Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: lipiec 2008

2008-07-28 11:34

Lato, złoty i zadziwiająca beztroska

Lato… Warszawa pusta, w firmach mnóstwo ludzie na urlopach. Na rynkach na razie wszystko zgodnie z oczekiwaniem. Co prawda spadków cen ropy oczekiwałem najwcześniej w końcu września, ale być może widzimy teraz kształtowanie formacji RGR zapowiadającej spadek w końcu roku dobrze poniżej 100 USD… Wystarczyłoby, żeby teraz ropa drożała (nie mocniej niż do 136 USD), potem zaczęła tanieć i w końcu przełamała 122 USD. Piękna RGR z zakresem spadku przynajmniej do 97 USD. Dopóki się jednak nie ukształtuje to nie ma co o niech mówić zbyt głośno. U nas też widać dużą chęć do wykreowania „letniej zwyżki” ( specjalnie unikam sformułowania „letnia hossa”, żeby nie drażnić).

Na Stooq.pl pisałem już tydzień temu, że na wykresie tygodniowym WIG20 pojawił się sygnał kupna (świeca - młot). Jednak poważny sygnał pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby WIG20 (na duży obrocie) powrócił nad poziom 2.750 pkt. To jest dolne ograniczeni trójkąta i domniemanej fali B korekty, więc taki powrót anulowałby sygnał sprzedaży i z pewnością wymazywałby super-negatywny scenariusz, czy spadek do 1.600 pkt. Plusem dla byków jest to, że zwrot nastąpił w okolicach 50. procentowego zniesienia hossy, czyli na poziomie, na którym może się kończyć silna korekta. Jeśli traktować naszą zwyżkę jako korektę spadków (a tak należy na razie) to klasycznym jej rozwojem byłby wzrost w sekwencji A (wzrost) - B (spadek) - C (wzrost) do poziomu przynajmniej 2.900 pkt. a klasycznie i najczęściej do 3.150 pkt. (50. procentowe zniesienie spadków). Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Mnie najbardziej denerwuje to, co widzę na rynku walutowym. Napisałem nawet na ten temat artykuł umieszczony w „Parkiecie” z 25 lipca („Grochem o ścianę”), ale po tym jak w piątek Jacek Rostowski, minister finansów, powiedział, że (cytuję za „Parkietem”): „nie uważam, żeby obecna wartość złotego osłabiała gospodarkę” stwierdziłem, że skróconą wersję tego artykułu umieszczę również na blogu. Więcej na ten temat na razie wypowiadać się nie będę - poczekam na lamenty, które powinny się pojawić w przyszłym roku.

Bezpośrednim impulsem zmuszającym mnie do wzięcia się za bary z tematem były wydarzenia z połowy lipca. Wtedy to Katarzyna Zajdel-Kurowska, wiceminister finansów, powiedziała w jednym z wywiadów, że nie będzie „żadnych” interwencji w celu osłabienia złotego. Pomyślałem sobie, że po prostu coś się pani minister wypsnęło. Jednak w kolejnych dniach powiedział coś bardzo podobnego premier Donald Tusk, a po nim wicepremier Waldemar Pawlak. Szczególnie zdziwił mnie Waldemar Pawlak, który (jak mi się do tej pory wydawało) doskonale rozumie to, co dzieje się na rynkach finansowych.

Stwierdziłem, że to nie przypadek, a raczej skoordynowana akcja. Akcja, która najwyraźniej ma na celu jeszcze większe umocnienie złotego. Można to porównać do sytuacja, w której ochrona informuje wszem i wobec, że o konkretnej godzinie będzie spała, a w chronionym obiekcie nie ma alarmu, więc złodziej może spokojnie wszystko wynieść. Przecież można nie interweniować, jeśli uważa się, że nie ma takiej potrzeby, ale po co o tym głośno mówić? Ciągłe mówienie o obrzydzeniu do interwencji spełnia rolę słownej interwencji umacniającej naszą walutę. Zbyt szanuję rząd, żeby podejrzewać, że wypowiedzi jego członków są przypadkowe. Nie bardzo jednak rozumiałem, dlaczego chce on dalszego umocnienia złotego. Jeden z dziennikarzy powiedział mi: „nie rozumiesz? Przecież chodzi o to, żeby mocny złoty obniżył cenę paliw i wtedy apele o obniżenia akcyzy staną się bezprzedmiotowe”. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale jak przeczytałem, że Paweł Olszewski, skarbnik Klubu PO chwali rząd za to, że umacniając złotego ograniczył wzrost cen to zrozumiałem, że dziennikarzom trzeba wierzyć. W kolejnych dniach w podobnym tonie (przeciw interwencji) wypowiedział się Sławomir Skrzypek, prezes NBP. Kropkę nad i postawiły dane o inflacji (4,6 procent) i wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej, z których wynikało, że stopy powinny być szybko podniesione i że zapewne nie będzie to jedna podwyżka.

