Powszechna “dodaizacja” paraliżuje myślenie
Po ilości i treści komentarzy pod poprzednim wpisem widzę, że temat nie podniósł temperatury dyskusji. Skoro tak to trzeba będzie ją „podkręcić”. A najlepiej oczywiście to zrobić zabierając się za coś, co leży na styku gospodarki z polityką, bo przecież na polityce wszyscy się znają ;-). „Od zawsze” pisałem sporo o tych działaniach rządów, które mogły mieć przełożenie na gospodarkę, ale ostatnio tego nie robię. Dlaczego? Bo właściwie nie mam o czym pisać. Poza tym rzeczywiście to, co obserwujemy w Polsce to jakaś „lajtowa” wersja polityki lub, jeśli ktoś woli poważniejsze określenie, to „post-polityka”.
Może po prostu szybko się starzeję, ale mam wrażenie, że wszystko dookoła stacza się w kierunku jakiejś straszliwej tabloidyzacji. Całe życie medialno-polityczne się dodaizuje (to już moje określenie i zastrzegam sobie do niego prawa! ;-). Wystarczy poczytać gazety, a już z pewnością spojrzeć na telewizyjne programy informacyjne, żeby się załamać. Na świecie dzieje się tyle różnych rzeczy, a u nas na okrągło: dziecko wypadło z okna, premier palił „trawkę”, Austriak więził i gwałcił córkę, Palikot się przebadał, jakiś poseł coś powiedział itp. itd… Po prostu dramat. Zdarza mi się kląć oglądając takie „informacyjne” programy. Wszystko dla ludzi, czyli gorszy pieniądz wypiera lepszy? Nie chcę za bardzo mediom podpadać, ale może w dłuższym terminie jednak lepiej trzymać standard BBC niż tabloidu?
No dobrze, jak już podpadać to na całego. Wróćmy do styku gospodarki i polityki. Teoretycznie ten rząd ma wszelkie zadatki na bardzo pozytywne zapisanie się w historii. Olbrzymie poparcie sondażowo-medialne (to ostatnie zbyt duże) daje mu siłę to przeprowadzenia wielu reform i pomysłów. Tyle tylko, że nic się nie dzieje. Mało tego, jeśli wydaje się, że zaczyna się coś dziać to za chwilę okazuje się, że to jeden z polityków się wychylił, potem następuje kakofonia głosów ze strony koalicji i w końcu temat umiera.
Nie oceniam, czy dane rozwiązanie było dobre czy złe, ale popatrzmy. Padł pomysł, żeby zlikwidować „podatek Belki”, czyli podatek od zysków kapitałowych. Wydawało się, że już zaraz, za chwilę go nie będzie. Podniosły się głosy (przede wszystkim ministra finansów) przeciwne temu pomysłowi. Potem pojawiła się koncepcja (bardzo zła) zlikwidowania podatku tylko od lokat i innych oszczędności, a potem wszystko ucichło. Dużo mówiło się o „planie Szejnfelda”, który miał być lepszą wersją „pakietu Kluski”. Miał on w założeniu nieba przedsiębiorcom przychylić. I co? I cisza, a jeśli już się pojawia to krytyka przedsiębiorców, którzy są niektórymi rozwiązaniami zniesmaczeni. Fakt, że pomysł zgodnie z którym niosąca za sobą konieczność zapłaty decyzja organu skarbowego nie podlega wykonaniu do momentu jej uprawomocnienia był godny najwyższej oceny, ale przedsiębiorcy oceniają, że nic z niego nie zostało. Wyjątków jest tyle, że podstawowa zasada sama staje się tak naprawdę wyjątkiem. Reforma finansów publicznych też gdzieś się zagubiła. Rząd obiecywał cudowne autostrady na Euro 2012. Teraz mówi o drogach szybkiego ruchu, a specjaliści zwracają uwagę, że taka zmiana koncepcji w biegu jest niemożliwa do przeprowadzenia.
Oczywiście takich przykładów można by wyliczyć dużo więcej, ale nie ma to większego sensu. Druga grupa to projekty, które nie mają szans na stanie się prawem, ale są z dziwnym do zrozumienia uporem forsowane. Można wskazać, że w tej kategorii znajduje się na przykład podatek liniowy. Nie byłby sobą, gdybym nie przypomniał, że jestem takiemu rozwiązaniu z wielu powodów przeciwny (wiele miesięcy temu umieściłem wpis na ten temat), ale nie chodzi mi o rozpętywanie dyskusji. Po prostu ten, całkowicie ideologiczno-egoistyczny pomysł nie ma szans na realizację jeszcze przez wiele lat (podtrzymane będzie weto prezydenta). Po co z nim wychodzić? Dziwaczne ruchy z abonamentem też na pozór trudno zrozumieć. Jeśli chcemy mieć media publiczne takie jak BBC to pieniądze pójdą z budżetu, więc i tak z naszych kieszeni. Problem w tym, że rząd mówi o likwidacji abonamentu, a nie prezentuje akceptowalnych przez sejmową większość projektów zapewniających mediom publicznym (przede wszystkim radiu) funkcjonowanie. Jeśli takiego projektu nie będzie to i ta ustawa może zostać zawetowana.
