Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: październik 2007

2007-10-30 16:45

Polityka i gospodarka w nowej konfiguracji

Kurz po wyborach powoli opada, koalicja powstaje. Nudno… Nawet „Szkło kontaktowe” przysiadło, bo na razie brakuj pożywienie dla satyryków. Pewnie niedługo się coś znajdzie, ale jak dotąd uwagę wszystkich skupia problem stadionu w Warszawie. Nawiasem mówiąc budowa i usytuowanie stadionu w centrum miasta grozi rzeczywiście paraliżem Warszawy. Nie byłby zachwycony budową na miejscu torów wyścigowych na Służewcu, bo mieszkam bardzo blisko, po drugiej stronie Puławskiej, ale obiektywnie przyznaję, że byłoby to miejsce logiczne. Szkoda tylko, że pomysły innej lokalizacji powstają tak późno. Tyle tylko, że nie mogły powstać wcześniej, bo warszawiacy mogliby mniej tłumnie glosować na PO ;-). Może niedługo tę nudę zakończy prezydent Lech Kaczyński, bo milczenie głowy państwa rzeczywiście jest niepokojące. Nie dziwię się, że nawet tak poważny polityk jak Jarosław Gowin przebąkuje coś o planowanych przez niektórych polityków PiS nowych wyborów. Nie przypuszczam jednak, żeby ta pogłoska się sprawdziła. Chyba, że Prawo i Sprawiedliwość chce popełnić seppuku…

Załóżmy jednak, że koalicja PO - PSL powstanie (tu 100 procent pewności) i obejmie rządy (tu takiej pewności nie ma). Co z tego może wyniknąć dla gospodarki i co według mnie powinno się wydarzyć. Przede wszystkim niepokoi mnie skupienie uwagi na kwestii podatkowej. Uważam, że jest to problem absolutnie wtórny i prawdę mówiąc najmniej istotny. Upieranie się PO, że podatek liniowy jest ich najważniejszym projektem jest niepoważne i kontr-produktywne, bo nierealne (przeciw jest prezydent, PiS, LiD i raczej PSL). Swojej zdanie na temat podatku liniowego wyraziłem we wpisie „Subiektywna ocena podatku liniowego” i nie mam zamiaru do tego wracać. Bez względu jednak na to, czy jest się zwolennikiem tego rozwiązania, czy nie to trzeba zwracać uwagę na możliwość jego wprowadzenia, a jej po prostu nie ma.

Pomysłem z tej samej grupy jest zrezygnowanie z podatku od zysków kapitałowych. Dla jasności - mnie by się to nawet podobało, bo był by to powrót do przeszłości, ale takie dawanie broni przeciwnikom politycznym jest lekkim szaleństwem. Przecież aż się prosi, żeby mówić (zresztą słusznie), że to prezent dla bogatych. Poza tym w niczym nie pomoże to gospodarce, a budżet straci około 2 mld złotych, które gdzieś trzeba będzie przecież znaleźć. Uważam, że trzeba wziąć władzę, dokonać przeglądu gospodarki i wtedy dyskutować o wydatkach i przychodach, a co za tym idzie również o podatkach. Chyba, że PO chce pójść drogą węgierską lub niemiecką i doprowadzić do tego, że podatki trzeba będzie za kilka lat podnosić po to, żeby uratować budżet. Naprawdę źle świadczy o liderach PO takie rozłożenie akcentów.

Podoba mi się to, że rozważane jest zrezygnowanie ze styczniowego obniżenia składki rentowej. Ciekawostką jest tylko to, że PO i PSL (o ile dobrze pamiętam) ochoczo podniosły ręce w Sejmie głosując za tą obniżką, a teraz uważają, ze to było złe rozwiązanie. Jedynym przeciwnikiem był SLD. Od początku uważałem, że taki prezent przedsiębiorcom prawie nic nie daje, a pracobiorcy co prawda dostają dodatkowe pieniądze, ale nie są one skierowane na grupy bardziej potrzebujące (na przykład na wchodzących na rynek pracy młodych ludzi), a docierają do wszystkich dając grosze mało zarabiającym, a 200 złotych miesięcznie bardziej zamożnym. Przyjąłem ten prezent z godnością, ale uważam, że nie był uzasadniony. Taka mało sensowna kiełbasa wyborcza. Problem jednak w tym, że ZUS już zgłosił zastrzeżenia. Podobno nie będzie w stanie szybko przygotować się do innego skierowania tego strumienia pieniędzy.

