Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: czerwiec 2007

2007-06-25 15:12

Wyższe podatki dla najbogatszych Polaków?

W zeszłym tygodniu premier Jarosław Kaczyński poinformował, że rząd rozważa rozpisanie referendum, w którym Polacy mieliby się wypowiedzieć, czy chcą podwyżki podatków dla najbogatszych w celu podniesienia płac w służbie zdrowia. Powiem szczerze, że z przykrością słuchałem tego wystąpienia. Od premiera powinno się wymagać rzetelności i kompetencji, a nie czystego populizmu i to takiego populizmu, który z całą pewnością nie odniesie pożądanego skutku. Oczywiście, czasem polityk musi trochę przesadzić, żeby dotrzeć do umysłów mniej zorientowanych wyborców, ale propozycja premiera mogła trafić jedynie do wyborców, których IQ jest głęboko poniżej średniej krajowej. Zastanawiałem się nawet, czy coś na ten temat pisać, ale nie wytrzymałem.Oczywiście propozycja podniesienia podatków, wtedy, kiedy przed chwilą (składka rentowa) zmniejszyło się obciążenia wynagrodzeń i planuje się obniżkę podatków „dla bogatych” w 2009 roku (dwa progi 18 i 32 proc. to nic innego jak obniżka podatków przede wszystkim dla lepiej zarabiających) wygląda na jakiś absurd. Załóżmy jednak, że premier rzeczywiście wierzył w to, co mówił (w co bardzo wątpię). Załóżmy nawet, że proponowane podniesienie podatków dla bogatych ma sens (dla jasności - uważam, że nie ma). Pozostaje jednak pytanie, jak można w ten sposób rozwiązać obecną sytuację strajkowa?

Przecież referendum musi uchwalić Sejm (pewnie zrobiłby to po wakacjach), musi zostać zorganizowane, w głosowaniu musi brać udział co najmniej 50 procent Polaków i jeśli nawet da wiążącą i oczekiwaną przez premiera odpowiedź (oczywiście odpowiedź, która umożliwi podniesienie podatku dla bogatych) to Sejm musi przygotować odpowiednie ustawy, które wejdą w życie przed końcem listopada (potem nie można już zmieniać podatków na przyszły rok). Gołym okiem widać, że nie ma najmniejszej szansy, żeby zmiany podatkowe weszły w życie w 2008 roku. Skoro tak, to znaczy, że propozycja premiera nie miały nigdy nawet cienia szansy na zrealizowanie. Po co w takim razie padła? Mógłbym dużo napisać i na ten temat, ale staram się tutaj unikać czystej polityki, więc dam sobie z tym spokój.

Ok., pomyślmy, czy w ogóle jakiś sens ma mówienie o podwyżce podatku od „bogatych”. Przede wszystkim określenia wymaga definicja „osoby bogatej”, bo przecież dla człowieka zarabiającego 1000 złotych bogaty jest już ten, który zarabia 5000 zł. miesięcznie. Problem w tym, że ten drugi z całą pewnością się za bogatego nie uważa. Mówiąc o „bogatych” premier musiał mieć na myśli albo tylko multimilionerów albo również klasę średnią, która zresztą w Polsce niestety jest bardzo wąska. W obu przypadkach zwiększenie obciążeń nie przyniosłoby oczekiwanych efektów. Multimilionerzy i tak płacą (a najczęściej nie płacą) podatki za granicami Polski. Tego się nie zmieni, bo skoro obowiązuje swobodny przepływ kapitałów to nasz rząd nie ma żadnych narzędzi do sięgnięcia do kieszeni tych obywateli. Nawiasem mówiąc uważam, że takie unikanie podatków, jeśli zarabia się w Polsce, jest niemoralne. Tyle tylko, że człowiek jest słabą istotą, więc dobrze wiem, iż jeśli zarabiałbym miliony to prawie na pewno dążyłbym do legalnego obniżenia podatku. Trudno mi więc potępiać postępowanie bardzo bogatych Polaków. Wyższe opodatkowanie klasy średniej też nic nie da, bo to przecież mniej niż dwa procent płacących podatki.

