Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: maj 2007

2007-05-29 14:58

Gorąca wiosna na rynku pracy

Obecne strajki to temat bardzo kontrowersyjny i jak myślę prowokujący do komentarzy. Jeśli się o tym pisze to nie da się tego robić bez zahaczania o politykę. Premier Jarosław Kaczyński twierdzi wręcz, że strajki są akcją polityczną wymierzoną w jego rząd, ale uważam, że nie ma racji. Ja sam już od wielu miesięcy mówiłem i pisałem, że czeka nas gorąca wiosna.Nie trzeba było geniusza, żeby przewidzieć to, co się musiało wydarzyć, jeśli uprawiało się swoistą propagandę sukcesu. Media, ekonomiści i politycy od wielu miesięcy zachwycają się stanem naszej gospodarki. Polacy są bombardowani informacjami o siedmioprocentowym wzroście PKB, kilkunastoprocentowym wzroście sprzedaży detalicznej i co najważniejsze o dużym wzroście płac. Słyszą też, że miesiąc po miesiącu płaca średnia rośnie o 8 czy 9 procent. Wielu Polaków wyobraża sobie, że rosną one w tym tempie z miesiąca na miesiąc (oczywiście wzrosty odnoszą się do okresu sprzed roku) co musi wywoływać co najmniej niepokój, jeśli nie gniew, bo przecież olbrzymia większość zatrudnionych więcej nie zarabia. Podejrzewam również, że sytuację pogorszyła wicepremier Zyta Gilowska wyciągając jak królika z kapelusza miliard złotych na stadion narodowy. Nic dziwnego, że wielu Polaków zadaje sobie pytanie: skoro tak łatwo można znaleźć w budżecie pieniądze na stadiom to dlaczego nie ma ich na wynagrodzenia nauczycieli czy lekarzy?

Geneza strajków jest więc całkowicie jasna i nie ma w niej niczego tajemniczego. Problem tylko, jak z tego wybrnąć, bo obawiam się, że jest to tylko początek większego procesu. Oczywiste jest, że wiele grup zawodowych zarabia skandalicznie mało. Równie oczywiste jest, że nie jest to wina tego akurat rządu. Pamiętam bardzo dawne czasy, kiedy byłem uczniem liceum (jakieś 40 lat temu) i zastanawiałem się z kolegami nad wyborem uczelni. Już wtedy wszyscy mówili, że jeśli nauczyciel będzie tak mało zarabiał (a zróżnicowanie płacowe było przecież wtedy nieporównanie mniejsze) to do kształcących nauczycieli szkół wyższych pójdą najmniej zdolni uczniowie. Sytuacja lekarzy była lepsza, ale tylko dlatego, że reszta Polaków też zarabiała niewiele. Po zmianie systemu w 1989 roku wszystko pozostało po staremu - nauczyciele nadal zarabiali grosze, a lekarze i personel ochrony zdrowia tracili dystans w stosunku do Polaków zatrudnionych w sektorze prywatnym.

Tyle tylko, że ci drudzy mieli o dużo możliwości „dorobienia do pensji”. Część personelu medycznego rzeczywiście traktowana była jak kelnerzy - dostawali dodatkowe pieniądze od wdzięcznych pacjentów, co stało się w zasadzie obowiązującym zwyczajem. Nawiasem mówiąc wydaje się, że w tej konkretnej sytuacji oskarżanie lekarzy przyjmujących „dowody wdzięczności” (nie tych, którzy żądali pieniędzy za korzystnie z publicznej służby zdrowia) o łapówkarstwo jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Dlaczego nie można na przykład ogłosić abolicji (równolegle z reformą służby zdrowia) i dopiero po przeprowadzeniu reformy zacząć ścigać za ściśle zdefiniowane przestępstwa? Jeśli zaś chodzi o samą reformę to nie jest prawdą, że tylko prywatyzacja uzdrowi cały system. Pojawią się inne patologie. Dzisiaj na przykład wicepremier Roman Giertych stwierdził, że 98 procent dzieci ma próchnicę. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale jeśli tak jest to czy przypadkiem nie jest to wynik praktycznie sprywatyzowanej opieki stomatologicznej? Poza tym czy sprywatyzowane szpitale nie będą starały się wykonywać najdroższych zabiegów/operacji po to, żeby mieć jak najwyższy zysk? Nie przypuszczam, żeby w Polsce powstał system taki jak w USA, gdzie około 40 procent ludności nie ma ubezpieczenia, ale dlaczego nie pomyśleć o modelu szwedzkim czy francuskim? Wszystko tylko nie to, co mamy teraz. Nie jestem specjalistą od reformy służby zdrowia, więc proszę te uwagi potraktować tak, jak na to zasługują - jako opinie laika.

