Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: luty 2009

2009-02-26 11:26

Robienie jajecznicy bez rozbijania jaj

Pora podsumować całe to zamieszanie ze złotym. Może nie całe, bo w poprzednim wpisie napisałem już, dlaczego według mnie się osłabia i nadal podtrzymuję swoje tezy. Części z nich nie da się potwierdzić (wpływ polityki fiskalnej rządu), ale z całą pewnością można powiedzieć, że niewielki wpływ miałyby okrzyczane opcje walutowe. Skąd ten tryb warunkowy? Ano stąd, że skala realnego zagrożenie była niewielka. KNF ostatnio poinformowała, że mówimy o około 15 mld złotych, a nie 50, czy 200, do których zagrożenie urosło w mediach. Szkodziły więc nie same opcje, ale przedstawiania dantejskich scenariuszy. To budowało napięcie, strach i psychologiczny fundament do osłabiania złotego. Przypominam, że od początku w tym wyścigu zagrożeń udziału nie brałem i problem opcji traktowałem tak, jak na to zasługiwał. Nie będziemy już jednak do tego wracać, bo rząd, bardzo rozsądnie, postanowił, że będzie udzielał pomocy prawnej, ale nie przeprowadzi żadnej „akcji specjalnej”. I bardzo dobrze. 

Kursy walut gwałtownie rosły i wydawało się, że za chwilę kurs EUR/PLN przebije poziom 5 zł. Była to już po prostu euforia (lub panika - zależy, z której strony się spojrzy). W rozmowach z mediami twierdziłem wtedy, że takie nastroje bardzo często kończą trend lub przynajmniej rozpoczynają korektę. Nie wiadomo jednak jak by się to skończyło, bo graczy globalnych przeraził raport agencji ratingowej Moody’s Investor Service. Analitycy tej firmy twierdzą, że kraje Europy Wschodniej będą miały olbrzymie problemy, co bardzo zaszkodzi ich sektorowi bankowemu. Nic dziwnego, że waluty tych krajów musiały mocno ucierpieć. 

Tego już było rządowi za wiele. Konferencja premiera Donalda Tuska, który powiedział, że rząd będzie interweniował, jeśli kurs EUR/PLN przełamie poziom 5 złotych, zmusiła rynek do korekty. Ogłaszanie poziomu było błędem, bo prowokowało graczy do testu i sprawdzenia siły interwencji, a to nakładało na interweniującego obowiązek użycia dużych środków i bardzo różnie mogło się skończyć. Na szczęście zmasowana krytyka wywołała refleksję i doprowadziła do naprawienia błędu. Ministerstwo Finansów już następnego dnia poinformowało, że przeprowadziło w środę operację wymiany części środków europejskim na rynku. Nie poinformowano, jakie to były środki (bardzo dobrze) i zapowiedziano dalsze takie działania. Było to bardzo rozsądne posunięcie. Dzięki temu, że nie czekano na 5 złotych, a błąd, który został naprawiony. Teraz gracze nie będą już wiedzieli, na jakim poziomie nastąpi kolejna interwencja.

Pomógł też rządowi Goldman Sachs, który poinformował, że wycofuje się z gry na złotym i na koronie czeskiej. Bank przyznał, że sporo na tej grze zarobił, ale teraz (cytuję za „Dziennikiem”): “… po gwałtownej deprecjacji w ostatnich tygodniach i miesiącach dostrzegamy kilka czynników, które nie sprzyjają utrzymywaniu krótkich pozycji w tych walutach”. GS jest bardzo ostrożny, więc po prostu, mówiąc obrazowo, nie chce się kopać z koniem. Widzi, że rząd wszedł do gry, więc wycofał się z zyskiem i zapewne szuka nowej ofiary. To może zniechęcić innych chętnych. Kropkę nad i postawiła słowna (na razie) interwencja banków centralnych Polski, Węgier i Czech. Wreszcie jakieś wspólne działania i wreszcie NBP rezygnuje z upartego powtarzania „nie będziemy interweniowali”. 

