Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: listopad 2008

2008-11-28 15:03

Rząd, kryzys i ci niedobrzy spekulanci

    Jest takie powiedzenie: jeśli ktoś ci mówi, że jesteś pijany to wzrusz ramionami, jeśli ktoś następny ci to powie to się zastanów, jeśli powie to trzecia osoba to wracaj do domu i połóż się spać. Pierwszy był JP Morgan prognozujący wzrost PKB w Polsce na 1,5 procent. Drugim był BNP Paribas. Według tego banku w przyszłym roku PKB w Polsce wzrośnie o 0,4 proc., a w 2010 r. - o 1,4 proc. To najgorsza z dotychczasowych prognoz. Można powiedzieć, że trzecim zespołem był duet Hausner - Gronicki, którzy w artykule w „Gazecie Wyborczej” ostrzegali rząd przed bezczynnością. Jest też Goldman Sachs z prognozą 2,1 proc. A rząd nadal nie chce pójść spać… Oczywiście to jest figura retoryczna. Po prostu jak słucham, czy czytam to, co mówi premier czy minister finansów to widzę, iż zakładają oni po pierwsze, że gospodarce nic się nie stanie, a po drugie, że jeśli nawet nastąpi spowolnienie to wystarczy zadbać o budżet i finanse, a reszta sama się zrobi. Nieodrodni uczniowie Miltona Friedmana. Świat się naokoło wali, wszystko się zmienia, a tutaj ciągle niewzruszona ostoja fundamentalizmu rynkowego.

     Tutaj mała dygresja. Do rządu i kryzysu jeszcze wrócimy, ale na razie wróćmy do JP Morgan i innych. JP Morgan po publikacji prognozy wzrostu PKB stał się wrogiem publicznym numer 1. Potem miał nieszczęście być sprawcą „fixingu cudów”, a potem zaczęto podejrzewać firmę o manipulacje rynkiem walutowym. Czarny Piotruś polskiego rynku finansowego. Przy okazji usłyszałem i przeczytałem tyle głupstw, że czasem nie wiedziałem, czy śmiać się czy płakać. Ale po kolei. Świadkami fixingów cudów byliśmy od wielu lat. Czasem prawie codziennie pisałem o znacznym zawyżeniu/zaniżeniu WIG20. Tak więc, jeśli sąd (nie media) orzeknie, że JP Morgan popełnił przestępstwo to do prokuratury powinna ustawić się kolejka winnych. Dobrze by było, żeby po prostu GPW pomyślała jak przeciwdziałać takim praktykom. Wystarczyłby zakazać zleceń koszykowych w fazie fixingu i problem by zniknął.

     Teraz sprawa opcji walutowych i manipulowania kursem waluty. Tu jest jeszcze zabawniej. Krzyk podniósł się okrutny, służby badają sprawę (słusznie, bo każde podejrzenie trzeba zbadać), a firmy polskie idą do sądu po to, żeby wykręcić się z zawartych umów. Pusty śmiech mnie ogarnia. Miałem do czynienia kilka lat temu z firmami, które chciały się zabezpieczyć przed ryzykiem kursowym. Co druga z nich chciała przy okazji zarobić (czyli spekulować). Jak informują media (pewności przecież nie ma) odpowiedzialni w tych firmach ludzie, mający do dyspozycji cały sztab fachowców, podpisali umowy, które w przypadku osłabienia złotego uderzają w finanse ich zakładów, a teraz z minami niewiniątek mówią: to bank nas oszukał. Kpią czy o drogę pytają? Jeśli wtedy, kiedy euro kosztuje np. 3,20 zł. (i mówiono, że jeszcze się wzmocni) zawierana jest umowa w której bank zobowiązuje się, że zapłaci za parę miesięcy za 1 milion euro np. 3,50 zł., ale jeśli cena będzie wyższa to firma po 3,50 zł. dostarczy np. 10 milionów euro, to co w takiej umowie jest niejasne? Analfabeta, gdyby mu te warunki przeczytano, zrozumiałby, o co chodzi.