Chciałby w tym wpisie zwrócić uwagę na pewnego rodzaju diabelską alternatywę, przed którą stoi rząd i sejm. Jeśli płace lekarzy i nauczycieli wzrosną to z cała pewnością ruszą za nimi inne grupy z tzw. „budżetówki”. Myślę też, że poza „budżetówką”, tam gdzie istnieją związki zawodowe, też niedługo rozpoczną się protesty. Wynika z tego, że jeśli rząd ulegnie to dopiero wtedy rozpruje się worek z kolejnymi protestami, a to wcześniej czy później doprowadzi do nowelizacji budżetu (nie radziłbym sugerować się jego doskonałym stanem po pierwszym kwartale) i znacznego osłabienia złotego. Nie jest prawdą, co twierdzi na przykład Roman Giertych, że w demokratycznym państwie nie można sobie wyobrazić nowelizacji budżetu. Nowelizacja ma tylko tyle wspólnego z demokracją, że oba te słowa kończą się na „cja” ;-). Niewykluczone, że majowe osłabienie złotego po części już jest wynikiem strajków. Po części, bo złoty tracił przede wszystkim dlatego, że spadał kurs EUR/USD.

Jeśli rząd będzie bardzo twardy to wcale nie znaczy, że protesty wygasną. Zmniejszy się za to poparcie dla rządzącej koalicji, a to politykom nie będzie się podobało. Jestem bardzo ciekaw, jak to się skończy, bo każde rozwiązanie będzie złe. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie pójście na ustępstwa z obu stron, ale to tylko problem odwlecze w czasie. Jeśli wzrost gospodarczy będzie się utrzymywał to temat powróci z większą siłą w przyszłym roku, a jeśli (czego się poważnie obawiam) w 2008 roku będzie szybko rosła inflacja to presja płacowa się znacznie zwiększy. Wzrost presji płacowej będzie stymulował wzrost inflacji, a to z kolei zmusi Radę Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp, co zdusi rozwój gospodarczy i zmniejszy zyski przedsiębiorstw. Zmniejszy też wpływy do budżetu, a to zmusi rząd do zwiększenia deficytu budżetowego.

Nie wiem, jakie rozwianie wybiorą rządzący, ale wiem jedno - nadszedł dzień zapłaty. Od wielu lat płace rosły bardzo powoli, a zyski firm bardzo szybko. W dużej części dzięki niskim płacom. Pracobiorcy, za wyjątkiem górników, nie mieli środków nacisku, bo bezrobocie było ogromne, a związki zawodowe słabe. Teraz, kiedy jesteśmy w Unii Europejskiej (dzięki czemu możemy pracować w wielu krajach) i gospodarka się rozwija, a do tego czeka nas EURO 2012 Polacy mogą zacząć żądać wyższych płac i coraz częściej będą je dostawali. Zyski przedsiębiorstw spadną, bo wątpię, żeby dało się zastąpić Polaków Ukraińcami czy Chińczykami (zresztą jest to pomysł bardzo ryzykowny). Taki, bolesny dla budżetu i przedsiębiorstw, proces dostosowawczy jest według mnie nie do uniknięcia i zamiast srożyć się i mówić o akcjach politycznych trzeba myśleć (trzeba było to robić już rok temu) jak problem rozwiązać.


