Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: lipiec 2007

2007-07-31 12:25

Kanikuła…

A skoro kanikuła to może po prostu ograniczę się do kilku uwag na różne tematy korzystając z tego, że życie polityczno - gospodarcze zdecydowanie weszło już w fazę letnich „ogórków”. Nawiasem mówiąc to, co dzieje się w polityce stało się już nie tylko groteskowe, czy śmieszne, ale również śmiertelnie nudne. Może zresztą o to chodzi? W kilku swoich komentarzach pisałem, że obecna koalicja szykuje dla swoich następców pułapki powyborcze i wydaje się, że chce opozycję w stronę tych pułapek popchnąć.

Analitycy polityczni mówią, że PiS nie odda władzy, bo za bardzo ją polubiło, ale ja patrzę na sytuację przez pryzmat gospodarki. Budżet na przyszły rok będzie bardzo napięty (nie ma znaczenia, ze teraz mamy nadwyżkę), a planowane na 2009 rok obniżenie progów podatkowych dodatkowo mu zaszkodzi, gospodarka dostaje zadyszki (niewielkiej, ale wystarczającej, żeby zmniejszyć wpływy do budżetu), problemy ze służbą zdrowia są nierozwiązane i będzie bardzo trudno je rozwiązać, przygotowania do EURO 2012 są w lesie i (pisałem o tym w komentarzach na ten temat) z całą pewnością doprowadzą do znacznych wydatków z budżetu. Kto by nie chciał być w tej sytuacji w opozycji? Przecież o wiele łatwiej się krytykuje niż rządzi, a jeśli następcom powinie się noga to można powrócić w glorii na wiele lat…

Na pociechę - zapowiedź wcześniejszych wyborów nie będzie miała wpływu na zachowanie rynku walutowego i GPW. Od dawna powtarzam i będę powtarzał, że polityka nie ma obecnie żadnego znaczenia, bo po ewentualnych, wcześniejszych wyborach z cała pewnością nie powstałby układ rządzący mniej przyjazny dla rynków od obecnego. Wypada tutaj zacytować opinię Merrill Lynch (co prawda ich prognozy polityczne są nieco naiwne): “Żaden polityczny scenariusz analizowany przez rynki nie zakłada pogorszenia sytuacji w porównaniu z obecnym status quo”.

Jeśli już wróciliśmy do rynków to wspomnę o tym, że na giełdach globalnych, a szczególnie w USA, dzieją się ciekawe rzecz. O tym, że mogą się takie reakcja pojawić pisałem już wielokrotnie na stronach Xelion i Stooq.pl, a w tym blogu cały wpis poświęciłem funduszom hedżingowym („Fundusze hedżingowe tykającą bombą zegarową?”), więc nie bardzo chce mi się na ten temat znowu pisać, ale parę słów warto jednak spłodzić. Co prawda teraz w centrum uwagi jest rynek kredytów hipotecznych w USA, a właściwie produktów opartych na tych kredytach, ale oba tematy (kredyty i fundusze hedżingowe) mają ze sobą wiele wspólnego. Fundusze ostro kupowały tego typu produkty i co chwila dochodzą pogłoski o tym, że kolejne mogą mieć duże problemy (z bankructwem włącznie). Mówi się, że na razie widać tylko wierzchołek góry lodowej. Jeśli rzeczywiście tak jest to czeka nas jeszcze w tym roku przykra niespodzianka.

Dzisiaj przeczytałem polecony mi przez jednego z Internautów artykuł w z „Newsweeka” (http://www.msnbc.msn.com/id/19650867/site/newsweek/page/0/) , w którym Barton Biggs, znany amerykański analityk zwraca uwagę na niepokojące podobieństwo tego, co działo się w latach 1986/87 z obecną sytuacją. Rolę szalejącego wtedy rynku japońskiego, gdzie wszyscy kupowali akcje i nieruchomości (doprowadzając do kompletnie irracjonalnych cen) wzięły na siebie Chiny, a problemy rynku długu są z pewnością obecnie większe niż były wtedy. Pogarsza tę sytuację gwałtowny rozwój w ciągu tych 20 lat rynku instrumentów pochodnych i funduszy hedżingowych. Biggs przypomina, że wtedy, tak jak i teraz, przez dłuższy czas każdy spadek indeksów, nawet duży, kończył się jeszcze większym wzrostem, co doprowadziło do całkowitego lekceważenia ryzyka. Jak się to skończyło? Profesjonaliści wiedzą, ale przypomnę, że przez trzy dni indeks DJIA spadał po kilka procent dziennie, a w poniedziałek 19 października 1987 spadł o 22,6 proc. Indeks powrócił do poziomu sprzed spadków dopiero dwa lata później, ale na stałe dopiero po następnych dwóch latach. Można sobie tylko wyobrazić, co by się działo na rynkach światowych, gdyby to się teraz powtórzyło.

