Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: maj 2009

2009-05-26 15:37

Władza a kryzys - podsumowanie

Prawdę mówiąc mam już trochę dosyć tego tematu, ale widzę, że emocje wśród uczestników Forum są duże. Duże są też różnice zdań. Dlatego też postanowiłem, korzystając z pretekstu, jakim było orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego podsumować moje poglądy na temat sytuacji gospodarczej i rządowych działań przeciwdziałających kryzysowi. Niestety, będzie to długi tekst i będą się w nim powtarzały motywy z innych wpisów, ale przyrzekam, że będzie ostatni na ten temat. Przerwę milczenie tylko po to, żeby albo pogratulować rządowi (nie wcześniej niż za 12 miesięcy) osiągnięć wynikających z jego polityki albo żeby stwierdzić, że poniósł on klęskę (a my razem z nim). Dzisiaj nic jeszcze nie jest przesądzone. 

Dyskutujmy nie-partyjnie

 Orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wniosek o votum nieufności dla ministra finansów na nowo rozpoczęły spór o sposobach radzenia sobie z kryzysem. Jego kulminacją teoretycznie będzie miała miejsce w lipcu, kiedy pojawią się propozycje nowelizacji budżetu, ale praktycznie nastąpi dopiero za pewien czas (może nawet nie w przyszłym roku). Wtedy to będziemy już wiedzieli, czy rządowy pomysł na kryzys zdał egzamin. Obecna dyskusja nie jest jednak akademicka i jałowa. Pozwala wyartykułować argumenty, przeprowadzić dyskusję (nie tylko polityczną), a to wydobywa na światło dzienne argumenty, których rząd mógł do tej pory nie zauważać. 

Minusem jest to, że dyskusja rozpoczęła się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, co wpisuje ją w kampanię wyborczą i zmusza polityków do stosowania nadmiernej ilości demagogii. Jednak demokracja opiera przecież na wyborach, więc w mniejszym lub większym natężeniu zawsze trwa kampania wyborcza. Najważniejsze jest, żeby (o co zawsze apeluję) starać się nie oceniać wypowiedzi publicznych pod kątem ich zgodności z obowiązującymi w poszczególnych partiach poglądami. Uważam, że dramatem jest to, co obserwujemy na co dzień - każda wypowiedź natychmiast jest szufladkowana, a jej autor dostaje partyjną nalepkę. Zachęcałem, zachęcam i będę zachęcał do analizowania argumentów rozumem, a nie sercem. Logiką a nie ideologią. Pod kątem słuszności, a nie zgodności z tym, co mówi lubiana/nielubiana partia. Warto przyznać rację nawet najgorszemu wrogowi, bo nie jest tak, że jak kogoś się nie lubi to on z zasady nie ma racji. 

Dla jasności: ja nie mam żadnej nalepki. Zresztą nigdy nie byłem w żadnej partii ani organizacji politycznej (za wyjątkiem NSZZ „Solidarność”, w której tworzeniu uczestniczyłem). Poza tym nie jestem gorącym zwolennikiem żadnej obecnie działającej partii. Każdej mam coś do zarzucenia, co nie znaczy oczywiście, że nie chodzę na wybory. 

Co powiedzieli prezydent i premier? 

Prezydent przedstawił czarny obraz sytuacji, a premier różowy. Analitycy rynków finansowych doskonale wiedzą, który z nich wyjdzie na tym lepiej. Nikt nie lubi „niedźwiedzi”. „Bykom” wybacza się nawet, jeśli się pomylą (przecież chcieli dobrze), a „niedźwiedziom” nie wybacza się tym bardziej wtedy, kiedy się nie pomylą. Jedno jest pewne: nie jest ani tak różowo jak mówi premier, ani tak czarno jak twierdzi prezydent. Można powiedzieć, że premier wypowiedział się politycznie i ku pokrzepieniu serc, zostawiając czarną robotę występującemu po nim ministrowi finansów. Dlatego też połączę wypowiedzi ministra i premiera w jedno - przedstawiali stanowisko rządu. 