     Nawet jednak, gdyby rzeczywiście spekulanci przypuścili atak na naszą walutę to przecież mamy wolny rynek, nieprawdaż? Rozumiem, że gdyby George Soros chciał wywrócić naszą walutę tak jak w 1991 roku wywrócił funta brytyjskiego to do końca życia nie wyszedłby z naszego więzienia? Najbardziej potępiają spekulantów te osoby, które jeszcze niedawno były gorącymi orędownikami wolnego rynku. Co za czasy… ja, który od zawsze wałczyłem z leseferyzmem, fundamentalizmem rynkowym i turbokapitalizmem muszę bronić wolnego rynku przed jego niedawnymi gorącymi zwolennikami. Świat się wali…

     Dygresja okazała się być długa, ale czas wrócić (jak mawiają Francuzi) do naszych baranów, czyli do kryzysu i sposobu, w jaki rząd sobie z nim radzi (a raczej nie radzi). Okazuje się, że Polacy są bardzo optymistycznym narodem i generalnie lekceważą światowy kryzys. Kupujemy samochody, a informacje z biur podróży mówią o bardzo dużej ilość rodaków chcących wyjechać na zagraniczny wypoczynek. Nie dziwię się, że takie są reakcje. Kryzysy jeszcze większości nie ukąsił. Ciągle się jednak czyta o redukcjach, bądź wstrzymaniu produkcji przez firmy zależne od zagranicznych właścicieli. Polskie spółki też ograniczają produkcję. Eksporterzy, mimo osłabienia złotego, martwią się, bo zamówienia wysychają. Inwestycje hamują. To na razie tylko zapowiedzi problemów. Spadek sprzedaży detalicznej i wzrost bezrobocia zobaczymy w przyszłym roku.

     Wydawało mi się, że niepohamowany optymizm powoli znika z ław rządowych, ale okazało się, że się myliłem. Premier Donald Tusk wyraźnie wątpi w to, że jakiś program wspierający gospodarkę jest potrzebny. O „planie” (bo to raczej prośba, a nie plan) Komisji Europejskiej wypowiada się z dużą wstrzemięźliwością. Nawet trudno się dziwić, bo skąd Polska ma wysupłać 18 mld złotych (sugerowany przez KE 1,5 procent PKB przeznaczone na wspomożenie gospodarki)? Nasz rząd przecież wierzy w to, że wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku. Premier wręcz mówi, że na szczęście rząd nie uległ i nie obniżył akcyzy na paliwa, wtedy, kiedy cena ropy atakował 150 dolarów, i problem rozwiązał się sam. Wyraźnie widać oczekiwanie, że tak będzie i tym razem, że przez kryzys przejdziemy suchą noga. Poza tym skąd niby mielibyśmy wysupłać równowartość planowanego deficytu budżetowego?

     Premier Donald Tusk w debacie sejmowej chwalił się też tym, że w przyszłym roku podatnicy zapłacą o 35 miliardów złotych mniej (obniżka składki rentowej, zmiana stawek podatkowych, likwidacja podatku spadkowego). Pieniądze te zostały w kieszeniach (niewielu) Polaków dzięki poprzedniej ekipie, ale faktem jest, że obecna mogła ten pociąg zatrzymać. Mogła nie wprowadzać drugiego etapu obniżki składki rentowej i przyszłorocznej zmiany stawek podatkowych. Nie zrobiła tego, a teraz te pieniądze bardzo by się budżetowi i całej gospodarce (nie mówiąc już o służbie zdrowia) przydały. Niedługo okaże się, że po zweryfikowaniu założeń budżetu (zapewne nadal z przyjęciem niezbyt realnego wzrostu PKB) zabraknie w nim przychodów, a dając o świętą krowę, czyli deficyt, ministerstwo finansów będzie cięło wydatki. W kryzysie cięcie wydatków … przecież to jest seppuku.

     Minister Rostowski i premier Tusk mówią o pieniądzach przekazanych ludziom. Warto jednak, żeby każdy policzył, jakie zmiany wprowadzają nowe podatki. Osoba ze średnią płacą zyska 25 złotych miesięcznie, a zarabiająca 20 tysięcy złotych zyska 1.300 złotych miesięcznie. Prowadzący działalność gospodarczą nic nie zarobią. Jeśli chodzi o składkę rentową to zmiany były w podobnych proporcjach. Wiem, że niektórzy powiedzą, iż dodaję pomarańcze do kartofli, ale radziłbym policzyć obciążenia płac razem z ZUS-em. Już obecnie nisko zarabiający mają obciążenie tylko o parę punktów procentowych mniejsze od dobrze zarabiających (po przekroczeniu nieco więcej niż 85 tysięcy zł. składek emerytalnych ZUS się już nie płaci) . Po wprowadzeniu nowych podatków płace mniej zarabiających będą obciążone mocniej niż tych zarabiających bardzo dobrze. Poza tym dochodzi jeszcze temat rozporządzalnych wydatków i płaconego VAT-u, co też działa na niekorzyść mniej zarabiających.

