Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: styczeń 2010

2010-01-23 9:41

Post scriptum

Powinienem właściwie myśleć już tylko o urlopie, bo od jutra będę się już nim w pełni rozkoszował (przynajmniej mam taką nadzieję), ale wszystko jest spakowane (dobra organizacja jest w naszym małżeństwie mocną stroną), czasu jest mnóstwo, więc postanowiłem napisać małe post scriptum do poprzedniego wpisu.

Okazało się bowiem, że w południe w środę 20 stycznia umieściłem wpis, w którym napisałem między innymi, że „administracji [USA] nie stać było na to, co jest niezbędne, czyli na przymusowe rozdzielenie działalności inwestycyjnej i bankowej. Regulowała to po Wielkim Kryzysie ustawa Glass-Steagalla, która została uchylona w 1999 roku, co otworzyło drogę do kryzysu w sektorze bankowym. Lobbyści działali tak skutecznie, że tej regulacji nie ma projekcie, mimo że bardzo wiele znanych nazwisk mówi o konieczności jej przywrócenia.”. To pojawiło się w południe, a tymczasem już kilkanaście godzin później zostały podjęte decyzje, które całkowicie ten fragment tekstu zdezaktualizowały. 

Zapewne Czytelnicy tego bloga już dobrze wiedzą, o co chodzi, ale tym, którzy nie wiedzą, przyda się kilka słów wyjaśnienia. Właśnie w środę prezydent Barack Obama spotkał się z Paulem Volckerem, szefem swojej rady ds. zwalczania kryzysu i byłym szefem Fed (najbardziej poważanym wśród szefów Fed). Ustalono tam, że administracja zgłosi propozycje dalszy reform rynku finansowego. W czwartek prezydent te propozycje przedstawił. 

W największym skrócie chodzi o to, żeby po pierwsze ograniczyć wielkość instytucji finansowych po to, żeby nie było w sytuacji, że jakiś bank jest „za duży żeby upaść” i trzeba go ratować pieniędzmi podatnika. Po drugie zmiany mają doprowadzić do tego, że w praktyce rozdzielona zostanie działalność inwestycyjna od bankowej. Tym bowiem byłby zakaz prowadzenia działalności na rachunek własny przez banki komercyjne. Gdyby te regulacje weszły w życie to jedyną drogą do dużych zysków byłoby wydzielenie działalności inwestycyjnej do odrębnej spółki i pozostawienie w banku klasycznej działalności depozytowo/kredytowej. Przypomnieć jednak trzeba, że obecnie ta ostania działalność przynosi straty. 

Firma prowadząca działalność inwestycyjną miałaby sto procent pewności, że w przypadku zagrożenie upadłością nikt by jej nie ratował, a z pewnością nie ratowałby jej pieniędzmi podatnika. Po prostu upadłaby, a inwestorzy straciliby swoje pieniądze. Być może upadałyby też inne spółki tego segmentu globalnych finansów. Jednak sektor bankowości komercyjnej (depozytowo/kredytowy) pozostałby nietknięty, a przecież to ten właśnie sektor jest dla gospodarki odpowiednikiem układem krwionośnego człowieka. Inaczej mówiąc byłby to pewnego rodzaju powrót do ustawy Glass-Steagalla, o której pisałem wyżej.

Oceniając inicjatywę administracji USA można powiedzieć: wreszcie. Takich decyzji od dawna brakowało i należy się tylko dziwić, dlaczego trzeba było całego roku, żeby te zmiany zaproponować. I tutaj koleina uwaga. Nie jest bowiem pewne, że to ociąganie się było błędem. Nie wykluczam, że było z góry założone. W końcu przecież wszystkie autorytety mówiły, że takie regulacje są konieczne, a jednak nikt ich nie proponował. Być może chodziło o to, żeby je zaproponować wtedy, kiedy gospodarka odżyje, indeksy giełdowe wzrosną, a strach o losy banków spadnie do zera. Gdyby tak rzeczywiście było to należałoby uznać tę rozgrywkę za majstersztyk. 

