Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: marzec 2008

2008-03-26 10:56

Niemoralnie, ryzykownie, ale skutecznie (na pewien czas)

Powiedziałem sobie w czasie świąt - zejdź z obłoków i zajmij się na blogu obecną sytuacją na rynkach. Można by napisać po prostu, że rozpoczęła się wiosna, a wraz z nią przewidywane przeze mnie wzrosty, ale tak proste to nie jest. Faktem jest jednak, że upadek banku inwestycyjnego Bear Stearns postawił znak zapytania, ale kolejne dni potwierdziły, że nastroje zmieniają się diametralnie.

Trzeba spróbować zrozumieć, co dzieje się w głowie gracza giełdowego. Wie on, że sytuacja jest niezwykle poważna, ale wie również, że od końca zeszłego roku bez przerwy interweniuje albo Fed albo administracja amerykańska albo te dwie instytucje razem. Administracja co parę tygodni wprowadza w życie kolejny plan pomocy kredytobiorcom. Zwiększa też możliwości finansowania kredytów hipotecznych przez para-rządowe spółki Fannie Mae i Freddie Mac. Pozwoliła również regionalnym bankom zwiększyć o 100 mld USD wolumen posiadanych przez nie instrumentów bazujących na rynku kredytów hipotecznych. Trudno wręcz wyliczyć, co robi rząd, żeby pomóc sektorowi finansowemu i kredytobiorcom.

Jeszcze bardziej agresywnie działa Fed, który gwałtownie obniżył stopy do 2,25 procent. To jednak nie wszystko. Rezerwa Federalna nie tylko zapewniła instytucjom finansowym tanią gotówkę, ale również zwiększyła ilość instytucji objętych programem. Nie tylko banki mogą korzystać z tanich kredytów. Mogą to na przykład robić domy maklerskie. Takich środków Fed nie stosował od czasów Wielkiej Depresji z lat trzydziestych XX wieku. Fed stosował też inne metody. Na przykład poszerzyła listę aktywów, które Fed będzie brał w zastaw udzielając pożyczek, o kolejne instrumenty bazujące na kredytach hipotecznych oraz związanych z nieruchomościami komercyjnymi. Mówiło się też o bezpośrednim skupie przez banki centralne obligacji bazujących na ryzykownych kredytach hipotecznych. To byłoby już zupełne horrendum, ale być może nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, ale o to, żeby ścigać go. Dla graczy nie ma bowiem znaczenia, czy skup będzie przeprowadzony. Najważniejsze, że o tym się mówi, więc niedźwiedzie nie odważają się ostro atakować bojąc się tego, że pogłoski się ucieleśnią.

W tej sytuacji „niedźwiedzie” po prostu się poddały. Pozostaje zastanowić się, czy to już koniec przeceny akcji. Zakładam, że na pewien czas tak. Inwestorzy widząc prawie codziennie nowe inicjatywy Fed i administracji USA zadawali sobie pytanie: po co sprzedawać skoro za chwilę pojawi się nowa inicjatywa, która podniesie indeksy? Można mówić, że jeśli pojawi się następny przypadek „typu Bear Stearns” to przecież indeksy zanurkują. Pewnie tak, na chwilę… prawie natychmiast pojawi się znowu duży bank z gwarancjami Fed, który upadającego przejmie. Mało tego, zaproponuje cenę wręcz śmieszną, a potem podniesie ją pięciokrotnie (tak właśnie rozgrywana była sprawa Bear Stearns), co wprowadzi rynek w stan euforii. Najważniejsze dla graczy giełdowych jest to, że skomasowana akcje pomocowa zaczyna działać. Nie unikniemy gwałtownych zmian nastrojów, ale jest już pora na poważniejszą, wzrostową korektę. Oczywiście Czytelnik musi zapytać, co to konkretnie znaczy „pewien czas”? Pytanie dobre, odpowiedź trudniejsza. Zakładam, że to jest nie mniej niż kilka tygodni, a nie więcej niż rok. Powtórne pogorszenie sytuacji zobaczymy zapewne dopiero wtedy, kiedy inflacja zacznie mocniej rosnąć, kredyt będzie nadal drogi, a Fed nie będzie miał już amunicji. Kiedyś nawet tak kreatywna instytucja musi wyczerpać magazynek.