W końcu pojawia się, w dziwacznych okolicznościach, pomysł przekazania szpitali samorządom. Od wielu już lat samorządy przejmują szpitale, ale tym razem nie miałyby wyboru - musiałyby to zrobić. Być może nawet nie obowiązywałoby ich zachowanie 51 procent udziałów. Byłaby to zdecydowanie ścieżka prowadząca do całkowitej prywatyzacji szpitali, a potem całej opieki zdrowotnej. Każdy Polak zna się na zdrowiu, ale ja nie będę udawał, że się znam. Wiem tylko tyle, ile wie każdy, kto czyta. Wiem, że w USA wydatki na opiekę zdrowotną są największe na świecie, a WHO plasuje je na odległym miejscu, jeśli chodzi o ochronę zdrowia całego społeczeństwa. Wiem też, jakie zagrożenie niesie całkowicie prywatna służba zdrowia.
Nie mam ochoty powtarzać wszystkich, znanych przecież argumentów opozycji, ale z większością się zgadzam. To prawda, że prywatne szpitale będą musiały przyjmować za darmo ludzi objętych państwową opieką zdrowotną, ale wiem też, że niczego to nie zmieni, bo pieniędzy będzie za mało. Poza tym prywatny właściciel zrobi wszystko, żeby uzasadnić, że te procedury, za które płaci NFZ muszą być wyceniane wyżej. Im bardziej ochrona zdrowia będzie sprywatyzowana tym większa będzie siła właścicieli, którzy szybko wymuszą wzrost kosztów gwarantowanych przez państwo procedur. Zapłacimy za to z własnych kieszeni, a na to zabraknie pieniędzy w odchudzonym na neoliberalną modłę budżecie. Początek będzie się ludziom podobał, bo opieka będzie lepsza, ale potem zorientują się, że trzeba zapłacić, żeby była jeszcze lepsza lub żeby, w krańcowych przypadkach, uratować zdrowie, a może i życie. Nie chcę rozwijać tego wątku, bo nie jest to celem tego wpisu - z pewnością Państwo zrobią to za mnie.
Jedno jest jednak pewne - prywatyzacji postulowanej przez rząd (jeśli rzeczywiście takie są jego zamiary) nie będzie, bo taką ustawę Prezydent też zawetuje, a opozycja weto podtrzyma. Jest to więc jeszcze jeden pomysł z gatunku nierealizowalnych. Po co mnożone są pomysły niemające szans na realizację? Po to tylko, żeby zająć czymś media i Polaków, czy po to, żeby powiedzieć, wtedy, kiedy gospodarka już zwolni: chcieliśmy, ale nam nie pozwolono? Gdyby nasze pomysły zostały zrealizowane to byłby zapowiadany cud i „druga Irlandia”. Tyle tylko, że w Irlandii do stołu usiedli rządzący, opozycja i związki zawodowe i wypracowali konsens, który potem razem realizowali. Czyżby dla nas to była za trudna droga? Polak nie potrafi?
Powiedzmy, że nie potrafi, chociaż byłaby to smutna konstatacja. Pytania jednak można mnożyć. Wiadomo, że czeka nas jakieś spowolnienie gospodarcze. Miejmy nadzieję, że niezbyt duże, ale jaki jest plan rządu, gdyby było większe od zapowiadanego? Skąd weźmie pieniądze, których dopływ do budżetu będzie wtedy mniejszy (mniejsze podatki z VAT i CIT)? Jak zapełni dziury powstałe po obniżeniu składki rentowej, wprowadzeniu ulg na dzieci, becikowego i obniżeniu PIT w 2009 roku? Co rząd planuje zrobić, żeby przeciwdziałać spadkowi wartości unijnych środków na skutek wzmocnienia złotego? Jak chce pobudzać eksport, skoro nasza waluta ciągle się wzmacnia? Niedługo wszystko będziemy zlecali firmom zagranicznym (również budowę infrastruktury na EURO 2012), bo nasze firmy będą za drogie. Czy ktoś o tym w rządzie myśli? A jeśli myśli to dlaczego się z nami tymi myślami nie dzieli, a zamiast tego proponuje grzęźnięcie w jałowych sporach? Do końca kadencji jeszcze bardzo dużo czasu. Wszystkie te pytania trzeba będzie sobie w końcu zadać. Oby nie było za późno.