Można sięgnąć do opodatkowanie posiadanych aktywów, a nie do podnoszenia podatków (zresztą premier zapowiedział, że nie chce podnosić progów podatkowych). Stąd zapewne pomysł „Rzeczpospolitej”, która napisała, że to podatek katastralny ma być tą „wunderwaffe” premiera. To też błędny trop. Owszem, Polska będzie musiała za kilka lat wprowadzić podatek od nieruchomości - prace nad nim trwają już też parę lat. Tyle tylko, że zanim się go wprowadzi to trzeba uchwalić ustawy, zrobić spisy nieruchomości i je wycenić. Czyli też nie natychmiast, nie za rok, a za kilka lat. Nawiasem mówiąc ten podatek uderzałby nie tylko w „bogatych”, ale również w tych Polaków, którzy nie są zamożni, a na przykład mieszkają we własnym domu, który budowali wielkim wysiłkiem przez długie lata. Nic dziwnego, że niedawno wicepremier Przemysław Gosiewski zdementował rewelacje „Rzepy”, a potem zrobił to również premier Kaczyński.

Żadne podatki dla najbogatszych nie poprawią ani sytuacji finansów państwa, ani płac w ochronie zdrowia, czy edukacji. To jedno, co jest w stu procentach pewne. Dziwi mnie więc nie tyle to, że premier o tym mówi (klasyczna walka o poparcie swojego elektoratu) ile to, że wicepremier Zyta Gilowska nie protestując takie pomysły de facto firmuje. Widać jak poglądy ludzi ewoluują w zależności od tego, czy są w opozycji, czy w rządzie… Pieniędzy nie trzeba szukać. One po prostu są. Wystarczy (o czym pisałem w poprzednim wpisie do bloga) nie obniżać składki rentowej i być może (jeśli to byłoby konieczne) nie zmieniać progów podatkowych w 2009 roku. Nawiasem mówiąc (to informacja dla moich krytyków) ja nie powielam poglądów LiD. O bezsensie obniżania składki rentowej mówi bardzo wielu i to wcale nie lewicowych ekonomistów (i komisja Senatu). Poza tym SLD dopiero ostatnio obudził się z letargu. Podczas głosowania w Sejmie nie odważył się protestować. Sejm przyjął ustawę obniżającą składkę stosunkiem głosów 341:0 (SLD się wstrzymał). Jeśli teraz podnosi się krzyk, że nie trzeba było obniżać składki to jest to niepoważne (szczególnie ze strony PSL, który głosował „za”). Z całą zaś pewnością trzeba zreformować KRUS i walczyć z szarą strefą, która podatków nie płaci.

Dla zwolenników tej obniżki jest jednak dobra informacja: PiS się nie cofnie, a Prezydent ustawy nie zawetuje. Jak by to bowiem wyglądało, gdyby posłuchał się LiD? Prawdę mówiąc rząd nie ma innego wyjścia: musi protest ochrony zdrowia jakoś szybko zakończyć, a nawet złamać, bo jeśli się podda to za chwilę u bram Kancelarii Premiera zjawią się następni protestujący. I jeszcze na koniec: żadne podwyżki płac nie uzdrowią sytuacji w ochronie zdrowia, jeśli się jej nie zreformuje. Uważam, że propozycja (nie pamiętam, kto ją złożył) powołania „okrągłego stołu” z udziałem opozycji i pracowników ochrony zdrowia, który wypracowałby zasady reformy była doskonałym pomysłem. Dziwię się, że koalicja rządowa nie chce się na to zgodzić. Przecież to zdejmowałoby problem z rządu i przesuwało na zupełnie inne gremium. Same plusy, żadnego ryzyka…

 


2007-06-19 11:31

Wyborcza polityka gospodarcza

Mam w tym tygodniu bardzo mało czasu, ale nie mogłem sobie odmówić skomentowania ostatnich posunięć rządu i Sejmu. Chodzi mi o sukces wicepremier Zyty Gilowskiej, która praktycznie dostała już to, czego chciała, czyli obniżenie składki rentowej (musi to jeszcze zaakceptować Senat i Prezydent). Dla przypomnienia: od lipca pracownik będzie płacił składkę rentową nie w wysokości 6,5 procent wynagrodzenie, a jedyni 3 procent, a od stycznia jedynie 1,5 procenta. Jeśli chodzi o pracodawcę to w styczniu jego składka spadnie z 6,5 do 4,5 procenta. (*)