Biggs podkreśla, że historia na rynkach finansowych nie musi się powtarzać, ale widzi potrzebę podzielenia się swoimi obserwacjami, więc i ja w tym duchu o tym piszę. Nie wierzę, żeby doszło do jednodniowego krachu, bo zbyt wiele jest wbudowanych zabezpieczeń, które powinny to uniemożliwić, ale wejście rynku w spiralę spadków jest całkowicie prawdopodobne. Wystarczy, żeby indeksy przez kilka sesji spadały i systemy automatycznego inwestowania w funduszach (szczególnie hedżingowych) wygenerują sygnały sprzedaży, które bez względu na to, czy akcje są tanie czy drogie każą sprzedawać, co doprowadzi do powstania sprzężenia zwrotnego i znacznie pogorszy sytuację. Kiedy coś takiego się stanie tego oczywiście nikt nie wie, ale nie zaszkodzi postraszyć się trochę w sezonie ogórkowym. ;-)


2007-07-23 14:08

Silny złoty – klątwa czy błogosławieństwo?

Od roku 2000 złoty umacnia się do zarówno do dolara, a dynamika tego umocnienie znacznie wzrosła po wejściu Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. W stosunku do euro sytuacja wygląda nieco inaczej, bo do momentu wejścia do UE złoty tracił do europejskiej waluty, a potem dopiero zaczął się w stosunku do niej wzmacniać. Trend jest bardzo silny, bo od 2000 roku wartość dolara spadła z 4,73 złotego do 2,73, czyli o 42 procent. Wartość euro też całkiem poważnie od 2004 roku się obniżyła - z 4,90 złotego do 3,77, czyli o 24 procent. W latach 2000 - 2004 za umacnianie się złotego do dolara i tracenie w stosunku do euro odpowiadała sytuacja na rynkach światowych. Dolar szybko tracił do euro - w ciągu czterech lat stracił ponad 60 procent - i to właśnie było powodem ruchów kursów na naszym rynku. Była to sytuacja, z punktu widzenia interesów polskiej gospodarki, najlepsza z możliwych, ale o tym niżej. Po wejściu do UE polska waluta zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej. Nadal wartość dolara malała ze wzrostem kursu EUR/USD (czyli z osłabieniem dolara do euro), ale pojawił się też nowy trend - im wyżej był kurs EUR/USD tym mocniejszy był złoty również w stosunku do euro. W tych ostatnich 3 latach zloty był silny swoją własną siła, a nie tylko siłą euro.

Zanim napiszę o wpływie silnego złotego na gospodarkę i życie Polaków poświęcę jeszcze kilka słów mechanizmom, które naszą walutę wzmacniały. Spory wpływ miała różnica stóp procentowych i zdecydowany wzrost apetytu na ryzyko na rynkach światowych. Gracze globalni w ostatnich 4 latach przestali się bać ryzyka związanego z inwestowaniem na rynkach krajów rozwijających się (a Polska ciągle jest w tym koszyku). Szczególnie zachęciły ich do tego niskie stopy procentowe w USA, UE i Japonii. Na tym tle stopy procentowe w Polsce były wysokie, a to musiało przyciągać kapitał. Poza tym sprzyjał złotemu, tak jak i akcjom, proces carry trade, czyli zaciągania kredytów w słabej, nisko procentowanej walucie i inwestowania na rykach bardziej ryzykownych. Dodatkowym elementem, ostatnim, ale nie co do znaczenia, był napływ środków unijnych (euro zamienia się na złotego), gra przed wejściem Polski do strefy euro, czy napływ pieniędzy polskich emigrantów zarobkowych. Są możliwe do wyobrażenia impulsy, które naszą walutę mogą osłabić, ale nie tego dotyczy ten komentarz, więc nie będę o tym pisał. Wspomnę tylko, że jeśli nic się na świecie nie wydarzy to ostatni kwartał roku powinien znacznie złotego wzmocnić. Tak zawsze się dzieje w końcu roku.

