Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: marzec 2009

2009-03-26 15:37

Trwaj chwilo, jesteś piękna?

Tytuł to oczywiście cytat z „Fausta” Goethego tyle, że w oryginale nie było na końcu znaku zapytania. Obecna sytuacja wymaga jednak, żeby go postawić. Dwa tygodnie temu opublikowałem (napisany sporo wcześniej dla „Gazet Wyborczej”) komentarz, w którym przedstawiłem trzy scenariusze rozwoju przyznając im różne miary prawdopodobieństwa realizacji. Największe szanse miał według mnie scenariusz, który jest obecnie realizowany - wzrost indeksów, cena surowców, osłabienie dolara i umocnienie złotego. Czas najwyższy, żeby zastanowić się na tym, co tak wyraźnie zmieniło nastroje i jak się to wszystko rozwinie. 

Zacznijmy wpierw od genezy poprawy nastrojów. Giełdowe niedźwiedzie dostały ostatnio trzy, przełamujące ich kręgosłup, ciosy. Została przekroczona masa krytyczna - inwestorzy uwierzyli, że zmasowana pomoc rządów i banków centralnych musi przełożyć się na poprawę sytuacji w realnej gospodarce. Może nawet nie tyle uwierzyli ile chcieli uwierzyć. Pierwszym ciosem było to, że kolejne banki poszły w ślady Citigroup meldując o zyskach w pierwszych miesiącach roku i twierdząc, że nie skorzystają z pomocy rządowej. Można powiedzieć, że meldowały o tym pojedynczo i codziennie, co wyglądało na zorganizowaną akcję. Dzięki temu zniknął strach przed nacjonalizacją, a to był potężny czynnik sprzyjający niedźwiedziom. Poza tym General Motors poinformował, że nie będzie jednak potrzebował 2 mld USD pomocy, o którą niedawno prosił, co zdjęło reflektory z sektora producentów samochodów. 

Drugi cios niedźwiedzie otrzymały z Fed, który postanowił drukować pieniądze w celu zasilenia gospodarki gotówką. Zwiększył o 750 mld USD wartość wykupu gwarantowanych przez rząd instrumentów pochodnych (bazą są kredyty hipoteczne) emitowanych przez Fannie Mae, Freddie Mac i Ginnie Mae. Postanowił też wykupić w ciągu 6 miesięcy długoterminowe obligacje rządu USA za sumę 300 mld USD. Tego rynki nie oczekiwały. Mówiono, że to może kiedyś nastąpić, ale że Fed użyje tej broni w sytuacji krytycznej. Tym posunięciem (pierwszy raz od lat 1961 - 65) Fed chce osiągnąć dwa cele: zasilić gospodarkę dodatkową gotówką i podnieść ceny obligacji, czyli obniży rentowność, co według Fed (nie wszyscy się z tym zgadzają) wpłynie na zmniejszenie ceny kredytu hipotecznego. 

Nawiasem mówiąc ostatnie doświadczenia pokazują, że wpływ tej decyzji na rynek obligacji może też nie być duży. Co prawda aukcja dwuletnich obligacji skarbu państwa (40 mld USD) zakończyła się sukcesem, ale inaczej wyglądała sytuacja na aukcji obligacji pięcioletnich. Okazało się, że żeby sprzedać 34 mld USD długu trzeba było zaoferować znacznie większą od oczekiwanej rentowność. Prognozy mówiły o rentowności 1,801 proc., a wynikiem aukcji była 1,849 proc. Poza tym bardzo słaby był popyt - stosunek popytu do podaży spadła z 2,21 do 2,02. Taki wynik aukcji zaniepokoił graczy, szczególnie, że przedtem w Wielkiej Brytanii podobna aukcja zakończyła się niepowodzeniem. Rentowność obligacji wzrosła, mimo że Fed kupował obligacje za 7,5 mld USD. 