Wydawałoby się, że to jest bardzo dobra informacja, bo przecież ekonomiści bez przerwy mówią o konieczności zmniejszenia klina podatkowego (różnicy między kosztem pracodawcy, a faktycznie otrzymywanym wynagrodzeniem pracownika) i faktycznie jest on o około 10 punktów procentowych większy u nas niż w krajach OECD. Jeśli więc państwo stać na to, żeby dopłacać do FUS kilkanaście miliardów złotych rocznie (wziętych z naszych podatków) to może je przeznaczyć na ten cel. Problem w tym, że jeśli koniunktura gospodarcza się pogorszy (a przecież w końcu się pogorszy) to tych miliardów zabraknie, bo rząd nie robi niczego, żeby ograniczyć wydatki i dzięki temu wygospodarować te darowane nam miliardy.

To jednak tylko jeden problem. Jest i drugi. Jaki był sens dawać wszystkim dopłaty, skoro można było wykorzystać te kilkanaście miliardów złotych do podniesienia skrajnie zaniżonego końca krzywej wynagrodzeń (nauczyciele, lekarze, policja - generalnie budżetówka). Nisko uposażeni Polacy prawie na wzroście gospodarczym nie zyskali, więc można by było sobie (w warunkach szybkiego ożywienia gospodarki) o nich przypomnieć szczególnie, że dla dobrze zarabiających ten prezent będzie mało zauważalny. Dla PKB-centrycznych obserwatorów gospodarki podniesienie wynagrodzeń najniższych miałoby też bardzo duży sens. Jasne jest bowiem, że ludzie mało zarabiający wydadzą natychmiast każde dodatkowe pieniądze i to wydadzą je na produkty i usługi polskie (zazwyczaj tańsze od zagranicznych) pomagając w ten sposób gospodarce.

Nowym pomysłem pani wicepremier jest ulga na dziecko. Ma to być część systemu wspomagania rodziny i promowania dzietności. Cel bardzo zbożny, ale zdecydowanie wolałbym, żeby dbanie o rodzinę pozostawić wiceminister Joannie Kluzik-Rostkowskiej (jednego z najlepszych ministrów tego rządu). Niedawno przedstawiła ona swój program działania, który specjaliści bardzo docenili. Nie bardzo wiadomo, czy ulgą byłoby 3000 złotych na każde dziecko odjęte z podstawy opodatkowania (wtedy dla płacącego 19 procent byłoby to 570 złotych, a dla płacącego 40 procent 1.200 złotych, co jest niezbyt uczciwe) czy po prostu 570 złotych odjęte z podatku. To ma jednak mniejsze znaczenie. Najważniejsze jest to, że niepłacący podatku (bezrobotni, rolnicy) nie dostaną takiego wsparcia na dzieci. W jednej z audycji radiowych mój współdyskutant usiłował ośmieszyć takie rozumowanie, ale uważam, że nie miał racji. Jeśli państwo ma pewną pulę pieniędzy do rozdania wspomagając rodziny z dziećmi (przeciwko czemu nie protestuję) to dlaczego ma dyskryminować rodziny biedne? Chyba, że chodzi o to, żeby się po prostu nie rozmnażały…

Najgorsze w tych wszystkich prezentach jest to, że sprawiają wrażenie radośnie spontanicznych. Nie widzę w tym spójnego systemy, a tylko działania mające zwiększyć poparcie polityczne. Dla jasności - poparcie nie tylko dla koalicji, bo przecież nikt w Sejmie się nie sprzeciwił obniżce stawki rentowej. Podobnie pewnie będzie z ulgami na dzieci. Czy doczekamy się kiedyś reformatorskiego rządu, który zaproponuje całościowy plan zmian systemowych z reformą finansów, systemu emerytalnego (ze szczególnym uwzględnieniem KRUS), służby zdrowia, polityki prorodzinnej? Przecież działanie od okazji do okazji muszą w końcu doprowadzić do katastrofy. Brak koncepcji reform nie może nawet specjalnie dziwić, skoro prowadzi się bez przerwy kampanię przedwyborczą. Nawiasem mówiąc według mnie walka o system pierwiastkowego dzielenia głosów w UE jest też przejawem tej kampanii. Rząd zyskuje znaczne poparcie opinii publicznej w kraju, a to, że wszyscy za to zapłacimy przy kolejnym podziale unijnych pieniędzy (lub przy sprawach takich jak definicja wódki, czy przyznanie limitów CO2) polityków kompletnie nie interesuje.