Mam też nadzieję, że nowa koalicja nie posłucha tych ekonomistów, którzy zalecają na przykład prywatyzację TVP, czy zrezygnowanie z bezpłatnych studiów. Jacek Rostkowski kandydat (podobno) na ministra finansów w wywiadzie z 2003 roku opowiadał się zdecydowanie za prywatyzacją TVP. Wielu polityków PO ma takie samo zdanie. Wydaje się, że nic prostszego - prywatyzujemy i znika problem z zależnością polityczną telewizji. Tyle tylko, że pojawia się drugi. Z zależnością od kapitału. W USA całkowicie zderegulowano media i natychmiast nastąpiła koncentracja kapitału, pojawiał się dyktujący pro-bushowskie poglądy polityczne Fox TV. Czy rzeczywiście chcemy, żeby w telewizji pokazywano nam już tylko papkę, sitcomy i tym podobną „wyrafinowaną” rozrywkę? Dlaczego nie pójść w kierunku BBC? Czy dlatego, że to jest za trudne?

Pomysł rezygnacji z bezpłatnych studiów na szczęście chyba upadł, ale kto wie, czy nie odżyje. Już obecnie często jest tak, że brak wykształcenia się dziedziczy, a co stałby się gdyby trzeba było za studia płacić? Mówienie o kredytach i stypendiach jest niepoważne. Ludzie ubodzy po prostu o kredyty nie wystąpią. Wtedy, kiedy ja studiowałem (lata 1968 - 1973) na wielu wydziałach Politechniki Gdańskiej było około 30 procent studentów pochodzących ze wsi. Oczywiście dzięki punktom za pochodzenie, które wtedy uważałem za skrajnie niesprawiedliwe. Studenci ci niczym nie odbiegali od całej reszty. Można nawet powiedzieć, że byli zdecydowanie bardziej pracowici. Teraz studentów pochodzenia wiejskiego jest chyba parę procent, a przecież nie wynika to z pogorszenia inteligencji ludności wiejskiej. Gubimy gdzieś po drodze Janków Muzykantów…

Generalnie mam wrażenie, że wygrana PO dała niektórym ludziom błędne przekonanie, że większość społeczeństwa jest zdecydowanie przekonana do wprowadzenia rozwiązań neoliberalnych. Przestrzegałbym przed takim czytaniem wyniku wyborów. To był jednak plebiscyt PiS - przeciwnicy PiS, a PO wzięła premię za bycie największą partią mogącą pokonać rządzących. Sam znam wielu ludzi o lewicowych poglądach, którzy z bólem serca głosowali na PO. Jeśli PO uwierzy, że ma mandat na neoliberalne reformy to następne wybory przegra.

Trochę krytyki każdemu się przyda, ale gdyby to była tylko krytyka to można by mówić o krytykanctwie. Dlatego też kilka słów o tym, od czego według mnie należałoby zacząć. Nie od podatków, nie od reformy finansów (chociaż KRUS trzeba zreformować na początku kadencji). Skupiłbym się przede wszystkim na ułatwieniu życia przedsiębiorcom, a sławetne „jedno okienko”, byłoby tylko jednym z elementów. Uważam, że trzeba zdecydowanie zwiększyć szybkość działania sądów gospodarczych. Nie może być tak, że zanim przedsiębiorca dostanie prawomocny wyrok to jest już od dawna bankrutem. Spójny pakiet pomocy przedsiębiorcom powiązałbym ze zmianą prawa i praktyki jego wykonywania, która umożliwiłaby skuteczne zwalczanie szarej strefy. Jest ona pasożytem, który toczy życie gospodarcze bardziej niż korupcja.