     Na całym świecie myśli się o tym jak pomóc jak największej ilość obywateli (w tym kierunku pójdzie też nowa amerykańska administracja), bo przecież to właśnie ci mniej zarabiający natychmiast wydadzą otrzymane pieniądze pomagając gospodarce (poza tym kryzysy bije w nich najmocniej). Zamożni krajowej (podkreślam słowo: krajowej) gospodarce pomogą w znikomym stopniu. U nas jednak nadal króluje myślenie sprzed kryzysu. Żebyśmy się przypadkiem nie obudzili za rok w zrewolucjonizowanym kraju.

     Czytam dzisiaj w „Gazecie Wyborczej”, że zespół ministra Michała Boniego szykuje plan pt. „Działania Polski wobec kryzysu finansowego - pakiet stabilności i rozwoju”. Dlaczego taki plan szykuje zespół doradców, a nie ministerstwo finansów? Czyżby dlatego, żeby można było powiedzieć, że plan jest, a jednocześnie nie podejmować żadnych zobowiązań? Podobno znajdziemy w tym planie zalecenia: utworzenia pakietu gwarancji i poręczeń dla małych i średnich firm, „rozważenia” zwiększenie gwarancji międzybankowych, przyśpieszenie inwestycji finansowanych ze środków UE (wykorzystanie więcej o 5 mld zł.), „zastanowienia” się nad ulgami inwestycyjnymi dla przedsiębiorstw. Jak widać plan jest skromniutki i do tego pojawiają się w nim słowa „rozważyć”, czy „zastanowić się”. Wynik? Odległy i bardzo niepewny.

     Rząd powinien bardzo szybko rozważyć agresywne działanie gwarantujące kredyty wykorzystywane przy przedsięwzięciach finansowanych z UE. Przy obecnym zastoju na rynku kredytowym może się okazać, że samorządom zabraknie pieniędzy na wkład własny. Należy nie „rozważać”, a natychmiast zwiększyć gwarancje dla rynku międzybankowego (obecne są zdecydowanie niewystarczające - nikt z nich nie skorzysta). Należy wspomóc deweloperów gwarancjami przy budowie rozpoczętych już inwestycji. Trzeba też pomóc kredytobiorcom w zaciąganiu kredytów hipotecznych (ulgi odsetkowe, gwarancje dla młodych osób). Inwestycje w budownictwo zawsze niezwykle mocno nakręcają koniunkturę. Należy użyć środków budżetowych dla wspomożenia wysiłku miast w przygotowaniu EURO 2012. W innym przypadku nie dadzą sobie rady, Polska się skompromituje, a gospodarka będzie cierpiała.

     Bardziej kontrowersyjne, a niezbędne według mnie przedsięwzięcia to między innymi kolejne posunięcia. Należy zdecydowanie i jasno zrezygnować z wejścia do ERM 2 w 2009 roku, czyli z przyjęcia euro w 2012 roku. Nic się nie stanie, jeśli będzie to rok 2013 lub 2014. Gdybyśmy byli teraz w strefie euro to w zwalczaniu kryzysu by nam pomogło. Wchodzenie do ERM 2 tylko zaszkodzi. Utrzymywanie się w ERM 2 wymaga ostrego reżimu budżetowego i wystawia nas na prawdziwy atak spekulacyjny. Nie stać nas na to w okresie kryzysu. Trzeba było przyjąć euro w okresie koniunktury. Teraz na to nie czas. Zrezygnowanie z ERM 2 w 2009 roku odblokuje Radę Polityki Pieniężnej, która będzie mogła (wreszcie) agresywnie obniżać stopy. 

     Trzeba też przestać się upierać przy deficycie budżetowym w okolicach 1,5 procent PKB (skoro nie da się już odwrócić zmian podatkowych). Komisja Europejska zezwala tymczasowo na przekroczenie 3 procent, a my chcemy być prymusami na polu, na którym nikt już nie walczy. Najbardziej kontrowersyjne zapewne będzie to, co teraz napiszę: trzeba rozważyć rezygnację z likwidacji uprawnień 1 miliona osób do emerytur pomostowych. Tę reformę też trzeba było zrobić w okresie koniunktury. Teraz wprowadzona może zwiększyć bezrobocie, a oszczędności dla budżetu będą żadne (może nieco ponad 1 mld zł. w 2009). W końcu trzeba przeprowadzić prawdziwą reformę KRUS. Nie uda się zdjąć całego kosztu budżetu (11 mld w 2009 roku), ale może chociaż pokryje się ubytek wynikający z nieszczęsnej reformy podatków? 