W następną ekipę takie traktowanie gospodarki może potężnie uderzyć. Powtarzam to, co już w tym blogu pisałem („Rajskie perspektywy 2009 roku”): „W 2009 roku odbędą się wybory parlamentarne. Wtedy też dotrze do nas fala podarunków, za które zapłaci następny rząd i Sejm. Tyle tylko, że kto pod kim dołki kopie często sam w nie wpada…”. Od dawna obserwuje dokładnie różne sondaże dotyczące decyzji polityków i widzę jedną prawidłowość: jeśli nawet pokazują one, że większość Polaków jest przeciwna jakimś posunięciom koalicji to i tak 25 do 30 procent jest „za”. A tyle wystarczy, żeby wygrać wybory. Dlatego też mówię tym, którzy oczekują zmiany po następnych wyborach „Lasciate ogni speranza” (wiecie, gdzie był umieszczony ten napis? ;-). Być może zresztą jakaś zmiana będzie - dojdzie do koalicji PiS - PO. Mówiłem o tym dużo wcześniej zanim te partie zaczęły razem (ostatnio) głosować. Ciekaw jestem tylko, kto będzie za 3 lata winien tego, że trzeba będzie podnosić podatki…

 

(*) Nawiasem mówiąc media wprowadzają w błąd swoimi wyliczeniami pokazującymi, jak zarobimy na tej obniżce. Informuje się zazwyczaj ile więcej pracownik dostanie w lipcu i styczniu, a tego w żadnym wypadku nie można nazwać logicznym przeliczeniem. Ma to sens jedynie wtedy, gdy pracownik przez cały rok płaci 19 procent podatku. Jeśli wchodzi nawet w ostatnim dniu roku w podatek 30 -, czy 40- procentowy to podarunek od rządu jest opodatkowany odpowiednio 30- lub 40- procentowym podatkiem PIT, bo przecież każdy wzrost wynagrodzenia brutto opodatkowany jest wtedy najwyższym podatkiem. Nie ma sensu mówienie o tym ile zarobi się w lipcu czy styczniu (wielu pomyśli, że tak będzie co miesiąc), a jedynie o średniej rocznej. Podejrzewam, że niektórzy dobrze zarabiający Polacy będą zawiedzeni. Składki na ubezpieczenie społeczne płaci się do momentu, kiedy wynagrodzenie brutto przekroczy 30 razy średnią płacę za poprzedni rok. Zapewne w przyszły roku będzie to około 84 tysięcy (może parę tysięcy mniej). Przy dokładnie takim wynagrodzeniu w niepłacona składka rentowa (5 procent) da nam 4.200 złotych zysku w skali roku, a po opodatkowaniu (40 procent) 2.520 złotych, czyli 210 złotych miesięcznie netto. Czy ktoś zarobi 84 tysiące czy 184 tysiące to nie ma znaczenia: roczna płaca netto zwiększy się o około 2.500 złotych.

 


2007-06-12 14:41

O pewnej ciekawej konferencji

Byłem wczoraj uczestnikiem organizowanej przez profesora Dariusza Rosatiego, posła do Parlamentu Europejskiego, konferencji naukowej „Europejski Model Społeczny - doświadczenia i kierunki zmian”. Nie piszę o tym po to, żeby się pochwalić, ale żeby się wyżalić. Proszę się też nie obawiać - nie będę w tym tekście omawiał tez i wniosków, które zostały postawione, czy które można było wyciągnąć z poszczególnych prezentacji. W drugiej części tego wpisu zajmę się tylko kilkoma ciekawostkami.Jak myślicie Państwo, kto powinien być szczególnie zainteresowany konferencją, podczas której wielu naukowców (chyba kilkunastu profesorów) próbuje odpowiedzieć na pytania (będą cytował):

„Jak zdefiniować pojecie Europejskiego Modelu Społecznego? Czy istnieje jeden model społeczny w Unii Europejskiej? Czy też państwa europejskie różnią się zasadniczo w sposobie prowadzenia polityki gospodarczej i społecznej?