Wiemy wszyscy, że silny złoty ogranicza wzrost inflacji. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie błogosławieństwo. Gdyby tak było to nie widzielibyśmy dążenia wielu krajów do osłabienia swoje waluty. Nie bez powodu Francja od dawna atakuje ECB za dopuszczanie do wzrostu wartości euro, a USA mówiąc głośno o potrzebie silnego dolara po cichu robią wszystko, żeby go osłabić i zwiększyć konkurencyjność swojej gospodarki. Dla Polski idealny był układ z lat 2000 - 2004. Złoty zyskując do dolara zmniejszał presję inflacyjną, bo wyceniana w dolarach ropa drożała w złotych wolniej. Z kolei tracąc do euro złoty pomagał podstawie rozwoju gospodarki polskiej, czyli eksportowi. Polski eksport w ponad 70 procentach trafia do strefy euro, więc im słabszy jest złoty tym więcej złotówek dostają eksporterzy za swoje towary. Po wejściu do Unii Europejskiej ta idylla się skończyła.

Złoty stał się substytutem euro, bo Polska w Unii stała się krajem wiarogodny, a w przyszłości musimy zamienić złotego na euro. Różnica w poziomie stóp procentowych (w strefie euro 4,25 procent i jeszcze długo tyle, a u nas 6 procent i niedługo więcej) zdecydowanie sprzyja naszej walucie. Poza tym nasza gospodarka rozwija się szybciej niż gospodarka strefy euro. Nic więc dziwnego, że złoty się wzmacnia, ale problem nie leży w kierunku, a w skali, szybkości spadku kursów walut. Wypowiedzi, o których wspomniałem na początku szybkość umacniania się znacznie zwiększają. To oczywiście kwestia wyboru, ale muszę przyznać, że ja tego parcia polityków i członków RPP do umacniania złotego nie rozumiem.

Popatrzmy najpierw na pozytywne strony posiadania silnej waluty. Silnym złotym cieszą się ci Polacy, który zaciągali kredyty walutowe, bo kupno mieszkań i innych dóbr konsumpcyjnych kosztuje ich mniej niż gdyby były to kredyty złotowe. Zachwyceni są też turyści, których zwiedzania świata lub odpoczynek w znanych kurortach kosztuje coraz mniej. Poza tym tanieje import zagranicznych produktów, co powoduje, że coraz częściej kupujemy właśnie towary zagraniczne.

Wydawałoby się, że wszyscy wiemy, jakie szkody może poczynić silna waluta. Przede wszystkim mówi się o eksporterach, ale dane o eksporcie uspakajają, że ma się on jeszcze całkiem dobrze, chociaż dynamika eksportu spada. Eksporterzy są często również importerami kupującymi za granicą Polski materiały i podzespoły do swojej produkcji, więc silny złoty zmniejsza ich koszty. Siła złotego wymusiła też na producentach posunięcia zwiększające wydajność pracy. Tyle tylko, że zawsze jest gdzieś granica, po której przekroczeniu tego typu czynniki przestają działać, a silna waluta zaczyna naprawdę szkodzić ograniczając konkurencyjność lub zyski (albo jedno i drugie). Wydaje się, że obserwujemy właśnie taki proces. Firmy zaczynają informować albo o braku zbytu na produkty, albo o zmniejszeniu przychodów (np. Krosno, Bioton). Poza tym znane jest przecież pojęcie „utraconych korzyści”. Ile firm nie powstało lub padło z powodu siły złotego? Ilu małych eksporterów nie ma szans na rozwinięcie skrzydeł? Ekscytujemy się wzrostem inwestycji zagranicznych, ale jak wielkie by były, gdyby złoty był słabszy, a przez to koszty inwestorów mniejsze? Media informują na przykład o tym, że autostrady zbudują nam firmy niemieckie, które nie będą nawet wykorzystywały polskich pracowników - są za drodzy. Może się okazać, że drogi i stadiony zbudują na EURO 2012 wybudują nam firmy zagraniczne. Jak to byłaby strata dla gospodarki to chyba nie muszę nawet pisać.