W perspektywie czteroletniej kadencji za jeden z głównych celów politycznych uznałbym zwiększenie wydatków na badania i rozwój. Obecnie Polska wydaje 0,6 proc. PKB na te cele. W całej Unii to 1,9 proc. dużo większego PKB, w USA to, 2,6 proc., a w krajach skandynawskich ta wartość zbliża się do 5 procent. Stąd na przykład fińska Nokia. Jeżeli nie chcemy być do końca świata narodem przykręcającym śrubki to musimy się rozwijać. Musimy być innowacyjni. Właściwy kierunek polityczny i rozwój gospodarczy wypracujemy wtedy niejako automatycznie. Noc cóż, pomarzyć przecież można…

 

 


2007-10-21 9:08

O poniedziałkowej sesji w USA

Poniedziałkowa sesja w USA może być przełomową, więc ten tekst umieszczam nie tylko na www.stooq.pl , ale również w tym blogu. Jeden z wielkich graczy tenisowych powiedział dawno temu, że żadna piłka nie jest najważniejsza, ale każda piłka jest ważna. To stwierdzenie można też bardzo często stosować do rynku akcji zastępując słowo „piłka” słowem „sesja”. Od każdej reguły są jednak wyjątki i takim wyjątkiem może być właśnie poniedziałkowa sesja. I nie chodzi tylko o skalę piątkowego spadku oraz o pojawienie się technicznego sygnału sprzedaży. Sesja piątkowa wydaje się rozbijać w pył konsens zgodnie, z którym wysoka cena ropy nie będzie miała większego wpływu na inflację i wydatki konsumentów, więc nie ma się co nią przejmować, a słabe wyniki spółek w trzecim kwartale są tylko wypadkiem przy pracy. Gracze zaczęli się bać drogiej ropy i fatalnych prognoz wielu spółek.

Pozostaje pytanie, czy był to jedynie spazm strachu, czy powstaje trwalszy trend. I w tym odpowiedź może (nie musi) dać nam poniedziałkowa sesja. Jeśli byki zaatakują i odrobią większość strat to strach przeminie, a rynek wróci może nie do hossy, ale do jakiegoś trendu bocznego. Gdyby jednak sesja znowu przyniosła spadki to przypieczętowałoby zwycięstwo niedźwiedzi nawet w średnim okresie. Najgorszy, z prognostycznego punktu widzenia jest przypadek, w którym indeksy rosną, ale niewiele (np. 0,5 proc.). Wtedy odpowiedzi na kluczowe pytanie (kto rządzi - byki czy niedźwiedzie?) nie dostaniemy. Ale uwaga: często takie małe odbicie uznawane jest za tzw. „ząbek” w trendzie spadkowym.

Najgorsze z punktu widzenia posiadaczy akcji, jest to, że ministrowie finansów grupy G-7 podczas swojego weekendowego szczytu zrobili wszytko, co jest możliwe, żeby pomóc niedźwiedziom. Oczywiście wypowiedzieli parę banałów, truizmów, które zawsze przy takiej okazji mówią. Dla porządku je przytoczę, bo niektóre sformułowania są tak kuriozalne i niespójne z wymową całego szczytu, że warto je poznać. Ministrowie powiedzieli, że „zawirowanie na rynkach, wysokie ceny ropy i słabość rynku nieruchomości w USA prawdopodobnie doprowadzą do zmniejszenia tempa wzrostu gospodarczego”. Warto w tym zdaniu zwrócić szczególną uwagę na słowo „prawdopodobnie” - ministrowie nie są pewni spowolnienia. Dlaczego? Znajdujemy odpowiedź w następnym zdaniu: „fundamenty gospodarcze (globalne) pozostają mocne, a rynki rozwijające się są motorem wzrostu”.

Inaczej mówiąc ministrowie uważają, że dowiedziona jest teza o desynchronizacji (decoupling) między krajami rozwijającymi się, a na przykład USA. Zgodnie z tą tezą recesja w USA nie musi doprowadzić do stagnacji na świecie, bo takie kraje jak Brazylia, Rosja, Indie czy Chiny (BRIC) godnie Stany zastąpią i podtrzymają impet wzrostu gospodarki światowej. Ja w prawdziwość tej tezy nie wierzę, ale to temat na osobny komentarz.

Najważniejsze jednak było to, że G-7 nie odniosło się do coraz szybszego osłabienia dolara, a przecież gracze tego oczekiwali. Skupiono się na krytykowaniu Chin za zbyt wolne wzmacnianie juana. Tu Europejczycy i Amerykanie są zgodni - juan powinien się wzmocnić o kilkanaście procent. Na razie, w ciągu nieco ponad 2 lat, wzmocnił się o nieco ponad 7 procent i bardzo wątpię, żeby Chiny zwiększyły tempo aprecjacji. Niemożność uzgodnienia wspólnej akcji przeciwko osłabieniu dolara, czyli eksportowaniu przez USA swoich problemów do Europy, daje zielone światło graczom, którzy chcą widzieć kurs EUR/USD dużo wyżej. Dolewając oliwy do ognia Rodrigo Rato, dyrektor zarządzający MFW, powiedział w sobotę (w zasadzie powtórzył, bo już to kilka dni temu mówił), że dolar jest „w średnim terminie” przewartościowany, a rynki słusznie grają na jego osłabienie. Zastrzegł się, że na razie osłabienie dolara jest „uporządkowane”.

