Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

2010-02-12 14:55

Problemy Grecji znikną tylko na pewien czas

Po dłuższym urlopie czuję się zobowiązany do krótkiego podsumowania tego, co się w czasie tych 3 tygodni wydarzyło. Urlop rozpoczynałem 24 stycznia - tuż po rozpoczęciu zapowiadanej przeze mnie wcześniej styczniowej korekty. Korekty, która doprowadziła do zakończenia stycznia spadkiem indeksów. Był to najgorszy miesiąc od lutego 2009. Jak więc widać nie sprawdziło się powiedzenie mówiące, że jaki jest początek stycznia taki będzie jego koniec. Byki muszą się modlić o to, żeby nie sprawdziło się również powiedzenie z Wall Street mówiące o tym, że jaki był styczeń taki będzie i cały rok. 

Podobno korektę w końcówce stycznia wyzwoliła zapowiedź doprowadzenia przez administrację USA do rozdzielenia działalności inwestycyjnej i klasycznej banków komercyjnych. Jednak ja dramatycznego wpływu tej zapowiedzi na wykresach akcji banków nie widzę. Wydaje się, że po prostu rynek dojrzał do korekty, co widać było zresztą już wcześniej, kiedy standardowe „lepsze od prognoz” wyniki amerykańskich spółek nie budziły entuzjazmu. 

Początek miesiąca wyzwolił znowu popyt, ale chęci do kupna akcji wystarczyło na dwa dni. Potem znowu pojawiły się schody, którymi były (znowu podobno) problemy Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Chodziło o zadłużenie tych krajów (Grecja) i duży deficyt budżetowy (wszystkie trzy kraje). Czytelnik może się nie zgadzać, z moimi wątpliwościami, bo przecież kłopoty tych krajów z zadłużeniem naprawdę miały wpływ na nastroje. Stawiam jednak proste pytanie: czy wcześniej był ktoś w gronie ekspertów/analityków, kto nie wiedział o tym, że takie problemy muszą się pojawić? Odpowiedź jest równie prosta: nie było takiej osoby. Inaczej mówiąc gdyby tak bardzo przejmowano się tymi problemami to indeksy powinny spadać już dużo wcześniej. 

Nie lekceważę, wymienionych wyżej czynników, ale uważam, że i bez nich korekta by się rozpoczęła. Korekta, której rynki akcji od dawna już bardzo potrzebowały tym bardziej, że dane makro publikowane w ciągu tych 3 tygodni nie dawały podstawy do nadmiernego optymizmu. Niewątpliwie jednak problemy krajów strefy euro zwiększyły skalę korekty na rynku EUR/USD. Tam już w grudniu rozpoczęła się korekta półrocznego wzrostu, a sprawa Grecji, Portugalii i Hiszpanii bardzo pomogła w wykształceniu fali C tej korekty. Oczywiście o ile to jest tylko korekta, a nie zmiana trendu, co jest dosyć prawdopodobne, bo jak na prostą korektę to spadki były za duże. Ten rok może należeć do dolara. 

W ostatnim tygodniu pretekstu do niewielkiej poprawy nastrojów dostarczyły zapowiedzi pomocy krajów UE (szczególnie Niemiec i Francji) dla Grecji. Pomoc ma być uwarunkowana przeprowadzeniem w Grecji bolesnych reform, ale obawiam się, że wszyscy zdają sobie sprawę, iż takich reform Grecja nie przeprowadzi. Grecy nie są społeczeństwem spokojnie godzącym się na wyrzeczenia. Dali temu wyraz już nieraz, a i obecnie strajki trwają lub są zapowiadane. Obawiam się, że jest to tylko preludium do tego, co może się tam rozpocząć, jeśli rząd naprawdę będzie chciał przeprowadzić bolesne reformy. 

Zauważyć trzeba, że państwa strefy euro ograniczyły się do zapowiedzi pomocy i obrony euro (na szczęście nie dotyczy to Polski, która w strefie nie jest). Twierdzono, że nie mówi się o konkretnej pomocy, bo Grecja o taką nie prosiła. Uważam, że nie prosiła, bo nie miała pewności, że dostanie. Taki wniosek zostałby z całą pewnością złożony tylko i wyłącznie wtedy, gdyby była realna szansa otrzymania wsparcia finansowego. 

Tymczasem szczyt UE ograniczył się do zapowiedzi monitorowania postępu greckich reform, a pierwszym punktem kontrolnym ma być marzec tego roku. Marzec, dlatego że już miesiąc później Grecja ma spłacić 20 mld USD zadłużenia. To może być prawdziwy test postawy krajów Unii. Decydenci stoją przed prawdziwą diabelską alternatywą. Grecja nie jest bowiem krajem, który ma problemy nie ze swojej winy. Kompletnie nieodpowiedzialna polityka doprowadziła do potężnego zadłużenia, szacowanego na ponad 120 procent PKB (w Polsce mniej niż 50 procent) i olbrzymiego deficytu (ponad 12 procent). Poza tym Grecy systematycznie oszukiwali rynki finansowe i samych siebie, W zeszłym roku przed wyborami twierdzili, że deficyt jest nieco wyższy od sześciu procent, a po wyborach nagle stwierdzili, że jest dwa razy większy. Przypomnieć trzeba, że już wchodząc do strefy euro Grecja podawała nieprawdziwe dane o stanie swoich finansów. Gdyby nie oszukiwała (o czym dowiedzieliśmy się dużo później) to nie miałaby szansy na przyjęcie euro. 

Być może zresztą byłoby to dla niej z korzyścią, bo gdyby pozostała przy drachmie to miałaby narzędzia (stopy procentowe i kurs walutowy), dzięki którym mogłaby walczyć z kryzysem. Dewaluacja waluty usunęłaby wiele problemów. Tak zresztą przez całe lata walczyły ze swoimi problemami Włochy, które też mają zadłużenie przewyższające PKB. W strefie euro takich możliwości nie ma, więc całe ciśnienie przenosi się na rynek pracy (płace i bezrobocie), a to prowadzi do rozruchów. W przypadku Grecji może się nawet skończyć rewoltą. 

Cała ta akcja „pomocowa” zaczyna wyglądać na dosyć rozpaczliwą obronę strefy euro i samej waluty europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że w przyszłości problemy zadłużonych krajów będą się jeszcze odbijać czkawką, a w drugiej fazie kryzysu mogą doprowadzić do poważnych perturbacji. Strefa euro ma poważne problemy, które mogą się nawet zakończyć jej rozpadem. I nic nie pomogą zaklęcia Jean-Claude Trichet, prezesa ECB, który twierdził niedawno, że pytanie o możliwość opuszczenia strefy euro przez Grecję jest „absurdalne”. 

Genezę problemów UE widzę w czymś, co określam mianem nadmiernego pośpiechu. Poważnym błędem było według mnie zbyt szybkie poszerzanie Unii. Byłem i jestem zwolennikiem przyjęcia Polski do Unii Europejskiej, ale już wtedy, sześć lat temu, twierdziłem, że dla całego projektu UE takie szybkie przyjmowanie nowych członków jest szkodliwe. Chęć poszerzenia rynków zbytu, a nie idee Roberta Schumana stała za tym pospiesznym poszerzaniem grona członków Unii. Przyjmowano państwo za państwem wpuszczając do klubu, który miał być elitarny nawet takie państwa, w których korupcja i władza struktur mafijnych jest na porządku dziennym. Zrobiono błąd, a teraz UE za to płaci, a ostateczne cena może być bardzo wysoka. 

Jakże inaczej wyglądałaby teraz Unia, gdyby wpierw przyjęto konstytucję tego związku państw, w której byłyby jej prawdziwe władze (nie to, co teraz mamy), prawdziwe zasady głosowania (bez liberum veto), prawdziwe, twarde, łatwe do wyegzekwowania reguły rządzące finansami i jednolite podatki, dzięki czemu nie byłoby szkodliwego dumpingu podatkowego. Po ugruntowaniu takiej Unii można by było zapraszać powoli kolejne państwa, które musiałby się zgodzić ze wszystkimi jej regulacjami. Nie byłoby derogacji powalających na przykład na nieprzyjęcie euro. Byłyby za to zasady pozwalające szybko i bez problemu wykluczyć z Unii państwo, które nie stosowałoby się do jej praw. 

Brak takich regulacji doprowadził na przykład do tego, że w strefie istnieje pewien mechanizm usankcjonowanego oszustwa. Traktat z Maastricht nakłada na kraje, które chcą wejść do strefy euro, konieczność spełnienia pięciu, wyraźnie określonych warunków. Najważniejsze z nich to deficyt finansów publicznych mniejszy niż 3 procent PKB i zadłużenie mniejsze niż 60 procent PKB. Jednak po wejściu do strefy euro można już spokojnie tych warunków nie przestrzegać. I nie chodzi o sytuacje wyjątkowe (obecny kryzys). Przykład Grecji i Włoch mówi tutaj sam za siebie. 

Gdyby przyjęto postulowaną przeze mnie drogę to nie powstałaby diabelska alternatywa, o której pisałem wyżej. Wszyscy przecież wiedzą, że Grecja nie zasługuje na pomoc. Wiedzą też jednak, że jeśli się jej nie pomoże to może przestać płacić długi. Jeśli tak by się stało to cena długu innych, zagrożonych państw wzrosłaby niebotycznie, a to doprowadziłoby do kolejnych tego typu decyzji (kandydaci to Hiszpania i Portugalia). Byłaby to prosta droga do totalnego chaosu, który w końcu musiałby doprowadzić przynajmniej do wyjścia tych krajów ze strefy euro, a być może nawet do rozpadu całej strefy. Pomoc dla Grecji stworzyłaby jednak sytuację moralnego hazardu i doprowadziłaby do zdecydowanego sprzeciwu społeczeństw. 

Jeśli mówi się, że państwowe banki Niemiec, czy Francji miałyby kupować lub gwarantować dług Grecji to przecież Niemiec czy Francuz miałby prawo zapytać (i z pewnością by to zrobił), dlaczego ma płacić za głupotę polityków innego państwa? Poparcie dla idei Unii gwałtownie by spadło, a nacjonalistyczne i eurosceptyczne partie zaczęłyby szybko zdobywać zwolenników. Jeśli zaś chodzi o moralny hazard to rządy innych krajów powiedziałby sobie „hulaj dusza, diabła nie ma” - skoro nieodpowiedzialna polityka i oszustwo jest nagradzane to znaczy, że spokojnie można się nieodpowiedzialnie prowadzić (zadłużać), bo i tak bogate państwa przyjdą z pomocą. To w końcu też doprowadziłoby do potężnego kryzysu. 

Jak sobie z tą alternatywą poradzi Unia? Jeśli pomoc będzie potrzebna, a zakładam, że będzie, to pomoże Grecji. Ze strachu i na zasadzie: odsuniemy problem na później, może sam się rozwiąże. Uważam, że taka decyzja byłaby błędem. Ktoś może zapytać: uważałeś, że trzeba ratować banki, więc dlaczego nie jesteś konsekwentny i nie chcesz ratować Grecji? Odpowiedź jest prosta. Brak ratunku dla banków zakończyłby się upadkiem całego, globalnego systemu bankowego, recesją gorszą niż ta w latach 30. tych XX wieku i dramatem całej ludzkości. Nie było wyjścia, ale po pomocy powinny przyjść szybkie i radykalne reformy całego systemu. Ich niestety nie widać, a zapowiedzi rozdzielania działalności bankowej od inwestycyjnej (jedynie w USA) to jedynie ich namiastka. Niewypłacalność Grecji zmusiłaby do przyjęcia przez strefę euro zasad pomocy i wykluczania ze strefy, co znacznie zwiększyłoby wiarogodność zarówno strefy jak i całej Unii. Potężne problemy miałaby Grecja i być może Hiszpania i Portugalia, ale nie cały świat. Nie mam jednak złudzeń - do takiego rozwiązania nie dojdzie. Dzięki ślepocie i tchórzliwości polityków przyjdzie czekać na kolejne fale kryzysu. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-01-23 9:41

Post scriptum

Powinienem właściwie myśleć już tylko o urlopie, bo od jutra będę się już nim w pełni rozkoszował (przynajmniej mam taką nadzieję), ale wszystko jest spakowane (dobra organizacja jest w naszym małżeństwie mocną stroną), czasu jest mnóstwo, więc postanowiłem napisać małe post scriptum do poprzedniego wpisu.

