Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: wrzesień 2007

2007-09-26 14:43

Euro w Polsce

Od kilku dni rumieńców nabrała dyskusja o zastąpieniu złotego przez euro. Przed ostatnimi wyborami zajmowałem się tym tematem bardzo często. Pisałem wtedy, że z powodów czysto politycznych nie dojdzie do rezygnacji z naszej waluty przed 2012 rokiem. Dominował wtedy pogląd zgodnie z którym do strefy euro wejdziemy już w 2009 roku. Wyrażałem również swój własny pogląd na tę kwestię twierdząc, że powinniśmy przyjąć europejską walutę wtedy, kiedy gospodarka do tego dojrzeje. Wyznacznikiem tego dojrzewania był dla mnie nie tylko szybki wzrost gospodarczy, ale również spadek stopy bezrobocia do wartości jednocyfrowych. Po wyborach tę argumentację (prawie słowo w słowo) przejął PiS, a za nim Sławomir Skrzypek, prezes NBP. Już widzę, że tym przypomnieniem doprowadzę na małej burzy w komentarzach, ale chciałbym tę swoją postawę wytłumaczyć.

Argumenty za wprowadzeniem euro są oczywiste. Zdecydowanie mniej oczywiste dla większości komentatorów są argumenty kontra (o nich niżej), ale warto poznać oba punkty widzenia. Jeśli się ich nie zna to podlega się naciskowi opiniotwórczej grupy ekspertów, którzy prawie w stu procentach są zwolennikami szybkiego wejścia do strefy euro. Nic więc dziwnego, że w ostatnim roku ilość Polaków popierających rezygnację ze złotego szybko się zwiększa. Nie wykluczam też, że duża emigracja zarobkowa i konieczność wymiany walut również zwiększyła to poparcie.

Dajmy wpierw głos euroentuzjastom. Przede wszystkim bardzo ważne jest to, że eksporterzy i importerzy nie będą ponosili ryzyka walutowego. 3/4 polskiego eksportu kierowane jest do krajów strefy euro. Również ze strefy euro pochodzi olbrzymia większość importu i dlatego to właśnie kurs EUR/PLN jest tak ważny. Eksporterzy i importerzy mogą się zabezpieczyć, ale to sporo kosztuje. Małych firm na to nie stać. Przedsiębiorstwa nie będą też ponosiły kosztów związanych z wymianą walutową. Również Polacy - turyści odwiedzający kraje UE skorzystają z braku wymiany. Z tych dwóch powodów inwestorzy ze strefy euro będą chętniej w Polsce inwestowali - też z powodu braku ryzyka walutowego i kosztów wymiany. Nic dziwnego, ze ekonomiści oceniają, iż wprowadzenie euro podniesie polski PKB (nawet o 1 pkt. proc.).

To jednak nie wszystko, bo stopy procentowe będą niższe. Zazwyczaj są niższe w strefie euro niż w Polsce (obecnie w strefie euro 4,00 proc., a w Polsce 4,75 proc.). Z tego wynika, że kredyty będą tańsze. Są jednak jeszcze inne zalety euro. Jego wprowadzenie uniemożliwi ataki spekulacyjne na narodową walutę - bronić nas będzie EBC. To też jednak nie wszystko, bo kurs złotego skazany jest na wzmacniania się (choćby z powodu oczekiwania na wejście do strefy euro czy też z powodu różnicy stóp procentowych). W latach 2007 - 2013 dostaniem z UE 67 mld euro. Umacniania się złotego pozbawi nas dużej części tych funduszy. 67 mld euro po 4 złote za euro to 268 mld złotych, a po 3 złote za euro to tylko 201 mld złotych. Jak widać sporo na umocnieniu złotego do euro możemy stracić.