Weźmy się jednak za bary z podstawowym pytaniem: czy mocny złoty jest nieszczęście, czy błogosławieństwem dla gospodarki i dla wszystkich Polaków. Niejeden Czytelnik powie, że jeśli dla gospodarki to i dla wszystkich Polaków, ale tak według mnie nie jest. To jednak też jest temat dla zupełnie innego komentarza. Większość krajów uważa, że zbyt silna waluta szkodzi gospodarce. Nie bez powodu Francja od dawna atakuje ECB za dopuszczanie do wzrostu wartości euro, a nowy prezydent Nicolas Sarkozy, chce nawet, żeby bank interweniował na rynku w celu osłabienia europejskiej waluty. Pojawiały się też głosy o wyjściu ze strefy euro - w tym celują z kolei Włochy. Powody do zadowolenia ma jednak George Bush. Słaby dolar znacznie zwiększa konkurencyjność gospodarki USA na rynku światowym, a to pozwala na utrzymanie wzrostu gospodarczego. Jednak i dla USA słaba waluta ma swoje minusy. Co prawda fakt wyceniania większości towarów, a szczególnie surowców w dolarach USA ogranicza wpływ słabej waluty na wzrost inflacji, ale tego wpływu nie likwiduje. Od dawien dawna na ryku finansowym obowiązuje korelacja zgodnie z którą im słabszy jest dolar tym bardziej drożeją surowce, a wiec i ceny (szczególnie paliw i energii).

Dla Polski idealny był układ z lat 2000 - 2004. Złoty zyskując do dolara zmniejszał presję inflacyjną, bo wyceniana w dolarach ropa drożała w złotych wolniej. Gdyby na przykład dolar nadal kosztował 4,73 złotego to litr benzyny kosztowałaby zapewne dzisiaj około 7,5 złotego. Pomijam tutaj wpływ akcyzy, którą rząd całą pewnością musiałby znacznie obniżyć. Widać więc, że w tym konkretnym przypadku nie można przecenić siły naszej waluty. Z kolei tracąc do euro złoty pomagał podstawie rozwoju gospodarki polskiej, czyli eksportowi. Polski eksport w ponad 70 procentach trafia do strefy euro, więc im słabszy jest złoty tym więcej złotówek dostają eksporterzy za swoje towary. Po wejściu do Unii Europejskiej ta idylla się skończyła.

Już parę lat temu mówiło się, że silny złoty zaszkodzi gospodarce, bo ograniczy eksport, ale do tego roku tak się nie stało. Z dwóch zapewne powodów. Po pierwsze eksporterzy są często również importerami kupującymi za granicą Polski materiały i podzespoły do swojej produkcji, więc silny złoty zmniejsza ich koszty. Po drugie siła złotego wymusiła na producentach posunięcia zwiększające wydajność pracy. Tyle tylko, że zawsze jest gdzieś granica, po której przekroczeniu tego typu czynniki przestają działać, a silna waluta zaczyna naprawdę szkodzić ograniczając konkurencyjność lub zyski (albo jedno i drugie). Wydaje się, że obserwujemy właśnie taki proces, bo dynamika wzrostu eksportu spada z miesiąca na miesiąc.

Silnym złotym cieszą się ci Polacy, który zaciągali kredyty walutowe, bo kupno mieszkań i innych dóbr konsumpcyjnych kosztuje ich mniej niż gdyby były to kredyty złotowe. Zachwyceni są też turyści, których zwiedzania świata lub odpoczynek w różnych znanych kurortach kosztuje coraz mniej. Poza tym tanieje import zagranicznych produktów, co powoduje, że coraz częściej kupujemy właśnie towary importowane z zza granicy. Ma to jednak również swoje złe strony. Kupując zagraniczne towary zwiększamy deficyt handlowy, a to na dłuższą metę może się skończyć bardzo źle. Poza tym zmniejszają się przeliczana na złotówki fundusze unijne, co ogranicza wspomaganie wzrostu gospodarczego.