Działania Fed i administracji są bardzo dwuznaczna zarówno moralnie jak i z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Myślę, że Milton Friedman widząc te interwencje, które często mają również na celu powstrzymanie spadku indeksów, w grobie się obraca. Nie jestem entuzjastą recept przepisanych przez Friedmana i jego szkołę chicagowską, ale uważam, że to, co robi Fed i administracja jest niezwykle szkodliwe. Tyle tylko, że nie bardzo mogą tych działań nie podjąć, więc muszą wybrać mniejsze (według nich) zło.

Dlaczego działania administracji i Fed są szkodliwe? Ratując gospodarkę USA i cały system finansowy przed olbrzymim, porównywalnym z Wielką Depresją, kryzysem instytucje te ryzykują wzrostem inflacji i przyjmują po cichu, że użyją publicznych pieniędzy. Rząd już ich używa, bo jego plan pomocy gospodarce (150 mld USD) może być przecież urzeczywistniony tylko dzięki użyciu pieniędzy z budżetu USA. Fed może udawać, że nie wydaje ani dolara, ale przecież tak nie jest. Przyjmowanie jako zabezpieczenia niepłynnych instrumentów bazujących na rynku kredytów hipotecznych jest przecież obarczone olbrzymim ryzykiem i z całą pewnością skończy się wielomiliardowymi stratami, które pokryje podatnik. Polityka ratowania za wszelką cenę firm sektora finansowego niewątpliwie zachęca je również do przeprowadzania kolejnych ryzykownych inwestycji, które mają na celu szybki zysk, a to prowadzi do powstania kolejnych baniek spekulacyjnych.

Absolutnie niemoralna jest również sytuacja, w której akcjonariusze i pracownicy firm odpowiedzialnych z powstanie kryzysu są ratowani z opresji za pieniądze podatnika. Nawiasem mówiąc polityka firm jest niezwykle logiczna. Przyjmuje się pieniądze, bierze prowizje, przez kilka lat partycypuje się w zysku, wypracowuje się wielomilionowe zyski, a co za tym idzie pensje i premie, a w końcu mówi się inwestorowi: no cóż, popełniliśmy błąd - poniosłeś olbrzymie straty. Przypomina mi to sytuację ze znanego kawału o adwokatach. Sprawa w sądzie przegrana, oskarżony dostaje duży wyrok i pyta adwokata „panie mecenasie, co teraz?”, a adwokat odpowiada „a teraz to ja idę na kawę”.

To jedna strona medalu, a teraz popatrzmy na drugą. Administracja i Fed mają do wyboru: albo olbrzymi kryzys, w którym ucierpią również całkowicie niewinni ludzie, ale który doprowadzi do reform i zwiększy stopień regulacji rynków finansowych albo niemoralne i szkodliwe działania, które na pewien czas dadzą gospodarce i sektorowi finansów odpocząć. Wszyscy wiedzieli, że jeśli załamuje się rynek nieruchomości i w tym samym czasie załamie się sektor finansów to kryzys będzie niewyobrażalny. Pojawi się recesja podobna do tej z lat trzydziestych XX wieku, a globalizacja szybko rozprzestrzeni ją na cały świat. Odpowiedzialność za ten kryzys spadłaby (niesłusznie) na obecną administrację (tuż przed wyborami prezydenckim) oraz na Rezerwę Federalną kierowaną przez Bena Bernanke. W tej sytuacji niepodjęcie ryzykownych i niemoralnych działań byłoby równoznaczne z popełnieniem seppuku.