Jeśli już mówimy o Goldman Sachs to parę słów o „spekulantach”. Od lat powtarzam każdemu, kto chce mnie słuchać, że każda inwestycja (o ile nie jest wieloletnia) jest spekulacją, a obrzucania graczy pejoratywnymi określeniami nie ma sensu. To jest podobne do oburzanie się na to, że deszcz pada. Robienie z jakiegoś gracza „wroga nr 1″, do której to pozycji awansował wpierw JP Morgan, a teraz Goldman Sachs wywołuje u mnie odruch, delikatnie mówiąc, zdziwienia. I nie dlatego, że bardzo mi się podoba to, co dzieje się na rynkach finansowych. Warto przypomnieć sobie, co działo się do lipca zeszłego roku. Złoty wzmacniał się bez przerwy i dosłownie wszyscy łącznie ze mną twierdzili, że pozostanie silny (myląc się całkowicie). Dzięki komu się tak wzmacniał? Dzięki spekulantom. Tyle, że wtedy wydawano co najwyżej ciche piski niezadowolenia. 

Wybraliśmy wolny rynek, na wolnym rynku działają gracze, którzy rzucają walutami od bandy do bandy. Nie da się zrobić jajecznicy bez rozbicia jajek - nie ma wolnego rynku bez graczy. Oczywiście powinno się coś z rynkiem walutowym zrobić, bo na dłuższą metę takie szarpanie kursami bez podłoża fundamentalnego może bardzo globalnej gospodarce zaszkodzić. Jak często się powtarza na rynku walutowym w czasie tygodnia obroty są większe niż handel towarami na całym świecie w ciągu roku. To w sposób obrazowy pokazuje, jak duże jest to kasyno. Sposób na to już dawno temu wymyślił noblista James Tobin. Tzw. podatek Tobina to nic innego jak podatek obrotowy (od każdej transakcji na rynku walutowym). Nawet niewielka skala (dziesiąte części procenta) zmniejszyłaby obroty i zmienność wielokrotnie, bo wytrąciłaby z rynku bardzo wielu spekulantów grających na instrumentach pochodnych i wiele razy w ciągu dnia zmieniających pozycję. Tyle tylko, że ten podatek powinien obowiązywać na całym świecie. Zamiast zwalczać „spekulantów” rząd polski powinien łączyć się z tymi, którzy chcą wprowadzenia takiego podatku. 

Generalnie mam wrażenie, że krążące po rynku pogłoski, zgodnie z którymi zagranica będzie teraz grała na wzmocnienie złotego zaczynają znajdować potwierdzenie. Niewielka reakcja na obniżenie ratingu Ukrainie przez agencję ratingową Standard & Poor’s pokazuje, że trend może się zmienić. Test siły rynku zobaczymy w okolicy 4,30 - 4,40 PLN, czyli w okolicy dolnego ograniczenia kanału wzrostowego. Przełamanie w dół sygnalizowałoby, że będzie trwała gra na umocnienie naszej waluty. Mocne odbicie kazałoby zakładać, że trend będzie trwał (zdecydowanie mniej prawdopodobne). 

Osobnym tematem była ciągle sprawa przyjęcia przez Polskę euro. Akcję propagandową przeprowadzał (słusznie) zarówno rząd jak i prezydent. Ich poglądy oceniane były przez media zdecydowanie przez pryzmat poglądów politycznych, czy wręcz afiliacji partyjnych. Ja nadal bym zachęcał do próbowania oceny ponadpartyjnej. Można na przykład powiedzieć, że prezydent nie chce ciąć wydatków, czyli zajmuje stanowisko zbliżone do tego, jakie zaprezentował niedawno główny ekonomista MFW zachęcając do pomagania gospodarce nawet kosztem wzrostu deficytu budżetowego. Premier chce ciąć wydatki, czyli jest bliski temu, za co ostatnio chwalił nas Bank Światowy. Może postawmy pytanie tak: rację ma MFW, czy BŚ? Prawda, że to sprzyja obiektywizacji? Ja zdanie nie zmieniłem - nadal uważam, że rację ma główny ekonomista MFW. 

Oba ośrodki (prezydent i premier) uznały, że najważniejsze jest dbanie o kondycje rynku pracy. Środki walki o rynek pracy są różne, ale cel wspólny. To bardzo ważne, że znalazło się coś wspólnego, co wszystkich może połączyć. Być może zresztą ku temu idzie, o czym napiszę na końcu. Najważniejsze jest według mnie to, że zarówno wielu polityków jak i większość mediów strzela nie do tej tarczy, do której powinno się strzelać. Najczęściej stawiane pytanie brzmi: „czy wejście do strefy euro pomoże w zwalczaniu kryzysu?”. Tyle tylko, że do strefy euro mamy wejść (w najlepszym wariancie) w 2012 roku. I to przy założeniu, ze nas do ERM2 wpuszczą, co jest obecnie mocno wątpliwe. Rozchwianie rynku, brak zgody politycznej, możliwość niewypełnienia kryterium deficytu budżetowego będą z pewnością argumentami Komisji Europejskiej i ECB przeciwko takiej decyzji. Gdybyśmy jednak do strefy euro weszli w 2012 roku to przecież prawie pewne jest, że wejdziemy po kryzysie, więc pytanie po prostu zniekształca rzeczywistość. 