Trzeci cios zadał niedźwiedziom Timothy Geithner, sekretarz skarbu. W lutym, kiedy przedstawił zarys planu ratowanie sektora finansowego, rynki zareagowały gwałtowną wyprzedażą. Teraz było inaczej. Okazało się, że rzeczywiście zgodnie z planem Public Private Partnership Investment Program (PPPIP) powoływane mają być fundusze prywatno - państwowe, które będą skupować „trujące” aktywa. Na ten cel rząd przeznaczy 75 - 100 mld USD z programu TARP (plan Paulsona). Drugie tyle ma wyłożyć sektor prywatny. Te nowe fundusze będą emitowały dług, gwarantowany przez FDIC (lub FDIC będzie sama udzielała niskooprocentowanego kredytu) - może to być sześć razy tyle ile wynosił kapitał początkowy. Dzięki temu fundusze skupią 500 mld USD aktywów. Drugą częścią planu jest rozszerzenia działającego już planu TALF. Teraz będzie nie 200 a 1000 mld USD. Fed będzie przyjmował starsze obligacje bazujące na kredytach hipotecznych i poszerzy zakres aktywów, które będzie mógł przyjmować jako zastaw pod pożyczkę. 

To wszystko się graczom spodobało, ale program Geithnera jest bardzo krytykowany. Nie ukrywam, że mnie się on też mi się nie podoba. W całości zgadzam się z krytykami (między innymi z noblistami Paule Krugmanem i Josephem Stiglitzem, czy profesorem Nourielem Roubinim i Martinem, Wolfem Financial Times) twierdzącymi, że ten plan jest drogą donikąd, a może nawet prowadzi na kompletne manowce. Przede wszystkim jest on jednak głęboko niemoralny. Prywatny kapitał zasili fundusze PPPIP niewielkimi kwotami, które ma szansę wielokrotnie pomnożyć. Jednocześnie prawie całe ryzyko ponosi budżet państwa, który do tego stosuje to, co było powodem kryzysu, czyli lewarowanie (sześciokrotną dźwignię finansową). To jest gaszenie pożaru benzyną. Widać też gołym okiem, że to rozwiązanie ma dać zarobić wielu firmom sektor finansowego (w domyśle: kolegom). 

Najprostsze i najlepsze co można było zrobić, a o czym twórcy programu wiedzieli, było rozwiązanie, które zastosowali Szwedzi w latach 90. tych zeszłego wieku. Trzeba było znacjonalizować banki, wyrzucić na bruk ich zarządy, pozbyć się trujących aktywów wpisując je w straty lub sprzedając po cenach rynkowych i po paru latach sprzedać uleczone banki w ręce prywatne (przy okazji na tym nieźle zarabiając). Dlaczego administracja USA nie zastosowała tego rozwiązania? Otóż dlatego, że polityk amerykański jak ognia boi się dwóch rzeczy: posądzenia o ateizm i określenie mianem „socjalisty”. Media i eksperci rynkowi tę nacjonalizację (będącą niczym innym jak dobrym interesem) nazywali „socjalizmem”. 

Dlaczego jeszcze to rozwiązanie jest groźne? Otóż dlatego, że jak twierdzi wielu ekonomistów fundusze z programu TARP zdecydowanie nie wystarczą do uleczenia sektora finansowego. Trzeba by skupić między 2000 a 4000 mld aktywów, a nie 500 mld. Jeśli rzeczywiście tak jest to znaczy, że za parę miesięcy administracja będzie prosiła Kongres o kolejne pieniądze (mówi się, że o 750 mld USD). Mogę się założyć o dużą sumę, że Kongres tych pieniędzy nie da. Wojna polityczna w USA trwa w najlepsze. Czyta się o 11 stanach, które się buntują i nie chcą podlegać prawom federalnym. Kością niezgody jest sposób, w jaki rząd radzi sobie z kryzysem - chęć wydawania kolejnych pieniędzy gwałtownie topnieje. Porozumienia między Republikanami i Demokratami nie będzie. Jak więc to wszystko się skończy? Tak, że w wielu przypadkach trzeba będzie za długi banków przejąć ich akcje i je znacjonalizować (tak twierdzi na przykład profesor Nouriel Roubini), a ten proces połączony z politycznymi kłótniami znowu obudzi niedźwiedzie. 