Na temat przemówienia premiera powiem tylko, że odczułem jakby tłumaczył się on ze zbyt „różowych” prognoz swojego rządu tym, że nie chciał pogarszać nastrojów, bo gorsze nastroje tworzą atmosferę, której dochodzi do powstanie sprzężenia zwrotnego i szybkiego pogorszenia sytuacji gospodarczej. To rzeczywiście stary dylemat: mówić prawdę, czy koloryzować? Według mnie mówić prawdę, szykować się na najgorszy przypadek, ale dawać obywatelom nadzieję, że wszystko jest pod kontrolą, a ból będzie krótki. Nie tak jednak zachowywał się rząd. Załóżmy, że jesteśmy w swojej rodzinie czymś na kształt ministra finansów. Mówicie na początku roku partnerowi: mamy tyle to a tyle pieniędzy i tak musimy wydawać, żeby nam wystarczyło. Partner jest przez pół roku bardzo zadowolony. W lipcu mówimy jednak, wiesz, chciałem żeby było nam miło, ale kasy jest za mało - trzeba zacisnąć pasa i zrezygnować ze wszystkich przyjemności. Ciekaw jestem jak zostałoby to przyjęte…W takiej sytuacji będą w drugiej połowie roku liczne instytucje państwowe. 

Prezydent podawał prawdziwe dane, ale niepotrzebnie apelował o prawdziwe informacje. One rzeczywiście (tak jak mówi rząd) są dostępne. Można apelować jedynie o bardziej wiarogodne prognozy i plany, a z tym rzeczywiście najlepiej nie jest. Słuszne krytykowane było tempo prac rządu i sejmu (o tym niżej). Zgadzam się też z tym, że wejście do ERM2 w tym roku zaszkodziłoby polskiej gospodarce. Bardzo sensowny był postulat zwiększenia kwoty wolnej od podatku dla mniej zarabiających, choćby dlatego, że pieniądze te nie zostaną oszczędzone - wrócą natychmiast do gospodarki. W końcu, bardzo pożądana była propozycja nawiązania współpracy z rządem w zwalczaniu kryzysu. Podchwycona została zresztą natychmiast przez premiera. Dla Polski naprawdę najlepsze by było stworzenie ponadpartyjnego zespołu doradczego, pod warunkiem, że jego rady byłyby słuchane. Pozostawałoby się cieszyć, gdyby nie to, że z tej współpracy nic nie będzie, co prawie natychmiast zasygnalizowało otoczenie prezydenta i premiera. 

Na koniec - zupełnie nietrafiony jest pomysł obniżenia VAT o 3 - 4 punkty procentowe. Nie zwiększyłoby to popytu wewnętrznego, bo jeśli coś kosztuje teraz 122 złote to nie kupię tego tylko dlatego, że staniało do 119 złotych. Owszem, 3 - 4 pkt. proc. w VAT to około 13 - 18 mld złotych (według ministra Rostowskiego 1 pkt. proc. VAT to 4,5 mld złotych) przekazanych konsumentom, ale jedno jest pewne: będzie to ubytek w dochodach państwa, czyli jeszcze większy deficyt budżetowy, z którym przecież mamy walczyć. Znowu większe pieniądze trafią do tych, którzy więcej wydają, a oni je w dużej części zaoszczędzą. Nawiasem mówiąc prezydent, wywodzący się z PiS nie bardzo ma prawo krytykować rząd za deficyt, bo powstał on w dużej mierze dzięki tej partii. O tym jednak niżej. 

Nieoczekiwana zamiana miejsc 

Przy okazji przedstawienie propozycji obniżenia VAT doszło do zabawnej i niezbyt chętnie dostrzeganej przez media zamiany miejsc. Politycy PO krytykują propozycję prezydenta używając nawet określenie „księżycowa ekonomia”. Mają rację, ale czy mają też taką krótką pamięć? Przecież PO „od zawsze” popierała konsensus waszyngtoński, a w jego skład wchodzą niskie podatki, dzięki którym szybciej ma się rozwijać gospodarka doprowadzając do wzrostu dochodów budżetu. Jak widać PO odstawiła do lamusa (tam gdzie jej miejsce) krzywą Laffera, a prezydent ją stamtąd wyciągnął stając po stronie neoliberałów . Przypominam, że według Arthura Laffera między stawką opodatkowania a dochodami budżetowymi państwa z tytułu podatków istnieje zależność i jeśli podatki są wysokie to ich spadek podniesie wpływy do budżetu. W Polsce stawka VAT należy do najwyższych w Unii. Wyższe są tylko w Szwecji i Danii (25 procent). Podejrzenia, co do powodów tej dziwacznej zamiany miejsc prowadzą w jednym kierunku: profesor Zyty Gilowskiej, której zawdzięczamy przecież nasz deficyt budżetowy. 

