Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: wrzesień 2009

2009-09-24 10:31

Król PKB – kiedy nastąpi detronizacja?

Pisząc o PKB muszę na początku zrobić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze uważam, że rząd zrobił słusznie chwaląc się niedawno wzrostem gospodarki. Nawet jeśli nie są to tak naprawdę dane tak doskonałe jak chciano nas przekonać to media na całym świecie będą rozpowszechniały informację: Polska jest liderem i nie poddaje się kryzysowi. To duży plus, bo może przyciągnąć inwestorów zagranicznych. Nie znaczy to jednak, żeby zamykać oczy na realia i pogrążać się w samozadowoleniu.

Poza tym poważnie się obawiam, że padniemy ofiarami własnego sukcesu. Niemiecki program wspomagania producentów samochodów się już zakończył. Inne środki pomocowe nie będą już tak bardzo Polsce pomagały. Ożywienie gospodarcze jednak z całą pewnością się w Europie i w USA pojawi. U nas zresztą również. Jednak w przyszłym roku okaże się, że inne kraje regionu (Czechy, Słowacja, Węgry) będą się rozwijały z dużo większą szybkością niż Polska. Działać będzie efekt niskiej bazy i dużo większa zależność tych krajów od eksportu (będzie rósł). Trzeba się przygotować na to, że media będą mówiły o polskiej stagnacji. 

Po drugie zastrzegam, że nie mam zamiaru wchodzić na pole zarezerwowane dla naszych makroekonomistów. Oni się na tym znają lepiej, ale czasem i oni powinni wyjść poza szablon. Tak jest na przykład z bezrobociem w USA. Pisałem o tym w felietonie „Koniec pierwszego etapu kryzysu”. Odezwały się głosy mówiące o tym, że nie jest prawdziwa teza mówiąca o różnicach w pomiarze bezrobocia w USA i Europie. Otóż jest i pisał już o tym klika lat temu Jeremy Rifkin w swoim „Europejskim marzeniu”. Niedawno wypowiedział się też na ten temat Dennis Lockhart, szef Fed w Atlancie. Twierdzi on, że jeśli uwzględni się ludzi, którzy przestali szukać pracy, ale dlatego, że się nie mogą jej znaleźć od dawna oraz tych, którzy przyjmują pracę w wymiarze ich zdecydowanie niesatysfakcjonujący, to stopa bezrobocia w USA wynosiłaby 16 proc. 

Mając w pamięci te dwa zastrzeżenia spójrzmy teraz na raport, w którym GUS informuje o wzroście polskiego PKB (w drugim kwartale wzrósł o 1,1 procent). Przypomnijmy przy okazji w skrócie (już o tym pisałem) dlaczego nasza gospodarka jest taka odporna. Nie dlatego, że obniżone zostały podatki. Większość z wynikających z tego oszczędności nich wylądowała w kieszeni ludzi, którzy wcale nie musieli ich wydać. Jest kilka powodów tego sukcesu: dobrze zarządzany sektor bankowy (niektórzy mówią „zacofany”, ale ja wolę wyjaśnienie pozytywne), w którym nie było „trujących aktywów”, zdecydowanie mniejszy niż w innych krajach regionu udział eksportu w PKB, duży rynek wewnętrzny (liczba ludności), dopłaty unijne, własna waluta (dzięki osłabieniu złotego nie załamał się eksport), pomoc rządowa w sąsiednich krajach (przede wszystkim w Niemczech), która na przykład zwiększała popyt na samochody w Polsce. Mamy po prostu trochę szczęścia, a to się bardzo liczy. 

Ekonomiści i dziennikarze bardzo delikatnie obeszli się z danymi, ale jeśli spojrzy się głębiej w raport GUS to widać pewne niepokojące sygnały. Przede wszystkim spadł popyt wewnętrzny (2 proc.) i po raz pierwszy od drugiego kwartału 2003 spadły inwestycje (2,9 proc.). Mniejsze inwestycje będą negatywnie procentowały w przyszłości. Popyt wewnętrzny jest bardzo w Polsce ważny, bo to ponad 60 procent PKB. Można zapytać: co w takim razie dało tak dobry wynik? Po części mniejszy ujemny wkład zmiany zapasów, ale naprawdę pozytywny wpływ miał eksport netto, czyli bilans handlu zagranicznego (3,1 pkt. proc.). Gdyby nie ten czynnik to PKB wylądowałby na minusie. Skąd takie dane? Po prostu załamał się import konsumpcyjny, i co gorsze, inwestycyjny (import spadł w stosunku do zeszłego roku o 20,3 procent, a eksport o 14,3 proc.). 