Uważam, że G-7 i MFW grają rolę uczniów czarnoksiężnika. Uruchamiają proces, nad którym będzie im potem bardzo ciężko zapanować. Rynki finansowe potrafią doprowadzić do całkowicie irracjonalnych (chodzi o skalę) spadków/wzrostów indeksów. Wątpię, czy G-7 i MFW, a z pewnością europejscy eksporterzy, cieszyliby się, gdyby kurs EUR/USD w ciągu na przykład 2 miesięcy zaatakował poziom 1,6 USD, a przecież to wykluczone nie jest. Poza tym wygłaszając takie tezy nie tylko przyśpieszają osłabienie dolara, ale również zwiększają tempo wzrostu cen surowców, z których jednym z ważniejszych jest ropa. A przecież droga ropa nie tylko może w końcu zwiększyć inflację, ale wyciąga również pieniądze z kieszeni konsumentom ograniczając wzrost gospodarczy. Ministrowie przecież o tym mówili na szczycie. Tyle tylko, że nie zauważyli związku miedzy dolarem i ropą. Osłabiając dolara podstawiają nogę gospodarce światowej. Jeśli w poniedziałek rzeczywiście kurs EUR/USD ruszy szybko na północ i poprowadzi tam cenę ropy to byki na rynku akcji będą stały na straconej pozycji.

 

 


2007-10-15 15:18

O pewnym nietypowym indeksie

Dzisiaj kilka słów o takim dziwnym wynalazku, jakim jest Baltic Dry Index (BDI). W jednym z materiałów nadesłanych przez Czytelnika blogu znalazłem fragment poświęcony temu indeksowi i przypomniałem sobie, że ja sam (mniej więcej dwa lata temu) korzystałem z tego indeksu w celach prognostycznych. Szybko się zniechęciłem, ale wygląda na to, że niesłusznie. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, co to jest BDI. Firmy brokerskie używają do jego wyceny różnych parametrów (typ statku, jego szybkość, długość podróży itp.). Generalnie można powiedzieć, że jest to indeks, którym mierzy się ceny, jakie trzeba zapłacić za transport surowców drogą morską.

Dlaczego jest on interesujący? Otóż według mnie przede wszystkim dlatego, że nie ma instrumentów pochodnych na ten indeks. Przynajmniej ja nie wiem, żeby takie były. Jeśli to nie jest prawda to proszę o informację - wtedy całe dalsze rozumowanie staje się mało sensowne. Nie jest przecież wykluczone, że ktoś się tym instrumentem zainteresował - zarobić można na wszystkim. Gdyby rzeczywiście BDI znalazł się w obszarze zainteresowania funduszy to i tutaj ogon machałby psem. Zakładam jednak, że i w takim przypadku wpływ rynku finansowego byłby mniejszy niż na surowce, akcje, obligacje itp.

Załóżmy jednak, że nadal wyliczany jest codziennie na podstawie realnych danych nadsyłanych przez firmy brokerskie. Nie da się więc nim manipulować. Nie podlega działaniu funduszy hedżingowych, nie ma dlań znaczenie, co powie członek Fed, jakie wyniki publikują spółki i jakie są nastroje giełdowego tłumu. Można więc powiedzieć, że jest to bardzo dobry barometr światowego handlu. Można też powiedzieć, że jeśli BDI rośnie to zapowiada ożywienie gospodarcze, a jeśli spada to spowolnienie. Duża ilość transportowanych surowców (a co za tym idzie wzrost ceny ich transportu) sygnalizuje, że zostaną one zużyte w procesie produkcyjnym, który zwiększy produkcję, a co za tym idzie światowe PKB. Inaczej mówiąc BDI można traktować jako wskaźnik wyprzedzający koniunkturę.