Mamy jednak do tego momentu od 3 do 6 miesięcy czasu, więc trzeba korzystać z tego, że indeksy giełdowe i ceny surowców rosną, a wyceny jednostek uczestnictwa drożeją. Czyli właśnie „trwaj chwilo, jesteś piękna”. Tyle tylko, że jak widać ze znakiem zapytania. Powiedzmy jednak, że uda jakoś rozwiązać ten problem. Załóżmy, że jesienią w systemie bankowym będzie już spokojnie, a w gospodarce widać będzie pierwsze sygnały ożywienia. Przy okazji: dane z rynku nieruchomości i raport o zamówieniach w USA nie są takim sygnałami. Trzeba wejść głębiej w te raporty, żeby stwierdzić, że jest to tylko i wyłącznie bardzo zamglone światełko w tunelu. Poza tym dane z jednego miesiąca nie tworzą trendu. No, ale przyjmijmy, że jesienią rzeczywiście będziemy widzieli na horyzoncie (w 2010 roku) obiecywane przez Bena Bernanke ożywienie. Czy to będzie kończyło kryzys? Z całą pewnością nie.

 Od momentu pojawienia się pierwszych oznak ożywienia gospodarczego rozpocznie się wyścig między gospodarką i inflacją, bo przecież inflacja wynikająca z zalewania systemu gotówką musi się pojawić (nie później niż za dwa lata). Szef Fed i sekretarz skarbu USA twierdzą, że mają plan wyjścia z tej sytuacji, ale ja bardzo w to wątpię. Twierdzi się, że sześcioprocentowa inflacja byłaby dla USA do przyjęcia, ale problem jest w tym, kto będzie pierwszy na linii mety, czyli w momencie, kiedy trzeba będzie podnosić stopy i wycofywać gotówkę z rynku. Jeśli gospodarka będzie pierwsza (PKB będzie szybko rósł) to działania Fed doprowadzą jedynie do spowolnienia, ale katastrofy nie będzie.

 Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest jednak to, że gospodarka będzie odżywała powoli, a inflacja będzie rosła szybciej. Choćby z tego powodu, że rynki finansowe podniosą znowu ceny surowców (i nie będą to małe wzrosty). Nadmuchane deficyty i potrzeby pożyczkowe osłabią też i to znacznie dolara, a to dodatkowo będzie podnosiło ceny surowców (szczególnie złota) i towarów rolnych. Nawiasem mówiąc osłabienie dolara bardzo nie będzie się podobało Chinom siedzącym na górze dolarów, co może doprowadzić (wręcz pewne jest, że doprowadzi) do dodatkowych perturbacji. Banki centralne będą musiały przepłynąć między Scyllą (stagnacja gospodarcza), a Charybdą (duża inflacja), Przesmyk będzie bardzo wąski. Trzymam kciuki, żeby się im się to udało, ale będzie to niezwykle trudne.

 Jeśli mówimy o prawdopodobieństwie to zakładam, że za około 2 lata czeka nas na światowa stagflacja. Alternatywą jest hiperinflacja, ale nie wierzę w to, że się zmaterializuje. Świat za bardzo jej się boi, a środki do jej zwalczenia posiada. Tak więc za niecałe dwa lata (może wcześniej) czeka nas druga odsłona kryzysu. Być może to ona zmusi wielkich tego świata do przemodelowania całego światowego systemu finansowego - do swoistej rewolucji. Na razie więcej się na ten temat mówi niż robi, a uspokojenie na rynkach i oczekiwania na poprawę sytuacji dodatkowo dążenie do tej rewolucji osłabi.

 Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-03-12 9:44

Trzy scenariusze i …

Tekst, który poniżej Państwo przeczytacie wydrukowała (z małymi skrótami) „Gazeta Wyborcza” w dniu 11. marca. Pisany był kilka dni wcześniej, więc teraz trochę go zmodyfikuję i dopiszę końcówkę, ale meritum pozostanie. A teraz ad rem. 

Pisanie komentarza ze scenariuszami rozwoju sytuacji na rynkach finansowych przypomina poruszanie się po polu minowym z zawiązanymi oczyma. Szukamy tam prognozy (złota), której może nawet tam nie ma. Prawdą jest bowiem, że nie ma na świecie człowieka, który mógłby postawić wiarogodne prognozy i przedstawić scenariusz, który miałby choćby 75 procent prawdopodobieństwa. Nawet Warren Buffet napisał ostatnio w liście do akcjonariuszy, że w 2008 roku często się mylił, co zresztą bardzo zaszkodziło jego firmie, Berkshire Hathaway. 