Jak widać mamy z jednej strony eksporterów, deficyt handlowy i środki unijne, a z drugiej kredyty walutowe, turystykę i inflację. Jak się to uprości do takiej postaci to wydaje się prawie oczywiste, że zbyt silny złoty w końcu zaszkodzi gospodarce. Tyle tylko, że niewiele można w tej sprawie zrobić. Trzeba potężnej siły i wiedzy Banku Japonii (BoJ), żeby interweniować na rynku walutowym. BoJ robi to niezwykle umiejętnie - osłabia jena w momentach krytycznych z punktu widzenia analizy technicznej, a resztę robią już spekulanci. NBP nie ma ani siły ani chęci do podejmowania interwencji, ale jestem więcej niż pewien, że jeśli nasza waluta będzie się nadal wzmacniała to niedługo politycy zaczną naciskać na bank centralny, żeby coś z tym zrobił.


2007-07-16 9:38

OFE powinny zwiększyć inwestycje zagraniczne?

Trwa sezon wakacyjny, co zdecydowanie nie sprzyja czytelnictwu różnego rodzaju blogów. Widać to najlepiej, jeśli spojrzy się na komentarze do poprzedniego wpisu. Temat przecież bardzo wielu Polaków interesujący (ceny mieszkań), a komentarzy jak na lekarstwo. Ja na urlop się latem nie wybieram (wolę wygrzewać stare kości w słoneczku wtedy, kiedy w Polsce trwa zima ; -), ale stwierdziłem, że „wypisywanie się” nie ma w czasie wakacji większego sensu. Nie znaczy to, że przestanę pisać, ale pewnie skrócę wpisy. Teoretycznie powinienem odnieść się do nieoczekiwanej euforii na Wall Street i ospałości naszego rynku, ale piszę o tym codziennie na stronach Xelion i Stooq.pl, więc zwyczajnie nie chce mi się powtarzać.

Zwróciłem uwagę na informację, która w zeszłym tygodniu przeleciała przez rynek. Co prawda nie ma ona żadnego znaczenia dla koniunktury giełdowej w najbliższym okresie, ale jeśli patrzy się na przyszłość to może bardzo wpłynąć na zachowanie GPW. Krzysztof Rybiński, wiceprezes NBP proponuje zmianę limitu ograniczającego inwestowanie przez OFE w zagraniczne akcje z 5 na 30 procent. Powodem takiej zmiany miałaby być obawa o wyhodowanie bańki spekulacyjnej na GPW, bo ograniczone do Polski fundusze kupują akcje nie zwracając zbytnio uwagi na ich wyceny. Kontrpropozycję złożył Ludwik Sobolewski, prezes GPW. Uważa on, że limit zakupu polskich akcji powinien zostać zwiększony do 50 procent.

Oczywiście posiadaczom akcji bardzo podobałby się ten drugi postulat. Problem jednak w tym, że stoi on ze zdecydowaną sprzecznością z celami propozycji Krzysztofa Rybińskiego. Gdyby przyjąć rozwiązanie proponowane przez prezesa GPW to przecież bańka spekulacyjna rosłaby nadal tylko moment jej przekłucia przesunąłby siew czasie. Z drugiej strony wydaje się mało prawdopodobne, żeby postulat wiceprezesa NBP został zrealizowany, bo obecny układ rządowy nie będzie zachwycony wypływem pieniędzy OFE za granice Polski. Gdyby jednak te opory zostały przełamane to można oczekiwać, że sytuacja posiadaczy polskich akcji się znacznie pogorszy, bo OFE zaczną się rozglądać za zagranicznymi inwestycjami i mogą się pozbywać, drogich akcji notowanych na GPW. Nawiasem mówiąc w zeszłym tygodniu o obniżeniu rekomendacji dla polskich akcji poinformował bank inwestycyjny Morgan Stanley. Bardzo często za jedną taką oceną idą następne, z czego wynika, że pomocy ze strony zagranicy posiadacze polskich akcji w najbliższym czasie nie dostaną.

Trzeba pilnie śledzić rozwój dyskusji na tymi projektami, bo nie ulega wątpliwości, że coś się z tego wykluje, a nie pozostanie to bez wpływu na giełdową koniunkturę. Nawiasem mówiąc pozwolenie OFE na duże zwiększenie zagranicznych inwestycji jest dyskusyjnym posunięciem. Co prawda jeśli jest się zwolennikiem swobodnego przepływu kapitału (ja jestem za regulacjami) to taka decyzja jest logiczna, ale mam wątpliwości, czy inwestowanie naszych, „emerytalnych” pieniędzy nie powinno służyć jednak przede wszystkim polskiej gospodarce. Wypływ 30 procent kapitałów za granicę Polski zmniejszy możliwość pozyskiwania kapitałów przez polskie spółki, a to z kolei nie poprawi sytuacji na naszym rynku pracy. A przecież powinniśmy dbać o to, żeby to zatrudnienie było jak największe choćby dlatego, że od wielkości zatrudnienie zależą również wpłaty do OFE, a co za tym idzie nasze emerytury (nie moja - jestem w ZUS-ie) i częściowo również koniunktura giełdowa. Poza tym OFE kupują dużo polskich obligacji finansując w ten sposób deficyt budżetowy. Zmiana limitu ograniczy pulę pieniędzy przeznaczoną na ten cel, a to zwiększy rolę finansowania zagranicznego, co nie zawsze jest korzystne. Jak widać jest dużo pytań i wątpliwości. Wakacje nie sprzyjają wysiłkowi intelektualnemu, ale liczę na dyskusję na ten temat.