Okazało się bowiem, że w południe w środę 20 stycznia umieściłem wpis, w którym napisałem między innymi, że „administracji [USA] nie stać było na to, co jest niezbędne, czyli na przymusowe rozdzielenie działalności inwestycyjnej i bankowej. Regulowała to po Wielkim Kryzysie ustawa Glass-Steagalla, która została uchylona w 1999 roku, co otworzyło drogę do kryzysu w sektorze bankowym. Lobbyści działali tak skutecznie, że tej regulacji nie ma projekcie, mimo że bardzo wiele znanych nazwisk mówi o konieczności jej przywrócenia.”. To pojawiło się w południe, a tymczasem już kilkanaście godzin później zostały podjęte decyzje, które całkowicie ten fragment tekstu zdezaktualizowały. 

Zapewne Czytelnicy tego bloga już dobrze wiedzą, o co chodzi, ale tym, którzy nie wiedzą, przyda się kilka słów wyjaśnienia. Właśnie w środę prezydent Barack Obama spotkał się z Paulem Volckerem, szefem swojej rady ds. zwalczania kryzysu i byłym szefem Fed (najbardziej poważanym wśród szefów Fed). Ustalono tam, że administracja zgłosi propozycje dalszy reform rynku finansowego. W czwartek prezydent te propozycje przedstawił. 

W największym skrócie chodzi o to, żeby po pierwsze ograniczyć wielkość instytucji finansowych po to, żeby nie było w sytuacji, że jakiś bank jest „za duży żeby upaść” i trzeba go ratować pieniędzmi podatnika. Po drugie zmiany mają doprowadzić do tego, że w praktyce rozdzielona zostanie działalność inwestycyjna od bankowej. Tym bowiem byłby zakaz prowadzenia działalności na rachunek własny przez banki komercyjne. Gdyby te regulacje weszły w życie to jedyną drogą do dużych zysków byłoby wydzielenie działalności inwestycyjnej do odrębnej spółki i pozostawienie w banku klasycznej działalności depozytowo/kredytowej. Przypomnieć jednak trzeba, że obecnie ta ostania działalność przynosi straty. 

Firma prowadząca działalność inwestycyjną miałaby sto procent pewności, że w przypadku zagrożenie upadłością nikt by jej nie ratował, a z pewnością nie ratowałby jej pieniędzmi podatnika. Po prostu upadłaby, a inwestorzy straciliby swoje pieniądze. Być może upadałyby też inne spółki tego segmentu globalnych finansów. Jednak sektor bankowości komercyjnej (depozytowo/kredytowy) pozostałby nietknięty, a przecież to ten właśnie sektor jest dla gospodarki odpowiednikiem układem krwionośnego człowieka. Inaczej mówiąc byłby to pewnego rodzaju powrót do ustawy Glass-Steagalla, o której pisałem wyżej.

Oceniając inicjatywę administracji USA można powiedzieć: wreszcie. Takich decyzji od dawna brakowało i należy się tylko dziwić, dlaczego trzeba było całego roku, żeby te zmiany zaproponować. I tutaj koleina uwaga. Nie jest bowiem pewne, że to ociąganie się było błędem. Nie wykluczam, że było z góry założone. W końcu przecież wszystkie autorytety mówiły, że takie regulacje są konieczne, a jednak nikt ich nie proponował. Być może chodziło o to, żeby je zaproponować wtedy, kiedy gospodarka odżyje, indeksy giełdowe wzrosną, a strach o losy banków spadnie do zera. Gdyby tak rzeczywiście było to należałoby uznać tę rozgrywkę za majstersztyk. 

Zaproponować regulacje, to nie znaczy jednak, że przyjąć, bo lobbyści zrobią wszystko, żeby regulacje rozmiękczyć. Jest ich w Waszyngtonie ponad 40 tysięcy, a pieniędzy dla nich z pewnością wystarczy, bo jest ich w zainteresowanych utrąceniem tych regulacji naprawdę mnóstwo. Na przykład w Goldman Sachs premie za 2009 będą wynosiły 498 tysięcy dolarów (z groszami) na każdego z 32.500 pracowników. Pamiętać też trzeba, że w nocy z wtorku na środę Demokraci utracili w Senacie większość, która pozwoliłaby im przepchnąć odpowiednie regulacje bez protestu Republikanów. 

Republikanom będzie jednak bardzo trudno uzasadnić przed elektoratem głosowanie przeciwko tej propozycji. Nie bez powodu nawet nasza prasa pisze o „populistycznych” propozycjach prezydenta Obamy. Tak, one rzeczywiście zostaną przez elektorat zrozumiane i przyjęte z aplauzem. Jednak w tym przypadku jest to dobry populizm. Tak jak „dobry cholesterol” istnieje bowiem również „dobry populizm”. Do ludzi trzeba umieć dotrzeć. W piątek Meredith Whitney, bardzo znana analityczka, która miała w ostatnich latach wiele trafnych prognoz, powiedziała, że plan Obamy będzie najprawdopodobniej uchwalony, co „dramatycznie” zmniejszy zyski z inwestycji. Odpowiedzią rynku na takie dictum była totalna wyprzedaż trudno się temu dziwić. Zakładam jednak, że nie byłoby takich reakcji, gdyby nie to, że rynek po prostu dojrzał do styczniowej korekty. 

Wpis, do którego jest to post scriptum kończyłem ostrzeżeniem, w którym napisałem między innymi, że „prawdziwe reformy mogą zostać przeprowadzone po prawdziwym Kryzysie”. Czy zapowiedź zmian, którą przedstawił prezydent Obama każe uznać tę tezę za nieprawdziwą? Niestety nie. Pozostaje jeszcze potężny rynek instrumentów pochodnych i „shadow banking”, które nadal będą grozić światu. Przyjęcie przez Kongres propozycji administracji USA znacznie zmniejszałoby jednak prawdopodobieństwo bardzo szybkiego powrotu do ostrej fazy kryzysu. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-01-20 12:40

W smutnych nastrojach po pierwszym roku kadencji

Ten wpis wynika nie z wielkiej potrzeby albo z wielu przemyśleń na temat stanu gospodarki, czy zachowania rynków finansowych. Nadal niedługo oczekuję korekty, ale nie przejścia do bessy. W tym półroczu powinniśmy jeszcze zobaczyć szarżę byków. Na razie zakładam, że prawdziwa korekta może się rozpocząć za 3 - 4 miesiące. Prawdziwa, w odróżnieniu od korekt mniej istotnych. Taką mniej istotną obserwowaliśmy jesienią, bo trend boczny to też korekta, tyle, że idąca w bok. W styczniu nadal korekty oczekuję, ale tu się mogę mylić. W obu przypadkach nie mówiłem i nie mówię o dużej korekcie (duża to okolice 20 procent). Za 3- 4 miesiące spodziewam się rzeczywiście korekty, ale analityk powinien być elastyczny: jeśli rynek pokazuje, że się myli (tak jak mnie pokazał rynek złotego) to musi zmienić zdanie. Wpis jest pożądany, bo będę na urlopie przez 3 tygodnie i całkiem świadomie, będę się starał nie korzystać z Internetu. W tym okresie komentarze akceptować będzie (ewentualnie również odpowiadać) Łukasz Bugaj, analityk Xelion.

A teraz przejdźmy ad rem, czyli do krótkiego podsumowania roku, który mija od czasu objęcia prezydentury w USA przez Baracka Obamę. Przy okazji mała uwaga. W środę 27 stycznia (w nocy na czwartek naszego czasu) Barack Obama, wygłosi orędzie o stanie państwa. Bardzo często rynki reagują na takie orędzia wzrostem indeksów. Sensowne to może nie jest (a nawet na pewno nie jest), ale taka jest reakcja rynków i trzeba się z tym pogodzić. Obama jest znakomitym mówcą, co wszyscy wiedzą, więc już w środę możemy mieć wzrosty indeksów. Nie jest to pewnik, ale prawdopodobieństwo jest spore. Koniec dygresji. 

Byłem zwolennikiem wyboru Baracka Obamy uważając jego przeciwników (szczególnie Sarę Palin) za nieszczęście dla USA i świata. Od początku pisałem jednak, że to, co polityk mówi i to, co robi potrafi się bardzo różnić. Dlatego też twierdziłem, że nadmiernych oczekiwań nie mam, a czas zweryfikuje jak dalece Obama oddali się od zapowiedzi zmian. Truizmem jest stwierdzenie, że oddalił się znacznie. Zmian nie widać lub są bardzo ograniczone (nawet te planowane). Czy należy w związku z tym już teraz twierdzić, że Obama jest nieudolnym prezydentem, że oszukał Amerykanów? To ważne pytanie. 

Oczywiście, jako zwolennik obecnego prezydenta nie napiszę, że już wszystko przegrał. Nie przejdę do obozu ultrakonserwatystów, którzy wieszają psy na prezydencie. Nie byłem jednak rozkochanym w Baracku Obamie wielbicielem, bo gdybym nim był to pewnie doznałbym dużego zawodu. Również z tego powodu poparcie dla polityki prezydenta w USA gwałtownie topnieje. Jeśli ktoś ma olbrzymie oczekiwania w stosunku do innej osoby to prawie pewne jest, że dozna rozczarowania, a przecież nierozsądne uwielbienie obecnego prezydenta prezentowało wielu ludzi na całym świecie. 

Nie dotyczy to mnie, bo ja wiem, jakie są ograniczenia, które utrudniają przeprowadzenie prawdziwych zmian. Przede wszystkim pierwsza kadencja jest zawsze kampanią wyborczą przed kadencją drugą, co bardzo krępuje ręce prezydentowi. Po drugie nawet we własnym obozie prezydent ma przeciwników swoich idei. Po trzecie lobbyści działający na rzecz wielkiego przemysłu (40 tysięcy w samym Waszyngtonie) wraz z Republikanami zrobili wszystko, żeby obrzucić obecną administrację błotem i zmobilizować tłum przeciwko prezydentowi, co im się zresztą bardzo udało. 

Demokraci przegrywają ostatnie wybory uzupełniające, a kompletną klęską były wybory w Massachusetts. Odbyły się one w celu wypełnienia miejsca po śmierci senatora Edwarda Kennedyego (Demokraty). Republikanin Scott Brown wygrał tam z Demokratką Marthą Coakley. Demokraci stracili 60 miejscową przewagę w Senacie, dzięki czemu Republikanie mogą w nieskończoność blokować wiele ich przedsięwzięć (procedura „filibuster”). Mogą na przykład zablokować nawet tę ułomną próbę reformy ochrony zdrowia, którą usiłują przeprowadzić Demokraci. Wynik wyborów uznano za dobry dla rynku, bo zyskają koncerny farmaceutyczne i towarzystwa ubezpieczeniowe. Nie mogę się powstrzymać od gorzkiej uwagi: to co dobre dla rynków finansowych szkodzi społeczeństwu, a ono jest na tyle nierozsądne, że tego nie widzi… 

I proszę mi nie mówić, że ochrona zdrowia w USA jest wspaniała, że „prywatne jest zawsze lepsze”. Nieraz już na tym blogu pisałem o tej sprawie. Blisko 50 mln Amerykanów nie ma ochrony zdrowia. Koszt dla tych, którzy mają jest dwa razy większy niż w kolejnym pod względem wydatków państwie. Jakość ochrony zdrowia w USA lokuje się w czwartej dziesiątce statystyk Światowej Organizacji Zdrowia. Lekarze, koncerny farmaceutyczne, szpitale i kliniki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe „dmuchają” koszty w niebiosa, bo dla wszystkich jest to korzystne. Nic dziwnego, że zainteresowani zrobili wszystko, żeby utrącić reformę. Przecież widmo państwowego ubezpieczyciela (w pierwotnej wersji reformy miał konkurować z prywatnymi), który byłby o wiele tańszy od prywatnego musiało doprowadzać zarządy wielu firm do bezsenności… Ekonomiści też się cieszą: USA nie będą się tak bardzo zadłużały po to, żeby ich społeczeństwo miało lepszą i tańszą ochronę zdrowia. Wszystkim to fiasko odpowiada. Wszystkim oprócz ludzi, którzy zachorują. 