Wczorajszy wykres umieszczę na stronie www.stooq.pl w zakładce „Subiektywna” z adnotacją „gratis”. Tym razem nie popełnię już błędu, jaki zrobiłem umieszczając na stronie Stooq.pl wykres Martina Pringa - wielu inwestorów odebrało go, jako ostrzeżenie przed tym, co w tamtym czasie czekało rynek (a wykres przecież miał już rok) i miało do mnie pretensje. Kolejne zdania czytać trzeba zerkając na ten wykres. Wydawałoby się, że rynki finansowe i realna gospodarka są ze sobą ostatnio skorelowane bardzo słabo. Jeśli się jednak spojrzy na wykres BDI z ostatnich pięciu lat to można dostrzec, że dodatnia i to mocna korelacja istnieje. W roku 2003 indeks leżał na dnie. Kończyła się wtedy recesja w USA. Od tego momentu ruszył na północ i rozpoczęła się hossa. BDI załamał się w styczniu 2004 - trwało to do czerwca 2004. Indeks S&P 500 obniżył się mniej więcej w tym czasie o około 5 procent. Od połowy 2004 do końca roku BDI rósł - S&P 500 zyskał w tym czasie około 13 procent. Kolejne załamanie BDI zakończyło się latem 2005 roku (trwało od początku roku). W tym okresie S&P 500 wahał się, ale zakończył go bez zmian w stosunku do początku roku. Z całą pewnością nie można było tego nazwać hossą. Kolejne wahania BDI nie były już tak duże, ale utrzymywał się ona na stosunkowo niskim poziomie, co w maju 2006 doprowadziło do gwałtownej korekty na giełdach.

Dochodzimy do chwili obecnej. Od połowy 2006 roku BDI szybko rośnie (zawahanie nastąpiło przed wystąpieniem ostatniej korekty na giełdach). Od połowy czerwca wzrost tego indeksu jest wręcz niespotykany. Zyskał w ciągu 4 miesięcy około stu procent i doszedł do poziomu o około 75 procent wyższego od szczytów osiąganych w ciągu ostatnich 5 lat. Nie muszę zapewne przypominać, że w tym czasie na giełdach trwała hossa przerwana letnią korektą wynikającą z zaburzeń na rynkach kredytowych. Jeśli spojrzy się więc na ostatnie 4 - 5 lat to widać, że korelacja występuje, a indeks rzeczywiście wyprzedzał korekty.

Załóżmy, że zgadzamy się z powyższymi stwierdzeniami. Jeśli tak to trzeba postawić pytanie: co sygnalizuje tak gwałtowny wzrost wartości BDI? Bezprecedensowe przyspieszenie gospodarki światowej? Wydaje się to być mało prawdopodobne skoro gospodarka amerykańska zwolni (o ile nie wejdzie w korektę). Podobne są prognozy w stosunku do Unii Europejskiej. Ostatnio mówi się dużo o procesie desynchronizacji (decoupling) między gospodarką USA, a gospodarkami krajów rozwijających się (szczególnie azjatyckich). Ja w tę nową teorię („teraz będzie inaczej” - przypominacie sobie Państwo tę tezę w końcu hossy XX wieku?) nie wierzę, ale o tym trzeba by napisać odrębny tekst. Wdzięczny będę za wypowiedzi na ten temat. Jeśli nie wierzę, to muszę szukać innego powodu eksplozji BDI.

Jedyną, którą znajduję jest szybki rozwój Chin przed Igrzyskami Olimpijskimi w przyszłym roku. Pewnie znajdziecie Państwo i inne powody, ale z doświadczenia wszyscy wiemy, że taka euforia zawsze się źle kończy. Widzieliśmy takie wykresy na giełdach i wiemy, że euforia jest matką bardzo dużej korekty, jeśli nie bessy. Jeśli moje rozumowanie jest prawidłowe to niedługo (przełom roku?) BDI się załamie, a to zapowie wejście indeksów giełdowych w korektę. Warto na ten indeks co pewien czas spoglądać.