Zaproponować regulacje, to nie znaczy jednak, że przyjąć, bo lobbyści zrobią wszystko, żeby regulacje rozmiękczyć. Jest ich w Waszyngtonie ponad 40 tysięcy, a pieniędzy dla nich z pewnością wystarczy, bo jest ich w zainteresowanych utrąceniem tych regulacji naprawdę mnóstwo. Na przykład w Goldman Sachs premie za 2009 będą wynosiły 498 tysięcy dolarów (z groszami) na każdego z 32.500 pracowników. Pamiętać też trzeba, że w nocy z wtorku na środę Demokraci utracili w Senacie większość, która pozwoliłaby im przepchnąć odpowiednie regulacje bez protestu Republikanów. 

Republikanom będzie jednak bardzo trudno uzasadnić przed elektoratem głosowanie przeciwko tej propozycji. Nie bez powodu nawet nasza prasa pisze o „populistycznych” propozycjach prezydenta Obamy. Tak, one rzeczywiście zostaną przez elektorat zrozumiane i przyjęte z aplauzem. Jednak w tym przypadku jest to dobry populizm. Tak jak „dobry cholesterol” istnieje bowiem również „dobry populizm”. Do ludzi trzeba umieć dotrzeć. W piątek Meredith Whitney, bardzo znana analityczka, która miała w ostatnich latach wiele trafnych prognoz, powiedziała, że plan Obamy będzie najprawdopodobniej uchwalony, co „dramatycznie” zmniejszy zyski z inwestycji. Odpowiedzią rynku na takie dictum była totalna wyprzedaż trudno się temu dziwić. Zakładam jednak, że nie byłoby takich reakcji, gdyby nie to, że rynek po prostu dojrzał do styczniowej korekty. 

Wpis, do którego jest to post scriptum kończyłem ostrzeżeniem, w którym napisałem między innymi, że „prawdziwe reformy mogą zostać przeprowadzone po prawdziwym Kryzysie”. Czy zapowiedź zmian, którą przedstawił prezydent Obama każe uznać tę tezę za nieprawdziwą? Niestety nie. Pozostaje jeszcze potężny rynek instrumentów pochodnych i „shadow banking”, które nadal będą grozić światu. Przyjęcie przez Kongres propozycji administracji USA znacznie zmniejszałoby jednak prawdopodobieństwo bardzo szybkiego powrotu do ostrej fazy kryzysu. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2010-01-20 12:40

W smutnych nastrojach po pierwszym roku kadencji

Ten wpis wynika nie z wielkiej potrzeby albo z wielu przemyśleń na temat stanu gospodarki, czy zachowania rynków finansowych. Nadal niedługo oczekuję korekty, ale nie przejścia do bessy. W tym półroczu powinniśmy jeszcze zobaczyć szarżę byków. Na razie zakładam, że prawdziwa korekta może się rozpocząć za 3 - 4 miesiące. Prawdziwa, w odróżnieniu od korekt mniej istotnych. Taką mniej istotną obserwowaliśmy jesienią, bo trend boczny to też korekta, tyle, że idąca w bok. W styczniu nadal korekty oczekuję, ale tu się mogę mylić. W obu przypadkach nie mówiłem i nie mówię o dużej korekcie (duża to okolice 20 procent). Za 3- 4 miesiące spodziewam się rzeczywiście korekty, ale analityk powinien być elastyczny: jeśli rynek pokazuje, że się myli (tak jak mnie pokazał rynek złotego) to musi zmienić zdanie. Wpis jest pożądany, bo będę na urlopie przez 3 tygodnie i całkiem świadomie, będę się starał nie korzystać z Internetu. W tym okresie komentarze akceptować będzie (ewentualnie również odpowiadać) Łukasz Bugaj, analityk Xelion.

A teraz przejdźmy ad rem, czyli do krótkiego podsumowania roku, który mija od czasu objęcia prezydentury w USA przez Baracka Obamę. Przy okazji mała uwaga. W środę 27 stycznia (w nocy na czwartek naszego czasu) Barack Obama, wygłosi orędzie o stanie państwa. Bardzo często rynki reagują na takie orędzia wzrostem indeksów. Sensowne to może nie jest (a nawet na pewno nie jest), ale taka jest reakcja rynków i trzeba się z tym pogodzić. Obama jest znakomitym mówcą, co wszyscy wiedzą, więc już w środę możemy mieć wzrosty indeksów. Nie jest to pewnik, ale prawdopodobieństwo jest spore. Koniec dygresji. 

