Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: kwiecień 2009

2009-04-28 7:57

Po co Polsce potrzebna jest kamizelka kuloodporna?

Korzystam z okazji, że pojawił się kolejny straszak, czyli świńska grypa, czasem zwana „meksykanką”, żeby napisać parę zdań zarówno o tej sprawie jak i o tym, co dzieje się na rynku walutowym. Oczywiście od początku tygodnia na czołówkach komentarzy jest grypa, ale to według mnie nie sama choroba popsuła nastroje, a jedynie nadanie zbyt dużej wagi tej sprawie przez media. Nie znaczy to, że można o temacie zapomnieć - trzeba rozwój sytuacji monitorować, ale nie można (przynajmniej na razie) popadać w przesadę. Owszem, Meksykowi ta epidemia zaszkodzi (choćby turystyce), ale wątpliwe jest, żeby miała olbrzymie znaczenie dla reszty świata. Do sytuacji sprzed 90 lat, kiedy to z powodu „hiszpanki” zginęło kilkadziesiąt milionów ludzi jest bardzo daleko, a od tego czasu medycyna zrobiła olbrzymie postępy. Podsumowując: spokojnie. 

Problem dla rynków akcji jest gdzie indziej - w technice. Indeks S&P 500 jest od końca zeszłego tygodnia blisko poziomu 875 pkt., który w tym roku już 3 razy powstrzymywał szarżę byków. W tej sytuacji byle pretekst doprowadza do sprzedaży akcji. Zakładam, że wkrótce byki będą chciały jeszcze raz ten opór przetestować. Jeśli uda się go przełamać to droga do 1000 pkt. będzie otwarta. Jeśli indeks mocno się odbije to na pewien czas (raczej dni niż tygodnie) o tym poziomie trzeba będzie zapomnieć. Powrotu do bessy jednak nawet takie odbicie by nie zwiastowało. 

Niestety, znowu trzeba wrócić do tego, co dzieje się na naszym rynku walutowym. Tuż po świętach, we wtorek 14 kwietnia, minister finansów Jacek Rostowski poinformował, że Polska wystąpiła do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) o udzielenie elastycznej linii kredytowej (FCL, czyli Flexible Credit Line) na kwotę 20,5 mld USD, która ma zwiększyć o 1/3 rezerwy NBP. Potem pozytywnie odniósł się do prośby Polski Dominique Strauss-Kahn, dyrektor zarządzający MFW. Wtedy to wystąpienie o przyznanie FCL umocniło złotego (kurs EUR/PLN spadł z 4,33 na 4,24 PLN), ale okazało się, że to było wszystko, na co naszą walutę było stać. Od tego momentu kursy walut rosły, a tydzień później z efektu FCL nic już nie zostało. Warto zastanowić się, dlaczego tak się stało. 

Z FCL podobno korzystać mogą jedynie najsilniejsze gospodarczo kraje z grupy emerging markets, więc teoretycznie przyznanie takiej linii jest swoistym świadectwem jakości wystawionym przez MFW naszej gospodarce. Co prawda MFW już nieraz się w swojej historii bardzo mylił, ale jednak jego oceny bardzo się liczą. Tyle tylko, że jak to jest z ocenami - nie są trwałe. W końcu tam przecież też pracują tacy sami analitycy jak w innych instytucjach. Trzy miesiące temu fundusz twierdził, że gospodarka globalna będzie się w tym roku rozwijać, a PKB wzrośnie o 0,5 proc. Ostatnio prognoza została drastycznie zmieniona. Świat i Polskę czeka recesja (odpowiednio spadek PKB o 1,3 i 0,7 proc.). W tym elitarnym klubie krajów, które wystąpiły o FCL są na razie jedynie dwa kraje Meksyk i Polska. Rzeczywiście bardzo elitarny, mało liczny klub, chociaż jeśli chodzi o Meksyk to można mieć pewne wątpliwości. I nie chodzi mi oczywiście o świńską grypę. Jeśli pamięta się o trwającej od 2 lat prawdziwej wojnie narkotykowej, grożącej temu krajowi w tym roku recesji i o ubóstwie mieszkańców to trudno mówić o członku „platynowego klubu”. 