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, czyli do krytyki samego wskaźnika (PKB). Można przeprowadzić ćwiczenie umysłowe, co by się stało gdyby eksport spadł o 25 procent, a import o 60 procent? No cóż, bilans byłby jeszcze lepszy i PKB wyglądałby jeszcze lepiej. A przecież byłaby to mała tragedia zarówno dla zatrudnionych w firmach związanych z handlem zagranicznym jak i dla budżetu (mniejsze podatki). PKB wzrośnie też, jeśli wzrosną zapasy. Teraz się zmniejszają, co PKB obniża. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego zapasy wzrosną? Czy dlatego, że firmy uwierzą w ożywienie, a dynamika sprzedaży (opróżniania magazynów) się nie zmniejszy, czy też dlatego, że popyt uzasadni wzrost zapasów? Na to raport o PKB nam nie odpowie. 

Oczywiście PKB ma mnóstwo innych, ogólnie znanych wad. Na przykład zanieczyszczenie środowiska zwiększy PKB, bo przecież trzeba będzie je usunąć i za to zapłacić. Jest wiele takich przykładów. Dlatego też od dziesiątków lat ekonomiści szukają wskaźnika, który zdecydowanie lepiej opisywałby to, co dzieje się w danym państwie. W państwie, niekoniecznie tylko w gospodarce, bo przecież PKB nic nie mówi o zadowoleniu społeczeństwa. Może być na przykład bardzo różnie dzielony. Takimi wskaźnikami są Wskaźnik Rozwoju Społecznego (Human Development Index) stosowany przez ONZ, czy Wskaźnik Rzeczywistego Rozwoju (Genuine Progress Indicator). Zdecydowanie lepiej opisują one sytuację, ale są trudniejsze do wyliczenia i mają jeszcze jedną wadę: bardzo nie podobają się wyznawcom neoliberalnej wersji ekonomii. 

Ostatnio media obiegła informacja o interesującej wypowiedzi prezydenta Francji. Nicolas Sarkozy chce zaproponować światu nowy system pomiaru postępu gospodarczego i społecznego, który lepiej niż PKB odzwierciedla jakość życia ludzi. Prezydent opiera się na wynikach prac powołanej przez prezydenta Francji w lutym 2008 roku komisji Josepha Stiglitza, której zadaniem było właśnie ocena wskaźnika, jakim jest PKB i ewentualnie propozycje jego zastąpienia. Członkami komisji było pięciu noblistów (oprócz samego Stiglitza byli to: Amartya Sen, Kenneth Arrow, Daniel Kahneman i James Heckman). Nawet jeśli ma się inne niż oni zdanie to trzeba się poważnie zastanowić zanim się zdezawuuje wyniki jej prac. 

W Polsce jednak, w tym raju neoklasycznej ekonomii, o krytykę było bardzo łatwo. Najmocniej uderzył profesor Leszek Balcerowicz stwierdzając, że takiego wskaźnika “po prostu nie ma” (cytat za PAP). Prawdę mówiąc takie stwierdzenie mnie zszokowało. Wiemy przecież, że postępu zatrzymać się nie da, że informatyzacja i komputeryzacja dają coraz potężniejsze narzędzia, które mogą być wykorzystane przez statystyków. Tymczasem ważna dla polskiej ekonomii postać mówi, że innego wskaźnika nie ma… Wiemy też, że założenie, iż PKB jest „silnie związany z pozytywnymi zjawiskami, przede wszystkim z redukcją biedy” (też podobno twierdzenie profesora Balcerowicza) nie do końca jest prawdą, bo to nie wzrost PKB redukuje biedę, a sposób jego podziału. 

