Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: maj 2008

2008-05-14 15:07

Powszechna “dodaizacja” paraliżuje myślenie

Po ilości i treści komentarzy pod poprzednim wpisem widzę, że temat nie podniósł temperatury dyskusji. Skoro tak to trzeba będzie ją „podkręcić”. A najlepiej oczywiście to zrobić zabierając się za coś, co leży na styku gospodarki z polityką, bo przecież na polityce wszyscy się znają ;-). „Od zawsze” pisałem sporo o tych działaniach rządów, które mogły mieć przełożenie na gospodarkę, ale ostatnio tego nie robię. Dlaczego? Bo właściwie nie mam o czym pisać. Poza tym rzeczywiście to, co obserwujemy w Polsce to jakaś „lajtowa” wersja polityki lub, jeśli ktoś woli poważniejsze określenie, to „post-polityka”.

Może po prostu szybko się starzeję, ale mam wrażenie, że wszystko dookoła stacza się w kierunku jakiejś straszliwej tabloidyzacji. Całe życie medialno-polityczne się dodaizuje (to już moje określenie i zastrzegam sobie do niego prawa! ;-). Wystarczy poczytać gazety, a już z pewnością spojrzeć na telewizyjne programy informacyjne, żeby się załamać. Na świecie dzieje się tyle różnych rzeczy, a u nas na okrągło: dziecko wypadło z okna, premier palił „trawkę”, Austriak więził i gwałcił córkę, Palikot się przebadał, jakiś poseł coś powiedział itp. itd… Po prostu dramat. Zdarza mi się kląć oglądając takie „informacyjne” programy. Wszystko dla ludzi, czyli gorszy pieniądz wypiera lepszy? Nie chcę za bardzo mediom podpadać, ale może w dłuższym terminie jednak lepiej trzymać standard BBC niż tabloidu?

No dobrze, jak już podpadać to na całego. Wróćmy do styku gospodarki i polityki. Teoretycznie ten rząd ma wszelkie zadatki na bardzo pozytywne zapisanie się w historii. Olbrzymie poparcie sondażowo-medialne (to ostatnie zbyt duże) daje mu siłę to przeprowadzenia wielu reform i pomysłów. Tyle tylko, że nic się nie dzieje. Mało tego, jeśli wydaje się, że zaczyna się coś dziać to za chwilę okazuje się, że to jeden z polityków się wychylił, potem następuje kakofonia głosów ze strony koalicji i w końcu temat umiera.

Nie oceniam, czy dane rozwiązanie było dobre czy złe, ale popatrzmy. Padł pomysł, żeby zlikwidować „podatek Belki”, czyli podatek od zysków kapitałowych. Wydawało się, że już zaraz, za chwilę go nie będzie. Podniosły się głosy (przede wszystkim ministra finansów) przeciwne temu pomysłowi. Potem pojawiła się koncepcja (bardzo zła) zlikwidowania podatku tylko od lokat i innych oszczędności, a potem wszystko ucichło. Dużo mówiło się o „planie Szejnfelda”, który miał być lepszą wersją „pakietu Kluski”. Miał on w założeniu nieba przedsiębiorcom przychylić. I co? I cisza, a jeśli już się pojawia to krytyka przedsiębiorców, którzy są niektórymi rozwiązaniami zniesmaczeni. Fakt, że pomysł zgodnie z którym niosąca za sobą konieczność zapłaty decyzja organu skarbowego nie podlega wykonaniu do momentu jej uprawomocnienia był godny najwyższej oceny, ale przedsiębiorcy oceniają, że nic z niego nie zostało. Wyjątków jest tyle, że podstawowa zasada sama staje się tak naprawdę wyjątkiem. Reforma finansów publicznych też gdzieś się zagubiła. Rząd obiecywał cudowne autostrady na Euro 2012. Teraz mówi o drogach szybkiego ruchu, a specjaliści zwracają uwagę, że taka zmiana koncepcji w biegu jest niemożliwa do przeprowadzenia.