Od dawna pytany o prognozy PKB, stopy bezrobocia itp. mówię, że nie będę wyciągał papierka z bębna maszyny losującej. Analitycy i ekonomiści to robią, bo muszą, ale spróbujcie prywatnie z nimi porozmawiać. Jeśli pytany ekspert będzie uczciwy to powie, że nie jest do swoich prognoz przywiązany. Jak może być, skoro wszystko bazuje na ruchomych piaskach gospodarki i rynków finansowych? Jak można coś prognozować, skoro sytuacja zmienia się z tygodnia na tydzień, a czasami nawet z dnia na dzień? Przypomnijmy sobie, co mówił Ben Bernanke, szef Fed na początku kryzysu, latem zeszłego roku. Straty sektora bankowego miały wnosić 100 mld USD. Potem szacowano je na 400 mld. Niedawno, kilka miesięcy temu na 1000 mld. Teraz jest już chyba około 2.000 mld i rachunek rośnie. 

Rząd USA pomagał wielu bankom, ale musiał pomóc znowu Citigroup i AIG. Ben Bernanke powiedział niedawno, że konieczność kolejnego ratowania AIG, który działał jak fundusz hedżingowy, zdenerwowała go bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenie podczas tego kryzysu, ale uważa, że nie można było dopuścić do jego bankructwa, bo doprowadziłoby to do zawału całego systemu finansowego. Podobnego zdania jest Nouriel Roubini, znany profesor ekonomii, który przewidział ten kryzys. Roubini twierdzi też, że cały system bankowy w USA i UE jest bankrutem i należałoby go natychmiast znacjonalizować. 

Generalnie rynki zachowywały się na początku roku, w pierwszych 2 miesiącach zadziwiająco. Potężne środki obiecane przez rządy powinny były zrodzić nadzieję, że, zapewne w drugiej połowie roku, poprawią sytuację. Giełdy zazwyczaj wyprzedzają poprawę sytuacji gospodarczej o około 6 miesięcy. Sama nadzieja (nie ma znaczenia, czy realna) powinna wystarczyć do rozpoczęcia korekty na głęboko przecenionym rynku. Widać to na rynku chińskim, gdzie indeksy wzrosły (od zeszłorocznego dna) o blisko 40 procent. Tymczasem ani w styczniu ani w lutym nic takiego nie zaobserwowaliśmy w USA i w Europie. To zachowanie było niezwykle niepokojące. Owszem, jeden ze stałych Komentatorów (Stoję i patrzę) przesyła mi materiały (dziękuję), z których wynika, że to potrzeby pożyczkowe i działania Fed wysuszają rynek z gotówki. Z faktami się nie dyskutuje, więc to z pewnością jest ważący czynnik, ale według mnie nie decydujący. Jeśli zmienią się nastroje to znajdą się też i pieniądze. 

Pozostaje postawić pytanie: czy rynek wie (przeczuwa), że niedługo pojawi się coś, co go kompletnie załamie, czy też nadal czeka na przekroczenie przez programy pomocy masy krytycznej, która uruchomi nadzieję, a co za tym idzie poprowadzi indeksy na północ? Takim negatywnym „czymś” (trupem w szafie) mogłoby być na przykład załamanie się regionu Europy Centralnej, przed którym przestrzega agencja ratingowa Moody’s. Odnotować jednak trzeba, że według niej Polska jest liderem regionu i jest bardzo odporna na kryzys. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy oazą. Jeśli załamie się Ukraina i Węgry to będziemy mieli duży problem. Dlatego też uważam, że dezawuowanie Węgier po to, żeby na ich tle dobrze wyglądać jest działaniem, które może polskiej gospodarce w dłuższym terminie zaszkodzić. 

Tyle ogólnych uwag, a teraz spróbujmy wejść na pole minowe i przedstawić trzy scenariusze (średnioterminowe) określając (co najważniejsze) prawdopodobieństwo ich realizacji. Druga część zdania jest bardzo istotna. Wiem, że Czytelnicy po przeczytanie scenariuszy powiedzą: no tak, mówi, że będzie dobrze albo będzie źle, czyli ubezpiecza się na wszystkie strony. Problem w tym, że analityk musi brać pod uwagę wszystkie możliwości. Musi być elastyczny i obstawiając tę najbardziej prawdopodobną, zawsze mieć w sobie gotowość do zmiany pozycji po zaakceptowaniu małych strat. Tylko takie działanie zapewnie długoterminowy sukces. 