Teraz argumenty kontra. Najważniejszy jest ten, że kurs walutowy i stopy procentowe będą ustalane przez Europejski Bank Centralny (EBC). To tylko na pozór jest wyłącznie argument „patriotyczno - narodowy”, w którego użyciu celuje szczególnie LPR twierdząc, że Polska rezygnuje z części swojej suwerenności, a o bardzo ważnych dla polskiej gospodarki parametrach ekonomicznych będą decydowali obcokrajowcy. Jeśli spojrzy się na ten problem bez uprzedzeń to widać, że logiczne, ekonomiczne zagrożenia istnieją i nie są małe. Jeśli kurs walutowy i stopy procentowe ustalane są przez EBC to oczywiste jest, że bank będzie brał pod uwagę czynniki pomagające większej części gospodarki strefy euro. Polskie PKB to mniej niż 3 procent PKB UE. Oczywiste jest, że EBC będzie patrzył na gospodarkę Niemiec, Francji i Włoch, a Polską nie będzie się zbytnio przejmował.

Jeśli pojawi się jakiś zewnętrzny lub wewnętrzny kryzys to nie będziemy się mogli bronić przez np. obniżania stóp, czy obniżanie wartości złotego (im słabsza waluta tym bardziej konkurencyjna gospodarka). Pozbawienie tych 2 narzędzi w czasach kryzysu bronić się będziemy mogli tylko zwiększając bezrobocie lub zmniejszając płace. Nie bez powodu Szwecja, Dania i Wielka Brytania nie są i nie chcą być w strefie euro. Szczególnie Wielka Brytania doskonale manewruje kursem funta tak, żeby był jak najsłabszy do euro (konkurencyjność gospodarki) i jak najsilniejszy do dolara (tańsze w imporcie surowce). Między innymi dlatego w Niemczech czy Włoszech (nie tylko, ale przede wszystkim) większość chce powrotu do lokalnej waluty. We Włoszech euro jest szczególnie bolesne. Tam działa wiele małych firm (obuwie, ubrania). Jeśli w przeszłości traciły one konkurencyjność na rynku światowym to rząd dewaluował lira i konkurencyjność wracała. Tyle tylko, że włoskie zadłużenie jest przez to większe niż ich PKB.

Drugim problemem jest inflacja. Rzeczywiście po wprowadzeniu euro w poszczególnych krajach urzędy statystyczne informowały o bardzo niewielkim wzroście inflacji. Jednak odczucia obywateli są inne. Mój znajomy Holender parę lat temu mówił, że koszula kosztowała kiedyś 20 guldenów, a po wprowadzeniu euro też 20 tyle, że euro, czyli kilka razy więcej. Podobnie płaczą we Włoszech, gdzie podstawowe artykuły bardzo podrożały - głośna była na przykład ostatnio sprawa makaronu (przez kraj przelała się fala protestów) czy kawy. Problem jest w tym, że produkty i usługi dzielą się na te podlegające wymianie zagranicznej (tradeables) i te, które są całkowicie lokalne. Te importowane lub eksportowane nie tylko nie podrożeją, ale teoretycznie mogą nawet potanieć z powodu zniknięcia ryzyka walutowego i kosztów wymiany. Te inne (kawa, bułka, chleb, gazeta itp.) będą drożały z 2 powodów. Po pierwsze ceny będą miały bardzo wyraźną tendencję do dążenia do tych w reszcie UE, a one tam są wyższe. Pod drugie handel i producenci nie oprą się zaokrąglaniu cen przeliczonych na złote z euro na swoją korzyść. Biedniejsze warstwy społeczeństwa kupują mniej „tradeables”, więc z pewnością ucierpią i dla nich inflacja znacznie wzrośnie. Bardzo szybko będą drożały nieruchomości - przede wszystkim ziemia, bo ruch kapitałów będzie dużo szybszy i łatwiejszy. To jednak jest zarówno plus jak i minus, bo wielu posiadaczy ziemi zwiększy swoje możliwości kredytowe. Są głosy, które mówią, że tak jak za socjalizmu - potanieją lokomotywy, ale podrożeje kiełbasa. ;-)