Deficyt mógł być dużo niższy 

Gdyby nie obniżka składki rentowej i zmiana progów podatkowych (oba rozwiązania klasycznie neoliberalne i naprawdę korzystne tylko dla dobrze zarabiających) to większego niż 3 procent deficytu w tym roku by nie było. Niedawno premier Tusk chwalił się, że dał Polakom 35 mld złotych - tak, tych samych, których zabrakło w budżecie. Jak widać krzywa Laffera nie zadziałała. Oczywiście zawdzięczamy te zmiany PiS, bo to ta partia stworzyła ustawy i doprowadziła do ich przyjęcia w poprzednim sejmie, ale koalicja mogła bez problemów (a kryzys na świecie już przecież wtedy był) w zeszłym roku (do listopada) te zmiany zablokować. Nie miała jednak politycznej odwagi. 

Sprecyzujmy, o czym tak naprawdę mówimy. Dla mediów, które zdają się na ten chwyt nabierać, minister mówi o 18,2 mld PLN deficytu (budżetu centralnego) i zrobi wszystko, żeby go wykonać, co jest i tak bez znaczenia. KE rozlicza nas z deficytu finansów publicznych (szersza kategoria). Minister przyznaje, że wyniesie on 4,6 proc. PKB, czyli ok. 55 mld (a nie 18), a KE twierdzi, że 25 mld więcej. Powinno być mniej niż 36 mld. Trzeba się starać, żeby nie było więcej niż mówi minister, ale zagrożeniem jest właśnie te 18,2 mld. To według właściwie wszystkich ekonomistów jest nierealna wielkość. Co zrobi minister w lipcu, kiedy trzeba będzie budżet nowelizować? Skoro zapewnia teraz, że deficyt ani drgnie to będzie miał do wyboru: albo złożyć dymisję albo metodą kreatywnej księgowości wypchnąć wydatki z budżetu centralnego, co niewątpliwie uczyni. To jednak w niczym nie zmieni sytuacji: deficyt finansów publicznych spuchnie i oddali nas od strefy euro. 

Dlaczego Polska jest w dobrej sytuacji? 

Minister Rostowski cytując listę krajów, w których PKB szybko spada twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji dlatego, że jej finanse są w dobrym stanie, To oczywiście też nie jest bez znaczenia, ale recesja omija nas z zupełnie innych powodów, o czym rząd oczywiście wie. 

Po pierwsze nasz system bankowy nie był zarażony „trującymi” aktywami, dlatego, że był zdecydowanie bardziej konserwatywny i lepiej nadzorowany. Po drugie w Polsce PKB zależne jest od eksportu w około 40 procentach, a w naszym regionie (Czechy, Węgry, Słowacja) ta zależność jest co najmniej od 50 procenty większa. W tej sytuacji ostra recesja w strefie euro zmniejszająca nasz eksport mniej szkodzi Polsce. I tutaj dochodzimy do powodu trzeciego, czyli populacji. Jest nas 38 milionów, czyli wiele więcej niż ludności innych państw regionu. Mamy dużo większy rynek wewnętrzny, dzięki czemu zagraniczne zawirowania odbieramy łagodniej, bo popyt wewnętrzny spada nieznacznie. Polacy po prostu kryzysu tak naprawdę jeszcze nie czują. Po czwarte naszą walutą jest złoty a nie euro. Złoty, który słabnąc zwiększa konkurencyjność eksportu chroniąc nasz eksport przed totalnym załamaniem. 

Po piąte wreszcie korzystamy z tak krytykowanej przez nasz rząd pomocy, którą rządy innych państw aplikują swoim gospodarkom. Klasycznym przykładem jest nasz przemysł samochodowy. Już chyba 12 państw UE dopłaca do wymiany starych samochodów na nowe. W przypadku Niemiec chodzi o dopłatę 2.500 euro. Jeśli połączy się to ze słabym złotym to można sobie policzyć, że samochód, który latem zeszłego roku kosztował 65 tysięcy złotych (20 tysięcy euro) można teraz kupić za 12 tysięcy (14.500 za samochód minus 2.500 euro dopłaty). Jeśli obiektywnie przeanalizuje się te pięć powodów to gołym okiem widać, że lepszą od innych krajów sytuację Polska nie zawdzięcz działaniom rządu. Po prostu trudno znaleźć w UE kraj, który ma to szczęście, że spełnia te pięć warunków jednocześnie. 