2007-07-09 10:21

Ceny mieszkań powinny się stabilizować

W zeszłym roku kilka razy pisałem, że sytuacja niezwykle sprzyja deweloperom i chętnym do sprzedaży mieszkań, bo polityka rządu (podatkowa i brak ustawy o budownictwie społecznym) zmusza Polaków do kupna własnego lokum właściwie za wszelka cenę. Bum nakręciły również media i pośrednicy tworząc atmosferę niekończącej się hossy. W tej sytuacji oczywiste było, że w tym roku rynek musi odpocząć po wzrostach cen metra kwadratowego sięgających w wielu miejscowościach ponad 50 procent. Wiadomo było jednak, że nieco zapomniane miasta (Poznań, Łódź) będą jeszcze pokazywały dużą dynamikę zwyżki cen. Tak się też stało. W wielu dużych miastach (Warszawa, Kraków) ceny prawie stanęły w miejscu, a w niektórych miejscach nawet się obniżyły.

Pozostaje postawić pytanie: co dalej?Wiadomo, że od początku roku błyskawicznie rosły wszystkie elementy składowe kosztu budowy mieszkania. Drożała ziemia, co nie mogło dziwić, bo jest jej mało. Gwałtownie rosły ceny materiałów budowlanych (często z powodów czysto spekulacyjnych). Ostatnio staniały, bo pojawił się tańszy import, ale i tak są dużo droższe niż na początku roku, a poza tym w miarę zbliżania się terminu oddania obiektów na EURO 2012 (mamy czas do 2010 roku), popyt będzie rósł, a wraz z nim również ceny. Brak siły roboczej wyssanej z Polski przez gospodarki europejskie, w których płaca jest kilka razy wyższa, też podnosi koszty, bo zmusza pracodawców do dużych podwyżek wynagrodzeń. Wydawałoby się, więc, że skoro wszystkie składowe rosną to mieszkanie też muszą gwałtownie drożeć.

Są jednak również czynniki, które tę hossę mogą, a nawet śmiem twierdzić, że powinny wyhamować. Trzeba pamiętać o tym, że Polacy kupują mieszkania korzystając z kredytu hipotecznego. W 2007 roku kontynuowana będzie (w Szwajcarii) lub rozpoczyna się (w Polsce) cykl podnoszenia stóp procentowych, W Szwajcarii sięgną zapewne na przełomie roku (może w marcu przyszłego roku) poziomu 3,25 procenta, a w Polsce przyszły rok skończymy ze stopami 5,25 - 5,5 procenta. To oczywiście podniesie cenę kredytu, co ograniczy jego dostępność, bo płace rosną, ale nie tak szybko, żeby zapewnić wystarczająca zdolność kredytową. Co prawda wielu emigrantów zarobkowych pieniądze zarobione za granicą przeznaczy na zakup mieszkań lub domów, ale i to może nie wystarczyć, bo najczęściej na podstawie takich, czasowych zarobków banki im zdolności kredytowej nie podniosą.

Poza tym trzeba pamiętać o tym, że wielu Polaków kupowało kilka mieszkań traktując je jako inwestycję. Teraz, kiedy cena kredytu będzie rosła, a dynamika wzrostu cen mieszkań jest niewielka, będą chcieli zrealizować zyski, przeznaczając środki na przykład na zakup ziemi rolnej czy rekreacyjne w atrakcyjnych turystycznie terenach Polski, na której zarobią kilkadziesiąt procent (może nawet więcej) w ciągu roku. Ostatnio w prasie znaleźć można informacje mówiące szybkim wzroście cen mieszkań w małych ośrodkach turystycznych, kilka tygodni temu pojawiały się (w „Dzienniku” i „Wiadomościach” TVP 1) materiały mówiące o gwałtownie drożejącej ziemi rolnej. To jest niewątpliwe zapowiedź bumu na rynku nieruchomości w ośrodkach turystycznych (morze, góry, Mazury). Taki trend z kolei zwiększy podaż w większych ośrodkach przyczyniając się do dalszego wyhamowania (lub nawet obniżki) ceny metra kwadratowego.