Czy możliwe jest utrzymanie obecnej formy państwa opiekuńczego?

W jaki sposób globalizacja i zmiany demograficzne wpływają na zdolność gospodarek do finansowego udźwignięcia kosztu utrzymania dotychczasowych zdobyczy socjalnych?

W jaki sposób należy reformować gospodarki europejskie w celu utrzymania wysokiej
konkurencyjności, poprawy sytuacji na rynkach pracy, osiągnięcia wyższego tempa wzrostu gospodarczego i utrzymania podstawowych zdobyczy państwa dobrobytu?

Czy występuje konflikt pomiędzy efektywnością gospodarcza i sprawiedliwością społeczną?”

Wydawałoby się, że szczególnie zainteresowani powinni być tymi tematami nie tylko naukowcy, ale przede wszystkim politycy. Są tacy (LiD), którzy wyznają poglądy lewicowe lub centrowo-lewicowe. Oni szczególnie powinni chcieć wysłuchać tego, co naukowcy mają do powiedzenia o możliwościach realizacji lewicowych ideałów. Są też jednak i zwolennicy „Polski solidarnej”. Ich to też, z tego samego powodu, powinno interesować. Są wreszcie zwolennicy „Polski liberalnej”, którzy już wiedzą, że muszą zrezygnować z części swoich pomysłów, jeśli chcą wygrać następne wybory. Powinni posłuchać, jakie mają możliwości.

A jakie były realia? Owszem, na liście było kilku polityków LiD, ale się nie pojawili (a skoro byli na liście to znaczy, że potwierdzili swój udział), a jeden z bardzo prominentnych działaczy wyszedł tuż przed rozpoczęciem konferencji. Dariusz Rosati i Jerzy Hausner byli prelegentami, więc nie traktuję ich jako polityków. Jedno można tylko zaliczyć na plus politykom LiD - wyrazili zainteresowanie tematem. Pozostałe partie nie przysłały nikogo! A nie uwierzę, że nikt z PiS, PO czy z PSL (Waldemar Pawlak jest znanym pasjonatem gospodarki i rynków) nie dostały zaproszenia. Nawiasem mówiąc, z tych, którzy przyszli, 2/3 opuściło konferencję już po 2 godzinach (trwała godzin 6), a zaręczam, że prezentacje i dyskusje były niezwykle ciekawe. Zupełnie dobiło mnie to, że siedziałem obok osoby do niedawno jeszcze zajmującej ważne stanowisko w bardzo ważnej firmie. Wytrwała 6 godzin. To plus. Ale poświeciła je na pogawędki z sąsiadami i nie słyszała ani słowa z tego, co mówili prelegenci. Chyba dobrze, że nie jest już VIP-em… Generalnie widać, że polityków interesuje wszystko (teczki, stopnie z religii, lektury itp. itd.) tylko nie gospodarka i nie to, co mają na ten temat do powiedzenia mądrzy ludzie. To bardzo smutna konstatacja, ale niestety prawdziwa. Nic dziwnego, że w komitecie ds. EURO 2012 siedzą sami politycy - po co im fachowcy? No dobrze, wyzłośliwiłem się, a teraz ad rem. To, co napiszę poniżej proszę traktować jako luźne uwagi, a nie poważne omówienie całej konferencji. Ani nie mam odpowiedniej wiedzy, żeby takiego podsumowania w odpowiedzialny sposób dokonać, ani blog nie jest miejscem na takie podsumowania.

