek wewnętrzny, dzięki czemu zagraniczne zawirowania odbieramy łagodniej, bo popyt wewnętrzny spada nieznacznie. Polacy po prostu kryzysu tak naprawdę jeszcze nie czują. Po czwarte naszą walutą jest złoty a nie euro. Złoty, który słabnąc zwiększa konkurencyjność eksportu chroniąc nasz eksport przed totalnym załamaniem. 

Po piąte wreszcie korzystamy z tak krytykowanej przez nasz rząd pomocy, którą rządy innych państw aplikują swoim gospodarkom. Klasycznym przykładem jest nasz przemysł samochodowy. Już chyba 12 państw UE dopłaca do wymiany starych samochodów na nowe. W przypadku Niemiec chodzi o dopłatę 2.500 euro. Jeśli połączy się to ze słabym złotym to można sobie policzyć, że samochód, który latem zeszłego roku kosztował 65 tysięcy złotych (20 tysięcy euro) można teraz kupić za 12 tysięcy (14.500 za samochód minus 2.500 euro dopłaty). Jeśli obiektywnie przeanalizuje się te pięć powodów to gołym okiem widać, że lepszą od innych krajów sytuację Polska nie zawdzięcz działaniom rządu. Po prostu trudno znaleźć w UE kraj, który ma to szczęście, że spełnia te pięć warunków jednocześnie. 

W piątek dowiemy się zapewne, że PKB w pierwszym kwartale wzrósł około 1 procent. Rząd się już tym chwali. Niepotrzebnie i za wcześnie. Wszyscy wiedzą, że koniunktura z zachodu przechodzi do Polski po około 6 miesiącach. Jeśli pierwszy kwartał był na świecie fatalny to u nas zapewne będzie taki trzeci kwartał. Naprawdę nie można mówić o znakomitej sytuacji z tego powodu, że PKB w pierwszym kwartale wzrósł, czy dlatego, że sprzedaż detaliczna wzrosła w kwietniu o 1 procent. W kwietniu tego roku były święta Wielkiej Nocy (w zeszłym roku w marcu), więc taki wzrost sprzedaży nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdyby nie było świąt to odnotowalibyśmy około dwuprocentowy spadek. 

Wszyscy mylili się w prognozach?  

Rozprawmy się z mitem, który z szerzy minister Rostowski. Twierdzi on, że prognozy rządowe były co prawda wielokrotnie modyfikowane, ale nie ma takiego rządu, czy ekonomisty, który nie musiał zmieniać swoich prognoz. Rzeczywiście, minister ma rację, że taki kryzysy nie zdarza się często (z pewnością jest najpoważniejszy od czasów powojennych), więc nikt nie ma tyle doświadczenia, żeby nie popełniać grubych błędów. Problem jest jednak w tym, że chyba w żadnym kraju nie było od początku tak jednoznacznej krytyki projektu budżetu. Chyba tylko rządowi ekonomiści twierdzili, że jest on wiarogodny. Cała spektrum polskich ekonomistów i analityków budżet krytykowało. Nie można więc twierdzić, że „wszyscy” się mylili, a jeśli nawet to rząd popełniał błąd gruby (patrz: definicja ;-). Poza tym z pewnością nie ma kraju na świecie, w którym dwa miesiące pod przyjęciu budżetu rząd poinformował o konieczności przeprowadzenia cięć w wydatkach na kwotę większą od planowanego deficytu budżetowego.

Stosowane przez innych metody nie działają?  

Rząd ustami premiera Tuska, ministra Rostowskiego i posła Gowina mówi: popatrzcie na te kraje, które zalewają gotówką swoje gospodarki i aplikują im liczne programy pomocowe - nic nie działa, a oni się zadłużają, za co zapłacą ich wnuki. Chwytliwa teza, prawda? Tyle, że od A do Z nieprawdziwa. Poza tym powinniśmy być wdzięczni, że inni pomagają swojej gospodarce, bo może dzięki temu uda nam się „na gapę” ten kryzys przejechać. 

