Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: listopad 2009

2009-11-23 13:48

Krótka recenzja na drugą rocznicę

Minęła druga rocznica objęcia rządów przez obecną koalicję, a ja zdecydowanie nie miałem weny, która pozwoliłaby mi coś na ten temat napisać. Jednak, jak zobaczyłem panel poświecony gospodarce i posłuchałem tego, co się tam mówi to wena przyszła. Nawiasem mówiąc uważam zapraszanie na dyskusję jednej tylko opcji gospodarczo-ekonomicznej (co nie znaczy, że bałwochwalczo wpatrzonej w rząd) jest dosyć dyskusyjne. Brakowało mi tam takich nazwisk (w alfabetycznym porządku) jak Bratkowski, Gomułka, Gronicki, Jankowiak, Hausner już nie mówiąc nawet o Kołodce. Wtedy byłaby to bardzo ciekawa dyskusja, a nie akademia ku czci. Widać jednak tak miało być jak było. 

Przejdźmy ad rem. Uważam, że olbrzymim i niedocenianym osiągnięciem rządu jest rozwiązanie sporu z Eureko. Koszty poniesione przez PZU (częściowo również przez budżet, który dostanie mniej pieniędzy) są niczym wobec tego, co czekałoby Polskę za parę lat, kiedy Eureko zakończyłoby już cały cykl procesowy. Istotne jest również to, że rząd dał sobie radę z emeryturami pomostowymi. To nie jest olbrzymi sukces, ale wiele poprzednich rządów bało się go rozwiązać. 

Popatrzmy teraz jak rząd dał sobie radę z kryzysem. Stare powiedzenie mówi, że zwycięzców się nie sądzi, więc trzeba powiedzieć, że udało się przeprowadzić Polskę przez pierwszą fazę kryzysu prawie suchą nogą. Pierwszą fazę, bo nadal twierdzę, że zobaczymy drugą - pewnie gdzieś w drugiej połowie 2010 będą już widziane jej początki. Możemy gratulować rządowi, że gospodarce udało się wejść jedynie w stagnację, a nie w recesję. Pamiętać jednak trzeba o dwóch sprawach. Po pierwsze zejście z prawie siedmiu procent wzrostu PKB do jednego procenta to nie jest doskonałe osiągnięcie. Po drugie pozytywny wpływ działań rządu nie był duży. Nie można wykluczyć, a właściwie prawdopodobieństwo tego scenariusza graniczy z pewnością, że bardziej agresywne działania doprowadziłyby do mniejszego spadku zatrudnienia. Trudno za sukces uznać zagwarantowanie bezpieczeństwa depozytów, bo był to po prostu obowiązek rządu. Programy pomocowe były niewielkie (realnej gotówki było chyba tylko 2 mld PLN - dokapitalizowanie BGK) i wdrażane w ślamazarnym tempie. 

Dziwi mnie często przez wielu komentatorów wyrażane w mediach zdumienie siłą naszej gospodarki. Wielu z nich mówi, że chciałoby to zrozumieć. Muszę się kolejny raz powtórzyć i przypomnieć, że to naprawdę jest bardzo proste. Mocny system bankowy, duży popyt wewnętrzny (duży kraj), mała zależność PKB od eksportu, słaby złoty pomagający utrzymywać konkurencyjność gospodarki, „jazda na gapę”, czyli pomoc płynąca z budżetów innych państw (Niemcy kupujący samochody w Polsce), napływ środków unijnych (tu oklaski dla rządu za wykorzystanie) - to wszystkie czynniki, które gospodarce pomogły. Jak widać niewielki był w tym udział rządu (nie tylko tego, również poprzednich). 