     To tylko bardzo wstępne propozycje. Pojawia się ich bardzo dużo, bo ekonomiści i organizacja biznesu prześcigają się w przedstawianiu własnych propozycji programów. Niestety, nie widzę w rządzie entuzjazmu dla w nich rozważenia, nie mówiąc już o realizacji. Jeśli rząd nie zrobi nic albo zrobi za mało (tak jak w sprawie gwarancji dla rynku międzybankowego) lub za późno to wynik będzie łatwy do przewidzenia. W przyszłym roku okaże się, że gospodarka wzrośnie nieznacznie. W kolejnym będzie niewiele lepiej. A co potem, po kryzysie? Ci, którzy swoim gospodarkom pomogli w przetrwaniu trudnych czasów będą mieli ułatwiony start. Gospodarki Francji i Niemiec ruszą z kopyta, a Polska będzie się cieszyła z laurki prymusa w dyscyplinie budżetowej. Tyle tylko, że gospodarka będzie wracała do formy dużo dłużej niż w innych krajach. Życzę rządowi i Polsce dobrze - stąd ten wpis. Może kogoś zmusi do myślenia?

 PS. 1

Moja “teoryjka”, która zakładała, że dno na giełdach wypadnie do połowy listopada, a potem będziemy mieli 30 procent wzrostu wydawało się być w środku listopad martwa, ale okazało się, że po prostu się przesunęła. Fundusze hedżingowe najwyraźniej sprzedawały po 15.11 to, co myślałem, że będą sprzedawać przed 15.11. Teraz wiele sprzyja bykom. Czekamy na uratowanie sektora producentów samochodów, uratowany został Citigroup, co każe zakładać, że każdej dużej instytucji rząd pomoże, w końcu stycznia pojawi się plan Obamy, są nadzieje na zakończenie recesji w pierwszej połowie roku (tak uważa Fed). Generalnie na rynkach finansowych niezłe nastroje mogą utrzymywać się do czasu objęcia urzędu przez Baracka Obamę i zaproponowanie programu pobudzenie gospodarki. Prezydent-elekt powoli wyrasta na Mesjasza rynków finansowych - każde jego pojawienie doprowadza do zwyżki indeksów. Potem nastąpi okres wyczekiwania na skutki tego programu. Nastroje mogą się popsuć dopiero wtedy, jeśli ten plan nie pomoże lub niewiele pomoże gospodarce USA. Ale to zobaczymy dopiero na wiosnę.

PS 2

Wiem, że olbrzymia większość Forumowiczów traktuje moje wpisy jako pretekst do prowadzenia dyskusji o rynku. Po dwóch dniach nie mają one nic wspólnego z treścią wpisu. Zdaję sobie z tego sprawę i w ogóle mi to nie przeszkadza. Zebrał się doskonały zespół, który nawet za bardzo sobie nawzajem nie docina ;-). Dziękuję Wszystkim. Myślę, że nic już w grudniu nie napiszę, więc tą drogą składam Wam życzenia spokojnych Świąt i szczęśliwego roku 2009.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/


2008-11-16 11:56

Szczyt grupy G-20 przejawem politycznej impotencji

    Wróciłem do Polski (nie było mnie 9 dni) już po wyborach w USA i w sytuacji, kiedy znowu indeksy giełdowe nurkują. „Teoryjka” z poprzedniego wpisu wydaje się być już bardzo, bardzo słabiutka. Pozostaje pytanie: czy w piątek był ostatni spazm podaży przed 15.11? Ten dzień jest dla inwestorów w wielu funduszach hedżingowych ostatnim w tym roku momentem do zgłoszenia chęci wycofania kapitału. Jeśli tak to w poniedziałek powinniśmy zobaczyć duże wzrosty. Jeśli nie to nadal będziemy mówili o indeksie S&P 500 w zakresie 840 do 1010 pkt. Przebicie jednego z tych poziomów będzie sygnałem sprzedaży/kupna na dłużej. Jeśli „padnie 840 pkt. to padnie i 780 pkt., a wtedy wszyscy zobaczą kilkunastoletnią formację podwójnego szczytu na wykresie S&P 500 i zacznie się mówienie o ruchu ku 400 pkt. Zaiste przerażająca perspektywa. 