W piątek dowiemy się zapewne, że PKB w pierwszym kwartale wzrósł około 1 procent. Rząd się już tym chwali. Niepotrzebnie i za wcześnie. Wszyscy wiedzą, że koniunktura z zachodu przechodzi do Polski po około 6 miesiącach. Jeśli pierwszy kwartał był na świecie fatalny to u nas zapewne będzie taki trzeci kwartał. Naprawdę nie można mówić o znakomitej sytuacji z tego powodu, że PKB w pierwszym kwartale wzrósł, czy dlatego, że sprzedaż detaliczna wzrosła w kwietniu o 1 procent. W kwietniu tego roku były święta Wielkiej Nocy (w zeszłym roku w marcu), więc taki wzrost sprzedaży nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdyby nie było świąt to odnotowalibyśmy około dwuprocentowy spadek. 

Wszyscy mylili się w prognozach?  

Rozprawmy się z mitem, który z szerzy minister Rostowski. Twierdzi on, że prognozy rządowe były co prawda wielokrotnie modyfikowane, ale nie ma takiego rządu, czy ekonomisty, który nie musiał zmieniać swoich prognoz. Rzeczywiście, minister ma rację, że taki kryzysy nie zdarza się często (z pewnością jest najpoważniejszy od czasów powojennych), więc nikt nie ma tyle doświadczenia, żeby nie popełniać grubych błędów. Problem jest jednak w tym, że chyba w żadnym kraju nie było od początku tak jednoznacznej krytyki projektu budżetu. Chyba tylko rządowi ekonomiści twierdzili, że jest on wiarogodny. Cała spektrum polskich ekonomistów i analityków budżet krytykowało. Nie można więc twierdzić, że „wszyscy” się mylili, a jeśli nawet to rząd popełniał błąd gruby (patrz: definicja ;-). Poza tym z pewnością nie ma kraju na świecie, w którym dwa miesiące pod przyjęciu budżetu rząd poinformował o konieczności przeprowadzenia cięć w wydatkach na kwotę większą od planowanego deficytu budżetowego.

Stosowane przez innych metody nie działają?  

Rząd ustami premiera Tuska, ministra Rostowskiego i posła Gowina mówi: popatrzcie na te kraje, które zalewają gotówką swoje gospodarki i aplikują im liczne programy pomocowe - nic nie działa, a oni się zadłużają, za co zapłacą ich wnuki. Chwytliwa teza, prawda? Tyle, że od A do Z nieprawdziwa. Poza tym powinniśmy być wdzięczni, że inni pomagają swojej gospodarce, bo może dzięki temu uda nam się „na gapę” ten kryzys przejechać. 

Zróbmy znowu wyliczankę. Po pierwsze świat stał w piątek 10 października zeszłego roku tuż nad przepaścią. Wszyscy ci ekonomiści i analitycy, którzy naprawdę (nie z doskoku), na co dzień zajmują się rynkami finansowymi wiedzą, o czym mówię. Nie będę rozwijał tego wątku. Powiem tylko, że gdyby nie plan Paulsona (na początku bardzo nieudany) to doszłoby do implozji globalnego systemu finansowego. Dzięki temu i kolejnym planom i pomocy system bankowy chwieje się, ale nie upadnie. 

Po drugie, w gospodarce Chin i USA widać pierwsze oznaki spowolnienie tempa spadku aktywności gospodarczej, co zazwyczaj poprzedza koniec recesji. Te kraje szczególnie mocno pomagały swojej gospodarce. Nie jest prawdą, że ta pomoc nie działa. Owszem, spadki PKB są bardzo duże, ale gdyby nie pomoc to byłyby dużo większe. Niedawno Paul Volcker, najbardziej szanowany szef Fed (był nim przed Alanem Greenspanem), a obecnie szef rady ds. ożywienia gospodarczego przy prezydencie Obamie, powiedział, że pomoc rządowa dopiero „skapuje” (trickle down) do gospodarki. W kolejnych miesiącach będzie już spływała szerokim strumieniem. Powiedział też, że gdyby tej pomocy nie było to gospodarka by się zawaliła. Nie są to wypowiedzi polityka. Paul Volcker ma 82 lata i naprawdę nie będzie już nigdzie kandydował. 