Przyjęcie euro rzeczywiście uodporni Polskę na ataki spekulantów, ale przedtem złoty wzmacniać się będzie jeszcze szybciej. Konsultacje z Komisją Europejską przed wejściem w ERM-2 (mechanizm dostosowawczy) potrwają około 2 lat (tak było w przypadku innych krajów), a potem przez 2 lata trzeba będzie przebywać w ERM-2, gdzie kurs trzeba utrzymywać na poziomie plus/minus 15% od ustalonego parytetu (dlatego też wcześniej niż w 2012 euro nie prowadzimy). W tym czasie spekulanci będą atakowali złotego i go wzmacniali. Przestrogą jest Słowacja, gdzie w marcu tego roku (po uzyskaniu zgody KE) przesunięto w dół parytet (czyli nastąpiła aprecjacja korony), bo spekulanci dopchnęli kurs do dolnego ograniczenia pasma wahań.

Mamy powyżej wszystkie za i przeciw (wdzięczny będę za uzupełnienia). Przychodzi czas, żeby powiedzieć, co ja uważam za najbardziej sensowne. Przede wszystkim jednak raz i na zawsze rozprawić się trzeba z pomysłem referendum. Można je organizować, chociaż mądre to nie jest, bo może dotyczyć tylko daty wejścia do strefy euro, a nie samego faktu jego przyjęcia. To znaczy można i o to zapytać, ale nie będzie to miał żadnego znaczenia. W układzie z Maastricht zgodziliśmy się przyjąć euro „w rozsądnym czasie” i renegocjacji tego postanowienia być nie może. A mądre nie jest, bo co przeciętny Polak wie o ekonomii? Jak ma podjąć decyzję o dacie prowadzenia euro? A co do mojego poglądu to będę konsekwentny - trzeba przyjąć euro wtedy, kiedy gospodarka dojrzeje. Tyle tylko, że już chyba dojrzała. Prawdziwa stopa bezrobocia zapewne jest już jednocyfrowa, a straty wynikające z przeliczania dopłat unijnych na coraz silniejszego złotego będą olbrzymie. Pozostaje zaapelować do polityków, żeby nie bawili się w referenda tylko po wyborach rozpoczęli procedury pozwalające przyjąć euro w 2012 roku. Będzie wtedy dwa w jednym: euro i EURO 2012.

 


2007-09-19 15:18

Bena Bernanke w butach Alana Greenspana

Kolejny raz muszę napisać o tym, co dzieje się na świecie. W Polsce wszystko podporządkowane jest kampanii wyborczej, która prowokuje posłów do rozwalania budżetu, co może, się jeszcze odbić niezłą czkawką. Kuriozalna ulga podatkowa w wysokości 1.145 złotych na jedno dziecko (odejmowane z podatku, a nie z dochodu) przeszła przez Sejm i Senat bez większych problemów. Tylko SLD zachował się tak, jak powinien i nie głosował za tą bezsensowną propozycją. Bezsensowną, bo daje ulgę wszystkim tym, którzy mają dzieci i zdolności do odpisania ulgi, a pozbawia samorządy 3 mld złotych na pomoc społeczną. Poczekam jednak na nową konfigurację sejmowo-rządowa, bo na tą szkoda czasu. Nawiasem mówiąc wydaje się prawie pewne, kto wygra te wybory (nie napisze kto ;-), ale wcale nie jest pewne, kto będzie rządził. Nie wiemy na przykład jak i które ugrupowanie się po wyborach podzieli. Każda konfiguracja (oprócz PiS - LiD) jest jeszcze możliwa.