 

     Osobnym tematem są wybory w USA, ale z dokładną oceną poczekam przynajmniej 100 dni od objęcia urzędu przez Baracka Obamę. Życzyłem mu wygranej obawiając się, że efekt Bradleya na to nie pozwoli, ale okazało się, że strach przed kryzysem był silniejszy od rasowych uprzedzeń. W każdym razie zawsze, kiedy widzę Obamę w telewizji myślę sobie „to niewiarygodne! Ciemnoskóry prezydent USA to wręcz niewyobrażalne…”. Ten wybór zasługuje na szersze omówienie, bo zmienia on mnóstwo w głowach i postawach miliardów ludzi na całym świecie. Ale uwaga: duża część Amerykanów z całą pewnością, delikatnie mówiąc, nie lubi prezydenta – elekta. Ameryka może się przełamać i nie jestem pewien, czy uda się ją skleić. A to sklejenie, w sytuacji trwającego Kryzysu, jest przecież bardzo istotne. Jedno jest pewne: nadzieje na zmiany wprowadzone przez nowego prezydenta są tak duże, że będzie mu bardzo trudno im sprostać. Na razie jest bardzo ostrożny i nie angażuje się na przykład w obrady grupy G-20 (wysłał obserwatorów).  

 

    Przywódcy państw grupy G-20 (wypracowują 90 procent światowego PKB) spotkali się w sobotę. Radzono o sposobach zapobieganiu kryzysu, ale to, że USA reprezentował odchodzący prezydent z góry skazywało ten szczyt na brak konkretów. Jednak nie tylko ta sprawa miała wpływ na ducha obrad. Miałem wrażenie, że stopień zrozumienia problemów trapiących świat jest zdecydowanie zbyt mały. G-20 na przykład potępiło tych, którzy „szukali wysokich stóp zwrotu niedoceniając ryzyka”. Co w tym stwierdzeniu jest dziwnego? Otóż to, że potępia się działania ludzi, a nie system, który te działania wymuszał.  

 

    W tej sytuacji niczym dziwnym jest to, że liderzy G-20, planując powołanie globalnego nadzoru finansowego i zwiększenie regulacji (to wszystko jest jeszcze bardzo mgliste), stwierdzili, że fundusze hedżingowe i firmy private equity nie będą objęte nowymi regulacjami (sic!). Powinny przyśpieszyć dobrowolne zmiany prowadzące do zwiększenia poziomu usług. Kuriozalność tego stwierdzenia jest w tym, że to przecież rów również (w bardzo dużym stopniu) te firmy w olbrzymim stopniu doprowadziły do obecnych zaburzeń. Takie podejście do problemu dyskwalifikuje według mnie cały ten szczyt.  

 

    Owszem G-20 wezwała wszystkie państwa do przyjęcia pakietów stymulacji gospodarki, ale nie będzie wspólnego programu. Jak ktoś chce to (jak Chiny, które wpompują w gospodarkę prawie 600 mld dolarów) może pomagać realnej gospodarce. Na przykład odchodzący prezydent Bush nie chce, a prezydent – elekt Barack Obama bardzo chce. Wezwano też wszystkie państwa do obniżki stóp procentowych. Jak to się jednak ma do niezależności banków centralnych? Przecież takie wezwania teoretycznie nic dla nich nie znaczą. Nawiasem mówiąc ja też wzywam RPP do pilnego obniżenia stóp. Członkowie Rady muszą pamiętać, że jeśli JP Morgan będzie miał rację (w 2009 roku wzrost PKB w Polsce 1,5 procent) to za rok będzie się o nich mówić tak, jak teraz mówi się o Alanie Greenspanie. Delikatnie mówiąc, niepochlebnie.  

 

    Nawiasem mówiąc czytam krytykę płynącą pod adresem Alana Greenspana i mam wrażenie, że krytycy mają mu za złe nie to, że się mylił, ale to, że się do tego przyznał. Może to nawet nie jest takie bardzo dziwne. Wielu z obecnych krytyków chwaliło Greenspana przez kilkanaście lat, więc jego przyznanie się do błędów jest dla nich prawdziwym ciosem. Przypomnę tylko nieskromnie, że ja od wielu lat byłego szefa Fed krytykowałem. Teraz już tego nie robię, bo byłoby to zbyt proste. Poza tym to nie jeden Greenspan jest winien temu, że wybuchł Kryzys, a cały system, którego współtwórcą Alan Greenspan też był.

 

    Osobnym tematem szczytu G-20 była sprawa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Nie jest tajemnicą, że MFW dysponuje jedynie 250 miliardami dolarów, z których już wydał ponad 30 miliardów. Wszyscy wiedzą, że obecne zasoby są zbyt małe – kraje rozwijające się będą potrzebowały dużo większej pomocy. Mówi się o konieczności zwiększenia wpłat do MFW tak, żeby zwiększyć dyspozycyjny fundusz o 500 mld USD. Problem jednak w tym, że kraje rozwinięte liczą na wpłaty Azjatów i krajów OPEC, a te zbyt chętne do zwiększenia wpłacanych kwot nie są. Być może na przykład Chiny przemyślałyby sprawę, gdyby zwieszono wagę ich głosu w MFW, ale do tego jeszcze daleko. Bardzo wyraźnie figę pokazał krajom rozwiniętym Ibrahim al-Assaf, minister Arabii Saudyjskiej mówiąc, że „pojawiało się wiele pogłosek o możliwości zwieszenia przez nas wpłat, ale my nic takiego nie rozważamy”.  