2007-10-10 15:43

GPW dołączyła do głównego nurtu

Dzisiaj bardzo krótko z różnych zresztą powodów. Przede wszystkim nic ciekawego się na rynkach nie dzieje - po prostu hossa trwa ;-). Po drugie ostatnio nie mam zbyt wiele czasu i chęci (kręgosłup dokucza) do pisania. Ale z blogiem jest tak, że jak się już zaczęło to z czasem wciąga jak narkotyki. Może nie jak narkotyki, bo nie zdarzyło mi się próbować, ale jak tytoń czy alkohol. Nawiasem mówiąc ten ostatni potrafi z człowiekiem robić różne dziwne i niemiłe rzeczy, co ostatnio z przykrością obserwowałem na przykładzie byłego prezydenta Polski. Trudno bowiem uwierzyć, żeby ostanie jego zachowanie wynikało jedynie z działania przyjmowanych leków. Piszę tak ostrożnie, bo gdyby jednak okazało się (na przykład 3 dni przed wyborami), że rzeczywiście leki odpowiadały za jego szczecińską „niedyspozycję”, a prezydent Kwaśniewski jest ciężko chory (nie na alkoholizm) to można sobie wyobrazić, jaki miałoby to skutek. Widać przecież jak Polacy reagują na to, że ktoś ma problemy ze zdrowiem (na przykład podczas głosowań w „Tańcu z gwiazdami” - przyznaję, że oglądam ;-).

Dobrze, skończymy z tymi dygresjami. Na świecie trwa hossa, którą zawdzięczamy amerykańskiemu FOMC. Wiele indeksów (nie tylko amerykańskich) ustanowiło rekordy wszech czasów. Ostrzeżenia, olbrzymie, wielomiliardowe straty spółek (UBS, Citigroup, Merrill Lynch itd. itp.) nie robią na nikim wrażenia. Świat jest wspaniały, a hossa będzie trwała wiecznie. Ostatnio prowadziłem debatę na temat związku fundamentów z rynkami finansowymi i miałem wrażenie, że żaden z jej uczestników (a były to znane nazwiska) nie chciał wprost odpowiedzieć na pytanie, które podczas telekonferencji zadałem H. Markowitzowi. Chyba już o tym pisałem, ale przypomnę. Lokalny oddział Fed z Nowego Jorku chyba w maju tego roku ostrzegł, że zbyt wiele funduszy stosujących systemy automatycznego inwestowania używa tych samych strategii, co w końcu doprowadzi do kryzysu gorszego niż ten z 1987 czy 1998 roku. Zapytałem Markowitza, jakie jest prawdopodobieństwo, że taki kryzys zobaczymy. Odpowiedział, że 1,0. Znane nazwiska unikały odpowiedzi, ale jeden ze znakomitych gości, dociśnięty do muru powiedział, że oczywiście w ciągu 5 lat jakiś kryzys zobaczymy. Wyraźnie to jednak lekceważył i dostał oklaski. Mało brakowało, a zobaczylibyśmy owację na stojąco. Ludzie lubią optymistów :-). Ja takim nie jestem. Owszem hossa będzie trwała (może nawet rok?), ale każdy kolejny kryzys będzie dużo trudniej opanować.

W Polsce również pojawił się we wtorek duży popyt. Prawdopodobnie był to popyt zagraniczny, Właściwie nie było to nawet wielkim zaskoczeniem, bo zachowanie niezwykle mocnego złotego od wielu dni sygnalizowało, że napływa kapitał zza granicy. Zagraniczni inwestorzy gromadzili kapitał, co w końcu musiało doprowadzić do dużych wzrostów naszych największych spółek. Niepokoić może tylko to, że liderami były kontrakty, a baza wzrosłą do 50 pkt. Wtedy, kiedy arbitrażyści zaczną zamykać pozycje to może być z tego masakra. Gorzej zachowywały się te mniejsze spółki, ale i na nie zapewne przyjdzie czas. Taka akcja zagranicy zapowiadała kontynuację hossy. Musiałoby się na rynkach zagranicznych stać coś bardzo złego, żeby u nas indeksy zawróciły. Oczywiście nie znaczy to, że będą bez przerwy rosły, ale takie kapitały nie przychodzą na parę dni. Zazwyczaj chodzi o parę tygodni lub miesięcy. Zagraniczni inwestorzy mają teraz idealną sytuację. Do końca roku złoty powinien się wzmacniać, a hossa na globalnym rynku akcji zapewnie nie wygaśnie. Zagranica ma więc okazję zarobić dwa razy - na wzroście kursów akcji i na umocnieniu złotego.