2007-05-23 15:36

Chiński dylemat

W zeszłym tygodniu (wtorek i środa) USA i Chiny prowadziły rozmowy na temat stosunków bilateralnych. Amerykanie jak zwykle usiłowali wymusić decyzje o szybkiej aprecjacji chińskiego juana. Ekonomiści wierzą, że wyraźnie mocniejszy juan doprowadzi do zmniejszenia chińskiego eksportu do USA, co pozwoli na ograniczenie deficytu w amerykańskim handlu zagranicznym. Od lipca 2005 roku, kiedy to podjęto decyzję o zerwaniu ze sztywnym powiązaniem juana z dolarem, chińska waluta wzmocniła się o 5,7 procenta, ale to dla Amerykanów stanowczo za wolno, a Pekin najwyraźniej nie zamierza ulegać. Owszem, w zeszłym tygodniu zwiększył dopuszczalne pasmo wahań juana z 0,3 do 0,5 procenta, ale nie o to chodziło Waszyngtonowi.

Nawiasem mówiąc wyraźne wzmocnienie juana (dwucyfrowe) wcale nie musi pomóc amerykańskiemu bilansowi handlu zagranicznego. Noblista Joseph E. Stiglitz twierdzi, że produkcja tanich artykułów zostanie przesunięta na przykład do Bangladeszu albo do innych krajów z jeszcze niższym kosztem siły roboczej niż w Chinach. To jedno zagrożenie, ale jest i drugie. Po wyraźnej aprecjacji juana ceny importowanych do USA towarów wzrosłyby, ale obawiam się, że byłyby nadal bardzo konkurencyjne, a to doprowadziłoby do wzrostu amerykańskiej inflacji. Poza tym, co podkreśla również Stiglitz, Chiny mogłyby przestać kupować amerykańskie obligacje, a to nie tylko osłabiłoby dolara, ale i zmusiło FOMC do podniesienia stóp w celu przyciągnięcia kapitału koniecznego do pokrycia amerykańskich deficytów. Ciekaw jestem co powie jutro (wygłosi przemówienie na temat stosunków USA -Chiny) Wu Yi, wicepremier Chin i główny negocjator w trwających jeszcze rozmowach. Zakładam, że do rewolucyjnych ustaleń nie dojdzie.

Ostatnie decyzje Chin i te właśnie rozmowy przyniosły już jednak pierwsze wyniki. I to chyba niezbyt oczekiwane. We wtorek o 7 procent spadł w Szanghaju indeks akcji typu B, a w środę wyprzedaż była kontynuowana (5 procent). Indeks Szanghaj - Szenzen (akcje typu A) nadal jednak rósł. Wszyscy szukali wytłumaczenia dla tak dziwnego zachowania tych giełd i prawdę mówiąc trudno je znaleźć. Wdzięczny będę za sugestie. Ja znalazłem tylko jeden powód (pretekst?). Akcje typu B są wyceniane w walutach obcych. Jeśli inwestują tam chińskie firmy to mogły obawiać się, że rozmowy USA -Chiny doprowadzą do szybszego wzmocnienia juana, a wtedy ich inwestycje walutowe traciłyby na juanowej wartości. Co prawda juan wzmocnił się w czasie ostatnich 4 tygodni tylko o jeden procent, ale dla przegrzanego rynku każdy pretekst jest dobry, żeby ruszyć do wyjścia. Nie można jednak wykluczyć, że chińskie firmy wychodzą z walutowych inwestycji i kupują akcje typu A, dzięki czemu nadal rośnie Szanghaj Composite (indeks Szanghaj - Szenzen).   

Nawiasem mówiąc ciekawe, jaki będzie wpływ pęknięcia spekulacyjnej bańki w Chinach na globalny rynek finansowy. Jasne jest, że takie bańki zawsze z hukiem pękają, tylko nikt nie wie kiedy. Przez półtora roku indeks Szanghaj Composite wzrósł o ponad 230 procent, a od ostatniego mini-krachu (27.02) o ponad 50 procent. Pełne szaleństwo. Już w tej chwili na giełdach Szanghaj - Shenzhen obraca się dziennie ponad 40 mld USD, a kapitalizacja bliska jest 2000 mld USD (o 20% więcej niż w Hong Kongu). Zagranicy tam zapewne dużo już nie ma, bo fundusze dobrze wiedzą, czym to się skończy, ale Chińczycy będą w końcu płakali. Mam wrażenie déjà vu -  przypomina mi się to, co działo się w Polsce w latach 1993 - 1994. Wszyscy pamiętamy, a jeśli nie to wystarczy spojrzeć na wykres, czym to się wtedy skończyło.