Dziwne tylko jest to, że rynek tak bardzo podniecił się tą sprawą. Można przecież interpretować to tak: wystąpiliśmy o FCL, bo czegoś się boimy. Przecież nie kupuje się (bardzo drogiej, bo jak czytałem - pewny nie jestem - kosztującej 50 mln dolarów) kamizelki kuloodpornej, bo gdzieś na świecie jest wojna. A za kupno takiej kamizelki można uznać ubieganie się, na wszelki wypadek, o wsparcie z Funduszu. Możliwe były w tym czasie według mnie dwie przyczyny, które mogły się zresztą nakładać. Pierwsza to deklarowana chęć zabezpieczenia się przed atakami spekulantów, w razie wejścia do ERM2. Tyle tylko, że po wejściu do ERM2 spekulanci zaczęliby grać na umocnienie złotego, więc rezerwy do niczego by się nie przydały. Załóżmy jednak scenariusz ataku osłabiającą złotego. Gdyby wielcy spekulanci rzeczywiście zaatakowali naszą walutę i skonsumowali 60 mld USD naszych rezerw to czy odstraszyłoby ich te pozostałe 20 mld (FCL)? Z pewnością nie, więc taka linia miałaby tylko znaczenie psychologiczne. 

Nawiasem mówiąc rząd najwyraźniej powoli wycofuje się z przyjęcia euro w 2012 r., tym samym potwierdzając to, o czym mówiło się od dawna, że ta data jest po prostu nierealna. Wejście do ERM2 w drugim półroczu wydaje się jeszcze mniej prawdopodobne. Zauważalna stabilizacja kursu euro musi trwać co najmniej kilka miesięcy, a optymalnym kursem wejścia do ERM2 byłby przedział 3,70-4,1 zł za 1 euro do czego jest jeszcze daleko. Poza tym rynek wcale od nas tego nie oczekuje. Wręcz przeciwnie, chyba nikt poza rządem nie spodziewał się, że wejdziemy do ERM2. Kolejne przekładanie daty przyjęcia europejskiej waluty przez rząd nic tu nie da, bo wiarygodność tych zapowiedzi znacznie zmalała, o czym niżej. 

Drugą przyczyną wystąpienia o FCL (dużo gorsza) mogło być to, że minister finansów boi się reakcji rynków na ujawnienie jesienią rozmiarów deficytu i chce mieć na ten wypadek więcej pieniędzy w zapasie do obrony złotego. Potem pojawiła się przyczyna trzecia, jeszcze gorsza.  Mirosław Gronicki, były minister finansów uważa, że linia kredytowa MFW będzie użyta nie do stabilizacji złotego, ale do zaspokojenia potrzeb pożyczkowych Polski. Było to bardzo logiczne i wiele tłumaczące spostrzeżenie. Wtedy to już pisałem, że jeśli były minister ma rację cała akcja z FCL była jednym wielkim piarem, a złotego w drugiej połowie roku mogą czekać ciężkie czasy. Okazało się, że nie miałem racji. Wystarczył tydzień, żeby złoty zaczął tracić. 

Zapoczątkował tę przecenę raport GUS, który w środę 22 kwietnia poinformował, że według wstępnego szacunku deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2008 roku wyniósł 3,9 proc. PKB. Ministerstwo finansów informowało w styczniu, że deficyt wyniesie 2,7 proc. W roku szybkiego rozwoju gospodarki przekroczyliśmy 3 procent, która to granica obowiązuje w UE. Mniejszy od 3 procent deficyt jest też potrzebny do tego, żeby przyjąć euro. Można tylko zastanawiać się, jak duży deficyt wypracujemy w tym roku… 