No dobrze, dajmy sobie z tym spokój. We wtorek FOMC obniżył stopy procentowe aż o 50 pb. (do 4,75 proc.). Obniżył też o 50 pb. stopę dyskontową (po raz drugi w ostatnich kilku tygodniach). W komentarzu Komitet nie pozostawił wątpliwości, że obawia się o perspektywy rozwoju gospodarczego. Zapowiedział też, że będzie przyglądał się sytuacji i podejmował działania mające na celu „zapewnienie stabilności cen i rozwoju gospodarczego”. Uważam, że są dwie możliwości: albo Fed wie coś, czego rynki jeszcze nie wiedzą i dlatego tak panicznie reaguje albo po prostu kolejny raz podporządkował się całkowicie naciskowi płynącemu z rynków finansowych.

Nie tylko Fed zresztą sygnalizuje, że sytuacja jest bardzo poważna. Wydawało się, że w piątek 14 września sprawa angielskiego banku Northern Rock została zamknięta, bo Bank Anglii mu pomógł, ale reakcja klientów tego banku (piąty co do wielkości kredytodawca w Wielkiej Brytanii) zaskoczyła chyba wszystkich. Zapanowała klasyczna, dawno niewidziana panika, a klienci ustawiali się w długich kolejkach likwidując rachunki. Nie działały żadne uspokajające zapewnienia. Takiego ataku klientów na duży bank w kraju nienależącym do klasy emerging markets świat nie widział chyba od kilkudziesięciu lat. Taki typowy „bank run” jest niezwykle niebezpieczny i sygnalizuje to, o czym już pisałem- pojawiają się symptomy utraty zaufania do całego sektora finansów. Decyzja rządu angielskiego była błyskawiczna - zagwarantował bezpieczeństwo wszystkich rachunków w Northern Rock. Mało tego, rząd obiecał, że każdy bank, który znajdzie się w podobnej sytuacji dostanie takie gwarancje.

Obie te decyzje sygnalizowały, że banki centralne są wyraźnie przestraszone rozwojem sytuacji. Fed „zapomniał”, że jeszcze miesiąc temu twierdził, iż to inflacja jest nadal największym zagrożeniem dla gospodarki. Bank Anglii też „zapomniał”, że prywatne banki powinny ponosić odpowiedzialność za swoje działania. Wynik takiego postępowania, zachęcającego do lekkomyślności, jest dla mnie oczywisty - hossa na giełdach akcji będzie kontynuowana, ale w końcu (zapewne nie za parę miesięcy - raczej za parę lat) doprowadzi to do olbrzymiego kryzysu. Na razie jednak wydaje się, że nic byków nie powstrzyma. Przecież Fed obiecał, że pomoże i pomógł bardziej niż większość tego oczekiwała. Już mówi się, że obniżki powinny być jeszcze większe. W Eurolandzie rośnie też nacisk na ECB (liderem grupy nacisku jest Nicolas Sarkozy, prezydent Francji), żeby nie tylko nie podwyższał, ale nawet obniżył stopy. Oczekiwanie na następne ruchy banków podtrzyma dobre nastroje na giełdach. Oczywiście o ile znowu nie zobaczymy kolejek przed jakimś bankiem,

Załóżmy jednak, że kolejek przed kolejnymi bankami nie będzie i zastanówmy się, co tak naprawdę oznacza decyzja FOMC. Z pewnością zwiększa płynność na rynkach finansowych, chociaż wcale niekoniecznie znacznie zmniejsza procentowanie kredytów. Banki nadal będą bardzo ostrożne, oprocentowanie stosunkowo wysokie, a kredytobiorcom dużo lżej nie będzie. Za to z cała pewnością obniżka stóp i oczekiwanie na kolejne obniżki będzie nadal (po niezbędnej korekcie) osłabiało dolara. Korelacja cen surowców z dolarem jest ujemna, co widać już teraz gołym okiem szczególnie mocno na rynku ropy. Obniżając stopy Fed pomaga amerykańskim eksporterom (szkodzi Europejczykom), ale zapewni wzrost cen surowców. Ciekaw jestem jak się ma do tego ten fragment komunikatu FOMC, który mówi o „stabilizacji cen”. Poza tym droga ropa uderzy w konsumentów na całym świecie, w tym i w USA. Drogie paliwo dział jak swoisty podatek, bo zabiera konsumentom pieniądze, które mogliby wydać na inne towary. Może się więc okazać, że obniżając stopy Fed … zaszkodził gospodarce.