Czy pęknięcie tej chińskiej bańki będzie miało wpływ na globalne rynki? Załamanie popytu wewnętrznego w Chinach na skutek spadku zasobów powinno szkodzić, bo przecież wszyscy liczą, że ten popyt będzie rósł pomagając we wzroście gospodarczym. Poza tym jest jeszcze wpływ psychologiczny. Inne rynki globalne też są w fazie euforycznych zwyżek, więc załamanie indeksów w Chinach może być sygnałem do realizacji zysków. Może, ale wcale nie musi, bo przecież wszyscy zarządzający dużych funduszy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że taka euforia musi zostać ukarana (poważne fundusze mówią o 30 - procentowej przecenie). Z tego wniosek, że dawno ich już w Chinach nie ma. Może się więc okazać, że z rynkiem chińskim stanie się to, co z japońskim w 1990 roku - bańka spekulacyjna pękła, a indeks Nikkei spadał przez 13 lat (oczywiście z korekcyjnymi wzrostami), co nie zaszkodziło globalnej hossie. Prawdopodobnie taki sam los spotka również giełdę chińską, ale sam moment pęknięcia tego spekulacyjnego bąbla może wywołać chwilowe, gwałtowne zawirowania na rynkach finansowych całego świata.


2007-05-16 12:30

Fundusze hedżingowe tykającą bombą zegarową?

Przemysł funduszy hedżingowym rozwija się coraz szybciej. Nawet w Polsce są już chyba trzy takie fundusze. W zeszłym roku (a może dwa lata temu?) profesor Krzysztof Jajuga z Wrocławia podczas organizowanego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych corocznej konferencji „Wall Street” powiedział, że na rynkach panuje taka atmosfera, że jeśli komuś powinie się noga na realnej Wall Street to odchodzi i zakłada fundusz hedżingowy. Jest w tym stwierdzeniu sporo złośliwości i przesady, ale faktem jest, że ilość tego typu funduszy lawinowo rośnie. W końcu XX wieku szacowano, że zarządzają one 100 mld USD, a teraz szacuje się, że jest to już 1.400 mld USD. W tym wpisie nie chodzi oczywiście o to, żeby napisać naukowy (lub „naukawy” ;-) artykuł, ale o zwrócenie uwagi na kilka problemów i być może wywołanie dyskusji.

Fundusze hedżingowe są nieocenione wtedy, kiedy na jakimś rynku rozpoczyna się bessa, bo przecież operują one również krótką sprzedażą, dzięki czemu mogą zarabiać na spadkach. O tym koniecznie trzeba pamiętać, bo przecież kiedyś bessa się rozpocznie. Olbrzymie zyski (i równie olbrzymie straty, o czym mówi się zdecydowanie rzadziej) wypracowywane są w dużej mierze dzięki stosowaniu „lewarowania” (kredytowania) oraz grze na rynkach instrumentów pochodnych (różnego rodzaje kontraktów, opcji itp.). To wykorzystywanie „lewarowania” prowadzi do tego, że na rynku przewala się olbrzymia ilość pustego pieniądza. Na przykład na rynku walutowym za 10 tysięcy dolarów wpłaconego depozytu można kupić bądź sprzedać jeden milion dolarów. Jak widać ruch kursu w pożądanym przez nas kierunku o jeden procent pozwala zyskać sto procent, ale ruch w kierunku niepożądanym doprowadza gracza do bankructwa.

Zbankrutować może też fundusz tego typu, co zdarza się całkiem często. Niedawno doszło do bankructwa Amaranth Fund, działającego na rynku kontraktów na gaz. Zniknęło kilka miliardów dolarów. Najbardziej spektakularne było bankructwo (w 1998 roku) Long-Term Capital Management (LTCM). Był to fundusz, w którego zarządzie byli Myron Scholes i Robert C. Merton, którzy w 1997 roku dostali nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii. Jak widać nawet nobliści nie uchronili funduszu od bankructwa. Strata wyniosła tylko niecałe 5 mld USD, ale zatrząsł się wtedy cały rynek globalny. Gdyby nie naciski Fed na banki, które jakoś sprawę załatwiły to prawdopodobnie doszłoby już wtedy do krachu.