Oczywiście takich przykładów można by wyliczyć dużo więcej, ale nie ma to większego sensu. Druga grupa to projekty, które nie mają szans na stanie się prawem, ale są z dziwnym do zrozumienia uporem forsowane. Można wskazać, że w tej kategorii znajduje się na przykład podatek liniowy. Nie byłby sobą, gdybym nie przypomniał, że jestem takiemu rozwiązaniu z wielu powodów przeciwny (wiele miesięcy temu umieściłem wpis na ten temat), ale nie chodzi mi o rozpętywanie dyskusji. Po prostu ten, całkowicie ideologiczno-egoistyczny pomysł nie ma szans na realizację jeszcze przez wiele lat (podtrzymane będzie weto prezydenta). Po co z nim wychodzić? Dziwaczne ruchy z abonamentem też na pozór trudno zrozumieć. Jeśli chcemy mieć media publiczne takie jak BBC to pieniądze pójdą z budżetu, więc i tak z naszych kieszeni. Problem w tym, że rząd mówi o likwidacji abonamentu, a nie prezentuje akceptowalnych przez sejmową większość projektów zapewniających mediom publicznym (przede wszystkim radiu) funkcjonowanie. Jeśli takiego projektu nie będzie to i ta ustawa może zostać zawetowana.

W końcu pojawia się, w dziwacznych okolicznościach, pomysł przekazania szpitali samorządom. Od wielu już lat samorządy przejmują szpitale, ale tym razem nie miałyby wyboru - musiałyby to zrobić. Być może nawet nie obowiązywałoby ich zachowanie 51 procent udziałów. Byłaby to zdecydowanie ścieżka prowadząca do całkowitej prywatyzacji szpitali, a potem całej opieki zdrowotnej. Każdy Polak zna się na zdrowiu, ale ja nie będę udawał, że się znam. Wiem tylko tyle, ile wie każdy, kto czyta. Wiem, że w USA wydatki na opiekę zdrowotną są największe na świecie, a WHO plasuje je na odległym miejscu, jeśli chodzi o ochronę zdrowia całego społeczeństwa. Wiem też, jakie zagrożenie niesie całkowicie prywatna służba zdrowia.

Nie mam ochoty powtarzać wszystkich, znanych przecież argumentów opozycji, ale z większością się zgadzam. To prawda, że prywatne szpitale będą musiały przyjmować za darmo ludzi objętych państwową opieką zdrowotną, ale wiem też, że niczego to nie zmieni, bo pieniędzy będzie za mało. Poza tym prywatny właściciel zrobi wszystko, żeby uzasadnić, że te procedury, za które płaci NFZ muszą być wyceniane wyżej. Im bardziej ochrona zdrowia będzie sprywatyzowana tym większa będzie siła właścicieli, którzy szybko wymuszą wzrost kosztów gwarantowanych przez państwo procedur. Zapłacimy za to z własnych kieszeni, a na to zabraknie pieniędzy w odchudzonym na neoliberalną modłę budżecie. Początek będzie się ludziom podobał, bo opieka będzie lepsza, ale potem zorientują się, że trzeba zapłacić, żeby była jeszcze lepsza lub żeby, w krańcowych przypadkach, uratować zdrowie, a może i życie. Nie chcę rozwijać tego wątku, bo nie jest to celem tego wpisu - z pewnością Państwo zrobią to za mnie.

Jedno jest jednak pewne - prywatyzacji postulowanej przez rząd (jeśli rzeczywiście takie są jego zamiary) nie będzie, bo taką ustawę Prezydent też zawetuje, a opozycja weto podtrzyma. Jest to więc jeszcze jeden pomysł z gatunku nierealizowalnych. Po co mnożone są pomysły niemające szans na realizację? Po to tylko, żeby zająć czymś media i Polaków, czy po to, żeby powiedzieć, wtedy, kiedy gospodarka już zwolni: chcieliśmy, ale nam nie pozwolono? Gdyby nasze pomysły zostały zrealizowane to byłby zapowiadany cud i „druga Irlandia”. Tyle tylko, że w Irlandii do stołu usiedli rządzący, opozycja i związki zawodowe i wypracowali konsens, który potem razem realizowali. Czyżby dla nas to była za trudna droga? Polak nie potrafi?