Oprócz środków unijnych jest jeszcze jeden czynnik, który pomógł gospodarce. Tu rzeczywiście była spora zasługa rządu. Mówił on dużo ustami ministra finansów, o konieczności cięć w wydatkach, ale robił coś innego, czego wynikiem była nowelizacja budżetu i poważne zwiększenie deficytu budżetowego jak również zaprojektowanie dużego deficytu w roku przyszłym. To było sensowne posunięcie, bo nie ma nic gorszego niż cięcie wydatków w kryzysie. Nawiasem mówiąc do takiego działania, czyli do utrzymania wydatków i pozwolenie na automatyczny wzrost deficytu do 25-27 mld PLN zachęcało rząd od początku roku wielu ekonomistów. Szkoda tylko, że na początku roku, w styczniu na ślepo te wydatki ograniczano. Gdyby nie takie działanie, to z pewnością wyniki byłyby lepsze. 

Nie ma jednak nic za darmo. Zwiększone deficyty prowadzą do zwiększenia zadłużenia Polski. Rząd w tej sprawie kompletnie nic nie robi, a powinien. Nie jest żadnym usprawiedliwieniem mówienie, że niczego nie można zrobić (zreformować finansów publicznych), bo prezydent zawetuje. W Irlandii reformy przeprowadzono na drodze konsensu osiągniętego wspólnie przez rząd, opozycję i związki zawodowe. U nas nawet nie spróbowano tego zrobić. Można mówić o niemożności, jeśli się spróbuje coś zrobić, a to się jednak nie uda. Poza tym jest jeszcze możliwość porozumienia się z częścią opozycji lub z prezydentem. Nic nie zrobiono, bo nadciągają lata wyborcze, więc przecież lepiej niczego nie robić, bo można zniechęcić elektorat. Okazało się, że od gospodarki ważniejsze są zmiany w Konstytucji, których oczywiście nie da się wprowadzić w życie, a z cała pewnością nie przed wyborami prezydenckimi. 

Nawiasem mówiąc chwila prawdy przyjedzie po wyborach prezydenckich. Nie chcę być złym prorokiem, ale przejęcie pełni władzy przez obecną koalicję (a to, że wybory prezydenckie wygra jej przedstawiciel jest prawie pewne) może się stać okazją do wzniesienia dziecięcego okrzyku „król jest nagi!”. Nic dziwnego, że jest już projekt przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011 roku, a nie jesienią. To zresztą bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze wreszcie mielibyśmy sytuację, w której nowa ekipa układa budżet, a poza tym od czerwca 2011 roku Polska będzie sprawowała prezydencję UE, a ciężko jej to będzie robić, jeśli będzie w trakcie wyborów. Tyle tylko, że jakoś tak jestem prawie pewien, że opozycja nie pozwoli na skrócenie kadencji po to, żeby dać obecnej koalicji rok na pokazanie, jakie reformy będzie przeprowadzała. Jeśli ich nie przeprowadzi to będzie potwornie krytykowana, a jeśli przeprowadzi sama, bez osiągnięcie konsensu, o którym wyżej to też będzie krytykowana i może przegrać wybory. Ciekawy dylemat polityczny, ale jedno jest pewne: gospodarka za to wszystko zapłaci, a zadłużenie będzie rosło. Obawiam się, że te wszystkie banki i RPP, które mówią o umocnieniu złotego w latach 2010/2011 mogą się bardzo mylić. 

Nic dziwnego, że minister finansów usiłuje zmienić kierunek strumienia pieniędzy płynących z naszych składek emerytalnych z OFE do ZUS, o czym pisałem w poprzednim felietonie, ale to jest oczywiście tylko i wyłącznie plaster na ranę. Sytuacja i tak będzie się pogarszała. Naprawdę zupełnie nie rozumiem, dlaczego zamiast powywoływania komisji konstytucyjnej nie powołać komisji ds. reformy finansów publicznych. Nie jest tak, że musi ona zakończyć się niepowodzeniem. W końcu przecież nie musiałoby podczas jej obrad dochodzić do siłowego przepychania swoich, partyjnych pomysłów. 