Właściwie postawione pytanie powinno brzmieć: „czy wejście do korytarza ERM2 pomoże w zwalczaniu kryzysu”? Odpowiedź wcale jednoznaczna nie jest. Właściwie wszyscy mówią o ryzyku kursowym, o tym, że atak spekulantów mógłby nadwyrężyć nasze rezerwy dewizowe. To niespecjalnie realny scenariusz, bo ECB musiałby nam pomagać, więc dalibyśmy sobie jakoś radę. Zagrożenie jest zupełnie inne. Po wejściu do ERM 2 każdej waluty spekulanci grali na jej umocnienie. W przypadku Słowacji w latach 2006 - 2008 umocnili koronę o ponad 22 procent od przyjętego parytetu zmuszając w zeszłym roku do rewaluacji i wejścia do strefy euro z najmniej korzystnym kursem (najsilniejszą w historii koroną). Słowacja utraciła konkurencyjność swojej gospodarki, za co drogo teraz będzie płaciła. 

Powie ktoś, że teraz są inne czasy, więc umocnienie nam nie grozi. To nie jest prawda. Graczom jest wszystko jedno, czy grają na spadek czy na umocnienie waluty, a mając przeciwko sobie ECB, NBP i rząd będą woleli grać na umocnienie, bo wtedy ryzyko interwencji jest minimalne. Obserwowaliśmy to przecież w zeszłym roku. Ja zakładam, że złoty zacząłby się wzmacniać i w miarę poprawy sytuacji na świecie wzmacniałby się coraz szybciej. Drugie pytanie brzmiałoby więc tak: czy silny złoty pomoże w wyjściu z kryzysu? 

I tutaj też odpowiedź jednoznaczna nie jest. Zmniejszą się obciążenia państwa, firm i Polaków zadłużonych w walutach. To oczywisty pozytyw. Być może tanie będzie paliwo (o ile ropa nie podrożeje). To też jakiś pozytyw. Ale gospodarka utraci konkurencyjność, którą teraz ma. Każdy widzi i słyszy, że Litwini i Słowacy wolą kupować w Polsce niż u siebie. Podobnie jest na wyższym poziomie: rośnie konkurencyjność eksportu, co przeciwdziała jego kurczeniu się, a to wspiera gospodarkę - przede wszystkim rynek pracy, a on, drogą sprzężenia zwrotnego pomaga we wzroście PKB. To jednak nie wszystko. Jeśli złoty wzmocni się i euro będzie kosztowało nie 4,70 a 3,70 PLN to stracimy mnóstwo pieniędzy. W latach 2007 - 2013 mieliśmy dostać z UE 67 mld euro środków unijnych. Jedna złotówka różnicy to 67 mld złotych mniej do roku 2013. Tych pieniędzy zabraknie szczególnie teraz, w kryzysie. A jak zabraknie to rynek pracy, a za nim gospodarka ucierpi. Wniosek? Wejście do ERM2 na obecnych warunkach jest niekorzystne dla rynku pracy, czyli dla tego elementu gospodarki, w którego obronie staje prezydent i premier. 

Co znaczy to tajemnicze zastrzeżenie: „na obecnych warunkach”? Otóż to, że z otoczenia rządu wychodzą sygnały o rozmowach mających prowadzić do zmian warunków wejścia do ERM2. Chodzi przede wszystkim o zwiększenie dopuszczalnej granicy deficytu finansów publicznych (prawie na pewno go nie spełnimy, ale nikt go teraz nie spełnia) oraz o znaczne skrócenie czasu przebywania w tym „czyśćcu”. Można sobie wyobrazić (chociaż dla mnie to raczej jest „economic fiction”), że Komisja Europejska i EBC godzą się na poluzowanie kryterium budżetowego i na wejście do euro po pół roku przebywania w ERM2 z kursem powiedzmy 4,20 - 4,30 PLN. Spekulanci mieliby bardzo mało czasu na umacnianie złotego, a NBP i rząd wystarczające środki, żeby im się w tym krótkim czasie przeciwstawić. Weszlibyśmy do strefy euro z sensowym, zapewniającym konkurencyjność kursem. Tyle tylko, że prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza jest bardzo małe. 