Za zadłużenie zapłacą wnuki 

Mam absolutną awersję do wszystkich tych politycznych „milionów Polaków”. „wszystkich Polaków” itp. Podobnym uczuciem darzę opowieści o zadłużaniu wnuków. Chciałbym widzieć polityka, który tak naprawdę martwi się tym, że wnuki będą coś spłacały… Prawda jest taka, że nasze zadłużenie w porównaniu z olbrzymią większością państw jest niezbyt duże. To po pierwsze. Po drugie, w kryzysie zadłużenie warto zwiększać (mówimy o państwie). Nie tylko dlatego, żeby pomagać społeczeństwu, rynkowi pracy. Również dlatego, że jeśli ma się tanie pieniądze (a możemy je pożyczyć) i mamy pewność, że nie zbankrutujemy (widział ktoś kiedyś bankructwo państwa? Nikomu się to nie opłaca) to trzeba inwestować jak najwięcej. W kryzysie tania jest robocizna i surowce oraz nośniki energii. Inwestycje można przeprowadzić z dużo niższym niż przed czy po kryzysie kosztem. To się po prostu bardzo opłaca. To jest czysty biznes. A u nas co parę dni media informują o problemach jakie mają firmy i samorządy z otrzymaniem środków unijnych! 

Rząd bardzo się stara  

Bardzo bym chciał potwierdzić tę tezę. Mogę jednak tylko powiedzieć, że stara się nieśpiesznie, ale po prostu ma szczęcie (to bardzo dużo). Chyba premier mówił o sukcesie, jakim było zatrzymanie osłabienia złotego. Owszem, posunięcie ze sprzedażą środków unijnych było bardzo dobre, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby w tym czasie nie zaczęły się poprawiać nastroje na światowych rynkach. A dlaczego się poprawiały? Ludzie uwierzyli w to, że działania rządów pomogą gospodarkom. Gdyby USA, Chiny i UE nie pomagały swoim gospodarkom, to już mielibyśmy kurs euro dobrze powyżej 5 złotych. I żadne linia kredytowa z MFW by nam nie pomogła. O tej linii pisałem w osobnym wpisie, więc nie będę się potarzał. 

Właściwie osiągnięciem rządu mają być: zwiększenie gwarancji dla depozytów, dopłaty do kredytów hipotecznych, system gwarancji i kredytów, szybszy dostęp do środków unijnych, pakiet antykryzysowy wypracowany w Komisji Trójstronnej. Skromny program, ale zawsze lepiej coś niż nic. Wszystko to jednak realizowane jest z olbrzymim ociąganiem i to jest duży problem. Nawet na zwiększenie gwarancji dla depozytów musieliśmy poczekać trochę dłużej niż w innych państwach. Pakiet antykryzysowy wypracowany w Komisji Trójstronnej czeka już prawie 3 miesiące i mimo osiągnięcia wstępnego porozumienia poczeka zapewne jeszcze długo.

Najlepiej widać szybkość działania na przykładzie dokapitalizowania BGK (to jedyne realne pieniądze wyasygnowane przez rząd), który miał firmom gwarantować kredyty. Zapowiedź podjęcia takich działań (sławetny program zwalczania kryzysu) padła w listopadzie. Niedawno rząd podpisał odpowiednie rozporządzenia. Teraz BGK musi podpisać umowy, stworzyć zasady udzielania gwarancji. Wnioski napłyną gdzieś latem, a pierwsze kredyty firmy dostana może we wrześniu. Od pomysłu do realizacji ponad 10 miesięcy… W kryzysie. Może się okazać, że on się szybciej skończy niż rząd coś doprowadzi do końca. Poza tym podobno (nie analizowałem) kredyty z gwarancjami będą bardzo drogie i trudnodostępne. 

Ktoś inny płaci 

Można by jeszcze dużo napisać, ale uważam, że nawet to wystarczy. Trzymajmy kciuki za ten rząd, bo będzie u to bardzo potrzebne. Miał dotychczas dużo szczęścia, mimo że trafił w kryzys. Miejmy nadzieję, że będzie je miał nadal, a Polska rzeczywiście przejedzie się przez ten kryzys „na gapę”. Właściwie nie na gapę, bo przecież płacą za nas inni. Niemcy na przykład ze swojego budżetu płacą za wymianę aut, a Polska korzysta. To się może udać, ale pod jednym warunkiem: że kryzys skończy się szybko. Jeśli potrwa długo to drogo za tę jazdę zapłacimy.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-05-14 14:17