Nie można też zapominać o działaniach państwa. Co prawda idea budowy 3 mln mieszkań w ciągu 8 lat jest już martwa, ale jestem przekonany, że państwo zrobi wszystko, żeby budownictwo przyśpieszyło, a mieszkania były tańsze. Ostatni pomysł automatycznego przekwalifikowania ziemi rolnej w miastach na budowlaną może znacznie obniżyć cenę działek budowlanych. Co prawda przy sprzedaży takiej ziemi właściciel musiałby oddawać gminie 25 procent tego, co zyska na przekwalifikowaniu, ale oczywiste jest, że zysk będzie i tak bardzo godziwy, a podaż ziemi bardzo duża. Można nawet spodziewać się, że ta podaż już niedługo zacznie rosnąć, bo posiadacze będą sprzedawali bojąc się nowego podatku. Nie przypuszczam jednak, żeby na tym pośpiechu zyskali, bo nabywcy będą płacili dużo mniej niż za ziemię już przekwalifikowaną. Jest też pomysł uruchomienia budownictwa publiczno-prywatnego. Co prawda nie wierzę, żeby ceny tak budowanych mieszkań były niższe o więcej niż 25 procent od obecnych cen rynkowych, ale to też będzie wpływało na cały rynek.

Jak widać deweloperzy będą musieli przepłynąć między Scyllą (spadek realnego popytu), a Charybdą (rosnące koszty budowy). Mają do wyboru - albo znacznie obniżyć marże i nadal sprzedawać albo ograniczyć działalność, upaść bądź przebranżowić się i zająć się tym, na czym z pewnością zarobią, czyli startować do przetargów na projekty związane z EURO 2012. Nawiasem mówiąc powtarzam (kilka wpisów już na ten temat zamieściłem), że drogo zapłacimy za te mistrzostwa, bo budżet będzie musiał wyłożyć znacznie więcej pieniędzy niż to się komukolwiek nawet teraz wydaje. Reasumując uważam, że nie może być mowy o załamaniu cen mieszkań, ale o bardzo prawdopodobne jest ograniczenie dynamiki wzrostu lub nawet stagnacji w większych ośrodkach i przesunięcie zainteresowanie na nieruchomości rekreacyjne.


2007-07-03 12:24

Rynki finansowe wobec ataków terrorystycznych

Właściwie powinienem coś napisać o służbie zdrowia, strajkach itp., ale prawdę mówiąc nie bardzo mi się chce. Nawiasem mówiąc ten stan zniechęcenia, który u siebie zauważam, może sygnalizować, że protest ochrony zdrowia (szczególnie lekarzy) niedługo skończy się (bez sukcesu pracowników) z bardzo prostego powodu - spadku poparcia społecznego. Pierwsze symptomy już widać. Rząd najwyraźniej postanowił przeczekać i może odnieść „sukces”. Piszę w cudzysłowie, bo co to za sukces, jeśli rozgoryczeni pracownicy ochrony zdrowia rzeczywiście zaczną masowo wyjeżdżać za granicę lub odchodzić z publicznej ochrony zdrowia i nie będzie miał kto leczyć mniej zamożnych pacjentów? Krótkoterminowo i politycznie byłby to jednak sukces bez cudzysłowu.

W tym wpisie jednak chciałbym się zająć tematem nieco ryzykownym, bo prowadzącym do tworzenia spiskowych teorii. Ale trwa sezon wakacyjny, ogórkowy, więc… Chodzi o terroryzm i jego wpływ na rynki finansowe. Inspiracją były oczywiście wydarzenia ostatnich dni. Nawiasem mówiąc to, co działo się w Wielkiej Brytanii było co najmniej dziwne. Jakieś wyładowane materiałami wybuchowymi samochody zachowują się niezwykle podejrzanie, nie dochodzi do żadnych wybuchów, samochód uderza w drzwi lotniska i płonie szkodząc jedynie kierowcy i pasażerowi, dzisiaj znowu znajdowane są i unieszkodliwiane jakieś ładunki… Kompletny brak profesjonalizmu. Wyglądało to tak, jakby to dzieci zabrały się za terroryzm. Szczególnie, jeśli porówna się te nieudolne próby z atakami w Nowym Jorku, Madrycie, czy Londynie (sprzed 2 lat). Zacząłem nawet kombinować, że może takie działania mają za zadanie odwrócenie uwagi od USA, gdzie środowy Dzień Niepodległości jest okazją, o której zapewne marzy każdy terrorysta. Tylko o jedno proszę: jeśli nic się nie wydarzy (czego oczywiście należy sobie życzyć) to proszę potraktować ten akapit jako wyraz zawodowej podejrzliwości analityka, a nie paranoi ;-).