Powiedzmy, że nie potrafi, chociaż byłaby to smutna konstatacja. Pytania jednak można mnożyć. Wiadomo, że czeka nas jakieś spowolnienie gospodarcze. Miejmy nadzieję, że niezbyt duże, ale jaki jest plan rządu, gdyby było większe od zapowiadanego? Skąd weźmie pieniądze, których dopływ do budżetu będzie wtedy mniejszy (mniejsze podatki z VAT i CIT)? Jak zapełni dziury powstałe po obniżeniu składki rentowej, wprowadzeniu ulg na dzieci, becikowego i obniżeniu PIT w 2009 roku? Co rząd planuje zrobić, żeby przeciwdziałać spadkowi wartości unijnych środków na skutek wzmocnienia złotego? Jak chce pobudzać eksport, skoro nasza waluta ciągle się wzmacnia? Niedługo wszystko będziemy zlecali firmom zagranicznym (również budowę infrastruktury na EURO 2012), bo nasze firmy będą za drogie. Czy ktoś o tym w rządzie myśli? A jeśli myśli to dlaczego się z nami tymi myślami nie dzieli, a zamiast tego proponuje grzęźnięcie w jałowych sporach? Do końca kadencji jeszcze bardzo dużo czasu. Wszystkie te pytania trzeba będzie sobie w końcu zadać. Oby nie było za późno.

 

 

 


2008-05-05 13:41

Dwa rynki i jedna książka

Długo zastanawiałem się, o czym ma być ten wpis. Wiem, na co czekają Czytelnicy. Chcieliby zobaczyć coś o obecnej sytuacji na giełdach lub polemiczny tekst o cenach żywności i powodach ich wzrostu. Ten drugi temat jest rzeczywiście fascynujący i z całą pewnością poświęcę mu jeden z najbliższych wpisów. Wstępnie jednak już mogę powiedzieć (to zapewne pojawi się we właściwym wpisie), że wystarczy spojrzeć na wykres kontraktów na ryż, żeby pozbyć się złudzeń (bądź przekonań), o fundamentalnych przyczynach ostrego wzrostu ceny towarów rolnych. Podkreślam, że kluczowe w ostatnim zdaniu jest słowo „ostrego”.

Owszem, wyliczane przez media powody wzrostu cen żywności mają spory wpływ na tę drożyznę, ale za skalę zwyżki odpowiadają fundusze inwestycyjne. Jeśli spojrzy się na przykład właśnie na wykres kontraktów na ryż to widać (dla mnie oczekiwaną) wysoką, dodatnią korelację wartości kontraktów z kursem EUR/USD. W okresie 22 kwietnia do 2 maja kurs EUR/USD spadł o około 3 procent (dolar się wzmocnił). Cena ryżu między 23 kwietnia i 1 maja spadła o 17 procent. Chińczyków ubyło? Urodzaj się w czasie tych 10 dni zwiększył? Popyt spadł (przypominam, że w USA i w Izraelu w niektórych sieciach sklepów racjonowano ryż)? Oczywiście nie. Ogólnie obowiązująca ujemna korelacja surowców z dolarem (im słabszy dolar tym droższe surowce) mniej więcej od roku pojawiła się również na rynku towarów rolnych. Medialny hałas, w którym podaje się przeróżne (oprócz działalności funduszy) powody drożyzny służy doskonale tym inwestorom, którzy grają na rynku towarów rolnych.