Udział wszystkich aktorów sceny publicznej wraz z ekspertami reprezentującymi różne nurty myśli ekonomicznej powinien doprowadzić do wypracowania na przykład dwóch wersji reformy (spełniających cel, którym byłoby zmniejszanie zadłużenia), które można by poddać referendum. Polacy sami wybraliby sobie odpowiadający im system. To wcale nie musiałoby politykom zaszkodzić. Wręcz odwrotnie - pokazanie, że potrafią się porozumieć zwiększyłoby dla nich poparcie. Dlaczego nie spróbować? 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-11-05 10:51

Rewolucja emerytalna?

Ostatnio media wzięły pod lupę pomysł ministerstwa finansów, które chce zmienić strumień pieniędzy płynących z naszych składek emerytalnych. Obecnie z 19,52 procent płacy brutto, które kierowane są do funduszy emerytalnych do OFE trafia 7,3 procent, a do ZUS 12,22 procent. Rządowy projekt mówi o zmniejszeniu składki wpłacanej do OFE do około 3 procent. Wtedy do ZUS trafiałoby około 16,5 procent. Takie są fakty. Jaki jest powód takiej propozycji (do decyzji jeszcze daleko, a fala krytyki zapewne doprowadzi do fiaska tej propozycji)? Bardzo prosty. Takie przesunięcie około 13 mld złotych zmniejszy zadłużenie Polski o około 1 procent PKB, a to być może pozwoli na uniknięcie przekroczenia w 2010 roku poziomu ostrożnościowego 55 procent. 

Przypomnijmy sobie, że niedawno “Rzeczpospolita” poinformowała o rodzących się planach rządu zawieszenia na dwa lata zawartych w ustawie o finansach publicznych progów ostrożnościowych (50 i 55 procent). Pamiętać trzeba o tym, że w Konstytucji RP jest określony poziom zadłużenia (60 procent w stosunku do PKB), którego przekroczyć nie możemy. Poziom ten ustalony został w traktacie z Maastricht i jest jednym z warunków przyjęcia euro. Informacja ta została prawie natychmiast przez urzędników ministerstwa finansów zdementowana. Mówiono, że ministerstwo nie pracuje nad takim projektem. Problem jednak w tym, że gazeta nie pisała o „pracach nad projektem”, a jedynie o „sondowaniu”, a nie ulega wątpliwości, że takie sondowanie się przecież (z wolą czy bez woli ministerstwa) rozpoczęło. Być może alternatywą była zaproponowana właśnie zmiana w funduszach emerytalnych. 

Nie ulega wątpliwości, że poziom 55 procent przekroczymy jak nie w 2010 to w 2011 roku. Struktura wydatków państwa (80 procent wydatków sztywnych, które będą rosły), zależność zadłużenie od wartości złotego (będzie w przyszłym roku tracił) i szkodliwa obniżka podatków PIT dla zamożnych oraz składki rentownej nie pozostawiają złudzeń. Przekroczenie tego poziomu kazałoby bardzo ograniczyć dochody mniej zamożnej części społeczeństwa. Mniej zamożnej, ale bardziej licznej. Alternatywą jest podniesienie podatków. Jest bardziej niż pewne, że jeśli zagrożenie przekroczenia 55 procent zadłużenia się pojawi to politycy, chcący przecież wygrać wybory, po prostu ten próg usuną. Na razie próbują problem zaklajstrować. 

Sprawa ma kilka aspektów. Pierwszy z nich to sama reforma emerytalna (ma już 10 lat). Uważam, że ma ona więcej wad niż zalet - jestem jej zdecydowanym przeciwnikiem. Idee przesunięcia części składek z systemu repartycyjnego do kapitałowego wynika z dwóch założeń. Po pierwsze, że na akcjach w długim terminie zawsze się zarabia, a po drugie, że prywatne firmy konkurując ze sobą wypracują z pewnością większe zyski niż państwowa firma. Oba te filary drugiego filaru są przegniłe. 