To nie wszystkie minusy posiadania zbyt silne waluty. W latach 2007 - 2013 Polska ma otrzymać z Unii 67 mld euro. Gdybyśmy wymienili te środki po 4 złote to otrzymalibyśmy kilkadziesiąt miliardów złotych więcej niż po kursie bliskim trzem złotym. To realna, olbrzymia strata. Projekty, w których miały być wykorzystane dopłaty unijne właśnie teraz mogą się załamać, bo dopłaty będą mniejsze niż wcześniej zakładano. Poza tym Polacy kupują wszystko, co zagraniczne, bo te towary są coraz tańsze. Zwiększamy w ten sposób deficyt handlowy i zmniejszamy popyt na krajowe produkty szkodząc gospodarce. Zadłużamy się w walutach też przyczyniając się do zwiększenia zadłużenia zagranicznego Polski. Nawiasem mówiąc teraz każde gwałtownie wahnięcie kursu (osłabienie złotego) pokaże nagły skok zadłużenia i pomoże we wzroście inflacji. Wypłacamy odsetki i dywidendy zagranicznym inwestorom, którzy zyskują miliardy na umocnieniu złotego. Ostatnio prezes NBP tłumaczył, że bank w 2007 roku poniósł po raz pierwszy w historii stratę (12,4 mld złotych). Powodem było umocnienie złotego.

Jak widać mamy z jednej strony eksporterów, inwestycje bezpośrednie, deficyt handlowy i środki unijne, a z drugiej kredyty walutowe, turystykę i inflację. Jak się to uprości do takiej postaci to wydaje się prawie oczywiste, że zbyt silny złoty musi w końcowym rachunku zaszkodzić gospodarce. Obawiam się, że oszacowanie tej szkody będzie bardzo trudne. Uważam, że w sytuacji, kiedy cały świat boi się zarówno inflacji jak i spowolnienia gospodarczego musimy być bardzo ostrożni w rozpętywaniu procesów, nad którymi potem nie zapanujemy. A jesteśmy do tego na najlepszej drodze.

Mogę tutaj zarysować jeden z możliwych, czarnych scenariuszy. Podkreślam, że jeden, a nie jedyny i że mam nadzieje, iż się nie sprawdzi. To, co ostatnio widzę na rynku walutowym jest bardzo niepokojące. Od wielu lat obowiązywała korelacja zgodnie z którą im silniejsze było euro do dolara tym bardziej wzmacniał się złoty do obu tych walut. Jeśli euro traciło do dolara to złoty też tracił zarówno w stosunku do euro jak i do dolara. Teraz, od wielu dni, można zauważyć, że korelacja się zmieniła. Jeśli kurs EUR/USD spada (euro traci do dolara) to złoty błyskawicznie umacnia się w stosunku do euro i stabilizuje (z tendencją do słabnięcia) w stosunku do dolara. Jest to więc sytuacja odwrotna do tej z lat 2000 - 2004. Nie muszę zapewne dodawać, że niezwykle niekorzystna dla naszej gospodarki.