Zapewne Czytelnik zwrócił uwagę na słowo „niesłusznie”, które pojawiło się w powyższym akapicie. Uważam, że za to co obserwujemy odpowiada bezmyślność zarówno Fed z czasów panowania Alana Greenspana jak i działania kolejnych administracji. Rządzący przejęli się za bardzo ideologią szkoły chicagowskiej, która zalecała maksymalną deregulację (w tym rynków finansowych), a to musiało doprowadzić do kolejnych kryzysów, z których obecny nie jest najgorszy (o tym niżej). Laissez-faire było jednak jednokierunkowe. Pozwalano na wszystko, jeśli aktywa drożały. Nie miało znaczenia, czy to były akcje, surowce czy domy. Przypominam, że Alan Greenspan w 1996 roku mówiąc o rynku akcji bąknął coś o „nieracjonalnej przesadzie” i miał rację. Jednak według zasady „hands off” (nie interweniujemy na rynkach) nic nie zrobił i bańka bezkarnie rosła przez kolejne 4 lata. Potem, kiedy pękła trzeba było rynki ratować i wtedy polityka „hands off” przestała obowiązywać. Teraz sytuacja się powtórzyła. Przecież nie trzeba było geniusza, żeby zobaczyć rosnąca bańkę na rynku nieruchomości i surowców. Nie trzeba było też geniusza, żeby stwierdzić, że ryzykowne kredyty hipoteczne i bazujące na nich instrumenty to bomba z opóźnionym zapłonem. Nic jednak nie zrobiono - do czasu, kiedy trzeba było ratować sektor finansów.

Ta bezmyślna polityka deregulacja doprowadziła zresztą do czegoś znacznie gorszego. Już w 2002 roku Warren Buffet ostrzegał, że szybko rosnący i kompletnie nieuregulowany rynek (niektórzy ekonomiści określają go nawet mianem “szarego” rynku) instrumentów pochodnych doprowadzi w końcu do olbrzymiego kryzysu. Wtedy BIS szacował ten rynek na nieco ponad 100.000 miliardów dolarów (100 bilionów USD). W 2007 roku było to już dobrze ponad 500 bilionów (naszych bilionów, nie amerykańskich). Liczba jest ogromna, więc, żeby ją przybliżyć, dwa porównania. To około 35 rocznych PKB USA lub 1200 lat PKB Polski. Ekonomiści szacują, że wystarczy dwa procent nietrafionych inwestycji (ponad 10.000 miliardów USD), żeby cały ten system pustego pieniądza się załamał. Podziałałaby zasada domina. Wtedy już żaden Fed, czy nawet skoordynowana akcja banków centralnych by już nie pomogły. Oczywiście, znajdą się ekonomiści, którzy będą twierdzili, że nie ma zagrożenia, że derywatywy nie grożą światu i podadzą dziesiątki powodów uzasadniających tę tezę. Problem w tym, że zawsze znajdowali się tacy ekonomiści, a kryzysy jednak wybuchały. Zresztą nie ma chyba człowieka, który wie wszystko o rynku derywatywów. Czytałem nawet, że w sierpniu zeszłego roku Ben Bernanke spotkał się z zarządzającymi funduszami hedżingowymi, w celu uzupełnienia wiedzy na ten temat.

Rynkiem derywatywów będziemy się martwili wtedy, kiedy już będzie trwał kryzys (tyle, że będzie już za późno). Na razie możemy się cieszyć, że obecny kryzys chwilowo został zażegnany. Tyle tylko, że inwestując i korzystając ze wzrostu cen akcji pamiętać trzeba, że ryzyko w średnim i długim terminie wcale nie maleje. Zmaleje dopiero wtedy, kiedy na skutek kryzysu świat dojrzeje do zmiany podejścia do rynków finansowych. Potrzebna jest im zdecydowanie większa regulacja. Tyle tylko, że jej wprowadzenie mogłoby też doprowadzić do kryzysu, więc rządzący zapewne postanowili bezradnie przyglądać się rozwojowi sytuacji.

 


2008-03-12 9:28

Widmo Plunge Protection Team krąży nad giełdami

Ten wpis (z pewnymi modyfikacjami i zmianami) był opublikowany w „Parkiecie” z dnia 10.03. Uważam, że warto go również tutaj zaprezentować.