Zróbmy znowu wyliczankę. Po pierwsze świat stał w piątek 10 października zeszłego roku tuż nad przepaścią. Wszyscy ci ekonomiści i analitycy, którzy naprawdę (nie z doskoku), na co dzień zajmują się rynkami finansowymi wiedzą, o czym mówię. Nie będę rozwijał tego wątku. Powiem tylko, że gdyby nie plan Paulsona (na początku bardzo nieudany) to doszłoby do implozji globalnego systemu finansowego. Dzięki temu i kolejnym planom i pomocy system bankowy chwieje się, ale nie upadnie. 

Po drugie, w gospodarce Chin i USA widać pierwsze oznaki spowolnienie tempa spadku aktywności gospodarczej, co zazwyczaj poprzedza koniec recesji. Te kraje szczególnie mocno pomagały swojej gospodarce. Nie jest prawdą, że ta pomoc nie działa. Owszem, spadki PKB są bardzo duże, ale gdyby nie pomoc to byłyby dużo większe. Niedawno Paul Volcker, najbardziej szanowany szef Fed (był nim przed Alanem Greenspanem), a obecnie szef rady ds. ożywienia gospodarczego przy prezydencie Obamie, powiedział, że pomoc rządowa dopiero „skapuje” (trickle down) do gospodarki. W kolejnych miesiącach będzie już spływała szerokim strumieniem. Powiedział też, że gdyby tej pomocy nie było to gospodarka by się zawaliła. Nie są to wypowiedzi polityka. Paul Volcker ma 82 lata i naprawdę nie będzie już nigdzie kandydował. 

Za zadłużenie zapłacą wnuki 

Mam absolutną awersję do wszystkich tych politycznych „milionów Polaków”. „wszystkich Polaków” itp. Podobnym uczuciem darzę opowieści o zadłużaniu wnuków. Chciałbym widzieć polityka, który tak naprawdę martwi się tym, że wnuki będą coś spłacały… Prawda jest taka, że nasze zadłużenie w porównaniu z olbrzymią większością państw jest niezbyt duże. To po pierwsze. Po drugie, w kryzysie zadłużenie warto zwiększać (mówimy o państwie). Nie tylko dlatego, żeby pomagać społeczeństwu, rynkowi pracy. Również dlatego, że jeśli ma się tanie pieniądze (a możemy je pożyczyć) i mamy pewność, że nie zbankrutujemy (widział ktoś kiedyś bankructwo państwa? Nikomu się to nie opłaca) to trzeba inwestować jak najwięcej. W kryzysie tania jest robocizna i surowce oraz nośniki energii. Inwestycje można przeprowadzić z dużo niższym niż przed czy po kryzysie kosztem. To się po prostu bardzo opłaca. To jest czysty biznes. A u nas co parę dni media informują o problemach jakie mają firmy i samorządy z otrzymaniem środków unijnych! 

Rząd bardzo się stara  

Bardzo bym chciał potwierdzić tę tezę. Mogę jednak tylko powiedzieć, że stara się nieśpiesznie, ale po prostu ma szczęcie (to bardzo dużo). Chyba premier mówił o sukcesie, jakim było zatrzymanie osłabienia złotego. Owszem, posunięcie ze sprzedażą środków unijnych było bardzo dobre, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby w tym czasie nie zaczęły się poprawiać nastroje na światowych rynkach. A dlaczego się poprawiały? Ludzie uwierzyli w to, że działania rządów pomogą gospodarkom. Gdyby USA, Chiny i UE nie pomagały swoim gospodarkom, to już mielibyśmy kurs euro dobrze powyżej 5 złotych. I żadne linia kredytowa z MFW by nam nie pomogła. O tej linii pisałem w osobnym wpisie, więc nie będę się potarzał. 

Właściwie osiągnięciem rządu mają być: zwiększenie gwarancji dla depozytów, dopłaty do kredytów hipotecznych, system gwarancji i kredytów, szybszy dostęp do środków unijnych, pakiet antykryzysowy wypracowany w Komisji Trójstronnej. Skromny program, ale zawsze lepiej coś niż nic. Wszystko to jednak realizowane jest z olbrzymim ociąganiem i to jest duży problem. Nawet na zwiększenie gwarancji dla depozytów musieliśmy poczekać trochę dłużej niż w innych państwach. Pakiet antykryzysowy wypracowany w Komisji Trójstronnej czeka już prawie 3 miesiące i mimo osiągnięcia wstępnego porozumienia poczeka zapewne jeszcze długo.