Zagrożeniem jest też to, że fundusze bardzo często stosują metodę automatycznego inwestowania. Opracowany przez naukowców i praktyków komputerowy program inwestycyjny sam podejmuje decyzje, wybiera rynki, ustawia zlecenia „stop loss” (zamknięcie pozycji, żeby nie ponieść zbyt dużej straty), czy „take profit” (mam już dosyć zysku i go realizuję). Nawisem mówiąc taki sposób inwestowania doprowadzić może analityków do niezłej schizofrenii. Wyobraźmy sobie wcale nie tak rzadką sytuację, kiedy to analityk uważa na przykład, że rynek będzie rósł, a program każe sprzedawać (lub odwrotnie). W przypadku wykorzystywania automatycznego inwestowania komputer ma zawsze rację - nawet jeśli jej nie ma.

Dzięki stosowaniu takich metod inwestycyjnych możliwe są niezwykle mocne i zupełnie nieusprawiedliwione fundamentalnie ruchy cen i indeksów. Przykładem może być zeszłoroczny wzrost ceny miedzi. W okresie marzec - maj jej cena wzrosła o 80 procent, a potem się gwałtownie załamała. Nawiasem mówiąc olbrzymie wzrosty cen surowców są właśnie wynikiem działania funduszy, a nie wolnej gry popytu konsumentów danego surowca i podaży po stronie jego producentów. W ostatnich pięciu latach popyt na miedź, czy ropę wzrósł jedynie o około 10 procent, a ceny wzrosły o 300 do 500 procent. Kierunek był właściwy, ale skala absolutnie nie.

Uważam, że niezwykle szybki rozwój tego typu funduszy jest właśnie tą tykająca bombą zegarowa, o której piszę w tytule. Dwa tygodnie temu przeleciało przez media ostrzeżenie, które w normalnych warunkach (nie wtedy, kiedy gracze lekceważą wszystkie złe informacje) mogło mieć potężny wpływ na zachowanie rynków finansowych. Analitycy Fed z Nowego Jorku w swoim raporcie stwierdzili, że funduszom hedżingowymi zagraża kryzys porównywalny do tego z 1998 roku, kiedy to upadek funduszu LTCM doprowadzi do zawirowań w globalnym systemie finansowym. Według Fed szybko rośnie korelacja zysków osiąganych przez różne fundusze, z czego należy wyciągnąć wniosek, że stosują one podobne strategie inwestycyjne koncentrując ryzyko w niewielu obszarach. W przypadku rozpoczęcia korekty na kilku rynkach cały ten segment może się w tym samym czasie załamać. W 1998 roku tak dużej korelacji nie było i dlatego też upadek LTCM nie był aż tak groźny.

Co może doprowadzić do takiej implozji? Można sobie na przykład wyobrazić (na razie takiego procesu nie widać), że spada kurs USD/JPY. Jen jest teraz głównym źródłem carry trade. Stopy procentowe w Japonii wynoszą 0,5 procenta, a jen jest słaby, więc kto może to zapożycza się w jenie i inwestuje na różnych rynkach (surowce, akcje, waluty…). Mała próbkę tego, co może się dziać na rynkach, gdyby jen zaczął się wzmacniać mieliśmy na przełomie lutego i marca. Wtedy to nie tylko spadek indeksu w Szanghaju oraz wypowiedzi Alana Greenspana, ale i umacniania się jena wywołało duże spadki cen akcji i surowców. Gołym okiem widać było, jak gracze wpatrują się w kurs USD/JPY- kiedy tylko zaczynał zniżkować to natychmiast taniały akcje i surowce.

Z ostrzeżenia Fed można wyciągnąć pewien wniosek. Skoro fundusze hedżingowe są nieocenione w czasach bessy, a groźne dla całego systemu jest to, że tak duża jest obecnie korelacja między nimi to trzeba szukać funduszu, który teraz zachowuje się bardzo słabo. Taki fundusz w czasach bessy ma szansę zachowywać się dużo lepiej niż jego mocno skorelowani konkurenci.