Scenariusz (prawie) optymistyczny - prawdopodobieństwo realizacji 50 procent.

Ciągle uważam (od połowy stycznia i na razie się mylę), że rynek czeka na przekroczenie przez programy pomocy masy krytycznej, która uruchomi nadzieję, a co za tym idzie poprowadzi indeksy na północ. Jakie argumenty stoją za tym scenariuszem? 

  1. Pomoc, którą rząd chiński aplikuje gospodarce (585 mld USD) może rzeczywiście ją rozruszać.
  2. Niedługo zacznie działać program amerykański (785 mld USD) i programy europejskie. To musi pomóc gospodarce globalnej, chociaż niekoniecznie będzie to bardzo duża pomoc.
  3. Zapewne dlatego, dyskontując ten scenariusz rośnie, indeks BDI (Baltic Dry Index - indeks kosztu transportu towarów masowych drogą morską). Wielu analityków uznaje go za wyprzedzający wskaźnik koniunktury.
  4. Rynek miedzi i ropy znalazł już twarde dno, a cena ropy pokonała linię bessy. Jeśli cena baryłki pokona 50 USD to prawie na pewno dojdzie też do 65 USD, a może i wyżej. To pomoże sektorowi surowcowemu na giełdach i poprowadzi indeksy na całym świecie na północ.
  5. Rozpoczęcie poważnej korekty (tylko korekty) doprowadzi do wzrostu kursu EUR/USD (osłabienia dolara), a to dodatkowo pomoże surowcom. Problemy będzie miało złoto, w pierwszym okresie (być może już to widzimy) będzie taniało tracąc swoją siłę przyciągania, jako „bezpieczna przystań”.
  6. Umocnią się waluty z emerging markets, a indeksy giełdowe w tych krajach będą rosły. Dotyczy to oczywiście również Polski, gdzie złoty wróci pod poziom 4,50 PLN za euro, a WIG20 ruszy ku 1.900 pkt.
  7. Taka sytuacja doprowadziłaby nas do jesieni, gdzie zwyczajowo w okolicach października, rynki miałyby swoją chwilę prawdy. Jeśli widać będzie już zdecydowaną poprawę we wskaźnikach wyprzedzających (niekoniecznie w realu) to wzrosty indeksów będą kontynuowane do momentu, w którym pojawi się nieunikniona inflacja (skutek impulsów fiskalno - monetarnych).
  8. Banki centralne zaczną podnosić stopy, przyduszą gospodarki i wejdziemy w dłuższy okres stabilizacji. W tej wersji bankom centralnym uda się opanować inflację - twierdzą, że potrafią zapanować nad tym wylewanym do gospodarki oceanem gotówki.
  9. Gospodarka globalna po 2 - 3 latach zacznie się znowu stosunkowo szybko rozwijać.

Scenariusz pośredni - prawdopodobieństwo realizacji 30 procent.

Punkty od 1 do 4 miałyby nadal zastosowanie, ale pojawi się problem, o którym wspominał niedawno Ben Bernanke. Powiedział, że w USA można oczekiwać końca recesji w 2009 roku i wzrostu gospodarczego w 2010 roku, ale tylko wtedy, jeśli działania podejmowane przez administrację, Kongres i Fed przywrócą wcześniej stabilizację w sektorze finansowym. Nie mówił już o ożywieniu w drugiej połowie roku, a samo ożywienie warunkuje skutecznością pomocy rządu i Fed. Tego wcześniej w jego wypowiedziach nie było.

 Właśnie problem stabilizacji w sektorze finansowym różni poprzedni scenariusz od obecnie omawianego. Może się bowiem okazać, że problemy banków europejskich i amerykańskich oraz koncernów samochodowych (one też szkodzą sektorowi finansowemu) będą tak duże, że trzeba je będzie (tak jak radzi Nouriel Roubini) znacjonalizować. Czas od decyzji administracji do zgody Kongresu nie będzie krótki, bo przecież Republikanie w Kongresie USA nie poparli nawet planu pomocy administracji Obamy. Sprzeciwiali się też bardzo gorąco planowi TARP (tzw. plan Paulsona). Nacjonalizacja to dla nich socjalizm. Może być z tym duży problem. W Senacie Republikanie mogą zablokować Demokratów. Trzeba mieć ponda 60 głosów, żeby uniknąć procedury znacznego przedłużania dyskusji - praktycznie uniemożliwiającej uchwalenie w rozsądnym czasie danego prawa. Być może dopiero groźba bankructwa dużego banku, które pociągnęłoby za sobą cały sektor finansowy pozwoliłaby na osiągnięcie zgody.