W końcu roku (najpóźniej) rynek walutowy zacznie grę pod podwyżki stóp w USA. Rezerwa Federalne będzie zmuszona do ich podnoszenia, chociaż do wyborów prezydenckich w USA (listopad) zapewne się jeszcze wstrzyma. Obawa o stan gospodarki i sektor finansowy może to wstrzymywania się jeszcze trochę wydłużyć, ale nie da się długo utrzymać sytuacji, w której inflacja jest na poziomie 5 procent, a stopy na wysokości 2 procent. Z tego wynika, że rok 2009 będzie rokiem podwyżek amerykańskich stóp procentowych. W strefie euro nawet jeśli będą rosły to dużo wolniej. Wynik jest łatwy do przewidzenia - dolar powinien zyskiwać w stosunku do euro. Jeśli tak się stanie, a obecna korelacja złoty - kurs EUR/USD się utrzyma to będziemy mieli duży problem, bo spekulanci potrafią być naprawdę bezwzględni. Nie da się przewidzieć, gdzie zaprowadzą naszą walutę. Gospodarka i rynek pracy zapłaci drogo za obecne ekscesy rynku walutowego. Oczywiście winnych wtedy się nie znajdzie, bo tylko sukces ma wielu ojców. W razie czego proszę pamiętać - ostrzegałem.


2008-07-14 15:46

W raporcie „Kapitał Intelektualny Polski” brak jest państwa

Byłem w zeszłym tygodniu na konferencji, na której Michał Boni Warszawa, szef Zespołu Doradców Strategicznych Premiera, wraz z grupą swoich współpracowników przedstawiał raport „Kapitał Intelektualny Polski” (http://www.innowacyjnosc.gpw.pl/kip/ ). Wydarzenie jak wydarzenie, przez udział premiera Donalda Tuska i Ludwika Sobolewskiego, prezesa GPW podniesione do wysokiej rangi, dzięki czemu media je bardzo nagłośniły. I bardzo słusznie, że nagłośniły. Taki raport już dawno temu powinien być stworzony. Wiem, że wielu ludzi wzrusza ramionami, twierdząc, że w treści raportu nie ma niczego odkrywczego, ale uważam, że nie ci, którzy tak robią nie mają racji. Autorzy zwracają uwagę, że traktują ten dokument jako tzw. „green paper”, a „jego celem nie jest przedstawienie propozycji konkretnych rozwiązań, a raczej zainicjowanie debaty publicznej”. Dlatego też sukcesem zespołu będzie utrzymywanie odpowiednio wysokiej temperatury dyskusji i doprowadzenie do przyjęcia strategii mającej na celu wprowadzanie w życie przyjętych w dyskusji rozwiązań.

Tyle miłych słów, ale skoro autorzy proszą o dyskusję to znaczy, że nie chcą gratulacji i owacji, ale czekają na krytykę. Trochę jej dostaną, chociaż muszę powiedzieć, że z większością wniosków i uwag się zgadzam. Tutaj będę jednak pisał o tym, co do czego mam wątpliwości, albo się po prostu nie zgadzam. Po pierwsze jestem głęboko przekonany, że jeśli za pracę nad tym zagadnieniem zabrałby się inny zespół badawczy to otrzymałby inne rezultaty. Wnioski byłby zapewne podobne, ale obraz nie aż tak czarny. Zespół analizował 117 wskaźników, którym przypisywał różne wagi wpływające na ocenę poszczególnych dziedzin. Jest więcej niż pewne, że inny zespół analizowałby inny zestaw z zupełnie innymi wagami, więc wynik też byłby różny od otrzymanego.

Zdecydowanie nie zgadzam się w redaktorem Jackiem Żakowskim, który w radiu TOK FM mówił o tym raporcie w samych superlatywach tratując jego powstanie jako zmianę ideologii naszego rządu. Jak rozumiem z neoliberalnej na pro-społeczną. Według mnie, tym razem Jacek Żakowski popełnił błąd w ocenie. „Tym razem”, bo zazwyczaj się z nim zgadzam, ale ostatnio wydaje mi się, że widzi świat przez zdecydowanie zbyt różowe okulary. Owszem, raport firmowany jest przez szefa Zespołu Doradców Strategicznych Premiera, a sam premier otwierał konferencję, ale to nic nie znaczy. Po pierwsze w samy raporcie są niepokojące luki i niedopowiedzenia, a po drugie prawdziwe nastawienie rządu widać nie w raportach, a w podejmowanych działaniach, a do nich jeszcze daleko.