Czy z tego wynika, że problemu już nie ma, kryzys został zażegnany i nic już posiadaczom akcji nie grozi? Nie, tak dobrze nie jest. W przyszłym roku problemy rynku kredytów hipotecznych w USA będą się utrzymywały, a niektórzy analitycy twierdzą, że nawet powiększały. Sektor finansowy nie wyszedł jeszcze z opałów, ale dopóki w oczy Amerykanów nie zajrzy recesja (nawet jeśli się pojawi to nie w tym kwartale) to fundusze będą prowadziły ceny akcji na północ. Pamiętać jednak trzeba, że ryzyko inwestycyjne jest nadal olbrzymie.

 


2007-10-02 14:35

Sektor kontra demokracja

Dzisiaj rozpocznę wpis od sytuacji na rynkach, ale nie to będzie głównym jego tematem. W poniedziałek nastąpił przełom na rynku akcji. Co prawda początek kwartału z góry zapowiadał, że byki powinny mieć przewagę, ale wydawało się, że ostrzeżenie o wynikających z zaangażowania w instrumenty bazujące na kredytach hipotecznych dużych stratach olbrzymich banków (UBS i Citigroup) bardzo zaszkodzą posiadaczom akcji. Nic bardziej błędnego. Drożały nawet i to sporo akcje Citigroup. Ten sam Citigroup rekomendował kupno akcji deweloperów twierdząc, że ich akcje są już atrakcyjnie wycenione, a obniżki stóp wkrótce zakończą kryzys. Generalnie analitycy twierdzili, że słabe wyniki spółek sektora finansowego są wydarzeniem jednorazowym, a w czwartym kwartale ich zyski znowu będą bardzo duże. Dosyć to odważne stwierdzenie skoro takie wielkie jest prawdopodobieństwo wejścia gospodarki w recesję.

Indeksy mocno wzrosły, a DJIA ustanowił nowy rekord wszech czasów. Każdy uczestnik rynku musiał dojść do wniosku, że skoro kursy akcji w sektorze finansowym po takich ciosach rosną to już jest po korekcie. O takim właśnie efekcie pisałem kilka tygodni temu twierdząc, że uwierzę w koniec korekty wtedy, kiedy po informacjach o następnych kłopotach dużych instytucji finansowych indeksy będą rosły. Sytuacja byków jest znakomita. Panuje przekonanie, że Fed będzie obniżał stopy, co uchroni gospodarkę przed recesją, a straty spółek w sektorze finansowym są tylko wypadkiem przy pracy. Teraz każde złe dane będą interpretowane pozytywnie, dobre jeszcze bardziej ucieszą, a słabe wyniki spółek będą lekceważone. I tyle na temat rynków.

Kilka zdań muszę napisać o rozmowie („Niezbędnik inteligenta” dodatek do „Polityki” z 29.09), która Jacek Żakowski przeprowadził z Robertem B.Reichem (profesor ekonomii, politolog, pracował w kilku administracjach waszyngtońskich). Tytuł brzmi zachęcająco: „Kapitalizm niszczy demokrację”. Już widzę, jak po przeczytaniu tego zdania wielu Czytelników o neoliberalnych przekonaniach zaczyna kląć i zbiera się nawet do napisania kilku niemiłych słów. Zapraszam, ale jednak zanim coś Państwo napiszecie, przeczytajcie ten wywiad. Nie ukrywam, że jego główne tezy są bardzo bliskie mojemu sercu. Prezydent Dwight Eisenhower w pożegnalnym orędziu do narodu w styczniu 1961 r. ostrzegł przed kompleksem wojskowo-przemysłowym, który rządzi Stanami i zastępuje demokrację. Od tego czasu upłynęło ponad 40 lat i nic strasznego się nie stało. Ja jednak od kilku lat twierdzę, że ostrzeżenie Eisenhowera trzeba zmodyfikować. Według mnie rządzi i zastępuje demokrację kompleks finansowo-medialny. To efektowne stwierdzenie, ale jeśli spojrzy się na media, coraz potężniejsze po trwającą od 20 lat deregulacji i konsolidacji, to można po prostu powiedzieć, że zamiast demokracji mamy rządy sektora finansowego (zwanego dalej Sektorem).