Nie będę się wypowiadał na temat spraw zupełnie niezwiązanych z gospodarką (Irak, Afganistan, Guantanamo itp.), bo co prawda mam na ten temat swoje zdanie, ale nie tutaj jest miejsce na takie oceny. W gospodarce Obama zrobił to, co zrobić musiał, ale nie zrobił wielu rzeczy, które zrobić mógł. Neoliberałowie oczywiście twierdzą, że niepotrzebnie pomagał gospodarce, bo „niewidzialna ręka rynku” sama by wszystko załatwiła. Uważam takie twierdzenie za pięknoduchostwo. Można tak mówić wtedy, kiedy nie podejmuje się decyzji i kiedy w gospodarce sytuacja już się poprawia. Prawda jest jednak taka, że bez tej pomocy (również bez pomocy rządów Chin Japonii i wielu innych państw) gospodarka globalna weszłaby w kryzys być może nawet większy od tego z lat 30. tych zeszłego wieku. Nie będę tej tezy uzasadniał. To dla mnie jest pewnik, który jednak zapewne wielu Forumowiczów będzie kwestionowało. 

Dopiero przyszłość pokaże, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie jestem jednak optymistą, bo na rynkach nic się nie zmieniło. I to według mnie jest największa porażka tej administracji. Projekt reformy sektora finansów jest zdecydowanie słaby. Administracji nie stać było na to, co jest niezbędne, czyli na przymusowe rozdzielenie działalności inwestycyjnej i bankowej. Regulowała to po Wielkim Kryzysie ustawa Glass-Steagalla, która została uchylona w 1999 roku, co otworzyło drogę do kryzysu w sektorze bankowym. Lobbyści działali tak skutecznie, że tej regulacji nie ma projekcie, mimo że bardzo wiele znanych nazwisk mówi o konieczności jej przywrócenia. 

Nie ma zresztą wielu innych rzeczy. Gdzie są ostre regulacje „shadow banking”? Gdzie jest zdecydowana walka z rajami podatkowymi (to, co się robi to są pieszczoty)? Gdzie jest zmiana zasad księgowości uniemożliwiająca kreatywną księgowość? Wręcz przeciwnie, na początku zeszłego roku zrezygnowano z zasady „mark to market”, co umożliwiło teoretyczne wyceny aktywów, a tym samym powstawanie wirtualnych zysków. Gdzie są regulacje zmuszające do rezygnacji z zasady: najważniejszy jest szybki i duży, osobisty zysk? Populistyczna walka z premiami jest przecież śmiechu warta. 

Mógłbym pisać na ten temat dużo więcej, ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, żeby pokazać, że prezydent Obama albo nie chce albo nie może zmienić nie tylko świata ale i USA. Jeśli nie chce to o jest temu winien. Jeśli nie może (co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne) to znaczy, że siła lobbystów i koncernów jest olbrzymia. Jest tak duża, że o demokracji możemy zapomnieć. Tak, bo skoncentrowana władza pieniądza ogranicza demokrację do pustego gestu: wrzucenia kartki do urny. A i tak przeciętny wyborca wrzuca pożądaną przez elity kartkę, co widać było w Massachusetts. 

Wniosek? Trzeba wrócić do „doktryny szoku” wykorzystanej w dobrej sprawie. Prawdziwe reformy mogą zostać przeprowadzone po prawdziwym Kryzysie. Mogą, ale nie muszą. Przypomina mi się zdjęcie z zeszłego (lub 2008) roku - na Wall Street stoi tłum, a nad nim na kartonie napis: „Skaczcie sk…y”. Tym razem tłum stał na ulicy. Obawiam się jednak, że w czasie następnego kryzysu może pofatygować się na górę… Wtedy będzie już za późno na reformy, bo wygrają skrajni populiści.

  

 Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-12-31 12:57

Kilka uwag na temat „listu dziesięciu”

Wszystkim Państwu życzę w 2010 roku zdecydowanej przewagi sukcesów nad porażkami - samych sukcesów nie życzę, bo to nie jest realne ;-).

Niedawno w prasie ukazał się „list dziesięciu”  czyli sygnowany przez dziesięć znanych ekonomistów manifest (http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7367552,Robmy_cos__bo_ten_dlug_nas_pograzy.html ), w którym oceniając sytuację finansów publicznych (zadłużenie i deficyt) jako bardzo niebezpieczną dla Polski domagali się określonych reform. Szkoda tylko, że list ukazał się przed świętami, co może znacznie ograniczyć jego oddziaływania. Jak rozumiem było to zaproszenie do dyskusji, w której może uczestniczyć również analityk. Dlatego też postanowiłem się odnieść do kilku propozycji z tego listu i dodać swoje trzy grosze. 

Autorzy uważają, że należy dążyć do ujednolicenie systemu emerytalnego dla wszystkich Polaków. Generalnie się z tym zgadzam, ale takie ostre postawienie sprawy prowadzi natychmiast do stwierdzenia: to jest niemożliwe. Oczywiście trzeba zreformować KRUS, ale zawsze będą (a przynajmniej powinny być) jakieś minimalne emerytury dla rolników, którzy w swoich rodzinnych gospodarstwach praktycznie nie osiągają zysku. Dyskusyjne jest też założenie, że nie będzie żadnych wcześniejszych emerytur, a jedynie „emerytury pomostowe przyznawane według niezależnej oceny ekspertów”. Nasuwa się pytanie: dla grup zawodowych, czy dla pojedynczych osób tak jak renty? Dla osób byłoby niesensowne (każda baletnica z osobna starałaby się o emeryturę), a dla grup to byłoby przecież tak samo jak w systemie wcześniejszych emerytur. 

W ten postulat wpisać można też wydłużenie i zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn. To jest rzeczywiście bezdyskusyjnie konieczne, bo żyjemy coraz dłużej. Mam jednak pytanie: jak zapewnić miejsca pracy dla tych starych już ludzi? Miejsc pracy może być coraz mniej (choćby ze względu na postęp technologiczny i wzrost wydajności pracy). Co zrobimy z tymi starszymi osobami, które pracy nie będą miały? Program 50+ niczego na razie nie załatwił i wątpię, żeby załatwił. W celu wygenerowania popytu na pracę należałoby zacząć inwestować w naukę, w badania i generalnie w myśl techniczną. W końcu, czym Polska jest gorsza od na przykład Finlandii? Pora skończyć z montowniami i zabrać się za coś bardziej ambitnego. Tyle tylko, że nasi politycy tworzą wspaniałe programy, których nawet nie próbuję realizować.

 Postulat poprawy funkcjonowania systemu ochrony zdrowia jest czymś, co ja stawiałbym na pierwszym miejscu. To, co w tej chwili mamy w Polsce to prawdziwa katastrofa - prawdziwy kryzys. Mówienie (jak ostatnio premier), że środki przeznaczone na ten cel rosną, że w ciągu 2 lat w system wpompowano o 10 mld złotych więcej jest nieporozumieniem. Pieniądze to poszły głownie na płace wcześniej bardzo źle wynagradzanych lekarzy. W mniejszym stopniu na płace pielęgniarek. Pacjenci nic na tym nie zyskali, a to, co zapowiada się na 2010 rok podnosi włosy na głowie.

 Pani minister Ewa Kopacz powiedziała ostatnio w radiu TOK FM w rozmowie z Janiną Paradowską, że nowe pomysły (potrzeba skierowania od specjalisty w celu przeprowadzenia poważnych badań) przyśpieszą diagnozę i są korzystne dla pacjentów. To jest oczywista nieprawda. Jeśli lekarz pierwszego kontaktu zleci takie badanie i wyjdzie w nim coś groźnego (przecież jest w nim opis!) to albo szybciej dostanę się do specjalisty albo wydam pieniądze na prywatną wizytę. Przejście przez specjalistę wydłuża czas nawet o kilka miesięcy, co w przypadku wielu chorób może doprowadzić do bardzo poważnych konsekwencji. Nowa procedura jest tylko i wyłącznie oszczędzaniem pieniędzy kosztem pacjentów. 

Położenie nacisku na współpłacenie oraz na dobrowolne, uzupełniające, prywatne ubezpieczenia zdrowotne systemu nie uleczy. Owszem, jeśli pojawi się możliwość odliczania sporej części kosztu ubezpieczenia od podatku to bardziej zamożna (i wąska) część społeczeństwa na tym skorzysta, a prywatna służba zdrowia będzie się rozwijała. Jednak od mieszania herbata słodka się nie zrobi. Do systemu trzeba dosypać pieniędzy. Premier 30 grudnia podwyżkę wykluczył - przecież pacjenci nie będą palili opon przed Kancelarią Premiera. Oczywiście trzeba system wpierw uszczelnić. I nie może być tak, że jeśli dyrektor dyscyplinuje lekarzy (np. wprowadza im elektroniczna kontrolę czasu) to pracownicy doprowadzają do jego usunięcia. Lekarze już naprawdę zarabiają nieźle i trzeba doprowadzić, żeby zrezygnowali z zasady: 12 godzin pracy na 3 pełnych etatach, bo to jest po prostu oszustwo. 

Jednym z postulatów w „liście dziesięciu” jest prywatyzacja. Na szczęście autorzy nie wpisali do postulowanych obiektów tej prywatyzacji ochrony zdrowia, bo przypomniałbym wszystkim jak to działa w USA, gdzie wydatki są na głowę są dwa razy większe niż w kolejnym państwie na liście, a pozycja na liście Światowej Organizacji Zdrowia jest odległa (czwarta dziesiątka). Jednak i tak mam duże wątpliwości, czy należy pozbywać się na przykład ostatniego dużego polskiego banku. Generalnie uważam, że robienia fetysza z prywatyzacji nie jest rozsądne. Nie jest bowiem prawdą, co zawsze powtarzam, że prywatne jest zawsze lepsze. Gdyby tak było to nie byłoby ani „enronitis” ani obecnego kryzysu. Należy po prostu zachować rozsądek. 

W całej rozciągłości popieram postulat, w którym autorzy twierdzą, że „w Polsce transfery socjalne trafiają w ponad 50 proc. do rodzin zamożnych i średniozamożnych, a powinny trafiać wyłącznie do biednych”. Od zawsze uważałem, że ulgi na dzieci i wszelkiego typu becikowe dla ludzi zarabiających po kilkanaście tysięcy miesięcznie, a tym bardziej dla tych zarabiających dużo więcej, jest kompletnym nieporozumień. Złym populizmem - złym, bo moim zdanie może być też dobra jego odmiana. Interesujący jest też pomysł nagradzania urzędników za właściwe zachowania. Problem jednak w tym, że nagradzani mieliby być za „oszczędności przy niepogarszaniu jakości świadczonych usług”, co wprowadza do systemu uznaniowość (ktoś jakość musiałby oceniać) i niezbyt mi się podoba.