Pan Twardowski na pastwisku

Nudno. Na rynkach oczywiście. Indeksy i ceny surowców zabrnęły już tak wysoko, że korekta się po prostu należała, ale nie ma obawy: to nie powrót do bessy. Te wspaniałe bańki spekulacyjne będą jeszcze mocno dmuchane. Jeden tylko przykład: Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) poinformowała, że globalne zapasy ropy są największe od 1993 roku, a spadek popytu będzie w tym roku największy od 1981 roku. Cena ropy w ciągu 3 miesięcy wzrosła jednak o blisko 70 procent i to nie jest koniec tego wzrostu. Taka sytuacja jest też na innych rynkach. Gdzie te regulacje i obiecywana rezygnacja z polityki „hands off” (Fed nie reaguje na ekscesy rynków)? Ludzie rynku robią reformy tak, żeby niewiele się zmieniło. Śmieszne „stress testy” i przecieki do prasy ich wyników potwierdzają tylko to, co czym pisałem we wcześniejszych komentarzach. Ten rok będzie jednak dla „byków” dobry. 

Dobrze, skończmy z rynkami - nic wielkiego na nich się nie dzieje. Wrócę do mojego ostatnio ulubionego tematu. Niedawno media zajmowały się prognozami MFW i KE odnośnie polskiej gospodarki w 2009 roku. Przypominam, że MFW zapowiada spadek PKB o 0,7 procent, a KE o 1,4 procent. Minister Jacek Rostowski z oburzeniem wtedy protestował twierdząc, że Komisja się myli. Niedawno udzielił jednak wywiadu Financial Times, w którym stwierdził, że ze względu na spowolnienie gospodarcze oraz problemy polityczne przyjęcie euro może opóźnić się o rok. Poza tym nie wykluczył, że KE i MFW mogą mieć rację, a polska gospodarka rzeczywiście wejdzie w recesję. W kolejnych dniach NBP ocenił, że w tym roku wejście do ERM2 jest wykluczone, a ministerstwo finansów po raz kolejny obniżyło prognozy wzrostu PKB w tym roku do 0 - 1 procent (wreszcie realistyczna prognoza). 

Krytyka ministerstwa finansów i polityki gospodarczej rządu (miedzy innymi bardzo interesujący artykuł Mirosława Gronickiego i Jerzego Hausnera w „Rzeczpospolitej” z 14 maja) jest coraz mocniejsza i nic w tym dziwnego. Jak to jest możliwe, żeby oceny ministerstwa były tak bardzo zmienne i tak bardzo odbiegające od rzeczywistości? Nie może dziwić, że PiS zażądało dymisji ministra. Taki ruch przed wyborami do Parlamentu Europejskiego był bardzo logiczny (chociaż kompletnie jałowy jeśli chodzi o rezultaty). Oczywiście żadnej dymisji nie będzie - premier przecież nie odwoła ministra dlatego, że żąda tego opozycja. Głosowanie wotum nieufności pozycję ministra Rostowskiego wręcz wzmocni. Nie o ministra jednak idzie gra, chociaż z całą pewnością można powiedzieć, że tak trochę jak pan Twardowski z ballady Adama Mickiewicza - co prawda nie śmieszy, ale z pewnością tumani i przestrasza. 

Tumani, bo ministerstwo finansów myli się już od dłuższego czasu. Prognozy deficytu finansów publicznych i PKB są wzięte z sufitu, o czym od dawna mówili wszyscy ekonomiści. Poza tym mamienie wejściem do ERM2 w tym roku a do strefy euro w 2012 było od początku tylko i wyłącznie piarem, w który mało kto wierzył. Komisja Europejska ma w prognozach zdecydowanie lepsze wyniki. Na 2008 rok zapowiadała deficyt w wysokości 3,6 proc., a wyniósł on 3,9 proc. (ministerstwo w styczniu informowało o wzroście o 2,7 proc.). Czy to znaczy, że Komisja się nie myli? Gdyby tak było to można by się zacząć naprawdę przejmować. 