Najlepiej widać szybkość działania na przykładzie dokapitalizowania BGK (to jedyne realne pieniądze wyasygnowane przez rząd), który miał firmom gwarantować kredyty. Zapowiedź podjęcia takich działań (sławetny program zwalczania kryzysu) padła w listopadzie. Niedawno rząd podpisał odpowiednie rozporządzenia. Teraz BGK musi podpisać umowy, stworzyć zasady udzielania gwarancji. Wnioski napłyną gdzieś latem, a pierwsze kredyty firmy dostana może we wrześniu. Od pomysłu do realizacji ponad 10 miesięcy… W kryzysie. Może się okazać, że on się szybciej skończy niż rząd coś doprowadzi do końca. Poza tym podobno (nie analizowałem) kredyty z gwarancjami będą bardzo drogie i trudnodostępne. 

Ktoś inny płaci 

Można by jeszcze dużo napisać, ale uważam, że nawet to wystarczy. Trzymajmy kciuki za ten rząd, bo będzie u to bardzo potrzebne. Miał dotychczas dużo szczęścia, mimo że trafił w kryzys. Miejmy nadzieję, że będzie je miał nadal, a Polska rzeczywiście przejedzie się przez ten kryzys „na gapę”. Właściwie nie na gapę, bo przecież płacą za nas inni. Niemcy na przykład ze swojego budżetu płacą za wymianę aut, a Polska korzysta. To się może udać, ale pod jednym warunkiem: że kryzys skończy się szybko. Jeśli potrwa długo to drogo za tę jazdę zapłacimy.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-05-14 14:17

Pan Twardowski na pastwisku

Nudno. Na rynkach oczywiście. Indeksy i ceny surowców zabrnęły już tak wysoko, że korekta się po prostu należała, ale nie ma obawy: to nie powrót do bessy. Te wspaniałe bańki spekulacyjne będą jeszcze mocno dmuchane. Jeden tylko przykład: Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) poinformowała, że globalne zapasy ropy są największe od 1993 roku, a spadek popytu będzie w tym roku największy od 1981 roku. Cena ropy w ciągu 3 miesięcy wzrosła jednak o blisko 70 procent i to nie jest koniec tego wzrostu. Taka sytuacja jest też na innych rynkach. Gdzie te regulacje i obiecywana rezygnacja z polityki „hands off” (Fed nie reaguje na ekscesy rynków)? Ludzie rynku robią reformy tak, żeby niewiele się zmieniło. Śmieszne „stress testy” i przecieki do prasy ich wyników potwierdzają tylko to, co czym pisałem we wcześniejszych komentarzach. Ten rok będzie jednak dla „byków” dobry. 

Dobrze, skończmy z rynkami - nic wielkiego na nich się nie dzieje. Wrócę do mojego ostatnio ulubionego tematu. Niedawno media zajmowały się prognozami MFW i KE odnośnie polskiej gospodarki w 2009 roku. Przypominam, że MFW zapowiada spadek PKB o 0,7 procent, a KE o 1,4 procent. Minister Jacek Rostowski z oburzeniem wtedy protestował twierdząc, że Komisja się myli. Niedawno udzielił jednak wywiadu Financial Times, w którym stwierdził, że ze względu na spowolnienie gospodarcze oraz problemy polityczne przyjęcie euro może opóźnić się o rok. Poza tym nie wykluczył, że KE i MFW mogą mieć rację, a polska gospodarka rzeczywiście wejdzie w recesję. W kolejnych dniach NBP ocenił, że w tym roku wejście do ERM2 jest wykluczone, a ministerstwo finansów po raz kolejny obniżyło prognozy wzrostu PKB w tym roku do 0 - 1 procent (wreszcie realistyczna prognoza). 

Krytyka ministerstwa finansów i polityki gospodarczej rządu (miedzy innymi bardzo interesujący artykuł Mirosława Gronickiego i Jerzego Hausnera w „Rzeczpospolitej” z 14 maja) jest coraz mocniejsza i nic w tym dziwnego. Jak to jest możliwe, żeby oceny ministerstwa były tak bardzo zmienne i tak bardzo odbiegające od rzeczywistości? Nie może dziwić, że PiS zażądało dymisji ministra. Taki ruch przed wyborami do Parlamentu Europejskiego był bardzo logiczny (chociaż kompletnie jałowy jeśli chodzi o rezultaty). Oczywiście żadnej dymisji nie będzie - premier przecież nie odwoła ministra dlatego, że żąda tego opozycja. Głosowanie wotum nieufności pozycję ministra Rostowskiego wręcz wzmocni. Nie o ministra jednak idzie gra, chociaż z całą pewnością można powiedzieć, że tak trochę jak pan Twardowski z ballady Adama Mickiewicza - co prawda nie śmieszy, ale z pewnością tumani i przestrasza. 