Prawdę mówiąc w tą feralną środę od początku dnia dziwiłem się, że nie widzę przeceny złotego. Wystarczyło następnego dnia przeczytać prasę, żeby trochę przestraszyć się tym, co ekonomiści mówili na temat kolejnego błędu ministerstwa finansów . Były minister finansów Mirosław Gronicki zarzucił nawet ministerstwu kłamstwo. Nie zgadzał się z tym twierdzeniem profesor Stanisław Gomułka tłumacząc, że ministerstwo mogło w styczniu jeszcze nie znać rzeczywistego deficytu. Pozostaje jednak pytanie: czy mogło się pomylić o blisko 16 mld złotych i czy, jeśli się pomyliło, musiało milczeć przez kolejne 3 miesiące? Wystarczy przypomnieć sobie projekt budżetu z nieracjonalnymi założeniami, dziwne i pośpieszne cięcia wydatków już dwa miesiące po przyjęciu budżetu, hurraoptymistyczne zapowiedzi szybkiego wprowadzenia Polski do strefy euro, żeby stwierdzić (nieważne, czy rację ma profesor Gomułka, czy minister Gronicki), że wiarogodność ministerstwa została podważona. 

Nic dziwnego, że w czwartek, dzień po opublikowaniu raportu przez GUS, kursy walut ruszyły na północ. Spotkałem się opiniami, że to decyzja agencji ratingowej Moody’s o obniżeniu ratingu dla Litwy i Łotwy przeceniała złotego, ale to jest nieporozumienie. Waluty Węgier i Czech zachowywały całkowity spokój, a przecież gospodarka Węgier uznawana jest za dużo słabszą od naszej. Wystarczyło spojrzeń na kursy czeskiej korony i węgierskiego forinta w stosunku do złotego, żeby zobaczyć, że kapitały uciekały z Polski i wchodziły w koronę i forinta. Interesujące jest też porównanie złotego z meksykańskim peso. Owszem, w ostatnich dwóch dniach złoty zyskał w stosunku do peso prawie 3 procent (efekt „meksykanki”), ale wcześniej, przez miesiąc, peso zyskało w stosunku do złotego aż 10 procent… Mówiło się też u nas o zakupach walut przez jakiś podmiot, ale długość trwania przeceny temu zaprzeczała. Twierdzono też, że wychodzi znowu problem opcji, ale do końca miesiąca pozostał wtedy jeszcze tydzień, więc to też nie powinno było wtedy tak złotego przecenić. Nawiasem mówiąc uważam, że kwestia opcji jest od dawna bardzo przeceniana. 

Przecena znacznie zmieniła obraz techniczny rynku. Sygnał kupna złotego (wyjście dołem z trójkąta) został anulowany, ale nadal kontynuowany jest 3. miesięczny trend spadkowy EUR/PLN. Rządowi interwenci (sprzedający środki z UE) nie powinni pozwolić na przełamanie jego górnego ograniczenia (okolice 4,60 PLN), bo kurs błyskawicznie znajdzie się wtedy znowu na poziomi 4,90 PLN. Nawiasem mówiąc rząd (BGK) powinien był bronić poziomu 4,40 PLN tak jak niepodległości. Powrót nad ten poziom nie tylko anulował sygnał kupna złotego - ostatecznie zdemistyfikował też znaczenie elastycznej linii kredytowej, którą mamy otrzymać z MFW. Ale to jest już płakanie nad rozlanym mlekiem.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-04-14 14:28

Czy naprawdę nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki?

Na giełdach kontynuowane są wzrosty indeksów, które są już całkiem poważne Amerykański S&P 500 wzrósł już od dna około 30 procent, WIG20 dobrze ponad 40 procent - tę wyliczankę można kontynuować. Nie tylko indeksy rosną. Ropa jest o prawie 50 procent droższa od lutowego minimum, a miedź od początku roku zdrożała ponad 60 procent. Trwa „cicha hossa”. Cicha, bo media jeszcze niespecjalnie zauważają te wzrosty. Na razie ciągle panuje moda na kryzys. Ale uważajcie: już niedługo media zmienią front i zaczną emanować optymizmem.