 

    Doskonałe samopoczucie liderów G-20 (naprawdę podziwiam) widać też w tym, że przywódcy postanowili się spotkać już… przed końcem kwietnia 2009. Za pół roku! W obecnej sytuacji przez pół roku może się zdarzyć tak wiele, że trudno sobie to wręcz wyobrazić, a politycy myślą, że świat finansów i realne gospodarki spokojnie sobie poczekają… Życzę powodzenia. Brak wizji i prawdziwego przywództwa jest widoczny i doprawdy przerażający.

 

Zapraszam na współpracujący ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

 

 

 

 

 


2008-11-01 11:14

Sprawy bieżące (ale kontrowersyjne)

Taki, nieciekawy tytuł nadałem temu wpisowi, bo rzeczywiście chcę w nim poruszyć kilka różnych spraw. Dyskusja będzie zapewne przynajmniej trójwątkowa. Nawiasem mówiąc Bankier.pl obiecał do czwartku zmodyfikować część komentarzową blogu tak, żeby układane były w wątki, ale z powodu choroby informatyka nie było to możliwe. Zapowiadany termin modyfikacji: koniec najbliższego tygodnia. Uprzedzam też, że od środy przez 10 dni nie będę miał dostępu do komputera, więc komentarze akceptować będzie mój współpracownik. Poproszę go o bardzo dużą ostrożność (z wiadomych zresztą względów ;-), więc proszę nie mieć pretensji, że czasem jakiś komentarz „wyleci”.

Teraz ad rem. Po pierwsze nie ma wyjścia i trzeba się zmierzyć z sytuacją panującą na rynkach. Jak na razie „teoryjka” (patrz mój wpis z 17.10) ma się dobrze. Oczywiście nie mam złudzeń - kiedyś zacznie szwankować, ale na razie się sprawdza. Pisałem w niej, że być może 10.10 był dniem minimów giełdowych i jeśli spojrzy się na rynek amerykański w ujęciu „w czasie dnia” to rzeczywiście tam było dno, mimo że w cenach zamknięcia sytuacja wyglądał dużo gorzej. Przeszliśmy w końcu października zgrabnie do punktu 5 dowodu, w którym pisałem, że „zacznie się upowszechniać teza o recesji typu V, która rozpoczęła się w tym roku i zakończy najpóźniej w czerwcu 2009. Fundusze będą z chęcią kupowali pod to akcji. Zawsze kupuje się przecież wcześniej.”.

Rzeczywiście, taki proces już obserwuję. Większość analityków (również naszych) mówi o końcu recesji najpóźniej w połowie przyszłego roku. Twierdzi się też, że akcje w USA są najniżej wycenione od 20 lat. Wszystko to ciągle przy założeniu, że recesja będzie stosunkowo krótka. Ja takim optymistą nie jestem. Podzielam zdanie noblisty Paula Krugmana, który (dziękuję internaucie o nicku „_dorota” za link) w swoim artykule w New York Times zwraca uwagę na bezprecedensowy spadek popytu wewnętrznego, co zapowiada nadchodzącą poważna zmianę postawa konsumentów (a przecież 70 procent PKB w USA wynika z popytu wewnętrznego). W dalszym ciągu uważam (podobnie jak Nouriel Roubini), że recesja potrwa dłużej (chyba że politycy zastosują keynesowskie metody), a to źle wróży akcjom.

Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, żeby rację mieli ci analitycy, którzy do końca roku spodziewają się jeszcze jednego testowania dna. Według mnie go nie będzie. Nie zgadzam się też z „cyklistami”, mimo że jednego z nich (Wojtka Białka) niezwykle mocno szanuję. Uważam bowiem, że w ostatnich kilku latach charakter rynku za bardzo zmienił się. Cykle bazujące na przeszłości nie mają teraz racji bytu. Na razie nie mają - jak już rynek wróci do fundamentów to zaczną mieć. Tak więc nie zmieniam niczego w swojej teoryjce oprócz być może zakresu wzrostów. Pisałem o 30 procentach od dna, czyli okolicy 1.100 pkt. na indeksie S&P 500. Nie wiem jednak, czy to nie jest za mało. Okolice 1250 pkt. wydają się (na razie) bardziej prawdopodobne. Jednak jest pewne: bez gwałtownych korekt się nie obędzie.