Na akcjach rzeczywiście w długim terminie się zarabia, ale po pierwsze problemem jest długość tego terminu, po drugie skala zysku, a po trzecie ryzyko. Zdecydowanie lepiej zarabia się na obligacjach rządowych. Ryzyko niewielkie, zyski pewne, czas im dłuższy tym lepszy. W USA można tę tezę udowodnić na odcinkach 30. letnich. W Polsce istniejący od 1997 roku fundusz obligacji FIO Pioneera był gorszy od WIG tylko w latach 2006-2007. W pozostałych 10 latach był zawsze lepszy. Teraz zysk wynosi 190 procent od 1997 roku - WIG wzrósł w tym czasie o 150 procent. 

A co z tezą o wyższości prywatnych konkurujących ze sobą firm? Sami wiemy, że konkurencyjność jest co najmniej wątpliwa. Koszty zarządzania kapitałami olbrzymie. Zyski bardziej niż umiarkowane. Pamiętać trzeba, że kilka osób zajmujących się w ZUS zarządzaniem kapitałów w ramach funduszu rezerwy demograficznej miało wyniki lepsze od OFE. Nie da się temu zaprzeczyć. Jedynie ideologia, czyli teza mówiąca o tym, że państwowe jest zawsze gorsze niż prywatne każe z uporem iść w kierunku wielu PTE. 

Jest jeszcze trzeci aspekt. Przesunięcie 10 lat temu części składki z ZUS do OFE zmusza budżet do zwiększenia dopłata do ZUS, a tym samym do generowania długu (obligacji), które kupują OFE na tym zarabiając (rentowność). Brak w tym logiki. Dużo lepiej, taniej i bezpieczniej byłoby (jeśli musimy mieć część kapitałową), wyodrębnić w ramach ZUS kilkuosobową komórkę, która kupowałaby tylko obligacje rządowe i prowadziła indywidualne konta przyszłych emerytów, na których lokowane byłyby te obligacje. Tak jak teraz w OFE. 

Największa wadą OFE jest przymus inwestowania. OFE mają limity inwestowania w akcje (40 procent), których zresztą prawie nigdy nie testują, ale teoretycznie mogłyby na tych akacjach zarabiać całkiem sporo, gdyby stosowały timing. Z obserwacji wiemy, że coś robią, ale zazwyczaj są spóźnione. Ponieważ jednak składka na emeryturę jest obowiązkowa (ja uważam, że słusznie) to powinno się dopuścić możliwość przekazywana jej części do OFE. Tyle tylko, że wtedy ilość PTE zmalałaby do maksimum dwóch. Wielki biznes bez najmniejszego ryzyka by się skończył. 

Zwolennicy systemu kapitałowego powiedzą w tej chwili (nawet dużo wcześniej), że demografia nie pozostawia złudzeń: poprzedni system (repartycyjny) jest nie do obrony. To według mnie kolejny mit. Załamuje się ręce zamiast myśleć nad tym jak zwiększyć przychody. Trzeba sprzyjać wzrostowi ludności, ale nie niemądrym becikowym. Wystarczy spojrzeć na to jak robią to we Francji, pomagając rodzinom, kobietom przedszkolami i innymi udogodnieniami socjalnymi. Poza tym oczywiście nie należało zmniejszać składki rentowej. Trzeba też zreformować cały system doprowadzając do tego, żeby Polacy płacili składki emerytalne. Teraz nie tylko będący w KRUS płacą symbolicznie… 

W ten sposób załatwiłem część pierwszą, czyli ideę systemu kapitałowego. Pora teraz na cześć drugą, czyli pomysły ministerstwa finansów. Po pierwsze trzeba wyraźnie powiedzieć, że straszenie upadkiem złotego z powodu pojawienia się tego projektu jest nieporozumieniem. Widać to było w środę 4.11, kiedy ministerstwo swój pomysł przedstawiło. Złoty bardzo się umocnił.. W Argentynie rząd ich OFE znacjonalizował i w niczym nie zaszkodziło to ani peso ani indeksowi Merval, który zachowywał się dużo lepiej niż WIG20 - niedawno testował szczyt wszech czasów. 