Teraz obiecany na koniec promyczek optymizmu. Ostatni szczyt społeczny organizowany przez prezydenta zakończył się dosyć nieoczekiwanie. Zanim jednak o tym to jeszcze o samym szczycie. Nie podoba mi się kpienie z tego pomysłu. W Irlandii wszystkie siły polityczne i społeczne potrafiły wiele lat temu wypracować konsensus to dlaczego Polak ma nie potrafić? Jasne, że zazwyczaj tego typu spotkania kończą się niczym, ale może jednak z czasem ilość przejdzie w jakość i doprowadzi do prawdziwego konsensusu choćby tylko na temat drogi do euro? Zarówno prezydent jak i premier dali sygnały, że mogą zrezygnować z niektórych swoich poglądów przesuwając się do środka. Co prawda ich otoczenie polityczne może delikatną nić porozumienia zerwać, ale wynik szczytu z całą pewnością jest pozytywny. 

Można bowiem założyć, że premier zrezygnuje z 2012 roku (już chyba rezygnuje), a prezydent wpłynie na PiS, który zrezygnuje z zupełnie bezsensownego pomysłu przeprowadzenia referendum. Euro i tak przyjąć musimy, bo do tego żeśmy się zobowiązali. Można pytać tylko o datę, a przecież 99,9 procent Polaków nie ma wystarczającej wiedzy, żeby się na ten temat wypowiadać. Byłyby to tylko i wyłącznie harce polityczne. Ideałem byłaby zgoda w dążeniu do euro, rozpoczęcie już teraz negocjacji w sprawie wejścia do ERM2, ale z terminem późniejszy, wtedy, kiedy globalna gospodarka zobaczy światło w tunelu. Można przecież wcześniej zmienić Konstytucję i podpisać umowę zgodnie z którą rząd i NBP wystąpią o wprowadzenie do ERM2 (muszą razem) wtedy, kiedy obóz premiera i prezydenta się na to zgodzą. Czy naprawdę to jest takie trudne? Przynajmniej jeden problem mielibyśmy załatwiony, a im mniej problemów ma kraj w czasie trwania Kryzysu tym lepiej. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2009-02-12 15:18

Widziane z oddali

Po 2,5 tygodniowym urlopie wróciłem do Polski i zaczynam uzupełniać informacje o tym, co się w tym czasie działo. Tak prawdę mówiąc to nawet w czasie urlopu traciłem codziennie około 20 minut na sprawdzanie w Internecie tego, co się wydarzyło na rynkach finansowych. W porównaniu do normalnych kilkunastu godzin dziennie to było bardzo mało (dlatego też wdzięczny będę za wszystkie sprostowania), ale dzięki temu można się było skupić na rzeczach najważniejszych. 

Polska polityka do nich nie należała. Muszę powiedzieć, że widziana z oddali jest wręcz żałosna. Po powrocie (środa) przypomniałem też sobie, że jest również groteskowa. Tematu ciągnąć nie będę, bo to nie jest blog polityczny, ale dodam jedynie, że część drogi w jedną i drugą stronę odbywałem samolotami Lufthansy i jakoś nie zauważyłem złego traktowania Polaków. Zresztą nigdy go nie widziałem. Myślę, że jeśli pasażer jest uprzejmy to i personel pokładowy odpowiada tym samym i nie trzeba potem krzyczeć „ratujcie mnie!” ;-). 

Jeśli już napisałem parę słów o polityce to wracając do gospodarki i rynków muszę wpierw coś zastrzec. Nie wiem, co w czasie mojego urlopu mówili politycy o kryzysie w Polsce i dlatego też może się zdarzyć, że to, co napiszę będzie przypominało oceny i opinie jakiejś opcji. Zastrzegam, że będzie to jedynie przypadek. Uważam, że olbrzymim błędem jest klasyfikowanie opinii o gospodarce i rynkach według zasady zgodności z wypowiedziami jakichś partii. Nie uniknę wielkich słów i emfazy - muszę powiedzieć, że temat „kryzys w Polsce” wymaga maksymalnego odpolitycznienia. Jeśli będziemy kierowali się interesem partyjnym to wszyscy Polacy za to zapłacą. Najlepszym podsumowaniem tego akapitu są słowa Baracka Obamy apelującego do polityków o jedność w zwalczaniu kryzysu: „To nie jest gra! Ludzie cierpią”. W Polsce może jeszcze tego nie widać, ale niestety to się niedługo zmieni. 