Ostatnio Alan Greenspan promując swoją książkę (przez co było go wszędzie pełno) głosił bardzo niemiłe tezy (ponury obraz gospodarki amerykańskiej, kryzys na rynku nieruchomości nasili się, euro może zastąpić dolara jako główna waluta), ale rynek to wszystko kompletnie zlekceważył. Wpływ słów Alana Greenspana na rynki po jego odejściu ze Stanowska szefa Rezerwy Federalnej zmalał do zera. Z pewnością miał on jednak rację, kiedy ostrzegał, że utrzymanie inflacji bazowej na poziomie 2 procent zmusi FOMC do podniesienia stóp do poziomu dwucyfrowego (co prawda mówił o okresie do 2030 roku ;-). Odwrotność tego twierdzenie też jest według mnie prawdziwa. Jeśli stopy będą spadały to inflacja szybko i gwałtownie wzrośnie.

Co uzyskał Ben Bernanke tym, bardzo dużym cięciem stóp? To, że rynki zobaczyły, iż tańczy jak mu zagrają. Że wszedł gładko w buty Alana Greenspana, który rozpoczął tę politykę 20 lat temu. Tak jak Greenspan, który wyhodował obecny kryzys buduje teraz następny. Wzrost apetytu na ryzyko doprowadzi do podejmowania kolejnych ryzykownych decyzji przez instytucje sektora finansowego, a inflacja będzie rosła. Jak widać bez krachu nic się na rynkach zmienić nie może. Żadnych reform nie będzie. Ale za to hossa jeszcze będzie kontynuowana. „Trwaj chwilo jesteś piękna” - ale jak długo?


2007-09-10 13:01

Inwestorzy wzięci w kleszcze

Mamy problem. W piątek okazało się, że miesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy nie był zły. Był dramatycznie zły, czego nie oczekiwał chyba nikt. Tak się kończy brak wyobraźni (mojej ;-). Napisałem właśnie w piątek w swoich komentarzach w Xelion i Stooq.pl, że im gorsze dane tym lepiej dla posiadaczy akcji, ale myślałem, że będzie to jakieś 50 -70 tys. na plusie, a nie taki dramat. Owszem, raporty ADP (zmiana zatrudnienia w sektorze prywatnym) i Challengera (ilość planowanych zwolnień) sygnalizowały, że oficjalne dane będą gorsze od prognozowanych 110 tysięcy, ale oczywiste było, że wzrost na przykład o 60 tysięcy nikogo by nie wystraszył, a większość graczy ucieszył. Okazało się jednak, że po raz pierwszy od 4 lat ilość miejsc pracy zmniejszyła się (o 4 tys.). Na domiar złego zweryfikowano również w dół dane z lipca (z 92 na 68 tys.) i czerwca (to była szokująca weryfikacja: ze 126 tys. do 69 tys.). Dane były takim szokiem, że indeksy giełdowe zanurkowały. Gracze bardzo chcieli zobaczyć, że rynek pracy jest słaby, bo to zachęciłoby Fed do obniżenia stóp, ale nie chcieli załamania grożącego recesją.

Nic dziwnego, że (tak poinformował Wall Street Journal), Alan Greenspan, były szef Fed, twierdzi, iż sytuacja na rynkach finansowych jest w wielu aspektach identyczna do tej w 1987 roku (krach październikowy), czy w 1998 roku (kryzys wynikający z bankructwa funduszu LTCM). Potwierdza w ten sposób to, co kilka tygodni temu mówił Sam Molinaro, dyrektor ekonomiczny Bear Stearns. Tyle, że on porównywał sytuację z latami 1987 i 2001. Oczywiście pojawili się urzędnicy administracji waszyngtońskiej, którzy na wszelkie sposoby usiłowali wyjaśnić, że gospodarce nic nie grozi, ale wszyscy gracze doskonale znali pojęcie „urzędowego optymizmu”, więc trudno było oczekiwać reakcji. Wysiłki te podważyli zresztą członkowie Fed. Przecież jedyną nadzieją byków było to, że Fed pomoże i obetnie stopy. Tymczasem czterech wypowiadających się w piątek członków Fed dało wyraźny sygnał: ryzyko osłabienia gospodarczego wzrosło, ale Fed nie będzie ratował nieostrożnych inwestorów z opałów.