Twierdzi się, że ministerstwo swoją decyzją demontuje całą reformę. Słusznie, rzeczywiście tak jest. Mimo, że jestem przeciwnikiem tej reformy to właśnie najbardziej mnie niepokoi. Zmiana warunków gry nie może się obywać tak arbitralnie, nagle, bez vacatio legis. Dlatego też myślę, że pomysł zrealizowany nie zostanie. Gdybym się mylił i jednak został zrealizowany to warto zastanowić się nad kilkoma sprawami. 

Po pierwsze straszenie Polaków zmniejszeniem emerytur z tytułu tego przesunięcia środków jest niepoważne i na kilometry pachnie lobbingiem. Widziałem prognozy spadku emerytur o 1/4 - 1/3. Jak z takiego ubytku składki w OFE, które lokuje średnio 1/3 otrzymanych środków w akcje sprawić, żeby emerytura tak mocno spadła jest prawdziwą zagadką. OFE na części akcyjnej musiałyby zarabiać naprawdę krocie, żeby do tego doszło. Pamiętać trzeba, że środki przesunięte do ZUS mają być rewaloryzowane zgodnie ze średnią rentownością obligacji. Może nie będzie tego więcej, a bardzo mało prawdopodobne, żeby było mniej. 

Przeciwnicy tego pomysłu twierdzą, że w OFE są nasze realne pieniądze, a w ZUS tylko zapisy. Stąd już blisko do tezy o „okradaniu”. Minister twierdzi, że zapis na koncie nie różni się od obligacji, które kupują OFE - jedno i drugie jest przecież zobowiązaniem skarbu państwa. Tu jest słaby punkt tego projektu. Obligacje spłacić trzeba, bo jeśli by się ich nie spłaciło to zawaliłaby się cała gospodarka - wierzyciele polscy i zagraniczni przestaliby ufać Polsce, a to byłaby katastrofa. Zapis na koncie emerytalnym to co innego. Politycy mogą zawsze powiedzieć: nie ma pieniędzy, nie zrewaloryzujemy. Mogą też powiedzieć, że zmniejszą emerytury (tak jak na Łotwie). Co prawda tym popełniliby wyborcze seppuku, ale należałoby pomyśleć o jakichś zabezpieczeniach tych pieniędzy. 

Spójrzmy teraz na stronę polityczną propozycji ministerstwa. Wiadomo jak groźne byłoby przekroczenie poziomu zadłużenia 55 procent PKB. Szczególnie groźne w latach wyborczych. Rząd ma więc do wyboru: albo przeprowadzić reformę finansów publicznych albo znieść progi ostrożnościowe albo szukać innych, nieortodoksyjnych rozwiązań. Oczywiście najlepsza byłaby reforma, ale mamy dwa lata wyborcze, a reforma byłaby bardzo bolesna dla wielu Polaków. Poza tym rządzi nami koalicja, a prawo weta ma prezydent. Wniosek: przez następne dwa lata reforma jest nierealna. A gdyby nawet była to żaden polityk jej nie przeprowadzi, bo chce być wybrany. Trzeba by olbrzymiego kryzysu bijącego po kieszeniach albo rządu, który nie chce być wybrany, żeby poważne reformy (KRUS, wydłużenie wieku emerytalnego, większe składki od samozatrudnionych, emerytury mundurowe, poważny program sprzyjający wzrostowi populacji itp.) zostały przeprowadzone. Skoro w latach 2010 - 2011 nie da się przeprowadzić reformy tak to pozostają dwa inne sposoby. Jeden został zaproponowany formalnie, drugi nieformalnie. Do Polaków i mediów należy teraz wybór.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/