Od dwudziestu lat po rynkach akcji krąży widmo Plunge Protection Team (PPT), czyli w wolnym tłumaczeniu amerykańskiej grupy do spraw przeciwdziałania giełdowym krachom. Co pewien czas pojawiają się komentarze, w których autorzy zwracają uwagę na dziwne wydarzenia tłumacząc to działaniami PPT. Część uczestników gry giełdowej się z nimi zgadza, ale niemała (chyba większa) część uważa ich za fantastów kierujących się spiskową teorią dziejów. Można powiedzieć, że PPT to takie nasze, giełdowe UFO, ale jeśli za temat zabierają się tak poważne gazety jak na przykład The Washington Post (to dziennikarz tej gazety wymyślił nazwę grupy w 1997 roku) to coś w tym musi być.

Przede wszystkim oficjalnie nie ma zespołu o takiej nazwie. Owszem, prezydent Ronald Reagan powołał 18 marca 1988 roku ciało o nazwie Working Group on Financial Markets (WGFM). Była to reakcja na giełdowy krach z 1987 roku, kiedy to 19 października indeks Dow Jones spadł o 22,6 procent. W skład tego zespołu wchodzić mieli: sekretarz skarbu, szef Rezerwy Federalnej, szef SEC (komisji papierów wartościowych) i szef CFTC (komisja ds. towarowego rynku terminowego). Celem tego zespołu miały być inicjatywy zmierzające do zmiany prawa i oddziaływania na sektor prywatny w celu „poprawienia integralności, efektywności, ładu i konkurencyjności rynków finansowych i zaufania inwestorów”.

Brzmi to bardzo niewinnie, ale tak naprawdę może znaczyć wszystko, co tylko chce się pod te słowa podłożyć. Nic dziwnego, że zaczęto twierdzić, iż grupa w okresie zagrożenia daje polecenie użycia państwowych pieniędzy w celu kupna akcji lub kontraktów na giełdowe indeksy. Takie działanie miałoby na celu wywołanie normalnej, rynkowej już fali kupna akcji. Bez względu na to, czy taka grupa rzeczywiście działa i podejmuje tego typu działania czy też jest to tylko rynkowa fatamorgana to rzeczywiście prawdą jest, że uderzenie popytu w odpowiednim momencie wyzwala potężny popyt. Mechanizm jest prosty na wyprzedanym technicznie rynku (po dłuższym okresie spadków) wystarczy stosunkowo niewielki impuls popytowy, żeby zagrożeni utratą zysków posiadacze krótkich pozycji zaczęli kupować akcje/kontrakty (realizując zyski lub ograniczając straty) zachęcając również do kupna część pozostałych graczy. Jeśli popyt uderzy w odpowiednim momencie to może nawet doprowadzić do odwrócenia trendu.

Zespół powołany do życia przez prezydenta Reagana spotykał się (przynajmniej oficjalnie) bardzo rzadko. Przedostatnie, znane posiedzenie WGFM miało miejsce po uderzeniu na World Trade Center 11 września 2001 roku. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, bo przecież kontynuowana była wtedy jeszcze bessa, a atak terrorystyczny o tej skali i do tego w samym sercu USA mógł doprowadzić do nieobliczalnych skutków. Ostatnie spotkanie tego zespołu miało miejsce już w czasach nam dużo bliższych - na początku stycznia 2008 roku. To właśnie po tym spotkaniu Fed dwa razy obniżał gwałtownie stopy procentowe (w tym raz przed regularnym posiedzeniem). Pojawił się też, wcześniej zresztą rozważany, plan redukcji obciążeń podatkowych mających na celu pobudzenie gospodarki amerykańskiej. Nic w tym grzesznego nie było. Rząd musi stosować wszelkie możliwe środki, jeśli gospodarce grozi recesja.