Taki jest stan faktyczny, ale pozostaje pytanie: co dalej? Sytuacja jest teraz bardzo poważna, a inwestorzy zostali wzięci w kleszcze. Z jednej strony kryzys rynku nieruchomości i sektora finansów, które groziły już wcześniej ograniczeniem wydatków konsumentów oraz globalną utratą zaufania do funduszy i banków. „Tylko” te dwa kryzysy mogły doprowadzić do recesji, a teraz pojawiło się zagrożenie ze strony rynku pracy. Analizując dane makro trzeba zwrócić uwagę na to, że problemy pojawiły się już w czerwcu, a przecież wtedy jeszcze nie słyszało się o problemie sektora finansów. Z tego może wynikać, że gospodarka USA powoli się staczała. W niczym nie zmieniają tej diagnozy dane o wzroście PKB w drugim kwartale. Przypominam, że w dużym stopniu (zresztą podobnie jak w Polsce) wynikał on ze wzrostu zapasów. Jeśli zubożeni przez spadki cena akcji i domów i mający problemy ze znalezieniem pracy Amerykanie zaczną ograniczać wydatki to sytuacja pogorszy się szybko i dramatycznie, a magazyny nie będą opróżniane. Trudno też spodziewać się, że masowo będą zwiększali zadłużenie. Instytucje kredytowe stały się bardzo ostrożne i wprowadziły ograniczenia w przyznawaniu kredytów. Ograniczenie wydatków konsumentów mocno uderzyłoby w gospodarkę USA, bo przecież to właśnie konsument odpowiada za 2/3 PKB w Stanach.

Mimo tego, że przedstawiciele Fed zarzekają się, iż nie będą ratowali ryzykantów to, według mnie, nie będą mieli wyjścia, bo FOMC odpowiada nie tylko za inflację, ale również za rynek pracy. Można założyć, że prawdopodobieństwo obniżki stóp na posiedzeniu 18 wrześnie znacznie wzrosło (nawet do 75 procent). Tyle tylko, że obniżka stóp nie musi szybko doprowadzić do poprawy sytuacji. Wiadomo przecież, że jej skutki zobaczymy za 3 - 6 miesięcy, a w międzyczasie dużo złego może się jeszcze wydarzyć. Co prawda do 18 września gracze będą mieli nadzieję na pomoc Fed, ale będą też bardzo bacznie obserwowali dane makro. Jeśli pojawią się sygnały potwierdzające nadejście recesji to nic nie uchroni indeksów przed dużymi spadkami. Wydaje się, że jedyne do czego mogą dążyć byki to, przy odrobinie szczęście, do wprowadzenia przed posiedzeniem FOMC rynku w trend boczny. Jak patrzy się na wykres S&P 500 to trudno być jednak nadmiernym optymistą. Teraz można powiedzieć tylko tyle, że skończyła się fala B (wzrostowa) korekty i rozpoczyna się fala C (spadkowa), która może doprowadzić indeks do 1.345 pkt. (7,5 proc. od poziomu piątkowego zamknięcia). Tylko szybki powrót nad 1.490 pkt. zmieniałby pesymistyczną wymowę tego wykresu. W bardzo podobnej sytuacji jest nasz WIG20. W obu przypadkach najważniejszymi wsparciami, których byki będą zapewne bronić jak niepodległości są minima z połowy sierpnia.