A teraz ad rem. Już 27 stycznia przecierałem oczy zdumiony tym, co przeczytałem. Wtedy to premier Donald Tusk zapowiedział cięcia wydatków o blisko 20 mld złotych. W listopadzie rząd złożył autopoprawkę do budżetu, upierając się, że jego założenia odnośnie wzrostu PKB i wielkości przychodów są realne, a już w styczniu (po dwóch miesiącach!) okazało się, że (tak jak zresztą od początku mówili wszyscy specjaliści) projekt budżetu był wirtualny. Czy w tej sytuacji można się dziwić, że nasza waluta i indeksy są najsłabsze w Europie? Szczególną przecenę obserwowaliśmy 3 lutego, kiedy to rząd ogłosił, że cięcia wyniosą 19,7 mld zł. Analitycy mówią i piszą, że złoty traci z powodu „braku apetytu na ryzyko” oraz z powodu problemów z opcjami walutowymi. O tym drugim problemie nieco więcej napiszę poniżej. Tutaj wspomnę tylko, że wpływ tej sprawy na zachowanie złotego jest marginalny. 

Co do braku apetytu na ryzyko to jest rzeczywiście czynnik poważny, ale warto sobie zadać trochę trudu i spojrzeć jak zachowuje się złoty w stosunku do walut innych niż euro, dolar czy frank. To, że złoty od lipca zeszłego roku stracił po 20, 30 procent do takich walut jak brazylijski real, czy meksykańskie peso jeszcze można jakoś wytłumaczyć (stopy procentowe w Brazylii i Meksyku są dużo wyższe). Podobnie pewnie będzie się próbowało interpretować stratę 20 procent (od października 2008) w stosunku do węgierskiego forinta. Jednak już osłabienie o podobnej skali w stosunku do czeskiej korony trudno będzie racjonalnie wytłumaczyć (stopy w Czechach 1,75 procent. - w Polsce 4,25 proc.).   

Uważam, że ta słabość naszej waluty wynika ze szczególnego braku zaufania rynków finansowych do naszego kraju. Nie widać tego w opiniach agencji ratingowych czy urzędników UE, ale rynki finansowe reagują inaczej - są bardziej brutalne. Od początku wszyscy uczestnicy gry rynkowej wiedzieli, że rządowy projekt budżetu jest nierealny. To prowadziło do gry przeciwko złotemu, bo czekano na nowelizację budżetu. Liczono się z tym, że nastąpi w połowie roku. Gracze nie wiedzieli tylko tego, czy nierealny budżet jest wynikiem braku kompetencji, czy też próbą „oszukania” rynków po to, żeby lepiej się sprzedawał dług, a waluta mniej traciła. Jak myślę zakładali (słusznie według mnie) to drugie, ale sprawa była zbyt grubymi nićmi szyta, żeby taka próba się udała. Zapowiedzi olbrzymich cięć wydatków szybko potwierdziły tę diagnozę. Powstało jednak pytanie: dlaczego nie czekano nawet do połowy roku? Skąd ten szalony pośpiech? To zaufanie do naszego kraju dodatkowo zmniejszyło. Ostatni, praktycznie nieudany przetarg obligacji wyraźnie to pokazał. I niech nikogo nie wprowadzi w błąd ostatnia korekta na rynku złotego - realizacje zysków od czasu do czasu muszą następować. 

Czytałem, że olbrzymiej większości ekonomistów cięcia wydatków się podobają. Szczególnie podobały się dziesięciu ekspertom zaproszonym przez premiera Tuska na konsultacje. Tak przynajmniej mówił po tym spotkaniu premier. Trochę się dziwię, że wszyscy ci eksperci poparli działania rządu, bo były tam nazwiska tych, którzy powinni byli mieć inne zdanie. Widać jednak przeważyło to, co zawsze w Polsce przeważa: myślenie stereotypami bazującymi na wierze w neoliberalny konsens. Cięcia są dobre - zwiększenie deficytu fatalne. Na pierwszy rzut oka to twierdzenie jest słuszne. Tyle tylko, że w kryzysie powinno się je zmodyfikować. Zwiększenie deficytu jest fatalne, jeśli nie prowadzi do rozwinięcia (czy podtrzymania) tych części gospodarki, które zapewnią efekt mnożnikowy i doprowadzą w ciągu paru lat do wypracowanie zysku znacznie przekraczającego koszt długu. 