Od takich działań daleko jest jednak jeszcze do bezpośredniej interwencji na giełdach. Trzeba zresztą odnotować, że taka interwencja nosiłaby znamiona manipulacji akcjami i byłaby najprawdopodobniej przestępstwem. Przestępstwem, które z pewnością nie byłoby ścigane. Czy ktoś winiłby administrację za to, że usiłuje ratować rynek akcji, który jest (obok upadającego rynku nieruchomości) podstawowym źródłem „efektu bogactwa”, dzięki któremu Amerykanie kupują na potęgę pomagając gospodarce? To retoryczne pytanie. Skoro rządy w Europie pomagają sektorowi bankowemu nacjonalizując banki to dlaczego Amerykanie nie mogą pomóc swojej giełdzie? Jednak w ostatnim czasie miały miejsce wydarzenia, które spowodowały, że temat PPT znowu stał się przedmiotem dyskusji na forach internetowych.

Początek tej dyskusji dała dziwna reakcja rynków na publikację danych o inflacji CPI (20 lutego). Dane były złe, a przecież nie ma nic gorszego dla gospodarki jak rosnąca inflacja powiązana ze spowolnieniem gospodarczym. Stagflacja jest potężnym sojusznikiem „niedźwiedzi”. Indeksy jednak wtedy wzrosły. Oczywiście, można by ten wzrost próbować w różny sposób wytłumaczyć, ale problem w tym, że jego natura była dziwna. W połowie sesji nagle indeks S&P 500 w ciągu paru minut skoczył do góry o prawie 0,7 procent. Niektórzy komentatorzy twierdzili, że włączyły się automatyczne, komputerowe, zlecenia kupna. Tyle tylko, że nie widać było żadnych powodów, dla których miałyby się włączyć. Indeksy zaczęły się osuwać, ale po 2 godzinach indeks znowu powtórzył ten dziwny ruch. Tego już gracze nie wytrzymali i sesja zakończyła się wzrostem. Wynik? Wbudowane przekonanie, że wysoka inflacja nie ma znaczenia.

Dwa dni później byliśmy świadkami jeszcze większego cudu. Indeks spadały i na 30 minut przed końcem sesji skala spadku przekraczała jeden procent. Wtedy to właśnie telewizja CNBC poinformowała, że w następnym tygodniu będzie ogłoszony plan uratowania Ambac Financial Group (ubezpieczyciel obligacji). Tak jakby to coś zmieniało… Ale wystarczyło do wzrostu indeksu S&P 500 w ciągu nieco ponad 20 minut o około dwóch procent. Sesja zakończyła się wzrostem indeksów. Nawiasem mówiąc planu ratowania ubezpieczycieli nie ma do dziś. Konsekwencją tych dziwnych wydarzeń było zachowanie rynku na początku tygodnia, kiedy to fatalne dane makro nie przeszkadzały we wzroście indeksów. W tym czasie wszyscy analitycy, z którymi rozmawiałem, twierdzili, że rynku nie rozumieją.

Innym „cudem” było to co widzieliśmy wczoraj (11.03). Wtedy to Fed interweniował na rynku. Interweniował, bo jak inaczej nazwać to, co zrobiła Rezerwa Federalna? Już rano, jakimś cudem, Wall Street Journal wiedział, że Fed może rozważyć inne niż obniżki stóp środki, którymi wspomoże sektor finansowy (czasem CNBC, czasem WSJ, czasem inne media coś wcześniej wiedzą…). Redaktorzy twierdzili, że Rezerwa Federalna może zacząć pożyczać pieniądze nie tylko bankom, ale i innym instytucjom finansowym. Może też kupić dług Fannie Mae i Freddie Mac (największe, para-rządowe instytucje finansujące kredyty hipoteczne. Tuż przed rozpoczęciem sesji Fed częściowo potwierdził tę informację. Co prawda nie było w tym komunikacie (szczegóły na Stooq.pl) niczego o kupowaniu długu Fannie Mae i Freddie Mac, ale skutek był piorunujący. Dziwić się tylko można, że Fed nie opublikował tego komunikatu w poniedziałek, kiedy rynek mógł się naprawdę załamać. Być może jednak bankierzy nie chcieli, żeby ich działanie za bardzo wyglądało na manipulowanie rynkiem akcji. Tym jednak według mnie było, chociaż nie była to manipulacja taka jak w poprzednich dwóch opisanych przypadkach.