2007-05-08 14:52

EURO 2012 i euro – kontynuacja

Mam w tym tygodniu istne urwanie głowy, więc nie dam rady napisać o tym, o czym napisać należy - o zmianie charakteru rynków finansowych. W ramach pracy w Xelion odwiedzam kolejne nasze placówki z prezentacją, w której zajmuję się tą sprawą, ale już chyba najwyższy czas zamienić PowerPoint na Worda. Tyle, że nie w tej chwili. Może za tydzień lub dwa.

Wiem, że pisanie o EURO 2012 i euro może już być nudne, ale nie mogę się powstrzymać. W czasie weekendu przeczytałem ciekawy artykuł w „Dzienniku” („Zabraknie dróg na EURO 2012″), który sprowokował mnie do napisania tego bloga. Tak nawiasem mówiąc to niedawno w jednej ze znanych i poważanych gazet przeczytałem artykuł, który zdecydowanie powiela wszystkie tezy, które zawarłem we wpisie „EURO 2012 problemem dla budżetu (i nie tylko budżetu)?”. Plagiat to jednak raczej nie był, bo słownictwo było inne, ale ostrzegam, że jeśli to się powtórzy to napiszę o kogo chodzi ;-).

Ok., wróćmy do artykułu z „Dziennika”. Adam Woźniak, jego autor, pisze w nim, że „…wykonawcy dróg zaczynają domagać się 30-procentowych dopłat do kosztorysów inwestorskich”. Powodem jest znaczny wzrost cen materiałów budowlanych. Poza tym, „aby sprostać zamówieniom [drogowcy] powinni zainwestować w nowe maszyny co najmniej 6 mld złotych”. Autor twierdzi, że za przewidziane na budowę autostrad 27 mld złotych będzie można wybudować nie 960, a jedynie 670 kilometrów autostrad łączących 6 miast zgłoszonych przez Polskę do EURO 2012. Jeśli to jest prawda, a nie widziałem żadnej polemiki z tym artykułem, to problemy zaczynają się dużo wcześniej niż ich oczekiwałem. Można sobie wyobrazić, co będzie się działo w miarę zbliżania się do terminu oddania tych wszystkich autostrad i stadionów… Pieniędzy z całą pewnością będzie potrzeba dużo więcej niż to się nawet teraz szacuje. A zapłaci budżet.

Pojawia się też na horyzoncie nowy problem. Właściwie to jest nowy-stary problem, bo już wcześniej pisałem o tym, że EURO 2012 będzie sprzyjało stałemu umacnianiu się złotego. Oczywiście o ile nie będzie na świecie jakiejś zawieruchy, która wywoła gwałtowny spadek apetytu na ryzyko. Silny złoty ma wiele zalet, ale szkodzi nie tylko eksporterom. W latach 2007 - 2013 mamy z Unii otrzymać blisko 70 mld euro. Rok temu była to równowartość około 270 - 280 mld PLN - teraz tylko 250 - 260 mld, a w ciągu kolejnych lat może to być nawet mniej niż 220 mld. Można wiec powiedzieć, że w dwa trzy lata stracimy 50 - 60 mld złotych, czyli podwójny deficyt budżetowy. Wydawałoby się, że strata jest tylko papierowa, bo przecież w euro dostaniemy tyle, ile mieliśmy dostać, a tylko przeliczniki będzie inny. Nie jest to takie proste. Przyjmijmy, że koszt budowy autostrady miał wynieść 100 jednostek (w złotych), z czego UE miała dać 75. Jeśli trend się utrzyma to Unia dołoży w złotych (w euro oczywiście nic się nie zmieni) nie 75, a o 20 procent mniej, czyli 60 jednostek. Z tego wniosek, że strona polska będzie musiała sporo dopłacić albo komuś (ścianie wschodniej?) dopłaty unijne zabrać. Alternatywą jest kupowanie dosłownie wszystkiego (usługi, materiały) za euro, czyli korzystanie z zagranicznych firm i materiałów oraz ludzi. To oczywiście polskiej gospodarce nie pomoże. Czy ktoś o tym w ogóle myśli?