Chcemy ograniczyć skalę wzrostu cen żywności? Skalę, a nie odwrócić trend, bo on z wielu powodów (tych cytowanych w mediach) będzie nadal wzrostowy. Trzeba by przeprowadzić eksperyment, którego oczywiście przeprowadzić się nie da. Wystarczyłoby na parę tygodni zakazać odsprzedaży kontraktów na towary rolne przed terminem ich wygasania, żeby ceny bardzo wielu towarów rolnych gwałtownie spadły. Ale my wolimy mówić o tym ile ludzi umrze z głodu… Można by na ten temat napisać więcej - Czytelnicy przysyłają mi na ten temat ciekawe materiały (za co dziękuję), ale postanowiłem, że na razie jeszcze ograniczę się do powyższego fragmentu.

Jeśli chodzi o obecną sytuację na giełdach to temat jest według mnie po prostu nudny ;-). W komentarzach dla Xelion i na Stooq.pl pisałem o tym codziennie. Na razie po prostu sprawdza się scenariusz, o którym pisałem wiele tygodni temu: pomoc Fed i administracji była olbrzymia - gracze uwierzyli, że jeśli będzie trzeba to będzie jeszcze większa. Poza tym skoro „wszyscy” twierdzą, że druga połowa roku będzie bardzo mocna to muszą już teraz kupować akcje. Inaczej mówiąc - nie zaskakuje mnie to, co widzę za naszymi granicami. Wzrosty mogą się jeszcze utrzymywać przez czas dłuższy o ile coś bardzo graczy nie wystraszy (ropa?).

Jeśli chodzi o nas rynek to jest problem. Bez kapitału zagranicznego trudno będzie o sensowne wzrosty na dużym obrocie, a tylko takie są coś warte. Jeśli na świecie zwyżka będzie kontynuowana jeszcze przez kilka tygodni to w końcu ten kapitał (krótkoterminowy) do nas przyjdzie i nagle zobaczymy + 5 proc. na jednej sesji. Wtedy ruch przynajmniej do poziomu 3.500 pkt. na WIG20 będzie prawie pewny. Jeśli kapitał nie przyjdzie lub nie zdąży przed końcem korekty na świecie to będziemy się kokosić w trendzie bocznym. Kluczowy jest teraz poziom 3.000 pkt. (możliwy do osiągnięcia nawet dzisiaj), czyli poziom, przez który przechodzi dzisiaj (jutro będzie niżej) bok hipotetycznego trójkąta rysowanego przez indeks od początku roku, a potem poziom 3.150 pkt.

No i okazało się, że wstęp stał się samodzielnym wpisem, a chciałem przecież mówić o czymś innym. W czasie weekendu przeczytałem książkę (nie tylko tą, przeczytałem również „To nie jest kraj dla starych ludzi”, co zepsuło mi humor na całą niedzielę… ) profesora Grzegorza Kołodki „Wędrujący świat”. Już oczyma duszy widzę, jak niektórzy z Państwa się denerwują ;-). Fakt, były minister finansów, naukowiec, maratończyk, podróżnik nie jest postacią lubianą. Jest niewątpliwie arogancki, zarozumiały i butny. Ale co mogę na to poradzić, że ja go po prostu lubię? Może wybitna postać (w ekonomii) musi taka być? Cytując Słowackiego można powiedzieć, że „dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi” są dosyć podobne w zewnętrznie prezentowanym charakterze tyle, że w stosunku do jednego z nich (Kołodki) media nigdy nie miały litości.