Teraz problem numer dwa, ale powiązany z pierwszym. Nie wierzę w to, żeby wynik wyborów wpłynął w znaczący i, co najważniejsze, w trwały sposób na zachowanie rynków. Inwestorzy nie boją się ani Baracka Obamy ani Johna McCaina. Barack Obama prowadzi, ale nie wiemy jak mocny będzie „efekt Bradleya”. Dla przypomnienia: Tom Bradleya był czarnoskórym kandydatem na fotel gubernatora Kalifornii w 1982 roku. Miał olbrzymią przewagę w sondażach (Obama ma niewielką). Nawet sondaże po głosowaniu dawały mu wygraną. I przegrał… Nie wiemy, jak mocny będzie tym razem wpływ rasy na wybory. Zakładam, że zbytnimi optymistami są ci analitycy sceny polityczne, którzy twierdzą, że rasizm w USA jest już czymś z dalekiej przeszłości. Skoro mam takie założenie to oczywiste jest też, że nie zdziwi mnie wygrana McCaina. Jeśli rzeczywiście wygra to spora część inwestorów się ucieszy, bo mam on niezłomnie neoliberalne przekonania. Gdyby wygrał Barack Obama to nic istotnego się nie wydarzy, bo przecież wszystkie sondaże dawały mu zwycięstwo, więc rynki się z tym oswoiły.

Nie ukrywam, że cała moja sympatia jest po stronie Baracka Obamy. Nie dlatego, że wiem, co ta prezydentura może przynieść, bo jestem realistą. Nikt nie wie, co z retoryki przedwyborczej zostanie tak naprawdę zrealizowane. Uważam jednak, że Obama daje przynajmniej szansę na zmianę. Na wyjście z neoliberalno - neokonserwatywnej twierdzy. W zasadzie może nawet na zrobienie w jej murach niewielkiego wyłomu. Niewielkiego, bo Obama rewolucjonistą nie jest, a ci komentatorzy, którzy określają go mianem „socjalisty” doprawdy nie wiedzą, co mówią. Wygrana okopanych w twierdzy „neokonów” Johna McCain i Sary Palin (według mnie osoby o bardzo kuriozalnych poglądach) byłaby w dłuższym terminie przegraną USA i całego świata. Może jednak mocarstwo, którego rola będzie się szybko zmniejszała, zasługuje na prezydenturę weterana wojny wietnamskiej (nadal ją popierającego) i kreacjonistki? Byłby to taki ładny akcent w końcu pewnego przedstawienia…

A teraz sprawa trzecia pro domo sua. W poprzednich akapitach naraziłem się: neoliberałom (ale to robię od lat), rasistom (ale ci na moderowanym blogu się nie pojawią), „bykom” (bo oczekuję długiej recesji), „niedźwiedziom” (bo oczekuję teraz lepszego okresu dla giełd) - teraz narażę się kolejnym grupom i zobaczę co z tego wyniknie ;-). Ta ostatnia sprawa to wejście do strefy euro. Po pierwsze: euro przyjąć musimy, bo zgodziliśmy się na to w traktacie z Maastricht. Po drugie uważam, że wszelkie opowieści o „narodowej walucie” bazują na ideach sprzed wielu lat. W obecnym świecie szansę mają duże bloki gospodarcze spojone wspólną walutą. Jestem przekonany, że Azja pójdzie w kierunku takiego bloku i będzie miała wspólny pieniądz (zapewne potrwa to jednak wiele lat). Po trzecie uważam, że referendum w sprawie przyjęcia euro jest totalnym nieporozumieniem. Duża część wyborców ma problem z czytaniem ze zrozumieniem prostego tekstu, a mają się wypowiadać na temat terminu wejścia do strefy euro? Przecież to jest niepoważne…

Wiadomo, komu się powyższym akapitem naraziłem, więc pora, żeby narazić się stronie przeciwnej. Zacznę jednak łagodnie. Twierdzę, że gdyby euro już teraz było naszą walutą to rzeczywiście kryzys byłby dla Polski mniejszym zagrożeniem. Nie byłoby dzikich zmian kursów, brak ryzyka walutowego w handlu wewnątrz strefy euro pomagałby eksportowi i importowi, a ECB obniżając stopy pomagałby gospodarce. Nieco gorszy, ale jednak bardzo zbliżony byłby układ, w który wchodzilibyśmy do strefy euro za parę tygodni (tak jak Słowacja). Tyle tylko, że nasza sytuacja znacznie odbiega od tego ideału. Mamy wejść do ERM 2 w połowie 2009, a euro mamy przyjąć 1 stycznia w 2012 roku. Inaczej mówiąc - w czasie kryzysu (liczę, że to będzie około dwa lata) będziemy przebywali w ERM 2, a euro przyjmiemy wtedy, kiedy kryzys się skończy.