Podsumowując można powiedzieć, że po pierwsze nie ma żadnej pewności, że dziwne zachowania rynku były dziełem PPT. Po drugie jak się zawsze okazywało takie działanie nie miało dłuższego wpływu na rynek. Jaki z tego wniosek? Być może istnieje mniej lub bardziej formalne ciało, które ma za zadanie ratowanie giełd przed nagłym załamaniem, ale z całą pewnością interweniuje niezwykle rzadko i tylko wtedy, kiedy obawia się o niekontrolowaną przecenę o trudnych do oszacowania skutkach. Jeśli jednak nawet tak jest to rynek w końcu i tak robi swoje (przykładem bessa przełomu wieku), a PPT może ją jedynie nieco “ucywilizować”. Zobaczymy teraz, czy po interwencji Fed, czyli po powiedzeniu A, pojawi się Bi C, czyli lepsze od prognozy dane makro. Wcale nie zdziwię się, żeby tak właśnie było. Gdyby tak właśnie się stało to zapowiadana przeze mnie wiosenna zwyżka indeksów stałaby się faktem. I jeszcze pro domo sua - WIG20 mógł rozpoczął tworzenie formacji podwójnego dna. Przełamanie 3.150 pkt. zapowiadałoby wzrosty przynajmniej do 3.500 pkt. Ostrzegam: to tylko hipoteza, która nie musi się wypełnić.


2008-03-04 16:39

Książka, którą niejeden czytelnik znienawidzi

Obiecałem podzielić się na blogu moimi uwagami po przeczytaniu ostatniej książki Naomi Klein „The Shock Doctrine: The Rise of Disaster Capitalism” (wydana we wrześniu zeszłego roku), więc postaram się teraz to zrobić. Dla Czytelników, którzy nie znają autorki kilka słów wstępu. Klein jest kanadyjską dziennikarką i autorką kilku książek (m.in. wydanej też po polsku „No Logo”). Najważniejszą informacją o autorce jest jednak to, że uważana jest za „papieżycę” alterglobalistów. Już w tym momencie zapewne wielu Czytelników przestanie czytać ten wpis, bo idee alterglobalistyczne są, delikatnie mówiąc, w Polsce bardzo niepopularne.

Polacy w sporej części, jeśli nie w większości, popierają neoliberalizm wierząc w kredo określane mianem TINA (there is no alternative), czyli w zderegulowany, zglobalizowany, nowoczesny kapitalizm. Zdarza się nawet (często słyszę to w mediach), że ludzie poszkodowani przez tę formę kapitalizmu bardzo ją popierają. Można to wytłumaczyć, ale nie jest to zadanie tego wpisu. Politycy polscy też wierzą w TINA. Owszem, w słowach PiS, czy LiD potrafią brzmieć prawie alterglobalistyczne, ale słowa nadzwyczaj często przeczą czynom. Ostatnio mieliśmy przecież rządy „przyjaciół ludu”, którzy dużo mówili o odsuniętych na margines Polakach, ale robili wszystko, żeby pomóc bogatszym. Czym innym jest bowiem całkowita likwidacja podatku spadkowego, obniżenie podatku PIT (2/3 społeczeństwa nic nie zyska na zmianie stawki na 18 procent), obniżenie składki rentowej (warto sobie policzyć kto ile na tym zyska), ulgi podatkowe na dzieci (odliczają je tylko płatnicy PIT, więc nie rolnicy i tylko ci, którzy zarabiają, ale mają z czego odpisać - olbrzymia część społeczeństwa nie ma takich możliwości), czy wreszcie postulowana zarówno przez PiS jak i PO likwidacja podatku Belki.