Tumani, bo ministerstwo finansów myli się już od dłuższego czasu. Prognozy deficytu finansów publicznych i PKB są wzięte z sufitu, o czym od dawna mówili wszyscy ekonomiści. Poza tym mamienie wejściem do ERM2 w tym roku a do strefy euro w 2012 było od początku tylko i wyłącznie piarem, w który mało kto wierzył. Komisja Europejska ma w prognozach zdecydowanie lepsze wyniki. Na 2008 rok zapowiadała deficyt w wysokości 3,6 proc., a wyniósł on 3,9 proc. (ministerstwo w styczniu informowało o wzroście o 2,7 proc.). Czy to znaczy, że Komisja się nie myli? Gdyby tak było to można by się zacząć naprawdę przejmować. 

I nie chodzi o to, czy PKB wzrośnie czy spadnie o jeden procent. Naprawdę groźna jest zapowiedź deficytu finansów publicznych o 6,6 proc. (w roku przyszłym 7,3 proc.), czy wzrostu zadłużenia w przyszłym roku do 60 procent PKB. Trzeba pamiętać o tym, że przekroczenie przez dług granicy 50 proc. PKB (pierwszy próg) powodowałoby, że budżet państwa na kolejny rok nie mógłby wykazać deficytu wyższego w relacji do przychodów niż to miało miejsce w roku poprzednim. Konstytucja zakazuje też zaciągania długu, który spowodowałby przekroczenie 60 proc. PKB. Można sobie wyobrazić jak bardzo musielibyśmy zaciskać pasa, żeby nie złamać Konstytucji. Nie mówię już nawet o i tak nierealnym, szybkim wejściu do strefy euro, gdzie zadłużenie musi być niższe od 60 procent PKB. 

Na szczęście prognozy KE czy MFW nie są słowami objawionej prawdy. Często spotykam się z twierdzeniem: „monopolu na prawdę nie mają, ale to są niezależne instytucje”. Uważam, że obraża to zespoły analityczne w instytucjach prywatnych (bankach, funduszach itp.), bo z założenia czyni je „zależnymi’, czyli w domyśle nieuczciwymi. Z tego wniosek, że poprzednie, pesymistyczne prognozy instytucji prywatnych traktowane były, jako co najmniej niewiarogodne. Wystarczy przypomnieć sobie prognozy JP Morgan, który jako pierwszy zapowiedział recesję w Polsce - został na czas dłuższy (do pojawienie się kolejnych prognoz innych instytucji) czarną owcą. Najwyraźniej zakłada się, że prognozy banków prywatnych mają tylko jeden cel: doprowadzić do przeceny złotego, zawału na giełdzie i zapewne do obalenia rządu…   

To oczywiście jest totalne nieporozumienie. W Międzynarodowym Funduszu Walutowym i Komisji Europejskiej pracują tacy sami analitycy jak w instytucjach prywatnych. Są ani lepsi, ani gorsi. Podobnie jest z ekonomistami w ministerstwie finansów, ale oni mają problem, któremu na imię polityka. Generalnie, przewidywanie przyszłości jest zawsze niewdzięcznym zajęciem, a obecnie jest obciążone takim ryzykiem błędu, że przejmowanie się kolejnymi prognozami nie ma specjalnego sensu. Czasem wygląda to tak jakby różne liczby krążyły w bębnie maszyny losującej, z której wyciąga się na chybił trafił poszczególne prognozy. Wynik prognoz zespołów analitycznych zależy przecież od przyjętych założeń, a te z kolei wynikają z oceny bieżącej sytuacji. Ta zaś zmienia się szybciej niż pogoda w górach. Nie można wymagać wiarogodnych prognoz w sytuacji, kiedy mamy kryzysy na miarę pokolenia i nikt nie ma na tyle doświadczenia, żeby przewidzieć jak się rozwinie. 