Bardzo ciekawe było wystąpienie profesora Marka Góry (jednego z twórców reformy systemu emerytalnego). Nie znam się na systemach emerytalnych i być może dlatego szczególnie zapamiętałem to, co w bardzo obrazowy sposób mówił profesor. Twierdzi on, że obowiązujące w krajach europejskich systemy są swoistymi piramidami finansowymi i to wydaje się być oczywiste. Pracujący składają się na emerytury wypłacane emerytom. Wszystko działa, jeśli tych pracujących jest dużo a emerytów mało. Od wielu lat sytuacja się jednak zmienia. Poza tym systemy emerytalne tworzone były w końcu XIX wieku, kiedy to długość życia była dużo mniejsza niż teraz, a kobiety praktycznie nie pracowały. Są to więc typowo „męskie” systemy. Teraz, kiedy długość życia znacznie się wydłużyła, kobiety mają olbrzymi udział w rynku pracy, a dzieci rodzi się coraz mniej pojawił się duży problem. Niedługo po prostu zabraknie pieniędzy, bo budżet nie jest z gumy, a składki nie mogą być w nieskończoność podwyższane. Wniosek jest oczywisty, systemy emerytalne muszą zostać zreformowane. Na przykład wydaje się pewne, że wiek przejścia na emeryturę musi zostać podniesiony i to bardziej podniesiony dla kobiet. A i tak będziemy dostawali mniejsze emerytury niż poprzednie pokolenia. Kto o tym, oprócz naukowców, w Polsce myśli?

Ciekawa była prezentacja wyników badania opinii publicznej przeprowadzanego przez Polską Grupę Badawczą. Na przykład aż 45 procent ludzi uważa, że lepiej, żeby na rynku pracy były mniejsze trudności ze znalezieniem pracy, ale pod warunkiem, że pracodawca może łatwiej zwolnić pracownika. Tylko mniej niż 1/4 jest przeciwnego zdania. Na pozór wydaje się, że ta większość jest logiczna, ale dziwi mnie to, że ludzie nie zastanawiają się, co to znaczy „pracodawca może łatwiej zwolnić pracownika”. 1/3 badanych najwidoczniej miała te same wątpliwości, bo dopowiedziała „nie mam zdania”. Nie zdziwmy się jednak, jeśli powołując się na tego typu badania politycy niedługo zmienią kodeks pracy w kierunku jego „uelastycznienia”, które nie będzie niczym innym jak tylko daniem pracodawcom wolnej ręki w zwolnieniach. Bardzo podobne proporcje widać w odpowiedzi na pytanie „czy system podatkowy „100 z 1000 i 200 z 2000″ jest sprawiedliwy?”. To oczywiście zawoalowane pytanie o podatek liniowy. Czy badani odpowiedzieliby tak samo, gdyby je nieco przeformułować? Na przykład tak “czy system podatkowy „190 z 1000 i 3800 z 20.000″ jest sprawiedliwy (obecnie mamy system „190 z 1000″ i 8.000 z 20.000″?”. Ten dodatek jest oczywiście uproszczeniem, ale nawet, gdyby podać prawdziwe dane to i tak jestem przekonany, że ilość zwolenników zmiany gwałtownie by spadła.

Ostatnią ciekawostką była odpowiedź na pytanie „czy zgadzasz się na opłatę 5 zł. za wizytę u lekarza w zamian za lepsze usługi zdrowotne?”. Wydawałoby się, że duża większość odpowie tak. Wszak 5 złotych to tak mało… Okazało się, że Polacy są w dużej części rozsądni. Co prawda 45 procent powiedziało rzeczywiście „tak”, ale aż 40 procent powiedziało nie. Odpowiadającym „tak” pewnie śnił się szpitalny, jednoosobowy pokój z telewizorem za 5 złotych. Mówiący „nie” obawiali się tego, czego można się rzeczywiście obawiać - opłaty pozostaną a standard obsługi się nie zmieni. Tutaj też widać, że pytanie było dosyć tendencyjne. Przecież zupełnie inną odpowiedź otrzymalibyśmy, gdyby zamiast 5 złotych zapytano o 25 złotych lub nawet przy 5 złotych sprecyzowane byłoby, co za to płacący otrzyma. Prawda, jak łatwo można manipulować badaniami tego typu?

Przy okazji prezentacji dotyczącej systemów podatkowych padł ciekawy głos z sali. W Estonii i Irlandii firmy nie płacą (Estonia) lub płaca zmniejszone o 50 procent (Irlandia) podatki od zysków, jeśli przeznaczają je na inwestycje. Dzięki temu inwestycje błyskawicznie rosną, co utrzymuje rynek pracy w dobrej kondycji. Podobny system obowiązywał w Polsce w latach 1994 - 1997. Od części zysku przeznaczanej na inwestycje nie płaciło się 40 procent podatku, a tylko 20 procent. Inwestycje rosły po kilkanaście procent rocznie, a stopa bezrobocia spadła wtedy z 17 do 9,5 procenta. Oczywiście nie był to jedyny czynnik wspomagający inwestycje i rynek pracy, ale z pewnością nie był nieistotny. I komu to przeszkadzało? Prowokacyjnie zapytam: czy nie lepiej było wprowadzić system proinwestycyjny zamiast obniżać po prostu podatek z 27 do 19 procent? A z całą pewnością warto teraz myśleć w tym właśnie kierunku zamiast opowiadać o zmniejszeniu podatków dla biznesu.