Dlaczego uważam, że raport nie sygnalizuje zmiany ideologii rządzących? Przejdźmy od ogółu do szczegółu. Przede wszystkim nie podoba mi się bardzo „zekonomizowane” traktowanie PKB jako miernika. Uważam, że jeśli mówi się o kapitale intelektualnym, czyli o wartościach niematerialnych, to tym bardziej należy szukać innych niż PKB wskaźników. Tymczasem już na początku raportu autorzy piszą, że „Polska nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału, nie rozwija się równie szybko jak inne kraje w naszym regionie - np.: Słowacja, Estonia czy Litwa”. Jaka jest teraz sytuacja państw nadbałtyckich to już wiemy (blisko recesji i dwucyfrowa inflacja). Nawiasem mówiąc, jaki jest sens porównywania gospodarek zbliżonych do aglomeracji warszawskiej z Polską? Generalnie uważam, że bardziej sensowne byłoby propagowanie na przykład ONZ-owskiego wskaźnika HDI (Human Development Index) - jest zresztą wiele innych wskaźników, bardziej miarodajnych niż PKB w ocenie rozwoju kraju. Zresztą w rankingu HDI Polska dobrze nie wygląda (37 miejsce).

Niepokojące wydaje mi się też, że bardzo niewiele jest w tym raporcie o wpływie globalizacji i trwających od lat osiemdziesiątych neoliberalnych reform na świat, a co za tym idzie i na Polskę. Uważam, że zabrakło rozdziału o wpływie tych czynników na wzrost niepewności ludzi, rozsypanie się więzów społecznych, coraz mniejsza lojalność na linii pracodawca - pracownik itp. Generalnie, negatywny wpływ na życie rodzinne i stosunki społeczne, a co za tym idzie powodujący obniżanie kapitału intelektualnego. W raporcie nie wymienia się też, wśród kluczowych wyzwań i ich implikacji dla strategii rozwoju Polski, niestabilności rynków finansowych. Czyżby autorzy, wśród których są przecież znani ekonomiści nie widzieli tego, co dzieje się w tej chwili na świecie? Obawiam się, że to opuszczenie jest symptomatyczne. Wygląda to tak jakby autorom ten temat wyjątkowo się nie podobał.

Właściwie tylko w jednym miejscu (no, może jeszcze we wspomnieniu o Chinach o Indiach) pisze się p globalizacji. Autorzy uważają, że „imigranci są Polsce potrzebni ze względu na dramatyczny spadek liczebności populacji, szybko starzejące się społeczeństwo i brak rąk do pracy w niektórych zawodach”. Wygląda to tak jakby rozglądano się za tanią siłą roboczą. Uczciwie trzeba przyznać, że piszę się też, iż „istnieje jednak ryzyko, że wobec braku odpowiedniej polityki imigracyjnej i integracyjnej pojawią się getta imigrantów z biednych krajów, wzrośnie bezrobocie i wydatki socjalne”. Obawiam się jednak, że biznes wymusi zwiększenie imigracji, a za tym nie pójdzie „odpowiednia polityka imigracyjna i integracyjna”. Nawiasem mówiąc w krajach, w których tak polityka jest od dawna stosowane problemy z imigrantami są olbrzymie. U nas byłoby dużo gorzej.