Po tym fragmencie tekstu Czytelnik może dojść do wniosku, że zapowiadam nadejście nowej hossy. I byłby bliski prawdy, bo co prawda nie wiem jeszcze, czy mamy do czynienia jedynie z korektą całej bessy, czy z początkiem nowej hossy, ale tego ostatniego nie wykluczam. Od dawna powtarzam, że dopiero jesienią zobaczymy, na czym stoimy. Zobaczymy, w jakim stopniu te wszelkie pomoce rządowe, bankowe, kreatywne księgowości itp. pomogą gospodarce. Bo to od stanu gospodarki globalnej zależy przecież to, czy napędzany nadziejami wzrost z korekty zamieni się w hossę.

W jedno, proszę, nie wierzcie: w to, że decyzje bardzo reklamowanego szczytu G20, doprowadziły do dużych wzrostów indeksów giełdowych. Mam inne zdanie niż to prezentowane przez „mainstream”. Gdyby gracze uwierzyli w to, co zostało postanowione na szczycie to indeksy mocno by spadały. Ostre regulacje i sankcje wymierzone w raje podatkowe nie są tym, co fundusze inwestycyjne mogą pokochać. Zasilenie MFW z pewnością pomoże krajom rozwijającym się, ale przede wszystkim tym, które będą potrzebowały pomocy. Nie ma ono znaczenia dla USA, strefy euro, Japonii itp. czyli do krajów z których kryzysy wyszedł. Nie ulega jednak wątpliwości, że ta decyzja zwiększyła zaufanie do emerging markets. Nic dziwnego, że indeksy w tych krajach szybko rosną. Budujemy kolejną bańkę?

Gracze pokochali za to z pewnością decyzję amerykańskiego FASB (Financial Accounting Standards Board) - podjętą w dzień szczytu G20. Ten organ regulacyjny postanowił, że w księgowości nie będzie obowiązywała reguła „mark to market” zgodnie z którą w księgach aktywa wyceniane były zgodnie z ich wartością ustalaną przez rynek. Teraz niektóre aktywa będą mogły być ustalane przez na przykład banki zgodnie z teoretycznymi wycenami ich wartości. Mało tego - te zasady będą działały wstecz. Inaczej mówiąc usankcjonowano kreatywną księgowość, dzięki której zyski banków w pierwszym kwartale mocno wzrosną. W wynikach Wells Fargo i Goldman Sachs już zapewne widać wpływ zamiany zasad księgowych. Nic dziwnego, że FASB miał problemy - przyjęto tę regulację stosunkiem głosów 3:2.

Wracając do szczytu G20 przypomnijmy, że liderzy krajów tworzących tę grupę przyrzekli sobie solennie, że nie będą stosowali protekcjonizmu. To samo mówili jednak w końcu zeszłego roku, a od tego czasu wprowadzili 47 różnych regulacji protekcjonistycznych (dane Banku Światowego). Zapowiedzieli też znaczne zwiększenie regulacji rynków finansowych (również sektora „shadow banking” wraz z funduszami hedżingowymi). Każdy kraj ma to zrobić we własnym zakresie „wtedy, kiedy sytuacja się uspokoi”. Zapowiedziano też stworzenie globalnego organu monitorującego sytuację na rynkach finansowych oraz utworzenie „czarnej listy” rajów podatkowych, które zostaną objęte sankcjami.