 Brakuje mi w tym liście jednak jednego: autorzy spojrzeli przede wszystkim na stronę wydatkowo-organizacyjną, a nie spojrzeli na przychodową (może oprócz systemu emerytalnego). Nic dziwnego - bardzo trudno byłoby się chyba im w tej sprawie porozumieć. W Polsce przecież nadal obowiązuje stara, neoliberalna triada „prywatyzować, ciąć podatki, ciąć wydatki socjalne”. Gdzie tu miejsce na to, co niedawno postulował profesor Jerzy Osiatyński (http://www.pulsbiznesu.com.pl/Default2.aspx?ArticleID=1595c84f-254f-4a56-8246-af764996ca7c&readcomment=1&page=0&orderBy=down ), a co ja popieram w całej rozciągłości (zdając sobie sprawę z burzy, która ściągam na swoją głowę)? Zwiększenie dochodów państwa wymagałoby jednak powrotu do starej składki rentowej, do podatku PIT z trzema skalami, do znacznego ograniczenia samozatrudnienia, które jakże często jest zakamuflowanym zatrudnieniem szkodzącym systemowi emerytalnemu i budżetowi państwa oraz do zwiększenia składki zdrowotnej. Poza tym nasze urzędy skarbowe musiałby mieć możliwości takie jak amerykański IRS. Tylko to może zmniejszyć szarą strefę. 

Jak widać są to postulaty, które szkodzą przede wszystkim lepiej zarabiającym, a przecież to oni są wyrazicielami opinii publicznej. Politycy w całości mieszczą się w tej grupie. Nie ma więc obaw: postulaty z ostatniego akapitu nie zostaną wcielone w życie. Warto jednak o tym pamiętać wtedy, kiedy zaczniemy narzekać na „zadłużenie, które będą spłacać nasze wnuki”…

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-12-07 13:01

Houston, mamy problem…

W piątek 4 grudnia w USA zostały opublikowane dane, które zszokowały rynki finansowe. Miesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy okazał się być dużo lepszy od prognoz, które mówiły o zmniejszeniu zatrudnienia o 130 tysięcy przy stopie bezrobocia 10,2 proc. Opublikowane dane mówiły o spadku zatrudnienia jedynie o 11 tysięcy przy stopie bezrobocia 10 proc. Ten ostatni wskaźnik można sobie darować, bo sposób wyliczania i zbierania danych czyni go niewiarogodnym. To tak jak z sondażami politycznymi w Polsce - liczy się tylko kierunek zmian na przestrzeni kliku miesięcy, a nie pojedynczy odczyt. 

Dane o zatrudnienie też jednak wydawały się być kompletnie niewiarogodne, mimo tego, że te z poprzednich miesięcy skorygowano w kierunku pożądanym przez optymistów. Warto przypomnieć sobie, że dzień wcześniej szokiem była publikacja indeksu ISM dla sektora usług. Oczekiwano wzrostu, a tymczasem spadł on z 50,6 do 48,7 pkt., z czego wynikało, że ponad 80 procent gospodarki USA się cofa. Gospodarka ma się niezbyt dobrze, ale miejsc pracy nie ubywa? Niezwykle mało prawdopodobne szczególnie, że w środę raport ADP informował o ubytku sektorze prywatnym 169 tysięcy miejsc pracy. Prawdą jest, że zwiększenie zatrudnienia tymczasowego w usługach (szczególnie w sklepach) w sezonie sprzedaży świątecznej poprawiło statystyki, ale już dane za styczeń będą znacznie gorsze. Poza tym wcale się nie zdziwię, jeśli za miesiąc dane zostaną zweryfikowane na dużo gorsze. 

Jak więc widać przyczyna była (według mnie) wątpliwej natury, ale skutki bardzo istotne dla wszystkich inwestorów. Gwałtowne umocnienie dolara doprowadziło do wyłamania kursu EUR/USD dołem z dziewięciomiesięcznego kanału trendu wzrostowego, co zgodnie z analizą techniczną jest sygnałem do rozpoczęcia większej korekty. Można założyć, że obowiązuje filtr, ale przełamanie 1,48 USD taki sygnał kupna dolara by potwierdzało. W swoich komentarzach dla Xelion i Stooq.pl uprzedzałem od wielu tygodni, że na razie obowiązuje (nieksiążkowa) korelacja dobre dane - słaby dolar, ale jeśli wzrosną oczekiwania na podwyżkę stóp to wszystko się zmieni.  

W końcu przecież klasyczna, książkowa korelacja danych z walutą jest oczywista: dobre dane to większe prawdopodobieństwo podwyżki stóp, a to zazwyczaj wspomaga walutę. Korelacja mocne dane - słabszy dolar jest zależnością „kryzysową”. Wtedy to słabe dane i inne wydarzenia, których bali się inwestorzy doprowadzały do ucieczki kapitałów do bezpiecznej przystani, którą jednak ciągle był dolar. Słusznie, bo przecież USA nie oddadzą swojej mocarstwowej pozycji i roli dolara jako rezerwowej waluty jeszcze przez długie lata. Poprawa nastrojów w tej sytuacji musiała dolara osłabiać. Dolara powinno też osłabiać zadłużenie USA, ale to inny temat. Nie ulega wątpliwości, że na przestrzeni wielu lat dolar będzie tracił, ale mówimy o chwili obecnej - może o kilku miesiącach, a w tym okresie sytuacja może się znacznie różnić od długoterminowego trendu.  

Wyciąganie wniosków z jednej reakcji jest niesensowne, bo już kilka razy wydawało się, że korelacja się zmienia i nic z tego nie wynikało. Załóżmy jednak, że teraz rzeczywiście trend na rynku EUR/USD się odwraca, bo to właśnie jest ten problem, o którym wspominam w tytule. Jeśli tak to mamy scenariusz rozgałęziający się na dwie odnogi. W pierwszej kolejne dane będą bardzo dobre, w drugiej słabe. W obu sytuacjach mamy też sytuację, w której likwidowane by były pozycje wynikające z procesu carry trade. Inwestorzy pożyczali w dolarze (licząc na jego słabość) inwestowali na rynkach surowcowych i giełdach akcji krajów rozwijających się. Zarabiali, sprzedawali z zyskiem o oddawali dolary, które już mniej ich kosztowały., Zarabiali dwukrotnie - na aktywach i na walucie.  

Poza tym powstawało sprzężenie zwrotne: słaby dolar - wzrost wartości aktywów - jeszcze słabszy dolar i tak w kółko. Jeśli dolar się zacznie umacniać, to kierunek sprzężenia się zmieni. Wtedy będzie to działało tak: silny dolar - spadek cen aktywów - jeszcze mocniejszy dolar (bo likwidujący pozycję muszą go kupić, żeby zwrócić kredyt). Inaczej mówiąc powstaje sytuacja, w której pojawia się zalążek poważnej korekty. Tyle tylko, że to nie jest takie proste, bo mamy właśnie dwie odnogi, o których wspominałem w poprzednim akapicie.  

Jeśli dane będą słabe, a kurs EUR/USD będzie spadał (co jest możliwe, jeśli trend zmieni się na spadkowy), a dane nie będą tylko i wyłącznie słabe to wtedy mamy prawie stuprocentową pewność przeceny na rynku surowców i akcji. Jeśli jednak kolejne dane makro (nie tylko z rynku pracy) będą bardzo dobre to pojawia się nielogiczność: dlaczego mamy sprzedawać surowce i akcje, skoro sytuacja gospodarcza będzie się szybko poprawiała? Wtedy rozpoczęłaby się walka między carry trade a fundamentami. Zakładam, że jednak wygrałyby ją fundamenty. Tak było np. w 2005 roku, kiedy dolar się umacniał, a surowce i akcje drożały. Wniosek numer jeden: zmiana kierunku EUR/USD na spadkowy nie musi być przyczyną przeceny akcji i surowców.  

Taką przyczyną mogłoby być jednak realne zagrożenie szybką i zdecydowaną akcją Fed, czyli serią podwyżek stóp. Drugim zagrożeniem byłby duży wzrost rynkowych stóp procentowych, czyli rentowności obligacji dziesięcioletnich, które są dla takich stóp odnośnikiem (benchmark). Do podwyżki stópi zostało przynajmniej pół roku i bardzo wątpię, żeby miała to być seria podwyżek. Wzrost rentowności na razie jest niegroźny, ale jeśli wybije się ona z dużego trójkąta (przekroczy 3,64 proc.) to powstanie sygnał sprzedaży obligacji (wzrostu rentowności), który doprowadzi rentowność do poziomu 4,30 proc. Gdyby i ten poziom padł to nastąpi wybicie a 22. letniego kanału trendu spadkowego, a to zapowiadałoby wzrost rentowności do około 7 procent (kredyt hipoteczny 9-10 procent). Wniosek numer dwa: obserwujmy obligacje.  

W piątek 4 grudnia kurs EUR/USD spadł, to fakt, ale jeszcze paniki zamykanie carry trade nie wywołał. Surowce zareagował niewielkimi spadkami cen (oprócz złota, gdzie pojawiła się gwiazda wieczorna, czyli sygnał sprzedaży). Wszyscy wiedzą, że kolejne dane nie muszą wcale być takie dobre. Wszyscy też czekają na reakcję na kolejne raporty ze sfery makro. Nie wiedzą, czy dobre dane rzeczywiście będą umacniały dolara. Nie wiedzą też, czy jeśli będą dobre i dolar będzie się umacniał to bardziej istotne będzie zamykanie carry trade, czy gra na wyższe zyski spółek. Zbyt dużo wątpliwości, żeby podejmować poważne decyzje. Stąd wniosek numer trzy: zachować spokój i obserwować reakcje na kolejne publikacje makro. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

2009-11-23 13:48

Krótka recenzja na drugą rocznicę

Minęła druga rocznica objęcia rządów przez obecną koalicję, a ja zdecydowanie nie miałem weny, która pozwoliłaby mi coś na ten temat napisać. Jednak, jak zobaczyłem panel poświecony gospodarce i posłuchałem tego, co się tam mówi to wena przyszła. Nawiasem mówiąc uważam zapraszanie na dyskusję jednej tylko opcji gospodarczo-ekonomicznej (co nie znaczy, że bałwochwalczo wpatrzonej w rząd) jest dosyć dyskusyjne. Brakowało mi tam takich nazwisk (w alfabetycznym porządku) jak Bratkowski, Gomułka, Gronicki, Jankowiak, Hausner już nie mówiąc nawet o Kołodce. Wtedy byłaby to bardzo ciekawa dyskusja, a nie akademia ku czci. Widać jednak tak miało być jak było. 

Przejdźmy ad rem. Uważam, że olbrzymim i niedocenianym osiągnięciem rządu jest rozwiązanie sporu z Eureko. Koszty poniesione przez PZU (częściowo również przez budżet, który dostanie mniej pieniędzy) są niczym wobec tego, co czekałoby Polskę za parę lat, kiedy Eureko zakończyłoby już cały cykl procesowy. Istotne jest również to, że rząd dał sobie radę z emeryturami pomostowymi. To nie jest olbrzymi sukces, ale wiele poprzednich rządów bało się go rozwiązać. 