 W takiej sytuacji, mimo tego, że gospodarka Chin zaczęłyby powoli odżywać (gospodarka chińska to jedynie 7 procent globalnej - bez USA poprawy na świecie nie będzie), a ceny surowców albo by rosły albo konsolidowały się w trendzie bocznym, to indeksy giełdowe nadal szukałyby dna, kurs EUR/USD nadal by się osuwał, a złoto kontynuowałoby trend wzrostowy. Można powiedzieć, że indeks amerykańskiego szerokiego rynku S&P 500 realizowałby formację 12. letniego podwójnego szczytu, która zapowiada spadek indeksu przynajmniej do 400 pkt. (obecnie okolice 700 pkt.). W tym scenariuszu indeks spadłby poniżej 600 pkt. (WIG20 w okolice 1.150 pkt.).

 Od tego momentu wrócilibyśmy do pkt. 5 poprzedniego scenariusza. Indeksy rosłyby wracając do lub nawet nad 800 pkt. na indeksie S&P 500. Byłby to klasyczny ruch powrotny do linii szyi podwójnego szczytu. I znowu, ale już później, bo gdzieś na początku 2010 roku nastąpiłaby chwila prawdy i przeszlibyśmy do pkt. 7 i 8 poprzedniego scenariusza. Tyle tylko, że banki centralne nie zapanują nad inflacją. Będzie rosła, będą też rosły stopy procentowe, a słaba jeszcze gospodarka drogo za to zapłaci. Indeks S&P 500 dotknie jednak poziomu 400 pkt., a złoto (ochrona przed inflacją) poziomu 1.600 USD.

Scenariusz katastrofalny - prawdopodobieństwo realizacji 20 procent.

  1. Problemy banków i koncernów samochodowych będą tak duże, że trzeba będzie je znacjonalizować, ale to się nie uda z powodu sprzeciwu politycznego Senatu USA - Republikanie mogą zablokować Demokratów. Trzeba mieć ponad 60 głosów, żeby uniknąć procedury znacznego przedłużania dyskusji - praktycznie uniemożliwiającej uchwalenie w rozsądnym czasie danego prawa.
  2. Podobny los czeka projekt budżetu - znienawidzony przez Wall Street i dużą część biznesu.
  3. Upadnie wiele instytucji finansowych (przede wszystkim funduszy hedżingowych), co załamie całą piramidę rynku derywatów (instrumentów pochodnych) - obecnie jak ocenia BIS jest to około 600.000 mld USD.
  4. Panika na rynkach finansowych doprowadzi do tego, że ratując banki państwa będą musiały drukować pieniądze, co z pewnością w późniejszych latach doprowadzi do hiperinflacji.
  5. Indeks S&P 500 jednym ruchem zrealizuje formację 12. letniego podwójnego szczytu, ale na tym nie poprzestanie i spadnie do historycznej linii trendu wzrostowego sprzed globalizacji i panowania ekonomii neoliberalnej (lata 1950 - 1980) , czyli w okolice 150 - 200 pkt. (spadek o prawie 80 procent). Zachowa się więc podobnie jak indeks DJIA w czasach Wielkiej Depresji.
  6. O pozostałych indeksach (w tym polskim) nie ma co nawet w tym wariancie mówić.
  7. Złoto podrożeje sięgając poziomu 1.600 USD za uncję (obecnie okolice 900 USD).
  8. Euro będzie kosztowało ponad dwa dolary.
  9. Globalna recesja będzie trwała 5-7 lat.

Po tej katastrofie politycy wreszcie pójdą po rozum do głowy i zaaprobują wypracowany przez naukowców Nowy Ład Finansowy, który będzie w pewnym sensie powrotem do źródeł. Słowo „derywat” będzie właściwie zakazane. Od tego momentu rozpocznie się nowa hossa, co zresztą jest wspólne dla wszystkich scenariuszy. Bessa i hossa to tak jak narodziny i śmierć - są nieuniknione.