Faktem jest jednak, ze wszystkie rynki zachowywały się ostatnio bardzo dziwnie. Ceny obligacji amerykańskich szybko rosły (rentowność spadała), dolar gwałtownie tracił, a złoto drożało. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły (do tego miejsce jest na stronach Xelion i Stooq.pl), ale uważam, że takiej zachowanie rynków jest bardzo trudno wytłumaczalne normalnymi czynnikami rynkowymi (takimi jak na przykład publikowane ostatnio dane makroekonomiczne). Widać było wyraźnie, że gracze uciekali w bezpieczne instrumenty (złoto i obligacje), co często się dzieje wtedy, kiedy rosną zagrożenia geopolityczne. Do piątku równie dziwnie zachowywał się rynek amerykańskich akcji. Dopiero początek półrocza (poniedziałek) i znacznie zwiększona aktywność na rynku fuzji i przejęć pozwoliły indeksom wzrosnąć. Jestem taki podejrzliwy, bo pamiętam, jak po uderzeniu na WTC mówiono, że zachowanie rynków (szczególnie akcji linii lotniczych) było bardzo zagadkowe. Generalnie od 6 września tracił dolar i szybko taniały akcje. Trzeba jednak też wziąć pod uwagę, że na rynku akcji trwała bessa, więc niekoniecznie (lub nie tylko) było to przygotowanie „tych, którzy wiedzieli” to tego, co miało się wydarzyć 11 września 2001.

Być może to wszystko są przypadki, ale jak to mówią „przezorny zawsze ubezpieczony”, więc warto się zastanowić, co by się takiego wydarzyło, gdyby rzeczywiście terroryści uderzyli w USA. W USA, a nie gdzie indziej, bo już wiemy, że atak w innym kraju nie miałby negatywnego wpływu na zachowanie rynków. Po uderzeniu na WTC świat ogarnęło przerażenie, a indeksy giełdowe bardzo ucierpiały, ale już miesiąc później odrobiły straty. Po ataku w Madrycie (11.03.2004) reakcja rynków trwała 1,5 dnia. Po ataku w Londynie (7.07.2005) już tylko jeden dzień, a w USA pół sesji - indeksy na jej zakończenie wzrosły. Pisząc o tym chcę pokazać, że gracze się do ataków po prostu przyzwyczaili. Doszli do wniosku, że one niczego nie zmieniają, a są jedynie okazja do kupna akcji. Nic więc dziwnego, że na rynkach akcji również teraz reakcji praktycznie nie widać.

Czy z tego wynika, że terroryzm nie jest już groźny dla rynków finansowych? Uważam, że nie, ale po pierwsze do takiego uderzenia musiałoby dojść w USA, a poza tym musiałoby to być coś niespodziewanego i przerażającego. Nie jest to mój wymysł. George Tenet, były szef CIA, twierdzi na przykład, że bardzo go dziwi brak ataków terrorystycznych w USA. Uważa on, że świadczy to o szykowaniu czegoś naprawdę groźnego. Nie chcę pisać o tym, co by to mogło być, bo po co wywoływać wilka z lasu, ale gdyby na skutek takiego ataku (wcześniej czy później z pewnością nastąpi) Amerykanie zaczęli się bać i przestali biegać po sklepach to gospodarka bardzo by ucierpiała. Można też obawiać się amerykańskiej reakcji (na przykład uderzenia na Iran), co szybko podniosłoby cen ropy powyżej 100 USD za baryłkę. Upadłby też dolar, a wzmocnienie euro zaszkodziłoby gospodarce Eurolandu. Na długi czas zapomnielibyśmy o hossie. Miejmy nadzieję, że to „coś” jeszcze długo się nie wydarzy.