Popatrzmy teraz jak rząd dał sobie radę z kryzysem. Stare powiedzenie mówi, że zwycięzców się nie sądzi, więc trzeba powiedzieć, że udało się przeprowadzić Polskę przez pierwszą fazę kryzysu prawie suchą nogą. Pierwszą fazę, bo nadal twierdzę, że zobaczymy drugą - pewnie gdzieś w drugiej połowie 2010 będą już widziane jej początki. Możemy gratulować rządowi, że gospodarce udało się wejść jedynie w stagnację, a nie w recesję. Pamiętać jednak trzeba o dwóch sprawach. Po pierwsze zejście z prawie siedmiu procent wzrostu PKB do jednego procenta to nie jest doskonałe osiągnięcie. Po drugie pozytywny wpływ działań rządu nie był duży. Nie można wykluczyć, a właściwie prawdopodobieństwo tego scenariusza graniczy z pewnością, że bardziej agresywne działania doprowadziłyby do mniejszego spadku zatrudnienia. Trudno za sukces uznać zagwarantowanie bezpieczeństwa depozytów, bo był to po prostu obowiązek rządu. Programy pomocowe były niewielkie (realnej gotówki było chyba tylko 2 mld PLN - dokapitalizowanie BGK) i wdrażane w ślamazarnym tempie. 

Dziwi mnie często przez wielu komentatorów wyrażane w mediach zdumienie siłą naszej gospodarki. Wielu z nich mówi, że chciałoby to zrozumieć. Muszę się kolejny raz powtórzyć i przypomnieć, że to naprawdę jest bardzo proste. Mocny system bankowy, duży popyt wewnętrzny (duży kraj), mała zależność PKB od eksportu, słaby złoty pomagający utrzymywać konkurencyjność gospodarki, „jazda na gapę”, czyli pomoc płynąca z budżetów innych państw (Niemcy kupujący samochody w Polsce), napływ środków unijnych (tu oklaski dla rządu za wykorzystanie) - to wszystkie czynniki, które gospodarce pomogły. Jak widać niewielki był w tym udział rządu (nie tylko tego, również poprzednich). 

Oprócz środków unijnych jest jeszcze jeden czynnik, który pomógł gospodarce. Tu rzeczywiście była spora zasługa rządu. Mówił on dużo ustami ministra finansów, o konieczności cięć w wydatkach, ale robił coś innego, czego wynikiem była nowelizacja budżetu i poważne zwiększenie deficytu budżetowego jak również zaprojektowanie dużego deficytu w roku przyszłym. To było sensowne posunięcie, bo nie ma nic gorszego niż cięcie wydatków w kryzysie. Nawiasem mówiąc do takiego działania, czyli do utrzymania wydatków i pozwolenie na automatyczny wzrost deficytu do 25-27 mld PLN zachęcało rząd od początku roku wielu ekonomistów. Szkoda tylko, że na początku roku, w styczniu na ślepo te wydatki ograniczano. Gdyby nie takie działanie, to z pewnością wyniki byłyby lepsze. 

Nie ma jednak nic za darmo. Zwiększone deficyty prowadzą do zwiększenia zadłużenia Polski. Rząd w tej sprawie kompletnie nic nie robi, a powinien. Nie jest żadnym usprawiedliwieniem mówienie, że niczego nie można zrobić (zreformować finansów publicznych), bo prezydent zawetuje. W Irlandii reformy przeprowadzono na drodze konsensu osiągniętego wspólnie przez rząd, opozycję i związki zawodowe. U nas nawet nie spróbowano tego zrobić. Można mówić o niemożności, jeśli się spróbuje coś zrobić, a to się jednak nie uda. Poza tym jest jeszcze możliwość porozumienia się z częścią opozycji lub z prezydentem. Nic nie zrobiono, bo nadciągają lata wyborcze, więc przecież lepiej niczego nie robić, bo można zniechęcić elektorat. Okazało się, że od gospodarki ważniejsze są zmiany w Konstytucji, których oczywiście nie da się wprowadzić w życie, a z cała pewnością nie przed wyborami prezydenckimi. 

Nawiasem mówiąc chwila prawdy przyjedzie po wyborach prezydenckich. Nie chcę być złym prorokiem, ale przejęcie pełni władzy przez obecną koalicję (a to, że wybory prezydenckie wygra jej przedstawiciel jest prawie pewne) może się stać okazją do wzniesienia dziecięcego okrzyku „król jest nagi!”. Nic dziwnego, że jest już projekt przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011 roku, a nie jesienią. To zresztą bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze wreszcie mielibyśmy sytuację, w której nowa ekipa układa budżet, a poza tym od czerwca 2011 roku Polska będzie sprawowała prezydencję UE, a ciężko jej to będzie robić, jeśli będzie w trakcie wyborów. Tyle tylko, że jakoś tak jestem prawie pewien, że opozycja nie pozwoli na skrócenie kadencji po to, żeby dać obecnej koalicji rok na pokazanie, jakie reformy będzie przeprowadzała. Jeśli ich nie przeprowadzi to będzie potwornie krytykowana, a jeśli przeprowadzi sama, bez osiągnięcie konsensu, o którym wyżej to też będzie krytykowana i może przegrać wybory. Ciekawy dylemat polityczny, ale jedno jest pewne: gospodarka za to wszystko zapłaci, a zadłużenie będzie rosło. Obawiam się, że te wszystkie banki i RPP, które mówią o umocnieniu złotego w latach 2010/2011 mogą się bardzo mylić. 

Nic dziwnego, że minister finansów usiłuje zmienić kierunek strumienia pieniędzy płynących z naszych składek emerytalnych z OFE do ZUS, o czym pisałem w poprzednim felietonie, ale to jest oczywiście tylko i wyłącznie plaster na ranę. Sytuacja i tak będzie się pogarszała. Naprawdę zupełnie nie rozumiem, dlaczego zamiast powywoływania komisji konstytucyjnej nie powołać komisji ds. reformy finansów publicznych. Nie jest tak, że musi ona zakończyć się niepowodzeniem. W końcu przecież nie musiałoby podczas jej obrad dochodzić do siłowego przepychania swoich, partyjnych pomysłów. 

Udział wszystkich aktorów sceny publicznej wraz z ekspertami reprezentującymi różne nurty myśli ekonomicznej powinien doprowadzić do wypracowania na przykład dwóch wersji reformy (spełniających cel, którym byłoby zmniejszanie zadłużenia), które można by poddać referendum. Polacy sami wybraliby sobie odpowiadający im system. To wcale nie musiałoby politykom zaszkodzić. Wręcz odwrotnie - pokazanie, że potrafią się porozumieć zwiększyłoby dla nich poparcie. Dlaczego nie spróbować? 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-11-05 10:51

Rewolucja emerytalna?

Ostatnio media wzięły pod lupę pomysł ministerstwa finansów, które chce zmienić strumień pieniędzy płynących z naszych składek emerytalnych. Obecnie z 19,52 procent płacy brutto, które kierowane są do funduszy emerytalnych do OFE trafia 7,3 procent, a do ZUS 12,22 procent. Rządowy projekt mówi o zmniejszeniu składki wpłacanej do OFE do około 3 procent. Wtedy do ZUS trafiałoby około 16,5 procent. Takie są fakty. Jaki jest powód takiej propozycji (do decyzji jeszcze daleko, a fala krytyki zapewne doprowadzi do fiaska tej propozycji)? Bardzo prosty. Takie przesunięcie około 13 mld złotych zmniejszy zadłużenie Polski o około 1 procent PKB, a to być może pozwoli na uniknięcie przekroczenia w 2010 roku poziomu ostrożnościowego 55 procent. 

Przypomnijmy sobie, że niedawno “Rzeczpospolita” poinformowała o rodzących się planach rządu zawieszenia na dwa lata zawartych w ustawie o finansach publicznych progów ostrożnościowych (50 i 55 procent). Pamiętać trzeba o tym, że w Konstytucji RP jest określony poziom zadłużenia (60 procent w stosunku do PKB), którego przekroczyć nie możemy. Poziom ten ustalony został w traktacie z Maastricht i jest jednym z warunków przyjęcia euro. Informacja ta została prawie natychmiast przez urzędników ministerstwa finansów zdementowana. Mówiono, że ministerstwo nie pracuje nad takim projektem. Problem jednak w tym, że gazeta nie pisała o „pracach nad projektem”, a jedynie o „sondowaniu”, a nie ulega wątpliwości, że takie sondowanie się przecież (z wolą czy bez woli ministerstwa) rozpoczęło. Być może alternatywą była zaproponowana właśnie zmiana w funduszach emerytalnych. 

Nie ulega wątpliwości, że poziom 55 procent przekroczymy jak nie w 2010 to w 2011 roku. Struktura wydatków państwa (80 procent wydatków sztywnych, które będą rosły), zależność zadłużenie od wartości złotego (będzie w przyszłym roku tracił) i szkodliwa obniżka podatków PIT dla zamożnych oraz składki rentownej nie pozostawiają złudzeń. Przekroczenie tego poziomu kazałoby bardzo ograniczyć dochody mniej zamożnej części społeczeństwa. Mniej zamożnej, ale bardziej licznej. Alternatywą jest podniesienie podatków. Jest bardziej niż pewne, że jeśli zagrożenie przekroczenia 55 procent zadłużenia się pojawi to politycy, chcący przecież wygrać wybory, po prostu ten próg usuną. Na razie próbują problem zaklajstrować. 

Sprawa ma kilka aspektów. Pierwszy z nich to sama reforma emerytalna (ma już 10 lat). Uważam, że ma ona więcej wad niż zalet - jestem jej zdecydowanym przeciwnikiem. Idee przesunięcia części składek z systemu repartycyjnego do kapitałowego wynika z dwóch założeń. Po pierwsze, że na akcjach w długim terminie zawsze się zarabia, a po drugie, że prywatne firmy konkurując ze sobą wypracują z pewnością większe zyski niż państwowa firma. Oba te filary drugiego filaru są przegniłe. 

Na akcjach rzeczywiście w długim terminie się zarabia, ale po pierwsze problemem jest długość tego terminu, po drugie skala zysku, a po trzecie ryzyko. Zdecydowanie lepiej zarabia się na obligacjach rządowych. Ryzyko niewielkie, zyski pewne, czas im dłuższy tym lepszy. W USA można tę tezę udowodnić na odcinkach 30. letnich. W Polsce istniejący od 1997 roku fundusz obligacji FIO Pioneera był gorszy od WIG tylko w latach 2006-2007. W pozostałych 10 latach był zawsze lepszy. Teraz zysk wynosi 190 procent od 1997 roku - WIG wzrósł w tym czasie o 150 procent. 

A co z tezą o wyższości prywatnych konkurujących ze sobą firm? Sami wiemy, że konkurencyjność jest co najmniej wątpliwa. Koszty zarządzania kapitałami olbrzymie. Zyski bardziej niż umiarkowane. Pamiętać trzeba, że kilka osób zajmujących się w ZUS zarządzaniem kapitałów w ramach funduszu rezerwy demograficznej miało wyniki lepsze od OFE. Nie da się temu zaprzeczyć. Jedynie ideologia, czyli teza mówiąca o tym, że państwowe jest zawsze gorsze niż prywatne każe z uporem iść w kierunku wielu PTE. 

Jest jeszcze trzeci aspekt. Przesunięcie 10 lat temu części składki z ZUS do OFE zmusza budżet do zwiększenia dopłata do ZUS, a tym samym do generowania długu (obligacji), które kupują OFE na tym zarabiając (rentowność). Brak w tym logiki. Dużo lepiej, taniej i bezpieczniej byłoby (jeśli musimy mieć część kapitałową), wyodrębnić w ramach ZUS kilkuosobową komórkę, która kupowałaby tylko obligacje rządowe i prowadziła indywidualne konta przyszłych emerytów, na których lokowane byłyby te obligacje. Tak jak teraz w OFE. 