Dużym zastrzeżeniem w stosunku do raportu jest niedostrzeganie konieczności zwiększenia wydatków budżetowych. Jeśli chce się osiągnąć wiele z celów stawianych (słusznie) prze autorów to nie sposób zapominać o pieniądzach z budżetu. Raport jednak zdaje się to starannie pomijać. Mało tego, w części poświęconej płacom nauczycieli widać manipulację. Autorzy w wersji dostarczonej na konferencji (nie ma tego w wersji internetowej) pokazują dwa wykresy. Na jednym są roczne wynagrodzenia początkującego nauczyciela - Polska jest na 18 miejscu na 18 państw. Na drugim jest roczne wynagrodzenie nauczyciela po 15 latach pracy. Polska jest na 7. miejscu. Chodzi o pokazanie, że pensja nauczycieli z doświadczeniem jest bardzo dobra i tylko młodzi nauczyciele zarabiają za mało. Wpisuje się to w obecne spory ze związkami nauczycielskimi. Tyle tylko, że przegapiono, że na ty drugim wykresie na ostatnim miejscu jest… Norwegia. To zmusza do dokładniejszej analizy. Cóż się okazuje? Porównuje się stosunek zarobku nauczyciela do PKB na głowę, co nie ma żadnego sensu. Nic dziwnego, że bogata i oszczędzająca na przyszłe pokolenie Norwegia w tym rankingu zajmuje ostatnie miejsce. Należałoby porównywać płace nauczycieli do średnich płac (a jeszcze lepiej do mediany), ale podejrzewam, że wtedy raport dostarczyłbym amunicji związkom zawodowym i stąd to dziwne porównanie. Tyle tylko, że obniża to wiarogodność całego raportu.

Podobne, dziwne manipulacje widać w rozdziale „Student”. W wersji internetowej wypadł (w porównaniu do wersji wydrukowanej) podrozdział „Jak zwiększyć sprawność uczelni w tworzeniu nowej wiedz”. Rozdział bardzo kontrowersyjny, bo autorzy piszą w nim, że finansowanie badań i rozwoju przez przedsiębiorstw jako procent PKB jest najniższe wśród krajów UE i OECD. Nie ma jednak ani słowa na temat finansowania ze środków budżetowych. Ludzie w zespole są niewątpliwie bardzo wykształceni i inteligentni. Dlaczego zapomnieli o wpływie finansowania z budżetu? Czyżby dlatego, że w Polsce wydatki te były (być może dane nieznacznie się już zmieniły- nie sprawdzałem) niższe od 2 procent PKB, a w UE bliskie 3 proc.? W krach skandynawskich to nieco mniej niż 5 procent, a w azjatyckich, w okresie najszybszego rozwoju sięgały 8-10 procent.

Gdyby raport o tym pisał to musiałby napisać również o konieczności zwiększenia wydatków z budżetu, a autorzy starają się tego jak ognia unikać. W sytuacji, kiedy zmniejsza się podatki, zwiększa ulgi na dzieci i opowiada o podatku liniowym mówienie o konieczności zwiększenia nakładów na oświatę czy prace badawczo-rozwojowe jest szkodliwe. Stąd zapewne takie braki raportu. Generalnie uważa, że tego typu opracowania powinny powstawać w zespołach niezwiązanych z rządem. Jeśli tak nie jest to ciąży na nich pewnego rodzaju grzech pierworodny.

Za pierwszy krok można autorów zdecydowanie pochwalić. Problemem jest jednak realizacja postawionych celów. W raporcie pisze się, że „niezbędna jest również reorientacja horyzontu rządzenia z krótkookresowego na długookresowy”. Jak to zrobić, kiedy zmiana ekipy co 4 lata wymusza działanie w dążeniu do osiągnięciu celów krótkookresowych? Można wręcz powiedzieć, że demokracja szkodzi długoterminowemu działaniu. Oświeconej dyktatury jednak nie wprowadzimy, chociaż w Azji (Singapur, Tajwan, Korea Pd.) sprawdzała się doskonale. Skoro nie wprowadzimy to nie uwierzę w realizację celów postawionych w raporcie, jeśli w ciągu kilku dni premier Tusk nie przedstawi harmonogramu działania. Mogłoby to wyglądać na przykład tak: 6 miesięcy dyskusja i powołanie Sejmowej Komisji Kapitału Intelektualnego, 6 miesięcy przygotowanie programu realizacji działań służących do osiągnięcia celów wyznaczonych przez Komisję, przedstawienie terminarza działań i powołanie ministra za te działania odpowiadającego. Wierzycie Państwo w to, że tak się stanie?