W tej sytuacji książka Klein, gdyby została przetłumaczona na polski, do czego zapewne nikt się nie pali, zostałaby najpewniej w najlepszym przypadku przemilczana lub też, gwałtownie skrytykowana. Jedno jest pewne: czyta się ją jednym tchem, a jest co czytać, bo to przecież ponad 460 stron plus blisko 70 stron przypisów. W tym miejscu jednak muszę ostrzec zwolenników neoliberalizmu, którzy dobrnęli do tego miejsca, że Klein przedstawia ich guru, czyli Miltona Friedmana, w niekorzystnym świetle. To może nawet jest eufemizm, bo tak naprawdę to można by napisać, że jest przez nią traktowany jak uosobienie ekonomicznego zła. No tak, tego to już Czytelnicy o neoliberalnych poglądach nie wytrzymają… O jedno tylko proszę: nie atakujcie Naomi Klein metodami, które często politycy stosują mówiąc o swoich przeciwnikach. Mówienie, że to alterglobalistka, że beznadziejna, że jest niemądra, że socjalistka itp. jest bez sensu i nic nie niesie. Jeśli atakować to poglądy i to z uzasadnieniem. Wiem, dlaczego to piszę, bo ataki na poglądy zbliżone do tego, co pisze Klein często są konstruowane według tego właśnie schematu.

Przejdźmy ad rem. Celem tego wpisu nie jest streszczenie książki, a jedynie przedstawienie jej głównych tez. Przede wszystkim trzeba wyraźnie powiedzieć, że autorka nie odkryła nowych faktów (może z jednym wyjątkiem). Przestawia wszystko to, co wiemy, ale robi to niesamowicie logicznie, w uporządkowany sposób no i oczywiście próbuje to interpretować nie roszcząc sobie zbytnich pretensji do bycia obiektywną. Klein twierdzi, że Milton Friedman i jego uczniowie stworzyli chicagowską szkołę myśli ekonomicznej, której głównym przesłaniem było: uwolnić rynki (gospodarkę) i sprowadzić państwo do roli stróża nocnego. Dlatego też szkoła ta zalecała całkowite zderegulowanie rynków finansowych i handlu światowego, totalną prywatyzację, drastyczne cięci podatków i równie drastyczne cięcia wydatków publicznych i pomocy socjalnej.

Autorka twierdzi (i ja się z nią zgadzam), że demokratyczne społeczeństwo mające coś do powiedzenia nigdy by się świadomie na takie reformy nie zgodziło. W każdym rozważanym przez nią przypadku reformy według recept szkoły chicagowskiej wprowadzane były wtedy, kiedy społeczeństwa zastygały w szoku, a ludzie nie wiedzieli, co mają robić, bądź nie mieli żadnego wpływu na decyzje rządów. Stąd pierwsza część tytułu: „The Shock Doctrine”. W książce znajdziemy mnóstwo omówionych przykładów, a klasycznym przykładem było oczywiście Chile pod rządami Augusto Pinocheta. W tym przypadku Milton Friedman osobiście doradzał temu dyktatorowi jak zreformować chilijską gospodarkę. Udzielał się też w przypadku innych zamachów stanu. Zszokowani ludzie w kolejnych krajach nie mieli nic do powiedzenia lub nie wiedzieli, co mogą powiedzieć (tak jak w Polsce po upadku PRL) i pozwalali sobie narzucać rządy neoliberalnego kapitalizmu. Ich wynikiem zawsze było zubożenie olbrzymiej części społeczeństwa, drastyczne zróżnicowanie dochodów, skarlenie związków zawodowych i szybki wzrost PKB. Jeśli ktoś będzie chciał te tezy podważyć to proszę o poważne uzasadnienie, bo odpowiadał będę cytatami z książki, a zaręczam, że tam to jest bardzo dobrze udokumentowane.