Byłem zwolennikiem wyboru Baracka Obamy uważając jego przeciwników (szczególnie Sarę Palin) za nieszczęście dla USA i świata. Od początku pisałem jednak, że to, co polityk mówi i to, co robi potrafi się bardzo różnić. Dlatego też twierdziłem, że nadmiernych oczekiwań nie mam, a czas zweryfikuje jak dalece Obama oddali się od zapowiedzi zmian. Truizmem jest stwierdzenie, że oddalił się znacznie. Zmian nie widać lub są bardzo ograniczone (nawet te planowane). Czy należy w związku z tym już teraz twierdzić, że Obama jest nieudolnym prezydentem, że oszukał Amerykanów? To ważne pytanie. 

Oczywiście, jako zwolennik obecnego prezydenta nie napiszę, że już wszystko przegrał. Nie przejdę do obozu ultrakonserwatystów, którzy wieszają psy na prezydencie. Nie byłem jednak rozkochanym w Baracku Obamie wielbicielem, bo gdybym nim był to pewnie doznałbym dużego zawodu. Również z tego powodu poparcie dla polityki prezydenta w USA gwałtownie topnieje. Jeśli ktoś ma olbrzymie oczekiwania w stosunku do innej osoby to prawie pewne jest, że dozna rozczarowania, a przecież nierozsądne uwielbienie obecnego prezydenta prezentowało wielu ludzi na całym świecie. 

Nie dotyczy to mnie, bo ja wiem, jakie są ograniczenia, które utrudniają przeprowadzenie prawdziwych zmian. Przede wszystkim pierwsza kadencja jest zawsze kampanią wyborczą przed kadencją drugą, co bardzo krępuje ręce prezydentowi. Po drugie nawet we własnym obozie prezydent ma przeciwników swoich idei. Po trzecie lobbyści działający na rzecz wielkiego przemysłu (40 tysięcy w samym Waszyngtonie) wraz z Republikanami zrobili wszystko, żeby obrzucić obecną administrację błotem i zmobilizować tłum przeciwko prezydentowi, co im się zresztą bardzo udało. 

Demokraci przegrywają ostatnie wybory uzupełniające, a kompletną klęską były wybory w Massachusetts. Odbyły się one w celu wypełnienia miejsca po śmierci senatora Edwarda Kennedyego (Demokraty). Republikanin Scott Brown wygrał tam z Demokratką Marthą Coakley. Demokraci stracili 60 miejscową przewagę w Senacie, dzięki czemu Republikanie mogą w nieskończoność blokować wiele ich przedsięwzięć (procedura „filibuster”). Mogą na przykład zablokować nawet tę ułomną próbę reformy ochrony zdrowia, którą usiłują przeprowadzić Demokraci. Wynik wyborów uznano za dobry dla rynku, bo zyskają koncerny farmaceutyczne i towarzystwa ubezpieczeniowe. Nie mogę się powstrzymać od gorzkiej uwagi: to co dobre dla rynków finansowych szkodzi społeczeństwu, a ono jest na tyle nierozsądne, że tego nie widzi… 

I proszę mi nie mówić, że ochrona zdrowia w USA jest wspaniała, że „prywatne jest zawsze lepsze”. Nieraz już na tym blogu pisałem o tej sprawie. Blisko 50 mln Amerykanów nie ma ochrony zdrowia. Koszt dla tych, którzy mają jest dwa razy większy niż w kolejnym pod względem wydatków państwie. Jakość ochrony zdrowia w USA lokuje się w czwartej dziesiątce statystyk Światowej Organizacji Zdrowia. Lekarze, koncerny farmaceutyczne, szpitale i kliniki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe „dmuchają” koszty w niebiosa, bo dla wszystkich jest to korzystne. Nic dziwnego, że zainteresowani zrobili wszystko, żeby utrącić reformę. Przecież widmo państwowego ubezpieczyciela (w pierwotnej wersji reformy miał konkurować z prywatnymi), który byłby o wiele tańszy od prywatnego musiało doprowadzać zarządy wielu firm do bezsenności… Ekonomiści też się cieszą: USA nie będą się tak bardzo zadłużały po to, żeby ich społeczeństwo miało lepszą i tańszą ochronę zdrowia. Wszystkim to fiasko odpowiada. Wszystkim oprócz ludzi, którzy zachorują. 