 


2008-07-02 14:31

Koniec fatalnego półrocza, ale nie problemów

Zakończyliśmy pierwsze półrocze i co prawda nie lubię podsumowań, bo są nudne (ciekawe jest według mnie tylko to, co przed nami), ale popatrzyłem na indeksy i nie odmówię sobie napisania kilku zdań. Nawiasem mówiąc, być może dlatego, że nie lubię podsumowań, nie lubię też babrania się w historii, nie lubię tych naszych wszystkich „chwalebnych porażek” i klęsk oraz super zwycięstw, które chyba tylko my za takie uznajemy. Zapewne dlatego patrzę na to, co ostatnio wyprawiają nasi politycy już nawet nie ze zdziwieniem, ale z obrzydzeniem. I chyba tyle na temat polityki, bo chociaż z chęcią napisałbym więcej, ale założyłem sobie, że będę się starał w blogu o gospodarce i rynkach unikać czystej polityki. Dodam tylko jeszcze, że jeśli kiedyś Polska ucierpi gospodarczo z powodów politycznych (a to może nas spotkać) to komentarza sobie nie odmówię.

Tak przy okazji - zniknęło z usta polityków porównanie do Irlandii. Nie ma go już nigdy i przy żadnej okazji. Nie budujemy już drugiej Irlandii. Spotkałem się z opinią, że ten nasz cel niedościgły zniknął ze słownika polityków, bo Irlandczycy odrzucili w referendum Układ Lizboński. Fakt, że źle zrobili, ale jeśli chce się, żeby społeczeństwo coś przyjęło w referendum to trzeba popatrzyć na krzywą Gaussa w odniesieniu do rozkładu IQ i formułować tak pytania (lub Układy), żeby zrozumiało je większość głosujących. To zdecydowanie nie był ten przypadek. Nie dlatego jednak Irlandia nie jest już dla wzorcem. Po prostu gospodarka irlandzka szybkim krokiem idzie w kierunku recesji. Ktoś, kto jeszcze mówiłby o „drugiej Irlandii” narażałby się na głośny śmiech. Jak widać neoliberalne reformy nie są gwarancją nieustającego sukcesu.

Zacząłem od wykresów, ale potem wciągnęły mnie dygresje. Wróćmy więc do naszych baranów (revenons à nos moutons) - bardzo mi się to francuskie powiedzenie podoba, a ponieważ od początku lipca rozpoczęła się w francuska Prezydencja Rady Unii Europejskiej to się dopasowałem ;-). W USA nie było takiego pierwszego półrocza od 2002 roku. Jeśli spojrzy się na ostatni miesiąc i na DJIA to można powiedzieć, że nie było takiego złego czerwca od 1930 roku. Jeszcze gorzej wygląda globalny rynek akcji. Financial Times obwołał pierwsze półrocze najgorszym dla rynków światowych od 26 lat. Indeks MSCI dla globalnego rynku akcji spadł w tym czasie o około procent, czyli niewiele mniej niż 13,8 procent w 1982 roku.

Nasz rynek takiego pierwszego półrocza nie pamięta od 1994 roku, kiedy to WIG stracił około 37 procent (teraz około 26 procent). Nawet podczas bessy początku XXI wieku nie było nigdy tak niekorzystnych dla byków pierwszych sześciu miesięcy roku. Mało tego, w historii naszej giełdy nie było jeszcze nigdy czterech kolejnych spadków kwartalnych indeksu WIG. Tyle tylko, że również nigdy wcześniej nie było siedemnastu kolejnych kwartałów wzrostu. Można więc spokojnie powiedzieć, że jaka hossa taka i korekta.

Takie zachowanie rynków w połączeniu z tym, co dzieje się na rynku surowców i obligacji sygnalizuje jednak, że nie mamy do czynienia z byle jaką korektą. To najwyraźniej coś poważniejszego, czego reperkusje będziemy czuli jeszcze kilka lat. Jeśli już wspomniałem o surowcach to wrócę jeszcze na chwilę do ropy. Od ostatniego mojego wpisu na ten temat niewiele się na tym rynku zmieniło. Coraz głośniej mówi się o możliwym uderzeniu Izraela na atomowe instalacje irańskie, Iran grozi blokadą cieśniny Ormuz, USA odpowiadają, że na to nie pozwolą. Na to nakładają się przepychanki między urzędnikami i naukowcami oraz analitykami i profesjonalnymi inwestorami na temat natury wzrostu ceny ropy. Ci pierwsi (Jean-Claude Trichet, szef ECB, Międzynarodowa Agencja Energii itp.) mówią, że ceny kształtuje podaż i popyt, ci drudzy (między innymi ja) twierdzą, że premia spekulacyjno - wojenna jest olbrzymia.