I nie chodzi o to, czy PKB wzrośnie czy spadnie o jeden procent. Naprawdę groźna jest zapowiedź deficytu finansów publicznych o 6,6 proc. (w roku przyszłym 7,3 proc.), czy wzrostu zadłużenia w przyszłym roku do 60 procent PKB. Trzeba pamiętać o tym, że przekroczenie przez dług granicy 50 proc. PKB (pierwszy próg) powodowałoby, że budżet państwa na kolejny rok nie mógłby wykazać deficytu wyższego w relacji do przychodów niż to miało miejsce w roku poprzednim. Konstytucja zakazuje też zaciągania długu, który spowodowałby przekroczenie 60 proc. PKB. Można sobie wyobrazić jak bardzo musielibyśmy zaciskać pasa, żeby nie złamać Konstytucji. Nie mówię już nawet o i tak nierealnym, szybkim wejściu do strefy euro, gdzie zadłużenie musi być niższe od 60 procent PKB. 

Na szczęście prognozy KE czy MFW nie są słowami objawionej prawdy. Często spotykam się z twierdzeniem: „monopolu na prawdę nie mają, ale to są niezależne instytucje”. Uważam, że obraża to zespoły analityczne w instytucjach prywatnych (bankach, funduszach itp.), bo z założenia czyni je „zależnymi’, czyli w domyśle nieuczciwymi. Z tego wniosek, że poprzednie, pesymistyczne prognozy instytucji prywatnych traktowane były, jako co najmniej niewiarogodne. Wystarczy przypomnieć sobie prognozy JP Morgan, który jako pierwszy zapowiedział recesję w Polsce - został na czas dłuższy (do pojawienie się kolejnych prognoz innych instytucji) czarną owcą. Najwyraźniej zakłada się, że prognozy banków prywatnych mają tylko jeden cel: doprowadzić do przeceny złotego, zawału na giełdzie i zapewne do obalenia rządu…   

To oczywiście jest totalne nieporozumienie. W Międzynarodowym Funduszu Walutowym i Komisji Europejskiej pracują tacy sami analitycy jak w instytucjach prywatnych. Są ani lepsi, ani gorsi. Podobnie jest z ekonomistami w ministerstwie finansów, ale oni mają problem, któremu na imię polityka. Generalnie, przewidywanie przyszłości jest zawsze niewdzięcznym zajęciem, a obecnie jest obciążone takim ryzykiem błędu, że przejmowanie się kolejnymi prognozami nie ma specjalnego sensu. Czasem wygląda to tak jakby różne liczby krążyły w bębnie maszyny losującej, z której wyciąga się na chybił trafił poszczególne prognozy. Wynik prognoz zespołów analitycznych zależy przecież od przyjętych założeń, a te z kolei wynikają z oceny bieżącej sytuacji. Ta zaś zmienia się szybciej niż pogoda w górach. Nie można wymagać wiarogodnych prognoz w sytuacji, kiedy mamy kryzysy na miarę pokolenia i nikt nie ma na tyle doświadczenia, żeby przewidzieć jak się rozwinie. 

Czy z tego wynika, że zarówno KE jak i MFW mylą się w ocenie naszej gospodarki, a ministerstwo finansów ma rację? Nie, takiej tezy nie można stawiać, bo prognozy naszego ministerstwa zbyt często były od początku kompletnie niewiarogodne. Można jednak powiedzieć, że ministerstwo powinno zakładać spełnienia się najgorszego, a nie najlepszego scenariusza, bo przecież ten, kto jest ostrzeżony ten jest też uzbrojony. Ryzyko jest olbrzymie. Jeśli realia potwierdzą pesymistyczne prognozy to brak działań zaradczych doprowadzi do znacznego pogorszenia sytuacji na rynku pracy, spadku popytu wewnętrznego, znacznego pogorszenia nastrojów Polaków … i zmian w ministerstwie (ale nie wymuszonych przez opozycję). 

Poza tym, ostatnie, ale nie co do znaczenia jest to, że sytuację mamy taką jak w historyjce o pastuszku i wilku, ale trochę à rebour. Wieś nie zareagowała na alarmy pastuszka, bo zbyt często żartował, że nadchodzi wilk. Minister opowiadał, że czeka nas dolce vita i wypracował sobie pozycję pastuszka. Jeśli zacznie mówić to, co wie (bo nie wierzę, żeby nie wiedział) to może mu już nikt nie uwierzyć. Możemy więc w końcu tego wpisu wrócić do elementu „przestrasza” z ballady Mickiewicza, bo sytuacja, w której mało kto wierzy w to, co mówi minister finansów jest, delikatnie mówiąc, niekomfortowa.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/