Jak patrzę na to, co dzieje się na rynku pracy, w sektorze nieruchomości i w sektorze finansów to przypomina mi się wykres, który bardzo często pokazywałem podczas rozmów z doradcami Xelion i na różnych konferencjach. Chyba już rok temu wykonał go Martin Pring, uznawany za guru analizy techniczne. Co prawda uważam, że „guru”, czy „autorytet” na rynkach finansowych to zazwyczaj określenia zdecydowanie na wyrost, ale jeśli ktoś od 38 lat utrzymuje się na fali i analizuje rynki to warto spojrzeć na to, co pisze. Martin Pring utworzył wykres obejmujący ostatnie 200 lat, na którym jedną krzywą pokazał jak zmieniały się cena amerykańskich akcji po skorygowaniu ich cen o ceny surowców (proszę mnie nie pytać, jak tworzony był ten wykres, bo nie wiem). Dorysował też oscylator 120 miesięczny ROC (rate of change). Pring twierdzi, że jeśli krzywa przełamuje linię wieloletniego trendu wzrostowego (w naszym przypadku 25 letniego), a ROC jest wykupiony to dochodzi do „wydarzenia na miarę pokolenia”. Taka sytuacja pojawiła się na przełomie lat 20. i 30. tych zeszłego wieku i taką widzimy też teraz. W końcu lat 20. tych rozpoczęła się Wielka Depresja… Miejmy nadzieję, że przez te 70 lat świat czegoś się nauczyły i nie doprowadzi od powtórki (wcale nie z rozrywki).


2007-09-04 15:11

Podatnik znowu zapłaci?

Dzisiejszy wpis będzie krótszy, bo materiału do przemyśleń jest mało. Wpatrujemy się od wielu dni w to, co dzieje się w polityce, a co można chyba nazwać tragifarsą, która w Polsce nie powinna się wydarzyć. Wydarzenia gospodarcze zeszły na dalszy plan. Na temat sytuacji politycznej i jej wpływu na gospodarkę mógłbym bardzo dużo napisać, ale formuła tego blogu i miejsce zatrudnienia zamyka mi usta.

Dobrze, zapominam o naszych problemach. Dużo ostatnio czytałem o kryzysie sektora finansów i dwa artykuły z „Financial Times” mnie zainspirowały. Pierwszy z nich („Fine unscrupulous mortgage lenders” ) napisał Barack Obama, jeden z kandydatów na prezydenta USA (uważam, że najciekawszy, chociaż bez szans). Zwraca w nim uwagę na rolę administracji amerykańskiej w zbudowaniu podłoża do powstania obecnego kryzysu. Wini rząd przede wszystkim za to, że robił wszystko pod dyktando lobbystów działających na rzecz największych instytucji udzielających kredytów hipotecznych. Podobno w ciągu ostatnich kilku lat instytucje te wydały 185 milionów dolarów na działania lobbingowe mające na celu storpedowanie prób uregulowania ich działalności. Na przykład sprzeciwiano się podawaniu rzeczywistej stopy oprocentowania, który to obowiązek w Polsce nie tak dawno temu wprowadzono. W końcówce swojego artykułu Obama piszę, że rząd musi „…powstrzymać nielicencjonowane, działające bez regulacji prawnych, efemeryczne firmy brokerskie, które nabierały mało zarabiających pożyczkobiorców…”.

Drugi komentarz jest autorstwa Martina Wolfa, głównego ekonomicznego komentatora „Financial Times” („Central banks should not rescue fools from their folly”). Teza tam postawiona brzmi: banki centralne nie powinny ratować sektora finansowego przed skutkami obecnego kryzysu. Wolf mówi, że dotychczas prowadzona była gra pod nazwą „szukaj frajera”. Pisze dokładnie tak „frajera numer jeden namawia się do zaciągnięcia kredytu, na który go nie stać, potem sprzedaje się ten dług frajerowi numer dwa, a płaci frajer numer trzy, czyli podatnik, który wzbogaca gracza udzielającego kredytu, a potem go sprzedającego”. Banki centralne robią wszystko, żeby tego gracza uratować, a jak pisze Wolf, „jeśli największe i najpotężniejsze instytucje finansowe igrały z ogniem to powinny się poparzyć”. Można więc powiedzieć, że Wolf ma zdanie podobne do mojego - jeśli banki centralne zaleczą obecną chorobę to jej nawrót może być niezwykle groźny.