Nad rynkiem ropy zbiera się jednak burza. Niedawno kolejny raz obradowała komisja handlu i energii Kongresu USA, a głosy z niej dobiegające sygnalizują, że kongresmani chcą interwencji rządu. Jeśli ktoś się zastanawia czy mają rację to powinna go przekonać statystyka. W styczniu 2000 roku sektor finansowy (nazywany spekulantami) kontrolował 37 proc. kontraktów na zakup ropy. Obecnie kontroluje 71 procent. Mizerna resztka, czyli 29 procent to działania zabezpieczające przed zmianami cen rafinerii, linii lotniczych itp. Ciekawe były zeznania analityków przed tą komisją. Twierdzili, że wprowadzenie prawa ograniczającego spekulację zmniejszyłyby w ciągu 30 dni ceny ropy do 65-75 USD. Jedno wydaje się być pewne - jeśli ropa będzie nadal drożała to jakieś tego typu rozwiązanie się pojawi, co przebije ten spekulacyjny bąbel. Oczywiście o ile Izrael rzeczywiście wcześniej na Iran nie uderzy. Wtedy zresztą tym bardziej politycy wejdą do gry.

Generalnie, jak się patrzy na rynki, czyta to, co dzieje się w polityce i jak żyją ludzie a naszej Cywilizacji (polecam ostatnie artykuły w „Forum” ) to widać, że idziemy w niebezpiecznym kierunku. Neoliberalne reformy uruchomiły procesy, których skutki powoli widzimy, a to, co widzimy niespecjalnie mi się podoba. W Polsce zresztą to zbyt wiele chyba nie widzimy (mówię o elitach), bo ciągle żyjemy w neoliberalnym śnie. W Niemczech słowo „neoliberał” jest wyklęte - polityk boi się takiego określenia. U nas powstają instytucje, które za cel mają propagowanie neoliberalnych ideałów.

Oprócz tego, co widzimy na rynkach (wynik deregulacji sektora finansów) trzeba też spojrzeć na to, co dzieje się z klasa średnią. W tym kontekście zachęcałem do przeczytania „Forum” . Klasa średnia w naszej Cywilizacji jest coraz węższa i coraz biedniejsza, a to przecież dzięki niej rozwijał się kapitalizm. Dopóki gospodarki szybko się rozwijały to klasa średnia jakoś sobie radziła, chociaż dużo gorzej niż na przykład 20 laty temu. Teraz przyszła chwila testu. Górne, bardzo wąskie, warstwy społeczeństwa kryzysu nawet nie poczują, bo zagarniały coraz więcej pożytków ze wzrostu. Klasa średnia nieźle „oberwie”.

Ale my, w Polsce chcemy podobno podatku liniowego i w ogóle podatków prawie zerowych. Ostatnio przeczytałem, że w porównaniu z 2007 rokiem w ciągu najbliższych dwóch lat (2008-2009) do samorządowej kasy wpłynie 6 mld zł mniej z powodu ulgi na dzieci i zmiany skali podatkowej w 2009 roku. Mniejsze podatki, mniejsze wpływy, mniejsze wydatki na sferę publiczną. A potem jest tak jak w USA po uderzeniu huraganu Katrina, czy ostatnio w czasie powodzi. Kompletne klęska, bo brak funduszy paraliżuje służby publiczne. A poza tym edukacja, zdrowie, transport publiczny, bezpieczeństwo… Na to też potrzeba pieniędzy. Kila lat temu jeden z moich znajomych („budżetówka” ) powiedział mi (oczywiście żartem): „spalimy wam te wasze pałace”. Obawiam się, że, jeśli nie zaczniemy myśleć o harmonijnym rozwoju społeczeństw i o wzmocnieniu klasy średniej, to ten smutny żart za kilkanaście lat może stać się straszną prawdą.