W związku z tym pierwsze pytanie: czy deklaracja przyjęcia euro i szybkiego wejścia do ERM 2 pomogła naszej walucie i gospodarce? Uważam, że praktycznie niczego to nie zmieniło. Złoty wzmocnił się wyłącznie z powodów zewnętrznych (spadek awersji do ryzyka na globalnych rynkach finansowych). Podobnie umocniły się forint i czeska korona. Uważam, że nie jest prawdą twierdzenie o dużym wpływie na rynek wypowiedzi prezesa NBP na temat możliwości przesunięcia (w górę) dat z harmonogramu wejścia do strefy euro. Czytałem gdzieś, że jakiś londyński bankier tak się przestraszył tych wypowiedzi, że natychmiast zaczął złotego sprzedawać. Jeśli w Londynie są tacy bankierzy to nic dziwnego, że Wielka Brytania ma takie problemy. Zresztą już w piątek złoty pokazał, że lekceważy polityków wzmacniając się mimo wypowiedzi pana Prezydenta, który poddawał w wątpliwość termin wprowadzenia euro. Wszyscy przecież wiedzą, że droga do euro nie jest usłana płatkami róż, więc kolejne wypowiedzi mają naprawdę niewielkie znaczenie.

Drugie pytanie brzmi tak: czy wejście do ERM 2 pomoże w zwalczaniu skutków globalnego kryzysu gospodarczego? Zanim się na to pytanie odpowie trzeba odnotować, że z NBP napłynęły bardzo niepokojące (aczkolwiek nie można powiedzieć, że nieoczekiwane informacje). W swoim raporcie bank centralny zweryfikował wzrost gospodarczy. Widełki prognoz to 1,7 do 3,8 procent, czyli bardzo szerokie. W prasie mówi się o wzroście 2,8 procent, czyli środku przedziału prognoz, ale te niższe widełki bazują na założeniu, ze w sektorze finansowym nadal będzie brakowało płynności. Nie bardzo w to wierzę, ale sama prognoza (z innych powodów) jest prawdopodobna, szczególnie, że gospodarka naszych sąsiadów, Niemiec, będzie szybko hamowała.

Jeśli czeka nas spowolnienie gospodarcze to wydaje się, że wejście do ERM 2 jest bardzo ryzykowne i może to spowolnienie zamienić nawet w recesję. Dbałość o deficyt budżetowy i niską inflację przy niezbyt elastycznym rynku pracy musi dodatkowo spowolnić gospodarkę. Nawiasem mówiąc wielu ekonomistów twierdzi, że wejście do ERM 2 bez „uelastycznienia” rynku pracy nie ma sensu. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest, ale ostrzegam, że „uelastycznienie” niezbyt się większości Polaków spodoba. To taki eufemizm, pod którym należy rozumieć: większą łatwość zwalniania pracowników, więcej pracy tymczasowej kosztem etatowej, więcej niskopłatnych miejsc pracy. O ile ERM 2 spowolni gospodarkę? Tego nie wiem, ale jeśli zakłada się dłuższy okres globalnej stagnacji to trzeba brać pod uwagę, że każde dodatkowe spowolnienie może się okrutnie zemścić na poziomie życia Polaków (a co za tym idzie na poparciu dla rządzących, którzy chyba tego spadku poparcia w ogóle nie biorą pod uwagę).

Jest jeszcze gorzej, bo może się okazać, że wejdziemy do ERM 2 (część konstytucjonalistów twierdzi, że nie trzeba przedtem zmienić Konstytucji), odcierpimy niepotrzebne spowolnienie gospodarki (w okresie kryzysu szczególnie istotne jest posiadanie możliwości swobodnego sterowanie stopami procentowymi i kursem walutowym) i nic z tego nie wyjdzie. Dlaczego? Bo okaże się, że w tym układzie politycznym nie da się zmienić Konstytucji. Reasumując: dobrze, że się o przyjęciu euro dyskutuje, dobrze, że się zapowiada jego przyjęcie, ale uważam, że dopóki kryzysy się nie skończy to wchodzenie do ERM byłoby olbrzymim błędem.

 

Zapraszam na współpracujący ze mną portal: http://studioopinii.pl/