Nawiasem mówiąc dziecinne jest to jak te „Bogi” nawzajem się nienawidząc (chyba tak jest?) unikają podawania nazwisk. W książce Kołodki kilka razy pojawia się Leszek Balcerowicz, ale nigdy pod nazwiskiem. Zawsze jako „były minister”, „prezes banku centralnego” itp. To, że profesor Balcerowicz pojawia się w kontekście negatywnym chyba dla nikogo z Państwa nie ulega wątpliwości. Oglądałem również (od niedawna bardzo aktywnego) Leszka Balcerowicza w programie Tomasza Lisa, gdzie powiedział on coś, co brzmiało mniej więcej tak „nie uważam, jak niektórzy wrogowie kapitalizmu, że Stany Zjednoczone niedługo się rozpadną”. Dokładnego cytatu nie pamiętam, ale taki był wydźwięk. Było to kuriozalne stwierdzenie, bo stawianie znaku równości między „wrogami kapitalizmu” i ludźmi zaniepokojonymi stanem i perspektywami gospodarki USA jest zaiste szokujące. Pamiętam, że poczułem się zagrożony jako ten, który niedługo będzie stygmatyzowany jako „wróg kapitalizmu” ;-). Było to jednak przed przeczytaniem książki Kołodki. Teraz uważam, że ta wypowiedź mogła być skierowana właśnie do autora „Wędrującego świata”. Znaleźć tam przecież można zapowiedź dużego kryzysu, a cały rozdział poświęcony jest upadkowi neoliberalizmu. Właściwie początkowi upadku. Muszę powiedzieć, że jak tylko zobaczyłem tytuł tego rozdziału to moja sympatia do autora wzrosła. Mój wpis z 3 kwietnia („Ciszej nad tą trumną” ) dotyczył właśnie tego tematu, chociaż zupełnie inaczej ujętego. A zaręczam, że wtedy jeszcze o tej książce nie widziałem.

Grzegorz Kołodko w swojej, obszernej książce pokazuje, jak widzi świat i gospodarkę. Zwraca uwagę na to, o czym ja mówię od kilkunastu lat (rzecz jasna nie z taką erudycją i wiedzą, jak GK) - do analizy gospodarki światowej i możliwych kierunków jej rozwoju potrzebne jest podejście holistyczne (GK mówi o interdyscyplinarnym). Nie można ograniczać się tylko do wzorów, suchej ekonomii bez zwracania uwagi na kulturę, socjologię, religie itp. Niewielu ekonomistów ma takie podejście. Autor wielokrotnie „przejeżdża się” przez media i analityków. W pierwszym przypadku można to całkowicie zrozumieć - odpłaca pięknym za nadobne, chociaż mu to z pewnością w przyszłości nie pomoże. Jeśli zaś chodzi o analityków to ma rację tylko częściowo. Są różni analitycy i ekonomiści bankowi (im też się dostało) i nie zawsze mylą się w tym, co mówią.

Wadą książki jest to, że autor, tak jak i większość ekonomistów, nie dostrzega i nie docenia znaczenia rynków finansowych. Mówi wręcz z pogardą o zmianach kursów walut, czy indeksów. Wydaje się nie widzieć tego, że cios (kryzys) przyjdzie właśnie z tego kierunku. Nie widzi na przykład tego, o czym napisałem na początku: wpływu rynków finansowych na ceny żywności. Mam wrażenie, że w szukaniu interdyscyplinarności profesor Kołodko świadomie (tylko dlaczego?) pominął to, co najbardziej istotne. I to nie tylko najbardziej istotne dlatego, że obserwujemy kryzys w sektorze kredytowym. Istotne dlatego, że nawet po jego zażegnaniu nadal będziemy czekali na kolejne uderzenie, które zapewne nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat.

Ja wielu nowych rzeczy się z tej książki nie dowiedziałem, ale siłą rzeczy muszę wiedzieć więcej niż przeciętny inwestor, czy nawet dziennikarz. Jednak sposób ujęcia tematu bardzo mi się spodobał. Poza tym myślę, że niewielu polskich ekonomistów potrafiłoby napisać 400 - stronicową książkę (plus wiele stron przypisów), którą bez znudzenia dałoby się przeczytać w ciągu dwóch dni. Doskonałym i bardzo nowatorskim uzupełnieniem jest też internetowy Nawigator http://www.wedrujacyswiat.pl/), który autor zobowiązał się uaktualniać na bieżąco. Może się on stać łatwo dostępną kopalnią ciekawych danych i wykresów. Jak można to, co napisałem podsumować? Może wezwaniem do drugiego „Boga” o napisanie równie łatwej do czytania książki z neoliberalnym przesłaniem?