Każdy może powiedzieć (i będzie miał rację), że te scenariusze są niezwykle uproszczone. Są, dlatego, że gdyby się chciało opisać wszystkie czynniki to trzeba by napisać książkę. Problem w tym, że byłaby ona już w chwili oddania do druku kompletnie nieaktualna. Można jedynie wyliczyć (znowu bardzo zgrubnie), czego brakuje: 

  1. Geopolityka. Jeśli kryzys będzie trwał długo (kilka lat) może doprowadzić do konfliktu zbrojnego. Punktów zapalnych nie brakuje: Pakistan - Indie, USA - Iran - Izrael, Rosja - Chiny, USA - Rosja. Rosja - Ukraina (Krym) itp. Wystarczy na przykład zmiana (wymuszona) władzy w Chinach, żeby doszło przynajmniej do wojny ekonomicznej.
  2. Rozpad strefy euro. Już obecnie są kraje (szczególnie widać to we Włoszech), które najchętniej wróciłyby do własnej waluty. Mogłyby ją wtedy zdewaluować i zyskać konkurencyjność. To z czasem może doprowadzić nawet do rozpadu UE.
  3. Protekcjonizm. Jeśli kryzys będzie trwał długo to musi doprowadzić do protekcjonizmu. Nie da się w dłuższym okresie wytłumaczyć demokratycznym społeczeństwom, że nie będziemy chronili własnego rynku pracy Można się społeczeństwu przeciwstawiać, ale jeśli kryzysy będzie trwał długo to w końcu elektorat wybierze ludzi, którzy obiecają mu prawdziwe cuda.
  4. Punkt 2 prowadzi do pkt. 3 - Wielka Depresja lat 30. tych zeszłego wieku zrodziła New Deal Roosvelta, ale zrodziła też Hitlera.  

Jaki wniosek? Trzymając kciuki za realizację scenariusza pierwszego, ale szykujmy się na ostatni. Każdy człowiek, ale przede wszystkim każdy rząd, powinien w planowaniu przyszłości brać pod uwagę najgorszy scenariusz. Planujmy w oparciu o scenariusz pierwszy, ale szykujmy również plan B na wypadek realizacji ostatniego. 

Dodatek

Już po napisaniu tego tekstu, we wtorek 10.marca, indeksy gwałtownie wzrosły. Podstawowym czynnikiem był wewnętrzny raport Citigroup. Vikram Pandit, szef Citi, napisał w wewnętrznej notatce, którą szybko przekazał Reuters i Bloomberg, że w pierwszych dwóch miesiącach tego roku bank miał zyski. Kwartał ma być najlepszy od trzeciego kwartału 2007 roku. Po przeprowadzeniu wewnętrznego testu, można też stwierdzić, że kapitał banku jest wystarczający do prowadzenia zyskownej działalności. Jakże szybko i we właściwym czasie (przy krańcowym wyprzedaniu rynku) trafiła ta poufna notatka do mediów… Potem podobne informacje podawały HSBC i JP Morga Chase. 

Jeśli informacje z tych banków znajdą szersze potwierdzenie, to zniknie (chwilowo) strach przed nacjonalizacją, a to był potężny czynnik sprzyjający niedźwiedziom. Zostaną jednak problemy producentów aut i recesja. Nie ulega wątpliwości, że prawdopodobieństwo przedłużenia odbicia (zdecydowanie nie powrotu do hossy) znacznie wzrosło. Zresztą, z każdym nowym dnem indeksów i zbliżania się okresu, kiedy środki rządowe zaczną pomagać gospodarce, to prawdopodobieństwo musi wzrastać. Czy to znaczy, że trzeba zwiększyć prawdopodobieństwo realizacji scenariusza nr 1? Uważam, że nie. 

Nawet wzrost indeksu S&P 500 do 850 pkt. nie będzie sygnałem końca kłopotów rynku akcji. Taki wzrost teoretycznie anulowałby sygnał sprzedaży i formację podwójnego szczytu, ale formacje wieloletnie (12 lat) mają to do siebie, że filtr musi być bardzo duży. Indeks Nikkei w latach 1987 - 1992 wyrysował formację RGR, a jej teoretyczna (procentowa) realizacja zakończyła się dopiero w 2001 roku. W międzyczasie Nikkei wrócił w 1996 roku nad linię szyi (przynajmniej 7 procent), co i tak formacji nie załamało.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/