Jeśli obserwuje się dokładnie zachowanie rynków finansowych i działalność mediów to widać, że instytucje wybieralne mają coraz mniejsze znaczenie. A nawet jeśli je mają to bardzo często są pod przemożnym wpływem Sektora. Widać to było ostatnio doskonale wtedy, kiedy FOMC pod dyktandu rynków obniżał gwałtownie stopy procentowe. Reich mówi między innymi o tym, że co prawda biznes zawsze wywierał presję na Kongres i administrację, ale na początku lat 70., lobbystów było kilkuset i spotykali się z członkami administracji czy kongresmanami w barach przekąskowych. Zarobki lobbystów były niewielkie. Teraz w Waszyngtonie pracuje 60 tysięcy lobbystów zarabiających miliony dolarów, miejsce barów przekąskowych zajęły piekielnie drogie restauracje. W latach 70., co trzydziesty emerytowany kongresman zajmował się lobbingiem, teraz co trzeci… Przypominam, że Barack Obama, jeden z kandydatów na prezydenta USA, twierdzi, że instytucje kredytowe wydały 185 milionów dolarów na działania lobbingowe mające na celu storpedowanie prób uregulowania ich działalności. Wiemy już czym to się skończyło (chociaż do końca według mnie jeszcze daleko). Dla nas taki stan jest (jeszcze) nie do zrozumienia, a prekursor lobbingu w amerykańskim stylu trafił w 2005 roku do więzienia. My jednak bardzo lubimy USA, więc pewnie pójdziemy też w kierunku ich rozwiązań. Pozostaje zadać sobie pytanie: czy potrzeby społeczeństwa mają szansę wygrać z presją olbrzymich pieniędzy? To według mnie jest retoryczne pytanie.

Z pewnością znajdą się Czytelnicy twierdzący, że to, co dobre dla świata finansów jest dobre również dla społeczeństwa, ale ja mam na ten temat inne zdanie. O tym też mówi w omawianym wywiadzie Robert B.Reich. Zwraca ona uwagę na przykład na to, że w USA przeciętny inwestor piętnaście lat temu sprzedawał akcje po mniej więcej dwóch latach, pięć lat temu po roku, a rok temu po sześciu miesiącach. Ludzie chcą coraz szybciej i więcej zarabiać i bez wahania sprzedają akcje firm, które nie przynoszą szybkich zysków. Zarządy poddane są presji na osiągnięcie przyrostu zysku w bardzo krótkim terminie. Prezesi wiedzą, że jeśli tego zadania nie zrealizują to ceny akcji będą spadały, a ich los będzie przesądzony, bo akcjonariusze szybko ich zwolnią. Presja na szybkie zyski musi prowadzić, do zaniedbywania programów wieloletniego rozwoju spółki (nie zawsze to, co dobre w krótkim terminie dla zysku będzie dobre w długim), do obniżania kosztów pracy, zmniejszania zatrudnienia i sięgania po coraz tańsze źródła zaopatrzenia. W naturalny sposób powoduje to eksport miejsc pracy do krajów rozwijających się, obniżenie płacy realnej w dużej części społeczeństwa, niepewność zatrudnienia i rozbicie harmonii społecznej.

Skoro zarządy firm muszą dążyć tylko i wyłącznie do wypracowania szybkiego i dużego zysku to czy zatrudniając lobbystów będą się przejmowali potrzebami wyborców? Oczywiście, że nie będą. Jeśli wiec zgadzamy się z twierdzeniem o olbrzymim wpływie mediów i świata finansów na gospodarkę i politykę to jak możemy wierzyć, że wrzucenie kartki do urny wyborczej zapewni życie w prawdziwej demokracji? Uważam, i zgadzam się w tym z Rechem, że wpływ Sektora na politykę powinien zostać ograniczony. Kongresy, sejmy, generalnie parlamenty powinny kreować korzystne dla społeczeństwa ramy, w których będzie się poruszał biznes. Wydaje się, że powrót do źródeł jest utopią, ale Reich podaje kilka prostych regulacji, których wprowadzenie znacznie ograniczyłoby wpływ sektora na ciała przedstawicielskie. I nie są to działania represyjne podejmowane u nas w celu zwalczania mitycznego Układu. To jednak już zupełnie inny temat. Dopóki rządzić będą neoliberałowie (oni nadal rządzą, mimo że pewnie oburzyliby się, gdyby ich tak nazwać) to o takich regulacjach można tylko pomarzyć przyglądając się jak demokracja wypierana jest przez rządy Sektora.