Największa wadą OFE jest przymus inwestowania. OFE mają limity inwestowania w akcje (40 procent), których zresztą prawie nigdy nie testują, ale teoretycznie mogłyby na tych akacjach zarabiać całkiem sporo, gdyby stosowały timing. Z obserwacji wiemy, że coś robią, ale zazwyczaj są spóźnione. Ponieważ jednak składka na emeryturę jest obowiązkowa (ja uważam, że słusznie) to powinno się dopuścić możliwość przekazywana jej części do OFE. Tyle tylko, że wtedy ilość PTE zmalałaby do maksimum dwóch. Wielki biznes bez najmniejszego ryzyka by się skończył. 

Zwolennicy systemu kapitałowego powiedzą w tej chwili (nawet dużo wcześniej), że demografia nie pozostawia złudzeń: poprzedni system (repartycyjny) jest nie do obrony. To według mnie kolejny mit. Załamuje się ręce zamiast myśleć nad tym jak zwiększyć przychody. Trzeba sprzyjać wzrostowi ludności, ale nie niemądrym becikowym. Wystarczy spojrzeć na to jak robią to we Francji, pomagając rodzinom, kobietom przedszkolami i innymi udogodnieniami socjalnymi. Poza tym oczywiście nie należało zmniejszać składki rentowej. Trzeba też zreformować cały system doprowadzając do tego, żeby Polacy płacili składki emerytalne. Teraz nie tylko będący w KRUS płacą symbolicznie… 

W ten sposób załatwiłem część pierwszą, czyli ideę systemu kapitałowego. Pora teraz na cześć drugą, czyli pomysły ministerstwa finansów. Po pierwsze trzeba wyraźnie powiedzieć, że straszenie upadkiem złotego z powodu pojawienia się tego projektu jest nieporozumieniem. Widać to było w środę 4.11, kiedy ministerstwo swój pomysł przedstawiło. Złoty bardzo się umocnił.. W Argentynie rząd ich OFE znacjonalizował i w niczym nie zaszkodziło to ani peso ani indeksowi Merval, który zachowywał się dużo lepiej niż WIG20 - niedawno testował szczyt wszech czasów. 

Twierdzi się, że ministerstwo swoją decyzją demontuje całą reformę. Słusznie, rzeczywiście tak jest. Mimo, że jestem przeciwnikiem tej reformy to właśnie najbardziej mnie niepokoi. Zmiana warunków gry nie może się obywać tak arbitralnie, nagle, bez vacatio legis. Dlatego też myślę, że pomysł zrealizowany nie zostanie. Gdybym się mylił i jednak został zrealizowany to warto zastanowić się nad kilkoma sprawami. 

Po pierwsze straszenie Polaków zmniejszeniem emerytur z tytułu tego przesunięcia środków jest niepoważne i na kilometry pachnie lobbingiem. Widziałem prognozy spadku emerytur o 1/4 - 1/3. Jak z takiego ubytku składki w OFE, które lokuje średnio 1/3 otrzymanych środków w akcje sprawić, żeby emerytura tak mocno spadła jest prawdziwą zagadką. OFE na części akcyjnej musiałyby zarabiać naprawdę krocie, żeby do tego doszło. Pamiętać trzeba, że środki przesunięte do ZUS mają być rewaloryzowane zgodnie ze średnią rentownością obligacji. Może nie będzie tego więcej, a bardzo mało prawdopodobne, żeby było mniej. 

Przeciwnicy tego pomysłu twierdzą, że w OFE są nasze realne pieniądze, a w ZUS tylko zapisy. Stąd już blisko do tezy o „okradaniu”. Minister twierdzi, że zapis na koncie nie różni się od obligacji, które kupują OFE - jedno i drugie jest przecież zobowiązaniem skarbu państwa. Tu jest słaby punkt tego projektu. Obligacje spłacić trzeba, bo jeśli by się ich nie spłaciło to zawaliłaby się cała gospodarka - wierzyciele polscy i zagraniczni przestaliby ufać Polsce, a to byłaby katastrofa. Zapis na koncie emerytalnym to co innego. Politycy mogą zawsze powiedzieć: nie ma pieniędzy, nie zrewaloryzujemy. Mogą też powiedzieć, że zmniejszą emerytury (tak jak na Łotwie). Co prawda tym popełniliby wyborcze seppuku, ale należałoby pomyśleć o jakichś zabezpieczeniach tych pieniędzy. 

Spójrzmy teraz na stronę polityczną propozycji ministerstwa. Wiadomo jak groźne byłoby przekroczenie poziomu zadłużenia 55 procent PKB. Szczególnie groźne w latach wyborczych. Rząd ma więc do wyboru: albo przeprowadzić reformę finansów publicznych albo znieść progi ostrożnościowe albo szukać innych, nieortodoksyjnych rozwiązań. Oczywiście najlepsza byłaby reforma, ale mamy dwa lata wyborcze, a reforma byłaby bardzo bolesna dla wielu Polaków. Poza tym rządzi nami koalicja, a prawo weta ma prezydent. Wniosek: przez następne dwa lata reforma jest nierealna. A gdyby nawet była to żaden polityk jej nie przeprowadzi, bo chce być wybrany. Trzeba by olbrzymiego kryzysu bijącego po kieszeniach albo rządu, który nie chce być wybrany, żeby poważne reformy (KRUS, wydłużenie wieku emerytalnego, większe składki od samozatrudnionych, emerytury mundurowe, poważny program sprzyjający wzrostowi populacji itp.) zostały przeprowadzone. Skoro w latach 2010 - 2011 nie da się przeprowadzić reformy tak to pozostają dwa inne sposoby. Jeden został zaproponowany formalnie, drugi nieformalnie. Do Polaków i mediów należy teraz wybór.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-10-28 13:54

Coraz więcej sygnałów ostrzegawczych

Minęły dwa tygodnie od ostatniego wpisu, a ilość komentarzy znacznie przekroczyła sześćset, więc trzeba napisać coś nowego. Najchętniej wszedłbym na cudze pole, ale świadomość własnej niekompetencji mnie powstrzymuje. Nie znaczy to, że problemu nie zasygnalizuję. W końcu przecież wszyscy Polacy znają się na ochronie (dawniej zwanej „służbą”) zdrowia. Wchodząc na to pole zastanawiam się, czy to ja oszalałem, czy to media i politycy stracili poczucie rzeczywistości (delikatnie mówiąc). Mocne słowa, ale chyba konieczne. Wszyscy rozprawiają o sprawach naprawdę drugorzędnych, a tymczasem wykluwa się potwór, czyli prawdziwy kryzys ochrony zdrowia. 

Słyszy się to tu to tam o problemach, o kłopotach NFZ, o szpitalach, które nie dostają zwrotów za nadwykonania, o dramatycznie długim czasie oczekiwania na ważne dla życia badania (pisała o tym niedawno „GW”), ale nikt nie bierze tego na sztandar - ani rząd, ani, co bardziej dziwi, opozycja. Rząd zajmuje się jednorękimi bandytami zamiast przede wszystkim ochroną zdrowia. Nawiasem mówiąc nie podoba mi się „pokazucha”, którą według mnie jest zapowiedź wprowadzenia hazardowej prohibicji. Owszem, coś z rozrostem tej strefy (ale przecież nie w Internecie) trzeba zrobić. Trzeba to było jednak zrobić dużo wcześniej, albo później i po dłuższym przemyśleniu, a nie teraz tylko dlatego, że kilku panów próbowało ustawić sobie prawo (ustawę). Zostawmy hazard, wróćmy do ochrony zdrowia, gdzie idziemy szybkim krokiem ku totalnej zapaści. Przy obecnym zasileniu systemu w pieniądze nie da się chronić efektywnie zdrowia Polaków.

Premier Donald Tusk na początku swojego urzędowania mówił o stopniowym zwiększaniu składki zdrowotnej. Teraz twierdzi, że do tego nie dopuści. Przy obecnych wpływach z tego tytułu wybuch kryzysu (on już jest tylko na razie pełza) jest w stu procentach pewny. Czy rząd paraliżuje strach przed podniesieniem podatków, czy przemożna chęć sprywatyzowania systemu? Zakładam, że to pierwsze, ale pewny nie jestem. Wiemy przecież, że prywatna ochrona zdrowia z refundacją koszyka świadczeń przez państwo będzie o niebo droższa, a wcale nie tak znowu bardziej efektywna. W polskich prywatnych firmach czas oczekiwania na specjalistyczne badania wynosi od paru tygodni do… 6 miesięcy. Idziemy szybko ku zawałowi, ale politycy i media wolą babrać się w różnych aferach. Świat oszalał. 

Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi odejście od swojej „działki”, ale musiałem coś napisać o tym, co najbardziej mnie ostatnio bulwersuje. Świat oszalał - tym możemy też wrócić na znane mi poletko, czyli na rynki finansowe. Widać tutaj pewne symptomy zmiany postaw banków i rządów. Na razie są one nieliczne i nie malują spójnego obrazu sytuacji. Coś jednak da się z tych sygnałów wyczytać. Mervin King, szef Banku Anglii, twierdzi, że działania rządów w celu ratowania systemu bankowego doprowadziły do olbrzymiego zagrożenia hazardem moralnym. Apeluje o przeprowadzenie głębokich reform i ostrzega, że stopy procentowe nie mogą ciągle pozostawać na tak niskim poziomie. Parę dni potem telewizja CNBC informuje, że administracja USA szuka rozwiązania dla problemu firm „za dużych by upaść”. W ramach planu opracowanego przez rząd Federal Deposit Insurance ma dostać uprawnienia do podziału firm (w domyśle przede wszystkim banków), których upadek może zagrozić gospodarce. Doprowadza to oczywiście do gwałtownego spadku indeksów. 

To nie wszystko. Ciekawe rzeczy działy się też na peryferiach. Australia podnosi stopy i ostrzega, że będzie je nadal podnosiła. Ludowy Bank Chin ostrzega, że należy się przygotowywać na zmniejszenie akcji kredytowej i zmiany w polityce monetarnej (czytaj: na podniesieni stóp). Indie zauważają, że inflacja może stać się groźna i ograniczają akcję kredytową zmuszając banki do zwiększenia zakupów obligacji. Brazylia wprowadza dwuprocentowy podatek na zagraniczny kapitał przeznaczony na inwestycje portfelowe. Inaczej mówiąc: chcecie kupić brazylijskie akcje lub reala? Możecie, oczywiście, ale zapłacicie podatek od wprowadzonych do Brazylii kapitałów. Nie dotyczy to inwestycji w realną gospodarkę. Można powiedzieć, że to taki swoisty podatek Tobina. Powodem jest zbyt mocna waluta brazylijska (real). Brazylia broni się przed kapitałem spekulacyjnym (lub, jak kto woli, przed funduszami inwestycyjnymi). Może coś mi umknęło, ale nie zauważyłem gwałtownej krytyki tego brazylijskiego posunięcia, co jest chyba swoistym signum temporis. Może dlatego mocno nie krytykowano, że prymusa nie należy krytykować, a Brazylia jest przecież prymusem. Może jednak krytyki nie było również dlatego, że podatek ten przez rok był zawieszony - przedtem wynosił 1,5 proc., więc nie było to nic nadzwyczajnego. 

Wydaje się jednak, że w niektórych krajach, powoli, zaczyna się rozumieć jak niszczący wpływ mogą mieć przewalające się w kąta w kąt potężne kapitały spekulacyjne. Być może również znakiem czasu jest to, co mówił ostatnio Bill Gross, szef największego na świecie funduszu obligacji (PIMCO). Twierdzi on, że półroczny wzrost cen bardziej ryzykownych aktywów dobiegł końca, a wzrost gospodarki USA będzie poniżej historycznie uzasadnionej średniej. Zaapelował też o ustanowienie nowego porządku w światowej gospodarce, w którym regulacje rządowe byłyby większe niż obecnie, konsumpcja mniejsza (w USA), wzrost gospodarczy niższy, a rola USA zmniejszona. Można powiedzieć, że Gross głosi konieczność odejścia od zasad turbokapitalizmu. Ostrzega też obecny guru światowej gospodarki, czyli Nouriel Roubini, mówiąc, że proces carry trade (pożyczamy w dolarach, żeby kupować ryzykowne aktywa - w tym oczywiście kontrakty na surowce) doprowadzi do następnego kryzysu. 