Można podsumować te dwa komentarze w ten sposób: rząd musi szybko zmienić uregulowania prawne, a banki centralne powinny trzymać rękę na pulsie, żeby nie doprowadzić do krachu, ale nie powinny w panice obniżać stóp i stosować innych metod po to tylko, żeby instytucje, które niedoceniały ryzyka mogły wyjść z kryzysu obronną ręką. Ja się z tymi tezami zgadzam w stu procentach, ale działania banków i administracji USA idą w zupełnie innym kierunku.

W piątek Ben Bernanke podczas konferencji w Jackson Hole powiedział, że Fed monitoruje sytuację i jest gotowy działać, kiedy będzie to potrzebne w celu ograniczenia negatywnych efektów zawirowań na rynku finansowym dla gospodarki. Dodał też jednak, że ratowanie inwestorów, którzy poniosą straty w wyniku ich decyzji finansowych nie jest zadaniem Rezerwy Federalnej. Komentatorzy oceniają to wystąpienie jako „zrównoważone”, ale według mnie Bernanke powiedział, że Fed nie będzie pomagał spekulantom, ale jak będzie trzeba to jednak pomoże. Wyjątkowo niekonsekwentne i pokrętne wystąpienie, ale mogące zapowiadać obniżkę stóp. Warto odnotować, że na tej samej konferencji Martin Feldstein, prezes bardzo wpływowego instytutu NABE powiedział, że o ile FOMC nie obniży szybko stóp o 100 pb. (z 5,25 do 4,25 proc.) to słabość rynku nieruchomości może doprowadzić do recesji w USA. Jak widać są też (wcale liczni) ekonomiści, którzy chcą, żeby Fed ratował z opresji nieostrożne instytucje finansowe. Przy okazji warto wspomnieć, że znalazł się jeden odważny, który skrytykował Alana Greenspana. John Taylor, były podsekretarz spraw zagranicznych, powiedział, że polityka niezwykle niskich stóp procentowych w latach 2001 - 2003 wywołała boom na rynku nieruchomości, którego konsekwencją jest obecny kryzysy.

Włączył się też w ten nurt ratowania rynków prezydent George Bush, który po normalnym wstępie, w którym zapewnił, że gospodarka jest silna i da sobie radę z problemem zapewnił, że rząd pomoże kredytobiorcom. Jednym z takich posunięć ma być zezwolenie Federalnej Agencji Mieszkaniowej (FHA) na gwarantowanie kredytów na refinansowanie zadłużenia hipotecznego przez tych mało i średnio zarabiających kredytobiorców z dobrymi historiami kredytowymi, którzy nie płacą rat kredytu przynajmniej od 90 dni. Miałoby to zapobiec przejmowaniu zabezpieczeń kredytów (domów) przez banki. Ani słowa o nowych regulacjach, które nie pozwolą na kontynuowanie praktyki doprowadzających nieostrożnych kredytobiorców do ruiny, a rynki do paniki.

Wydaje się, że co prawda Obama i Wolf nie są odosobnieni w swoich poglądach, ale Ben Bernanke i George Bush wybiorą drogę obowiązującą od kilkunastu lat - za wszelką cenę będą ratowali rynki nie zwracając uwagi na to, co stanie się w przyszłości. Będzie więc obowiązywała zasada après nous le déluge. George Bush ma szansę, bo odchodzi już w przyszłym roku, ale Ben Bernanke ma długą kadencję i ten potop może go jeszcze zalać. Obawiam się jednak, że uważa, iż liczy się tylko tu i teraz.