To tyle na temat konferencji, która powinna być szeroko omawiana, a wydaje się, że interesowała jedyne profesurę oraz kilkunastu uczestników i nieliczne media.


2007-06-04 15:33

Z niedźwiedziej gawry

Jak mawiają Francuzi „qui s’excuse s’accuse”, ale ja jednak spróbuję napisać coś, co może być potraktowane jako właśnie usprawiedliwienie, ale niekoniecznie zamieni się w samooskarżenie. Trudno nie zauważyć, że część społeczności internetowej (i nie tylko ona) ma do mnie pretensję za „czarnowidztwo”. Fakt, jeśli prześledzi się to, co pisałem w tym blogu to trudno mi zarzucić nadmierny optymizm (to oczywiście eufemizm ;-). A nie ma nic gorszego niż bycie uznanym za rynkowego „niedźwiedzia”, bo takich ludzie z zasady wręcz nienawidzą. Niedawno, znany z komentarzy na tym blogu, Vladimir napisał mi w mailu, że John Maynard Keynes twierdził, iż „społeczeństwo bardziej jest skłonne wybaczyć porażkę poniesioną zgodnie z powszechnie przyjętymi regułami, niż sukces odniesiony wbrew nim”. Miał rację tyle, że ja bym nieco to powiedzenie strawestował. W mojej wersji brzmiałoby ono tak: społeczeństwo bardziej jest skłonne wybaczyć analitykowi zgodną z powszechnie przyjętymi optymistycznymi poglądami błędną prognozę niż jej wypełnienie się, wbrew opinii większości.

Faktem jest bowiem, że jeśli przyklei się do kogoś etykietka pesymisty to, jest już przegrany. Ja się akurat nie żalę, bo lepiej być znanym „niedźwiedziem” niż jednym z tłumu wielu optymistycznych analityków, ale czasem zastanawiam się nad brakiem obiektywizmu moich oponentów. Poza tym każdy lubi być kochany ;-). Oczywiście, że popełniam wiele błędów, jak każdy zresztą analityk. Wiem o tym i jestem w stosunku do rynku zawsze pełen pokory. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli na przykład inwestor ma zdecydowanie więcej niż 50 procent trafnych decyzji i przestrzega założeń systemu inwestycyjnego to odnosi sukcesy. Nieskromnie twierdzę, że moje opinie sprawdzają się zdecydowanie częściej niż takiego właśnie „tradera”.

Wystarczyło jednak, że za wcześnie przewidywałem koniec hossy XX wieku, czy zbyt duży zakres (nie tak znowu bardzo odległy od realiów) spadków w 2002 roku, żeby moja pozycja została ugruntowana. I nic nie pomaga cierpliwe tłumaczenie, że analityka trzeba czytać dzień po dniu, bo naprawdę analityk/inwestor musi być bardzo elastyczny. Nawiasem mówiąc, w książce „Ślepy traf” Nicholasa Taleba Nassima (polecam) autor przytacza anegdotę (czyli zdarzenie prawdziwe, choć śmieszne) dotyczącą George’a Sorosa. Podobno pewnego dnia spierał się on z autorem przez długi czas na temat jakiegoś rynku i twierdził, że będzie on spadał. Okazało się, że wręcz przeciwnie zaczął szybko rosnąć. Kiedy Nassim spotkał się kilka dni później z Sorosem to bał się go spytać jakie straty wtedy poniósł, bo musiały to być straty idące w dziesiątki milionów. Soros jednak sam zaczął z entuzjazmem opowiadać jak to zaatakowali wtedy rynek i jak dużo zarobili. Trochę ogłupiały autor zapytał: jak to, przecież mówiłeś, że rynek będzie spadał! Na co Soros: ale zmieniłem zdanie ;-). Podobno George Soros jest bardzo znany ze swojej elastyczności i zapewne dlatego też odnosi sukcesy.