Czy z tego wynika, że zarówno KE jak i MFW mylą się w ocenie naszej gospodarki, a ministerstwo finansów ma rację? Nie, takiej tezy nie można stawiać, bo prognozy naszego ministerstwa zbyt często były od początku kompletnie niewiarogodne. Można jednak powiedzieć, że ministerstwo powinno zakładać spełnienia się najgorszego, a nie najlepszego scenariusza, bo przecież ten, kto jest ostrzeżony ten jest też uzbrojony. Ryzyko jest olbrzymie. Jeśli realia potwierdzą pesymistyczne prognozy to brak działań zaradczych doprowadzi do znacznego pogorszenia sytuacji na rynku pracy, spadku popytu wewnętrznego, znacznego pogorszenia nastrojów Polaków … i zmian w ministerstwie (ale nie wymuszonych przez opozycję). 

Poza tym, ostatnie, ale nie co do znaczenia jest to, że sytuację mamy taką jak w historyjce o pastuszku i wilku, ale trochę à rebour. Wieś nie zareagowała na alarmy pastuszka, bo zbyt często żartował, że nadchodzi wilk. Minister opowiadał, że czeka nas dolce vita i wypracował sobie pozycję pastuszka. Jeśli zacznie mówić to, co wie (bo nie wierzę, żeby nie wiedział) to może mu już nikt nie uwierzyć. Możemy więc w końcu tego wpisu wrócić do elementu „przestrasza” z ballady Mickiewicza, bo sytuacja, w której mało kto wierzy w to, co mówi minister finansów jest, delikatnie mówiąc, niekomfortowa.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-04-28 7:57

Po co Polsce potrzebna jest kamizelka kuloodporna?

Korzystam z okazji, że pojawił się kolejny straszak, czyli świńska grypa, czasem zwana „meksykanką”, żeby napisać parę zdań zarówno o tej sprawie jak i o tym, co dzieje się na rynku walutowym. Oczywiście od początku tygodnia na czołówkach komentarzy jest grypa, ale to według mnie nie sama choroba popsuła nastroje, a jedynie nadanie zbyt dużej wagi tej sprawie przez media. Nie znaczy to, że można o temacie zapomnieć - trzeba rozwój sytuacji monitorować, ale nie można (przynajmniej na razie) popadać w przesadę. Owszem, Meksykowi ta epidemia zaszkodzi (choćby turystyce), ale wątpliwe jest, żeby miała olbrzymie znaczenie dla reszty świata. Do sytuacji sprzed 90 lat, kiedy to z powodu „hiszpanki” zginęło kilkadziesiąt milionów ludzi jest bardzo daleko, a od tego czasu medycyna zrobiła olbrzymie postępy. Podsumowując: spokojnie. 

Problem dla rynków akcji jest gdzie indziej - w technice. Indeks S&P 500 jest od końca zeszłego tygodnia blisko poziomu 875 pkt., który w tym roku już 3 razy powstrzymywał szarżę byków. W tej sytuacji byle pretekst doprowadza do sprzedaży akcji. Zakładam, że wkrótce byki będą chciały jeszcze raz ten opór przetestować. Jeśli uda się go przełamać to droga do 1000 pkt. będzie otwarta. Jeśli indeks mocno się odbije to na pewien czas (raczej dni niż tygodnie) o tym poziomie trzeba będzie zapomnieć. Powrotu do bessy jednak nawet takie odbicie by nie zwiastowało. 

Niestety, znowu trzeba wrócić do tego, co dzieje się na naszym rynku walutowym. Tuż po świętach, we wtorek 14 kwietnia, minister finansów Jacek Rostowski poinformował, że Polska wystąpiła do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) o udzielenie elastycznej linii kredytowej (FCL, czyli Flexible Credit Line) na kwotę 20,5 mld USD, która ma zwiększyć o 1/3 rezerwy NBP. Potem pozytywnie odniósł się do prośby Polski Dominique Strauss-Kahn, dyrektor zarządzający MFW. Wtedy to wystąpienie o przyznanie FCL umocniło złotego (kurs EUR/PLN spadł z 4,33 na 4,24 PLN), ale okazało się, że to było wszystko, na co naszą walutę było stać. Od tego momentu kursy walut rosły, a tydzień później z efektu FCL nic już nie zostało. Warto zastanowić się, dlaczego tak się stało. 