Jaki wniosek można wyciągnąć z tego, co wyżej napisałem? Otóż taki, że co prawda jakieś ożywienie gospodarcze nadchodzi, ale szybko rośnie świadomość tego, o czym już wiele miesięcy temu pisałem: rynki finansowe powtarzają stare błędy. Przecież to, co się na nich działo do połowy października było szaleństwem. Ceny surowców, wzrosty indeksów były wręcz szaleńcze. Niedawno Wolfgang Münchau z Financial Times napisał w artykule „Odliczanie do następnego kryzysu już się zaczęło”, że spółki w USA są już przewartościowane o 35 - 40 procent. Posłużył się wskaźnikami Cape (cyklicznie korygowany wskaźnik cena/zysk - twórcą jest Robert Shiller) oraz Q (miara kapitalizacji rynku podzielonej przez wartość netto - twórcą jest noblista James Tobin). Oczywiście samo przewartościowanie nie musi doprowadzić do zawału, bo spółki tylko przez 10 procent czasu są wyceniane właściwie (w pozostałych okresach są albo niedowartościowane albo przewartościowane), ale ryzyko inwestycyjne jest nieporównanie większe niż zimą tego roku. Czy świadomość powtórki z rozrywki doprowadzi już teraz do spójnych i sensownych reform? Bardzo wątpię. Wręcz kompletnie nie wierzę. Banki i rządy podejmują indywidualne akcje, a najchętniej skupiają się na płacach w sektorze finansowym. 

Owszem, kiedy już dojdzie do drugiego uderzenia kryzysu to reformy rozpoczną się na serio, ale nie teraz. Nie teraz, bo to, co rozpoczęło się w drugiej połowie października, czyli zderzenie realiów z nadziejami (patrz poprzedni wpis do bloga) doprowadziło do korekty i tylko do korekty, a nie do zawału. Od zimy mówiłem o konfrontacji realiów z nadziejami jesienią. Ostatnio (od początku miesiąca) mówiłem też, że korekta powinna się rozpocząć na przełomie października/listopada. Fakt, że we wpisie do bloga scenariusz był nieco inny, ale wszystkiego nie da się przewidzieć. Mamy korektę, ale taką, która nie kończy zabawy, chociaż zanosi się na najpoważniejszą ze wszystkich korekt od lipca tego roku. Musimy jeszcze zobaczyć powtórny ruch ku oporowi na S&P 500 (1.100 pkt.) i wtedy dopiero będziemy wiedzieli więcej. Z całą pewności jednak taka korekta nie zachęci do reform - wręcz przeciwnie: będzie do nich zniechęcała. I tak, jak stado lemingów (tych z filmów, a nie realnych;-), będziemy nadal wierzyli, że uda nam się przepłynąć morze…

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-10-12 13:47

Zderzenie nadziei z realiami

Rozpoczęła się jesień, a z nią czas, kiedy to trzeba się już rozstać z pięknoduchowskimi rozważaniami na temat podatku Tobina, przyszłości dolara, czy jakości wskaźnika PKB. Trzeba wziąć się za bary z rynkami. Od początku roku, sporo wcześniej niż rozpoczęły się trwające ponad pół roku zwyżki, twierdziłem, że pakiety pomocowe rządów i działania banków muszą doprowadzić do przekroczenia masy krytycznej, co doprowadzi do eksplozji popytu, który będzie do jesieni podnosił indeksy i ceny surowców. Twierdziłem też, że jesienią oczekiwania zderzą się z realiami i to może być moment przełomowy. Dalej taką opinię podtrzymuję. 

Nie ulega bowiem wątpliwości, że przez ponad pół roku indeksy i ceny surowców rosły nie dlatego, że w gospodarce światowej (również w Polsce) widać było ożywienie, a tylko i wyłącznie dlatego, że inwestorzy mieli nadzieję na takie ożywienie. Mieli też (co chyba jest bardziej istotne) dostęp do bardzo taniego pieniądza. Był to znowu taki sam okres jak w latach 2003 - 2007, kiedy wystarczyło tanio pożyczyć kapitał, zainwestować go na rynku surowcowym, czy na emerging markets i zbierać kolosalne zyski. Można powiedzieć, że zarabianie stało się znowu banalnie łatwe. Indeksy w niektórych przypadkach (Indie, Brazylia, Turcja, Argentyna) odrobiły około siedemdziesiąt procent spadków ostatniej bessy. Na tym tle nasz WIG20 wygląda zresztą wyjątkowo słabo (mniej niż 40 procent). Surowce gwałtownie drożały. Niebędące na cenzurowanym miedź drożała na początku września o 140 procent w stosunku do stycznia. Ropa zachowywała się nieco gorzej, bo spekulantom na tym rynku grożą zwiększone regulacje. 

Przy okazji przypominam swoją przestrogę: powtarzamy te same błędy, więc zapłacimy za pewien czas (ciągle według mnie za mniej niż 2 lata) powtórką z kryzysu. Wystarczy spojrzeć na „osiągnięcia” ostatniego szczytu G-20, żeby stwierdzić, że poprawa sytuacji dramatycznie zmniejszyła chęć do reformowania systemu. Nawet media nie widziały w wynikach tego szczytu niczego wartego szerszego omówienia. Powtarzam: jeśli za reformy biorą się ludzie, którzy biernie (niektórzy działali, ale pomagając w budowaniu baniek) przyglądali się temu jak buduje się podłoże pod obecny kryzys to ich „reformy” muszą zakończyć się totalną klapą. Tyle, że będzie to powtórka kryzysu w sytuacji, kiedy państwa będą drastycznie zadłużone, a elektoraty naprawdę wściekłe. Tym się jednak będziemy martwili za rok. 

Niedawno niedźwiedziom przysłużyła się wypowiedź Alana Greenspana, byłego szefa Fed. Powiedział on, że co prawda gospodarka USA będzie w najbliższych 6 miesiącach rosła (nawet po trzy procent kwartalnie), ale potem znowu rozpocznie się spowolnienie, a rok 2010 nie będzie dobry dla rynku akcji. Co prawda gwiazda Alana Greenspana już zgasła, również dlatego, że i on należy do tego grona, któremu zawdzięczamy kryzys, ale tym razem może mieć rację. Pomoc rządowa w USA bardzo powoli dociera do gospodarki. W końcu września tylko kilkanaście procent pakietu Obamy zostało wykorzystane. Teraz zbliża się okres, kiedy ten pakiet będzie bardziej odczuwalny. Co się jednak stanie, kiedy skończy się pomoc rządu? Na przykład właśnie za pół roku? Bardzo wątpię, żeby „zastartowana” gospodarka dała sobie radę. 

Inwestorzy/gracze są jednak przede wszystkim zainteresowani tym, co będzie się działo w najbliższych miesiącach. I słusznie, bo głośno głoszona teza: na akcjach w długim terminie zawsze się zarabia wreszcie okazała się być nieprawdziwa. Wreszcie, bo ja od zawsze twierdziłem, że prawdziwa nie jest. Dziwi mnie tylko to, że znajdują się jeszcze analitycy, którzy ją wyznają. W wielu miejscach znajduję jednak zmianę postaw. Teraz to timing jest królem. Timing, czyli kupowanie i sprzedawanie w odpowiednich momentach. Pamiętać jednak trzeba, że dominacja takiego podejścia (to się jeszcze nie stało) będzie zwiększała zmienność. 

Wróćmy do chwili obecnej. Pierwsze zderzenie nadziei z realiami było dosyć bolesne. Spadający indeks zaufania w USA, spadek indeksu Chicago PMI poniżej 50 pkt. i zamówień na dobra trwałego użytku (w obu przypadkach zaszkodził koniec programu wymiany samochodów - „kasa za grata”), czy osunięcie się indeksu ISM dla przemysłu amerykańskiego oraz słabe dane z rynku pracy ostrzegały, że nadchodzące ożywienie może być bardzo słabe. Również spadki Baltic Dry Index (indeks kosztu frachtu surowców drogą morską) ostrzegały, że realna gospodarka to nie zabawy funduszy na rynkach finansowych. Niedawno profesor Nouriel Roubini, który dzięki przewidzeniu tego ostatniego kryzysu zyskał opinię, którą stracił Alan Greenspan, powiedział, że ta właśnie seria słabych raportów jest bardzo niepokojącym sygnałem. Roubini uważa, że na podstawie tych danych można prognozować bardzo słabe ożywienie i wyjście z recesji literą U z zagrożeniem powstania jednak W. Powiedział też, że rynek akcji zabrnął za wysoko. Oczywiście, ma rację, że zabrnął za wysoko, ale zapomina, że przewartościowanie rynku nie oznacza, że skazany jest on na spadki cen aktywów. Poza tym od końca września, BDI całkiem dynamicznie rośnie, a dane niedługo będą lepsze (a jeśli nawet nie będą to gracze oczekują, że będą). 

Podstawowe pytanie brzmi: czy czeka nas już teraz przecena? Niekoniecznie. Rozpoczyna się teraz sezon raportów kwartalnych amerykańskich spółek. Twierdzi się, że w drugim kwartale spółki pokazywały niezłe wyniki, bo cięły koszty. Teraz już dalej ich ciąć nie mogą - muszą pokazać zwiększone przychody, zyski i prognozy. Pesymiści twierdzą, że będzie to trudne, więc publikacja raportów zakończy trwającą pół roku falę zwyżki. Nie jest to jednak takie proste. Tajemnicą poliszynela jest to, że prognozy ustawiane są tak, żeby łatwo można było je pobić. Taką grę Wall Street prowadzi od lat. Raport Alcoa potwierdza tę tezę. Spółka miała zysk o 70 procent, a przychody o 33 procent niższe niż rok temu. Oczekiwania były jednak gorsze (spodziewano się straty). To oczywiście podniosło cenę akcji. 

Nadal wystarczy opublikować nieco lepszy raport i zaświecić prognozą, żeby cena akcji wzrosła. Pojawił się jednak problem. Problem z rosnącymi przed sezonem raportów indeksami. I to najbardziej mnie niepokoi. Sam w kolejnych komentarzach pisałem, że sezon raportów kwartalnych będzie dla byków korzystny, ale jeśli widzę, że cały rynek tak myśli to zaczynam się niepokoić. Za duży optymizm, Nadmiernie dobre nastroje i duże oczekiwania to prosta droga do rozczarowania. Gdyby ta gra tym razem nie zakończyła się sukcesem byków to rzeczywiście byłby to poważny sygnał wejścia rynku w korektę. 

Nawet jednak, jeśli korekta się rozpocznie to jednak nie będzie powrotu do bessy. Po sezonie raportów znowu będziemy się wpatrywali w dane makro, a one (jak napisałem wyżej) powinny się poprawiać. Wystarczy seria lepszych raportów i byki powrócą. Szczególnie nastroje mogą się poprawić w końcówce roku, bo przecież dostęp do taniego pieniądza nie zniknie, a poza tym trzeba będzie zapracować na premie… Z tego wniosek, że tylko seria naprawdę zaskakująco słabych danych może doprowadzić do rozpoczęcie korekty całego tegorocznego wzrostu (ale nie do bessy). Analiza techniczna sygnalizuje, że do poważnej korekty jest już blisko. Indeksy w Brazylii, Argentynie, Turcji, Indiach rysują typowe dla hossy formacje, ale są już w fali piątej, czyli przed korektą. Indeksy w USA mogą jeszcze rosnąć nawet jeśli jest to tylko korekta ABC (S&P 500 może zakończyć ruch w okolicach 1150 - 1170 pkt.), ale potem też powinna pojawić się większa korekta. Jak widać prawdopodobieństwo negatywnego rozwoju sytuacji jest bardzo duże, ryzyko inwestycyjne największe od lutego, ale nagroda za odwagę może być całkiem spora. 