Rozbawiła mnie jednak kolejna fraza (znowu Leszek Balcerowicza za PAP): “Myślę, że deklaracja prezydenta Sarkozyego jest ruchem politycznym pod publikę. Ma odwrócić uwagę od realnych problemów, od tego, że wzrost gospodarczy mierzony PKB jest we Francji niski”. Obawiam się, że to klasyczny dla naukowców problem: oderwanie od realnego życia. Naukowcy (mam nadzieję, że nie wszyscy) zdają się myśleć, że społeczeństwo bardzo się przejmuje wzrostem PKB. Nic bardziej błędnego. Nawet w krajach naszej cywilizacji 90+ procent społeczeństwa nie wie nawet, co to jest PKB. Ludzie patrzą na to, czy łatwo jest znaleźć pracę, ile za nią dostają i ile i czego mogą kupić. Jakieś statystyczne dane i teoretyczne porównania nikogo oprócz specjalistów nie interesują. Jeśli więc prezydent Francji chciał być populistą to wybrał bardzo wąską publikę, co może dziwić, bo głosami ekonomistów i analityków nie wygrywa się wyborów. 

Jak widać w Polsce jeszcze długo pomysł innego niż PKB pomiaru postępu gospodarczego i społecznego się nie przebije. Środowiska sceptyczne wobec takich propozycji są po prostu zbyt potężne. Ale nic nie trwa wiecznie - za parę lat, po kolejnym, niszczącym kryzysie, zmieni się cały system finansów globalnych, a za nim podąży nauka, która z pewnością zdefiniuje nowy miernik tak, żeby odczucia ludzi pokrywały się z jego zmianami.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-09-09 9:57

Podatek Tobina, czy nowa waluta rezerwowa?

Ostatnio znowu rozgorzała dyskusja o możliwości i celowości wprowadzenia podatku Tobina. Podatku, którym obłożone byłyby transakcje kupna/sprzedaży na rynku walutowym. Często przedstawia się tę ideę jako pomysł alterglobalistów (co ma być określeniem pejoratywnym). Rozprawmy się więc z tym twierdzeniem. James Tobin, amerykański noblista z dziedziny ekonomii (1981 rok), który na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zaproponował wprowadzenie tego podatku z pewnością alterglobalistą nie był. Pomysł podatku forsowany był przesz niego szczególnie mocno w 1972 roku, rok po załamaniu się systemu z Bretton Woods, kiedy to prezydent Nixon pozbawił dolara pokrycia w złocie. Od tego momentu rozpoczęła się era rynku walutowego, jaki znamy. Era graczy walutowych. 

Nie byli alterglobalistami w 2005 roku (może się potem na alterglobalizm nawrócili?) Jacques Chirac, wtedy prezydent Francji i Gerhard Schroeder, wtedy kanclerz Niemiec. A to przecież właśnie prezydent Francji podczas szczytu w Davos zaproponował wprowadzenie podatku Tobina, a Gerhard Schroeder go poparł. Wystarczy spojrzeć na wykresy, żeby zobaczyć, dlaczego szefowie Francji i Niemiec poparli wtedy tę ideę. W ciągu 3 lat euro zyskało do dolara 60 procent, co bardzo obniżało konkurencyjność strefy euro. W 2005 roku straciło jednak 15 procent, co uspokoiło polityków. Potem znowu zyskało w ciągu 2 lat 50 procent, ale temat nie wrócił. Pojawił się dopiero w tym roku. Niedawno Lord Turner, szef FSA, czyli angielskiego KNF (kolejny alterglobalista? ;-)) opowiedział się za jego wprowadzeniem. Co prawda celem Turnera było ograniczenie zbyt wysokich wynagrodzeń w sektorze finansowy, a według mnie podatek Tobina zdecydowanie nie jest odpowiednim do tego narzędziem, ale cenne jest, że swoją propozycją doprowadził do ponownego rozpoczęcia dyskusji. 

Jak widać to nie alterglobaliści są tymi, których głos był najbardziej słyszalny. Faktem jednak jest, że mają oni specjalną organizację (ATTAC, czyli Association pour la Taxation des Transactions pour l’ Aide aux Citoyens - polska strona: http://www.attac.org.pl/), której celem jest wprowadzenie tego podatku. Chcieliby oni, żeby zebrane w ten sposób fundusze przeznaczone były na pomoc dla krajów trzeciego świata i to jest w tej idei najbardziej kontrowersyjne. Wiadomo gdzie często ląduje taka zagraniczna pomoc. Niestety, jest w dużej części rozkradana. Poza tym pomoc tego typu - dawanie ryby, nie wędki - nie ma pozytywnego wpływu na rozwój krajów trzeciego świata. Przeznaczenie kwot zebranych dzięki temu podatkowi może być jednak zupełnie inne (np. zwiększenie kapitałów MFW, „zielona” energia, edukacja, nauka itp.). Nie byłyby to tak olbrzymie kwoty, które można wyliczyć z obecnego obrotu, bo wprowadzenie podatku skutkowałoby znacznym (nawet o 90 procent) zmniejszeniem obrotu, ale kilkaset miliardów dolarów pewnie dałoby się tą drogą zdobyć.  