Jeśli zaś chodzi o moją „niedźwiedziość” to chyba mało kto pamięta, że wbrew poglądom większości analityków mówiłem w szczycie bessy w 2002 roku o hossie związanej z wejściem Polski do UE, że po „zwale” w maju zeszłego roku byłem optymistą i najlepiej typowałem w drugiej połowie 2006 roku Wigometr (indeks rosły), że już w połowie zeszłego roku mówiłem, iż cen mieszkań w tym roku wyhamują albo nawet zaczną spadać itd. itp. Nie żalę się i nie chwalę, ale pokazuję pewien obowiązujący trend, kanał wyżłobiony w pamięci wielu inwestorów.

Teraz też od wielu miesięcy piszę, że akcje są przewartościowane, co nie znaczy, że nie mogą rosnąć. A że są przewartościowane to przecież truizm. Spadek kursu akcji BRE czy BZ WBK nawet o 50 procent nadal nie powodowałby, że byłyby niezwykle tanie - wtedy wskaźnik C/Z spadłby do 15, a C/Wk do nieco więcej niż 2,5. Byłyby to ceny uzasadnione fundamentalnie. Na osobne potraktowanie zasługuje sektor budowlany. W ostatnim kwartale przychody spółek wzrosły o 45 procent, ale zysk operacyjny spadł 50 procent, a wyceny są wręcz szaleńcze. O wycenach nie ma nawet co mówić. Są po prostu obłędne - nikogo nie szokuje C/Z w większe od 50 (3 razy za dużo).

W USA też tanio nie jest, mimo że twierdzi się inaczej porównując obecne wyceny do tych z końca hossy XX wieku, kiedy to C/Z dla firm z indeksu S&P 500 sięgał 33. Teraz jest około 18, czyli nadal 20 do 50 procent za wysoko, ale to nie wszystko. Wskaźnik C/Z liczy się teraz bardzo sprytnie. Już prawie nigdzie nie znajdzie się tak liczonego jak się powinno liczyć, czyli tzw. „trailing P/E” (za ostatnie 12 miesięcy). Bardzo często podaje się (wcale o tym nie wspominając) tzw. „estimated P/E”, czyli wskaźnik cena na zysk prognozowany w ciągu następnych 12 miesięcy. Spotyka się też „rolling P/E” czyli wskaźnik, który liczony jest na podstawie wyników za ostatnie dwa kwartały i prognoz za następne dwa (tak podaje giełda NASDAQ). A przecież wiadomo jak to jest z prognozami… Giełdy jednak zawsze w hossie prowadzą indeksy do poziomów całkowicie irracjonalnych i tylko od okoliczności zależy, kiedy ta irracjonalność zostanie dostrzeżona.

Jeśli zaś chodzi o ocenę tego, co dzieje się w sferze gospodarczej to nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej intrygujące wydaje mi się wyszukiwanie problemów niż dołączanie do tłumu optymistów. Zawsze byłem indywidualistą i często szedłem pod prąd. Odwołam się i w tej sprawie do książki. Jakieś 40 lat temu czytałem „Układ” Elii Kazana (film to zupełnie nie ta klasa…) i wywarł on na mnie niezwykłe wprost wrażenie (mimo że to książka raczej dla mężczyzn dojrzałych, a nie dla maturzystów ;-). Każdy mężczyzna powinien ją przeczytać - jest nadal aktualna. Nie będę tutaj jednak pisał o przemowie głównego bohatera do pewnego szczegółu męskiej anatomii (fascynujące, a jakże prawdziwe!), a o bohaterce. Otóż firma zatrudniła Gwen Hunt po to, żeby szukała dziur, nieprawidłowości i wszystko, co się da krytykowała. Taki nietypowy audyt firmy. Ja czasem spełniam, a przynajmniej wydaje mi się, że spełniam podobną rolę, kiedy szukam dziury (czasem) w całym. Ale staram się to robić logicznie i nigdy wbrew swoim poglądom. Mam nadzieję, że z czasem Czytelnicy mnie za to docenią. A jeśli nie? No, cóż… takie jest życie „niedźwiedzia” :-(.