Z FCL podobno korzystać mogą jedynie najsilniejsze gospodarczo kraje z grupy emerging markets, więc teoretycznie przyznanie takiej linii jest swoistym świadectwem jakości wystawionym przez MFW naszej gospodarce. Co prawda MFW już nieraz się w swojej historii bardzo mylił, ale jednak jego oceny bardzo się liczą. Tyle tylko, że jak to jest z ocenami - nie są trwałe. W końcu tam przecież też pracują tacy sami analitycy jak w innych instytucjach. Trzy miesiące temu fundusz twierdził, że gospodarka globalna będzie się w tym roku rozwijać, a PKB wzrośnie o 0,5 proc. Ostatnio prognoza została drastycznie zmieniona. Świat i Polskę czeka recesja (odpowiednio spadek PKB o 1,3 i 0,7 proc.). W tym elitarnym klubie krajów, które wystąpiły o FCL są na razie jedynie dwa kraje Meksyk i Polska. Rzeczywiście bardzo elitarny, mało liczny klub, chociaż jeśli chodzi o Meksyk to można mieć pewne wątpliwości. I nie chodzi mi oczywiście o świńską grypę. Jeśli pamięta się o trwającej od 2 lat prawdziwej wojnie narkotykowej, grożącej temu krajowi w tym roku recesji i o ubóstwie mieszkańców to trudno mówić o członku „platynowego klubu”. 

Dziwne tylko jest to, że rynek tak bardzo podniecił się tą sprawą. Można przecież interpretować to tak: wystąpiliśmy o FCL, bo czegoś się boimy. Przecież nie kupuje się (bardzo drogiej, bo jak czytałem - pewny nie jestem - kosztującej 50 mln dolarów) kamizelki kuloodpornej, bo gdzieś na świecie jest wojna. A za kupno takiej kamizelki można uznać ubieganie się, na wszelki wypadek, o wsparcie z Funduszu. Możliwe były w tym czasie według mnie dwie przyczyny, które mogły się zresztą nakładać. Pierwsza to deklarowana chęć zabezpieczenia się przed atakami spekulantów, w razie wejścia do ERM2. Tyle tylko, że po wejściu do ERM2 spekulanci zaczęliby grać na umocnienie złotego, więc rezerwy do niczego by się nie przydały. Załóżmy jednak scenariusz ataku osłabiającą złotego. Gdyby wielcy spekulanci rzeczywiście zaatakowali naszą walutę i skonsumowali 60 mld USD naszych rezerw to czy odstraszyłoby ich te pozostałe 20 mld (FCL)? Z pewnością nie, więc taka linia miałaby tylko znaczenie psychologiczne. 

Nawiasem mówiąc rząd najwyraźniej powoli wycofuje się z przyjęcia euro w 2012 r., tym samym potwierdzając to, o czym mówiło się od dawna, że ta data jest po prostu nierealna. Wejście do ERM2 w drugim półroczu wydaje się jeszcze mniej prawdopodobne. Zauważalna stabilizacja kursu euro musi trwać co najmniej kilka miesięcy, a optymalnym kursem wejścia do ERM2 byłby przedział 3,70-4,1 zł za 1 euro do czego jest jeszcze daleko. Poza tym rynek wcale od nas tego nie oczekuje. Wręcz przeciwnie, chyba nikt poza rządem nie spodziewał się, że wejdziemy do ERM2. Kolejne przekładanie daty przyjęcia europejskiej waluty przez rząd nic tu nie da, bo wiarygodność tych zapowiedzi znacznie zmalała, o czym niżej. 

Drugą przyczyną wystąpienia o FCL (dużo gorsza) mogło być to, że minister finansów boi się reakcji rynków na ujawnienie jesienią rozmiarów deficytu i chce mieć na ten wypadek więcej pieniędzy w zapasie do obrony złotego. Potem pojawiła się przyczyna trzecia, jeszcze gorsza.  Mirosław Gronicki, były minister finansów uważa, że linia kredytowa MFW będzie użyta nie do stabilizacji złotego, ale do zaspokojenia potrzeb pożyczkowych Polski. Było to bardzo logiczne i wiele tłumaczące spostrzeżenie. Wtedy to już pisałem, że jeśli były minister ma rację cała akcja z FCL była jednym wielkim piarem, a złotego w drugiej połowie roku mogą czekać ciężkie czasy. Okazało się, że nie miałem racji. Wystarczył tydzień, żeby złoty zaczął tracić. 