Komunikat promieniał optymizmem. Mówiono o „historycznym kompromisie, a Nicholas Sarkozy stwierdził nawet, że “szczyt przeszedł jego oczekiwania”. Musiały to być bardzo ograniczone oczekiwania, bo co prawda dobrze, że szczyt postanowił podjąć opisane wyżej działania, ale bardziej istotne jest to, czego nie zrobił i kiedy i jak państwa zrobią to, do czego się zobowiązały. Prawdę mówiąc prawdziwym sukcesem było to, że szczyt zakończył się bez spodziewanych rozdźwięków między Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią i Japonią z jednej strony (zwolennicy zwiększenia interwencjonizmu państwowego), a Francją i Niemcami (zrobiliśmy, co trzeba było, teraz poczekamy na wyniki). Po prostu znaleziono najmniejszy wspólny mianownik, bo celem szczytu było pokazanie jedności i danie nadziei. I ten cel został osiągnięty. Ponieważ nie osiągnięto kompromisu w sprawie środków stosowanych do zwalczania kryzysu to nic o tym nie mówiono.

Jedno jest oczywiste: z pewnością nie można mówić o zbudowaniu nowego ładu w światowych finansach, czyli nowego Bretton Woods. Do powstania nowego ładu jest jeszcze bardzo daleko. Można wręcz powiedzieć, że jest coraz dalej. Wiem, że to dziwnie brzmi, szczególnie na tle licznych komentarzy, w których mówi się o tym, że taki ład właśnie się tworzy, ale ja uważam, że ta, medialna większość, która chce reform porusza się w oparach utopii. Dla jasności: uważam, że zbudowanie nowego ładu jest niezbędne, ale tym razem się ono nie uda. Mówi się na przykład o wprowadzenia sensownych regulacji rynków finansowych. Bardzo dobrze, ale kto to ma zrobić? Ci sami ludzie, którzy od lat rządzili w spółkach, bankach centralnych, rządach i doprowadzili do obecnego kryzysu? Poza tym lobbyści zrobią wszystko, żeby reformy były bardzo ograniczone.

Nawiasem mówiąc całkowicie nie zgadzam się z opiniami zgodnie z którymi skończył się neoliberalny porządek świata i rozpoczęła się Nowa Era. Owszem szkoła chicagowska trochę oberwała, a jej wyznawcy nieco przycichli, ale bez złudzeń: istnieją, są większością i mają dużą przewagę. Można choćby spojrzeć w komentarze pod moim blogiem, żeby zobaczyć, że olbrzymia większość z nich popiera wolny rynek w wydaniu friedmanowskim. Trwająca już ponad 30 lat indoktrynacja prowadzona nie tylko na poziomie uczelni, ale i różnych „think tanks” (a przecież ciągle powstają nowe - np. FOR Leszka Balcerowicza) doprowadziła do sytuacji, w której będzie bardzo trudno o zmianę poglądów elit. A bez takiej zmiany nie przeprowadzi się poważnych reform. Prawdę mówiąc to należałoby doprowadzić do wymiany elit finansowych (pisze o tym były główny ekonomista MFW w artykule: http://www.theatlantic.com/doc/200905/imf-advice ), ale tego bez rewolucji nie da się zrobić.

Wystarczy dobrze przyglądać się temu, co dzieje się na rynkach, żeby stwierdzić, że nie jest prawdziwe powiedzenie: „nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki”. Ależ można - właśnie do niej wchodzimy. W drugiej połowie roku zobaczymy już skutki pomocy, którą rządy i banki centralne zaaplikowały gospodarkom od Chin i Japonii poprzez Europę, aż do USA. Poprawa doprowadzi do medialnego zamknięcia wieka nad trumną kryzysu, a to z kolei znacznie stępi pazury tych polityków, którzy chcieliby gruntownej zmiany systemu.