Twierdzi się często, że nie ma realnej możliwości wprowadzenia takiego podatku, bo przecież w zglobalizowanym świecie kapitał może z kraju, który by go wprowadził po prostu uciec w inny zakątek świata. Owszem, prawdą jest, że nie da się wprowadzić podatku w jednym kraju. Gdyby jednak główne centra kapitału, czyli USA, UE, Japonia i Chiny podjęły decyzje o wprowadzeniu podatku to całe reszta chętnie albo mniej niechętnie by się podporządkowała. Wystarczyłoby równocześnie przyjąć rozwiązania prawne, dzięki którym kapitały pochodzące z krajów niestosujących podatku Tobina zostałyby objęte różnego rodzaju restrykcjami. Nawet potężne lobby handlarzy walutą nie dałoby rady i musiałoby się poddać. Być może pozostałyby gdzieś jakieś miejsca, gdzie nadal spekulowałoby walutą, ale przecież kasyna istnieją i nikomu nie szkodzą, więc i takie zjawisko byłoby zupełnie marginalne i niemające większego znaczenia. 

Szacuje się, że na rynku walutowym obraca się około 3 bln dolarów dziennie - 20 dni obrotu to PKB całego świata. Nie ma takich pieniędzy. Gołym okiem widać, że 90 procent obrotu robią gracze walutowi posługujący się analizą techniczną. Gracze, którzy nie tylko zapewniają płynność (jak sami zapewniają), ale przede wszystkim dominują rynek. Dzięki nim nawet bardzo wytrawni ekonomiści (zapytajcie polskich profesorów ekonomii) nie chcą się wypowiadać na temat przyszłych kursów walutowych. Ruchy kapitału spekulacyjnego potrafią doprowadzić do ruiny całe kraje (są tego liczne przykłady). Niedawno Polacy zadłużeni w walutach też doświadczyli wpływu tego rynku na swojej własnej kieszeni. O stabilność waluty modlą się codziennie eksporterzy i importerzy. Pamiętacie problem opcji walutowych i wynikające z tego kłopoty wielu firm? Co prawda w większości zarządy firm sami doprowadzili do powstania kłopotów, ale gdyby obowiązywał podatek Tobina, to problemu w ogóle by nie było. 

Gracze obracają walutami wiele razy dziennie. Posługują się też olbrzymią dźwignią finansową i dlatego stosunkowo niewielki podatek obrotowy (0,25 - 0,5 proc.) sprawiłby, że ten rynek stałby się dla nich nieopłacalny. Firmy i osoby prywatne transakcje robią tak rzadko, że wpływu podatku by nie odczuły. Ich zyskiem byłaby zdecydowanie większa stabilność rynku walutowego, a co za tym idzie i gospodarki oraz większa przewidywalność ruchów kursów walutowych (zwiększyłby się wpływ czynników fundamentalnych). Płacz nad krępowaniem wolnego rynku jest niczym innym jak wylewaniem krokodylich łez. One będą nadal lane, bo przecież ten rynek jest olbrzymi i zapewnia potężne zyski, którymi z chęcią dzielić się będzie z lobbystami. 

Jest też i inna możliwość. W opublikowanym w poniedziałek 7 września raporcie Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) zaproponowano reformę systemu walutowego (niewykluczone, że pomógł on w przecenia dolara). O taką reformę dopominają się już od pewnego czasu bardzo energicznie kraje BRIC. One jednak chcą tylko zwiększenia roli Specjalnym Prawom Ciągnienia (SDR) emitowanym przez Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Miałaby to być namiastka waluty światowej. UNCTA postuluje utworzenie światowego banku, który emitowałby nową walutę oraz kontrolowałby, czy poszczególne kraje utrzymują względem niej sztywny realny kurs swoich walut. Jak widać na świecie zaczyna dominować przekonanie o konieczności zmiany systemu. Tylko sprzeciw USA, jako posiadacza waluty rezerwowej, blokuje jeszcze znalezienie rozwiązania. Wcześniej czy później jednak do tego dojdzie. Gracze walutowi muszą szykować się do zmiany zawodu. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/