Problem jednak w tym, że u nas będzie się zapewne cięło inwestycje, czyli to, co dałoby efekt mnożnikowy. Słychać też o tym, że ucierpi budżetówka - przede wszystkim urzędnicy. Są oni i tak słabo opłacani, co szkodzi gospodarce, bo źle opłacany, często w związku z tym niekompetentny, urzędnik może doprowadzić do olbrzymich strat, a przede wszystkim z pewnością nie przysporzy zysków. Uważam, że program cięć też będzie szkodził złotemu i indeksom. Dobrze zachowują się przede wszystkim waluty lub indeksy tych krajów, gdzie rządy pompują pieniądze w gospodarkę. Chodzi mi przede wszystkim o dolara i indeksy giełdowe w Chinach. Nie tylko wiara w dolar umacnia „zielonego”. Umacnia go przede wszystkim to, że gracze oczekują najszybszego powrotu gospodarki do zdrowia właśnie w USA, gdzie pomoc rządu jest scentralizowana i największa. Podobnie jest z chińskimi indeksami. My, w Polsce, będziemy cięli wydatki, co dodatkowo spowolni gospodarkę i zwiększy bezrobocie (już 10,5 proc.). Potem, kiedy inne gospodarki ruszą pełnym pędem, będziemy się wlekli w ogonie. O tym też rynki wiedzą, co nadal będzie szkodziło giełdzie i złotemu. 

Z pewnością naszej walucie nie pomoże pomysł PSL, które che przeprowadzić ustawę, która umożliwiłaby unieważnienie umów „opcyjnych” między firmami a bankami. Muszę powiedzieć, że bardzo się dziwię uporowi wicepremiera Waldemara Pawlaka, który przecież jest rozsądnym człowiekiem. W sprawie opcji jednak zajmuje według mnie zadziwiające stanowisko. PSL twierdzi, że firmy nie miałby odpowiedniego przygotowania do zawierania takich umów. Uważa więc, że bazując na dyrektywie unijnej MiFID można je unieważnić. Takie stanowisko można podważyć na wiele różnych sposobów. Najważniejsze jest jednak to, że założenie nieposiadania wiedzy przez doskonale opłacane zarządy firm, które mogą dysponować dowolnymi ekspertami, jest całkowitym nieporozumieniem. 

Cały ten pomysł pachnie nie socjalizmem, ale (proszę o wybaczenie przesady), wręcz bolszewizmem. Państwo anulujące umowy prywatnych stron, bez wyroku sądowego… O czymś takim w życiu nie słyszałem. Nie jestem przeciwnikiem pomocy firmom, które ucierpiały, ale pod dwoma warunkami: zarządy zawierające takie umowy powinny zostać zwolnione, a do prokuratury powinno być skierowane zawiadomienie o działaniu na szkodę spółki. O sprawie pomysłu PSL na opcje dowiedziałem się tuż przed powrotem z urlopu. Tuż po powrocie przeczytałem, że rząd rusza z dużym programem prywatyzacji. I znowu nie mogę nie zaprotestować. Sprzedawanie w bessie resztek rodowych sreber po to tylko, żeby zapełnić dziury w budżecie jest według mnie czymś więcej niż błędem. Sprzedawać trzeba w hossie. Decyzja o prywatyzacji byłaby działaniem na szkodę budżetu państwa, a co za tym idzie w dłuższym terminie szkodziłaby całej gospodarce. 

Jak widać nic, co wydarzyło się podczas mojej nieobecności w Polsce mi się nie spodobało. Obawiam się, że idziemy w bardzo złym kierunku. Myślę, że wiem, co należałoby zrobić, żeby złoty się wzmocnił, a GPW przestała być outsiderem. Niestety, nie mogę tego tutaj napisać (ale zgadywać Państwo możecie). Jeśli ktoś z otoczenia premiera mnie zapyta to mu powiem ;-).

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/