Owszem, dojdzie do upudrowania systemu, jakieś reformy zostaną wprowadzone, ale stopień finansjeryzacji gospodarki zmniejszy się nieznacznie, tykająca bomba derywatów nie zostanie rozbrojona a rynkiem walutowym i surowcowym rządzić będą fundusze (również nadal mało regulowane fundusze hedżingowe). Nieśmiało mówi się o zmianie sposobu wynagradzania menadżerów. Dobrowolnie zrezygnują z opcji na akcje? A przecież to właśnie te opcje plus absurdalne premie roczne doprowadzają do tego, że menedżerowie mają bardzo krótki horyzont. Ważne jest tylko to, żeby szybko i dużo zarobić. Co się stanie potem z firmą? Po nas choćby potop… Wyobrażacie sobie, żeby wprowadzony został podatek Tobina (opodatkowanie transakcji walutowych)? A gdzie by się podziali ci gracze, którzy w ciągu tygodnia obracają na rynku walutowym pieniędzmi, które są większe od handlu całego świata w ciągu roku? A przecież taki, wybitnie spekulacyjny, rynek walutowy jest przyczyną wielu kryzysów… Wyobrażacie sobie, żeby zwiększono (wielokrotnie  a nie o 10 procent) wartość depozytów na rynku derywatów i ograniczono dźwignię finansową? A przecież to derywaty doprowadzają do zwariowanych ruchów na rynkach finansowych. Wprowadzenie takich ograniczeń zrujnowałoby tak wielu … że jest to po prostu niemożliwe.

Niewiele się zmieni, a my sami, żądając dużych stóp zwrotu, kredytów ponad nasze możliwości, ochrony miejsc pracy itd. itp. zmusimy polityków do wprowadzania rozwiązań, które będą pseudo-reformami. W demokracji nie ma warunków do przeprowadzenia poważnych, bolesnych reform. Są one w warunkach „suwerennej demokracji” (Rosja), czy w „autokratycznej demokracji” (Chiny). To nie znaczy, że nawołuję do zmiany systemu - nikt nie wymyślił niczego lepszego niż demokracja, ale wiem, że to nie sprzyja reformom. Kłania się tutaj „Doktryna szoku” Naomi Klein à rebour. Tam neoliberałowie przeprowadzają swoje reformy korzystając z kataklizmów, przewrotów itp. Nie tylko jednak oni mogą takie okoliczności wykorzystywać.

Świat finansów nie wyciągnął zbyt wielu nauk z obecnie trwającego kryzysu. Kapitałów czekających na okazję jest mnóstwo i każdy chce zarobić. Sposób myślenie inwestorów/graczy się nie zmienił. Zarządzający funduszami się w większości nie zmienili, a nawet jeśli się zmienili to na ich miejsce przyszli inni wychowani w tym samym duchu. „Miękkie” regulacje niewiele tylko zmienią sposób działania. To wszystko sygnalizuje, że droga do kolejnych baniek spekulacyjnych jest otwarta.

W ostatnim numerze „Forum” przeczytałem wywiad, którego Süddeutsche Zeitung udzielił Peter Sloterdijk, niemiecki filozof i eseista. Na temat kryzysu powiedział on między innymi, że „…co do tego wszyscy są zgodni - rezultatem obecnego kryzysu może być tylko kolejny kryzys. W najlepszym wypadku możemy odroczyć definitywne przesilenie albo - ściśle mówiąc - zastąpić ostateczne rozstrzygnięcie permanentnym kryzysem”. Jedno tylko mnie w tej wypowiedzi zdziwiło - to, że „wszyscy są zgodni”. Przyznam szczerze, że nie spotkałem wielu opinii zgodnie z którymi po tym kryzysie przyjedzie ten „ostateczny” Kryzys.

Uważam, że pod ten Kryzys budowane są już fundament. Jego opanowanie będzie jeszcze trudniejsze niż obecnego (o ile nie niemożliwe). Dopiero ten nowy Kryzys doprowadzi do wymiany elit, a na jego zgliszczach powstanie Nowy Ład. Przed nami jednak kilka lat, podczas których będzie można dobrze zarobić. Mówiąc ‘trwaj chwilo jesteś piękna” trzymajmy jednak kciuki za to, żebym się pomylił, a politycy okazali się wizjonerami i geniuszami, którzy bez rewolucji mienią cały system globalnych finansów.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/