Nieco inna jest sytuacja GPW. Rynek jest rozchwiany i najchętniej pozostałby w trendzie bocznym. Mam wrażenie, że szykuje się już nie tyle do sezonu raportów amerykańskich spółek, ile do raportów naszych spółek (pierwsza połowa listopada). Fundusze bardzo często czekają na wyniki i uderzają w środku lub przy końcu sezonu. Być może zbiegnie się on też z debiutem PGE, a to dodatkowo podgrzałoby atmosferę (powracające po takich ofertach kapitały często podgrzewają rynek). Pozostaje też sprawa krajów nadbałtyckich. Gdyby tam rzeczywiście doszło do dewaluacji, co doprowadziłoby do kryzysu banków szwedzkich to indeksy giełdowe w krajach naszego regionu zaczęłyby spadać. Trzeba tę sytuację obserwować. 

Reasumując: nie oczekuję załamania na giełdach, chociaż nie wykluczam korekty w czasie/po sezonie raportów kwartalnych spółek w USA. Uważam, że szczyt powinien być wyżej. Jeśli chodzi o GPW to zanosi się na to, że w październiku najpewniej nie wyjdziemy z trendu bocznego 2.100 -2.317 pkt., a może nawet 2.030 - 2317 pkt. O dalszym kierunku przesądziłoby dopiero pokonanie jednego z tych poziomów, ale ciągle zakładam, że szczyt powinien być wyżej. Pamiętajmy też o tym, że na rynku kontraktów jeden inwestor ma 50 procent pozycji, a drugi 25 procent. Mogą zrobić z tym rynkiem dokładnie to, co będą chcieli zrobić. A to przecież rynek kontraktów pokazuje rynkowi akcji kierunek. I nikt się tym nie przejmuje skazując GPW na konwulsje…

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2009-09-24 10:31

Król PKB – kiedy nastąpi detronizacja?

Pisząc o PKB muszę na początku zrobić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze uważam, że rząd zrobił słusznie chwaląc się niedawno wzrostem gospodarki. Nawet jeśli nie są to tak naprawdę dane tak doskonałe jak chciano nas przekonać to media na całym świecie będą rozpowszechniały informację: Polska jest liderem i nie poddaje się kryzysowi. To duży plus, bo może przyciągnąć inwestorów zagranicznych. Nie znaczy to jednak, żeby zamykać oczy na realia i pogrążać się w samozadowoleniu.

Poza tym poważnie się obawiam, że padniemy ofiarami własnego sukcesu. Niemiecki program wspomagania producentów samochodów się już zakończył. Inne środki pomocowe nie będą już tak bardzo Polsce pomagały. Ożywienie gospodarcze jednak z całą pewnością się w Europie i w USA pojawi. U nas zresztą również. Jednak w przyszłym roku okaże się, że inne kraje regionu (Czechy, Słowacja, Węgry) będą się rozwijały z dużo większą szybkością niż Polska. Działać będzie efekt niskiej bazy i dużo większa zależność tych krajów od eksportu (będzie rósł). Trzeba się przygotować na to, że media będą mówiły o polskiej stagnacji. 

Po drugie zastrzegam, że nie mam zamiaru wchodzić na pole zarezerwowane dla naszych makroekonomistów. Oni się na tym znają lepiej, ale czasem i oni powinni wyjść poza szablon. Tak jest na przykład z bezrobociem w USA. Pisałem o tym w felietonie „Koniec pierwszego etapu kryzysu”. Odezwały się głosy mówiące o tym, że nie jest prawdziwa teza mówiąca o różnicach w pomiarze bezrobocia w USA i Europie. Otóż jest i pisał już o tym klika lat temu Jeremy Rifkin w swoim „Europejskim marzeniu”. Niedawno wypowiedział się też na ten temat Dennis Lockhart, szef Fed w Atlancie. Twierdzi on, że jeśli uwzględni się ludzi, którzy przestali szukać pracy, ale dlatego, że się nie mogą jej znaleźć od dawna oraz tych, którzy przyjmują pracę w wymiarze ich zdecydowanie niesatysfakcjonujący, to stopa bezrobocia w USA wynosiłaby 16 proc. 

Mając w pamięci te dwa zastrzeżenia spójrzmy teraz na raport, w którym GUS informuje o wzroście polskiego PKB (w drugim kwartale wzrósł o 1,1 procent). Przypomnijmy przy okazji w skrócie (już o tym pisałem) dlaczego nasza gospodarka jest taka odporna. Nie dlatego, że obniżone zostały podatki. Większość z wynikających z tego oszczędności nich wylądowała w kieszeni ludzi, którzy wcale nie musieli ich wydać. Jest kilka powodów tego sukcesu: dobrze zarządzany sektor bankowy (niektórzy mówią „zacofany”, ale ja wolę wyjaśnienie pozytywne), w którym nie było „trujących aktywów”, zdecydowanie mniejszy niż w innych krajach regionu udział eksportu w PKB, duży rynek wewnętrzny (liczba ludności), dopłaty unijne, własna waluta (dzięki osłabieniu złotego nie załamał się eksport), pomoc rządowa w sąsiednich krajach (przede wszystkim w Niemczech), która na przykład zwiększała popyt na samochody w Polsce. Mamy po prostu trochę szczęścia, a to się bardzo liczy. 

Ekonomiści i dziennikarze bardzo delikatnie obeszli się z danymi, ale jeśli spojrzy się głębiej w raport GUS to widać pewne niepokojące sygnały. Przede wszystkim spadł popyt wewnętrzny (2 proc.) i po raz pierwszy od drugiego kwartału 2003 spadły inwestycje (2,9 proc.). Mniejsze inwestycje będą negatywnie procentowały w przyszłości. Popyt wewnętrzny jest bardzo w Polsce ważny, bo to ponad 60 procent PKB. Można zapytać: co w takim razie dało tak dobry wynik? Po części mniejszy ujemny wkład zmiany zapasów, ale naprawdę pozytywny wpływ miał eksport netto, czyli bilans handlu zagranicznego (3,1 pkt. proc.). Gdyby nie ten czynnik to PKB wylądowałby na minusie. Skąd takie dane? Po prostu załamał się import konsumpcyjny, i co gorsze, inwestycyjny (import spadł w stosunku do zeszłego roku o 20,3 procent, a eksport o 14,3 proc.). 

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli do krytyki samego wskaźnika (PKB). Można przeprowadzić ćwiczenie umysłowe, co by się stało gdyby eksport spadł o 25 procent, a import o 60 procent? No cóż, bilans byłby jeszcze lepszy i PKB wyglądałby jeszcze lepiej. A przecież byłaby to mała tragedia zarówno dla zatrudnionych w firmach związanych z handlem zagranicznym jak i dla budżetu (mniejsze podatki). PKB wzrośnie też, jeśli wzrosną zapasy. Teraz się zmniejszają, co PKB obniża. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego zapasy wzrosną? Czy dlatego, że firmy uwierzą w ożywienie, a dynamika sprzedaży (opróżniania magazynów) się nie zmniejszy, czy też dlatego, że popyt uzasadni wzrost zapasów? Na to raport o PKB nam nie odpowie. 

Oczywiście PKB ma mnóstwo innych, ogólnie znanych wad. Na przykład zanieczyszczenie środowiska zwiększy PKB, bo przecież trzeba będzie je usunąć i za to zapłacić. Jest wiele takich przykładów. Dlatego też od dziesiątków lat ekonomiści szukają wskaźnika, który zdecydowanie lepiej opisywałby to, co dzieje się w danym państwie. W państwie, niekoniecznie tylko w gospodarce, bo przecież PKB nic nie mówi o zadowoleniu społeczeństwa. Może być na przykład bardzo różnie dzielony. Takimi wskaźnikami są Wskaźnik Rozwoju Społecznego (Human Development Index) stosowany przez ONZ, czy Wskaźnik Rzeczywistego Rozwoju (Genuine Progress Indicator). Zdecydowanie lepiej opisują one sytuację, ale są trudniejsze do wyliczenia i mają jeszcze jedną wadę: bardzo nie podobają się wyznawcom neoliberalnej wersji ekonomii. 

Ostatnio media obiegła informacja o interesującej wypowiedzi prezydenta Francji. Nicolas Sarkozy chce zaproponować światu nowy system pomiaru postępu gospodarczego i społecznego, który lepiej niż PKB odzwierciedla jakość życia ludzi. Prezydent opiera się na wynikach prac powołanej przez prezydenta Francji w lutym 2008 roku komisji Josepha Stiglitza, której zadaniem było właśnie ocena wskaźnika, jakim jest PKB i ewentualnie propozycje jego zastąpienia. Członkami komisji było pięciu noblistów (oprócz samego Stiglitza byli to: Amartya Sen, Kenneth Arrow, Daniel Kahneman i James Heckman). Nawet jeśli ma się inne niż oni zdanie to trzeba się poważnie zastanowić zanim się zdezawuuje wyniki jej prac. 

W Polsce jednak, w tym raju neoklasycznej ekonomii, o krytykę było bardzo łatwo. Najmocniej uderzył profesor Leszek Balcerowicz stwierdzając, że takiego wskaźnika “po prostu nie ma” (cytat za PAP). Prawdę mówiąc takie stwierdzenie mnie zszokowało. Wiemy przecież, że postępu zatrzymać się nie da, że informatyzacja i komputeryzacja dają coraz potężniejsze narzędzia, które mogą być wykorzystane przez statystyków. Tymczasem ważna dla polskiej ekonomii postać mówi, że innego wskaźnika nie ma… Wiemy też, że założenie, iż PKB jest „silnie związany z pozytywnymi zjawiskami, przede wszystkim z redukcją biedy” (też podobno twierdzenie profesora Balcerowicza) nie do końca jest prawdą, bo to nie wzrost PKB redukuje biedę, a sposób jego podziału. 

Rozbawiła mnie jednak kolejna fraza (znowu Leszek Balcerowicza za PAP): “Myślę, że deklaracja prezydenta Sarkozyego jest ruchem politycznym pod publikę. Ma odwrócić uwagę od realnych problemów, od tego, że wzrost gospodarczy mierzony PKB jest we Francji niski”. Obawiam się, że to klasyczny dla naukowców problem: oderwanie od realnego życia. Naukowcy (mam nadzieję, że nie wszyscy) zdają się myśleć, że społeczeństwo bardzo się przejmuje wzrostem PKB. Nic bardziej błędnego. Nawet w krajach naszej cywilizacji 90+ procent społeczeństwa nie wie nawet, co to jest PKB. Ludzie patrzą na to, czy łatwo jest znaleźć pracę, ile za nią dostają i ile i czego mogą kupić. Jakieś statystyczne dane i teoretyczne porównania nikogo oprócz specjalistów nie interesują. Jeśli więc prezydent Francji chciał być populistą to wybrał bardzo wąską publikę, co może dziwić, bo głosami ekonomistów i analityków nie wygrywa się wyborów. 

Jak widać w Polsce jeszcze długo pomysł innego niż PKB pomiaru postępu gospodarczego i społecznego się nie przebije. Środowiska sceptyczne wobec takich propozycji są po prostu zbyt potężne. Ale nic nie trwa wiecznie - za parę lat, po kolejnym, niszczącym kryzysie, zmieni się cały system finansów globalnych, a za nim podąży nauka, która z pewnością zdefiniuje nowy miernik tak, żeby odczucia ludzi pokrywały się z jego zmianami.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/