Wynikiem deregulacji były kolejne kryzysy w różnych częściach świata. Pamiętamy dokładnie kryzysy w roku 1987 (krach w USA), 1994 (Tequila Crisis - Meksyk), 1997/8 (upadek azjatyckich tygrysów, kryzys w Rosji, Brazylii), 1999/200 (Argentyna), 2001 - 2003 pęknięcie bański na rynku akcji, 2007 (obecny kryzys). Pozostaje zapytać, kiedy będzie następny i co tym razem będzie jego powodem. Od siebie dodam, ze oczywistym kandydatem jest rynek surowców, a co za tym idzie gospodarki krajów zależnych od surowców. Każdy z tych kryzysów był do bólu wykorzystywany przez szybko poruszający się kapitał. Lekarstwo było zresztą tylko jedno (przepisywane przez MFW i Bank Światowy) - wysokie stopy procentowe, dalsza deregulacja, prywatyzacja i cięcia w wydatkach państwa. Nietypowym przykładem takiego skorzystania z tragedii było to, co działo się na Sri Lance (dawniej Cejlon)po uderzeniu tsunami (grudzień 2004). Pieniądze pomocowe zostały tam roztrwonione, a deweloperzy wykorzystali sytuację odbierając od wieków mieszkającym tam rybakom ich ziemię.

Klein twierdzi, że obecna forma kapitalizmu żywi się w dużej części katastrofami. Im większa, tym wyższe mogą być zyski. To z pewnością jest bardzo bulwersująca teza, ale została w tej książce solidnie udokumentowana. Stąd druga część tytułu „The Rise of Disaster Capitalism”. Bardzo ciekawa jest część poświęcona rozbudowie sektora „bezpieczniackiego” (to moja nazwa) gospodarki. Po nieszczęściu, którym było uderzenie terrorystów na World Trade Center (11 września 2001) ten segment gospodarki dostał olbrzymiego „kopa”. Nawet bez książki Klein wiemy, że w centrum uwagi wielu rządów, a przede wszystkim administracji USA stały się od tego ataku sprawy bezpieczeństwa (rozumianego jako „security”, a nie „safety”). Autorka opisuje gwałtowny rozwój firm tego sektora, podaje liczne przykłady ich zaangażowania i udziału w nim polityków. Ciekawostką może być na przykład to, że gospodarka Izraela zaczęła się gwałtownie rozwijać właśnie dlatego, że wzrósł popyt na technologie „bezpieczniackie”. Prywatne firmy z USA związane z tym sektorem (np. Halliburton), czy będące w zasadzie prywatnymi siłami zbrojnymi (BlackWater) stały się potęgami. I znowu ciekawostka - w Iraku jest niewiele mniej pracowników takich firm niż żołnierzy amerykańskich. Małe memento dla Baracka Obamy - Klein twierdzi, że ponad 80 procent funduszy, które firmy te wydają na wspieranie polityków wpływa na konto Partii Republikańskiej.

Po przeczytaniu tek książki można mieć naprawdę bardzo niewesołe myśli. Można nawet wysnuć wnioski, których tutaj nie przedstawię. Mogę tylko powiedzieć, że nie dziwię się Johnowi le Carré (brytyjski pisarz powieści szpiegowski, w latach 1959 - 64 pracownik MI6, czyli wywiadu brytyjskiego) napisał o tej książce tak: „pełna pasji, ogromnie pouczająca, cudownie kontrowersyjna i cholernie przerażająca”. A przecież Klein nie napisała prawie niczego o fenomenie rynków finansowych, których charakter w ostatnich latach gruntownie się zmienił, a które mogą niedługo stać się poważnym zagrożeniem dla świata. Niewiele też pisała o zastąpieniu demokracji przez rządy sektora medialno-korporacyjno-finansowego, czy o powstaniu klasy ludzi, których wyhodowały reformy neoliberalne, a którzy stali się wyborcami partii populistycznych. W tej ostatniej sprawie kłania się „Klęska Solidarności” Davida Osta - znakomite uzupełnienie dla Klein. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nawet ludzie o poglądach neoliberalnych powinni tę książkę przeczytać. Naomi Klein znienawidzą, ale może coś z jej poglądów spowoduje, że z czasem, tak jak Jeffrey Sachs (też jeden z bohaterów książki, niektórzy twierdzą, że prawdziwy autor polskich przemian), zmienią zdanie. Zachęcam.