Zapoczątkował tę przecenę raport GUS, który w środę 22 kwietnia poinformował, że według wstępnego szacunku deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2008 roku wyniósł 3,9 proc. PKB. Ministerstwo finansów informowało w styczniu, że deficyt wyniesie 2,7 proc. W roku szybkiego rozwoju gospodarki przekroczyliśmy 3 procent, która to granica obowiązuje w UE. Mniejszy od 3 procent deficyt jest też potrzebny do tego, żeby przyjąć euro. Można tylko zastanawiać się, jak duży deficyt wypracujemy w tym roku… 

Prawdę mówiąc w tą feralną środę od początku dnia dziwiłem się, że nie widzę przeceny złotego. Wystarczyło następnego dnia przeczytać prasę, żeby trochę przestraszyć się tym, co ekonomiści mówili na temat kolejnego błędu ministerstwa finansów . Były minister finansów Mirosław Gronicki zarzucił nawet ministerstwu kłamstwo. Nie zgadzał się z tym twierdzeniem profesor Stanisław Gomułka tłumacząc, że ministerstwo mogło w styczniu jeszcze nie znać rzeczywistego deficytu. Pozostaje jednak pytanie: czy mogło się pomylić o blisko 16 mld złotych i czy, jeśli się pomyliło, musiało milczeć przez kolejne 3 miesiące? Wystarczy przypomnieć sobie projekt budżetu z nieracjonalnymi założeniami, dziwne i pośpieszne cięcia wydatków już dwa miesiące po przyjęciu budżetu, hurraoptymistyczne zapowiedzi szybkiego wprowadzenia Polski do strefy euro, żeby stwierdzić (nieważne, czy rację ma profesor Gomułka, czy minister Gronicki), że wiarogodność ministerstwa została podważona. 

Nic dziwnego, że w czwartek, dzień po opublikowaniu raportu przez GUS, kursy walut ruszyły na północ. Spotkałem się opiniami, że to decyzja agencji ratingowej Moody’s o obniżeniu ratingu dla Litwy i Łotwy przeceniała złotego, ale to jest nieporozumienie. Waluty Węgier i Czech zachowywały całkowity spokój, a przecież gospodarka Węgier uznawana jest za dużo słabszą od naszej. Wystarczyło spojrzeń na kursy czeskiej korony i węgierskiego forinta w stosunku do złotego, żeby zobaczyć, że kapitały uciekały z Polski i wchodziły w koronę i forinta. Interesujące jest też porównanie złotego z meksykańskim peso. Owszem, w ostatnich dwóch dniach złoty zyskał w stosunku do peso prawie 3 procent (efekt „meksykanki”), ale wcześniej, przez miesiąc, peso zyskało w stosunku do złotego aż 10 procent… Mówiło się też u nas o zakupach walut przez jakiś podmiot, ale długość trwania przeceny temu zaprzeczała. Twierdzono też, że wychodzi znowu problem opcji, ale do końca miesiąca pozostał wtedy jeszcze tydzień, więc to też nie powinno było wtedy tak złotego przecenić. Nawiasem mówiąc uważam, że kwestia opcji jest od dawna bardzo przeceniana. 

Przecena znacznie zmieniła obraz techniczny rynku. Sygnał kupna złotego (wyjście dołem z trójkąta) został anulowany, ale nadal kontynuowany jest 3. miesięczny trend spadkowy EUR/PLN. Rządowi interwenci (sprzedający środki z UE) nie powinni pozwolić na przełamanie jego górnego ograniczenia (okolice 4,60 PLN), bo kurs błyskawicznie znajdzie się wtedy znowu na poziomi 4,90 PLN. Nawiasem mówiąc rząd (BGK) powinien był bronić poziomu 4,40 PLN tak jak niepodległości. Powrót nad ten poziom nie tylko anulował sygnał kupna złotego - ostatecznie zdemistyfikował też znaczenie elastycznej linii kredytowej, którą mamy otrzymać z MFW. Ale to jest już płakanie nad rozlanym mlekiem.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/