Nie będę się wypowiadał na temat spraw zupełnie niezwiązanych z gospodarką (Irak, Afganistan, Guantanamo itp.), bo co prawda mam na ten temat swoje zdanie, ale nie tutaj jest miejsce na takie oceny. W gospodarce Obama zrobił to, co zrobić musiał, ale nie zrobił wielu rzeczy, które zrobić mógł. Neoliberałowie oczywiście twierdzą, że niepotrzebnie pomagał gospodarce, bo „niewidzialna ręka rynku” sama by wszystko załatwiła. Uważam takie twierdzenie za pięknoduchostwo. Można tak mówić wtedy, kiedy nie podejmuje się decyzji i kiedy w gospodarce sytuacja już się poprawia. Prawda jest jednak taka, że bez tej pomocy (również bez pomocy rządów Chin Japonii i wielu innych państw) gospodarka globalna weszłaby w kryzys być może nawet większy od tego z lat 30. tych zeszłego wieku. Nie będę tej tezy uzasadniał. To dla mnie jest pewnik, który jednak zapewne wielu Forumowiczów będzie kwestionowało. 

Dopiero przyszłość pokaże, co z tego wszystkiego wyniknie. Nie jestem jednak optymistą, bo na rynkach nic się nie zmieniło. I to według mnie jest największa porażka tej administracji. Projekt reformy sektora finansów jest zdecydowanie słaby. Administracji nie stać było na to, co jest niezbędne, czyli na przymusowe rozdzielenie działalności inwestycyjnej i bankowej. Regulowała to po Wielkim Kryzysie ustawa Glass-Steagalla, która została uchylona w 1999 roku, co otworzyło drogę do kryzysu w sektorze bankowym. Lobbyści działali tak skutecznie, że tej regulacji nie ma projekcie, mimo że bardzo wiele znanych nazwisk mówi o konieczności jej przywrócenia. 

Nie ma zresztą wielu innych rzeczy. Gdzie są ostre regulacje „shadow banking”? Gdzie jest zdecydowana walka z rajami podatkowymi (to, co się robi to są pieszczoty)? Gdzie jest zmiana zasad księgowości uniemożliwiająca kreatywną księgowość? Wręcz przeciwnie, na początku zeszłego roku zrezygnowano z zasady „mark to market”, co umożliwiło teoretyczne wyceny aktywów, a tym samym powstawanie wirtualnych zysków. Gdzie są regulacje zmuszające do rezygnacji z zasady: najważniejszy jest szybki i duży, osobisty zysk? Populistyczna walka z premiami jest przecież śmiechu warta. 

Mógłbym pisać na ten temat dużo więcej, ale nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, żeby pokazać, że prezydent Obama albo nie chce albo nie może zmienić nie tylko świata ale i USA. Jeśli nie chce to o jest temu winien. Jeśli nie może (co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne) to znaczy, że siła lobbystów i koncernów jest olbrzymia. Jest tak duża, że o demokracji możemy zapomnieć. Tak, bo skoncentrowana władza pieniądza ogranicza demokrację do pustego gestu: wrzucenia kartki do urny. A i tak przeciętny wyborca wrzuca pożądaną przez elity kartkę, co widać było w Massachusetts. 

Wniosek? Trzeba wrócić do „doktryny szoku” wykorzystanej w dobrej sprawie. Prawdziwe reformy mogą zostać przeprowadzone po prawdziwym Kryzysie. Mogą, ale nie muszą. Przypomina mi się zdjęcie z zeszłego (lub 2008) roku - na Wall Street stoi tłum, a nad nim na kartonie napis: „Skaczcie sk…y”. Tym razem tłum stał na ulicy. Obawiam się jednak, że w czasie następnego kryzysu może pofatygować się na górę… Wtedy będzie już za późno na reformy, bo wygrają skrajni populiści.

  

 Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/