W swoim poprzedni wpisie na ten temat pisałem, że „może na przykład trzeba powołać interdyscyplinarny komitet, do którego weszliby fachowcy a nie politycy? Miałby on specjalne sejmowe plenipotencje i co prawda nie mógłby dublować rządu, ale koordynowałby wszelkie prace i składał raz w miesiącu sejmowi sprawozdania, które publikowane byłyby w mediach? Poddani takiej kontroli politycy i przedsiębiorcy z pewnością mieliby mniejszą skłonność do zawyżania kosztów i opóźniania prac.”. I co? Oczywiście powstało jakieś ciało, które ma wszystko koordynować, ale politycy garnęli się do niego jak pszczoły do miodu chcąc ugrać kilka punktów przed wyborami. Ostrzegam ich - to się nie uda, a udział w tym gremium przyniesie tylko straty. Dlaczego? Otóż dlatego, że problemy są dużo większe niż to się szanownym politykom wydawało (a może i nadal wydaje). Komitet zapewne będzie się kompromitował. Co na przykład zostało zrobione od czasu jego powołania? Jakie lekarstwo mają jego członkowie na te dwa problemy, które wyżej opisałem (nie wracam już nawet do tych poruszonych w wcześniejszym wpisie)? Ja nic nie słyszałem, ale może mi coś umknęło?

Pomysł interdyscyplinarnego komitetu nie wypalił, chociaż mam wrażenie z czasem jednak powstanie. Aby nie za późno. Mam jednak jeszcze jeden pomysł. Trochę dziwny jak na mnie, bo nigdy nie byłe zwolennikiem szybkiego przyjęcia euro. Tym razem jednak sytuacja jest naprawdę poważna. Bardzo szybkie przyjęcie euro, przy założeniu, że będzie się wcześniej prowadziło odpowiednią politykę kursową (przeciwdziałając spadkowi kursów walut), pozwoli uniknąć niemiłych konsekwencji wynikających z nadmiernego umocnienia złotego. W tym celu należałoby jednak zrezygnować z wielu prezentów dla elektoratu oraz dać sobie spokój z redukcją podatków i składki rentowej po to, żeby deficyt budżetowy utrzymać w ryzach. Wejście do strefy euro niesie ze sobą spore ryzyko, o którym już nieraz pisałem, ale czy tym razem gra nie jest warta świeczki?


2007-05-02 15:59

Książki, których nie radzę czytać

Dłuuugi weekend. Jak dla kogo. Ja w środę i piątek pracuję, ale jakoś nie mam ochoty na poważne dyskusje. Dzisiejszy wpis będzie więc krótki i być może (nie wiem jak się rozwinie to, co piszę) niezbyt poważny. A teraz zdradzę swoją małą tajemnicę. Bardzo lubię czytać i to jest moje prawdziwe hobby. To oczywiście nie jest żadna straszna tajemnica, ale ciekawe jest to, co czytam. Otóż wtedy, kiedy mam już dosyć niewątpliwie ciekawych, ale bardzo poważnych tygodników i książek zabieram się za prozę, którą chyba można nazwać „kobiecą” (mam nadzieję, że feministki mnie nie zaatakują za brak poprawności politycznej ;-). Nic tak nie odpręża jak spojrzenie na świat prezentowane przez inną płeć i do tego prezentowane z humorem, a czytane na warmińskiej działce. Okazało się jednak, że czytając tego typu książki też można się nieźle „wkurzyć”.

Weźmy byka za rogi i przejdźmy do rzeczy. Kilka miesięcy temu przeczytałem bestseller „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weinberger. Mam niestety zasadę, że czytam książki do końca nawet, jeśli mi się nie podobają. Ta doprowadzała mnie do furii. I to nawet nie dlatego, że jeśli wycisnęło się wodę to zostawało kilkanaście stron treści. Problemem dla mnie było to, że bez przerwy wymieniane były marki wszelkiego rodzaju ubiorów. Może tak trzeba było pisać w tej książce, która poświęcona jest przecież światowi mody, ale ja jednak miałem wrażenie, że czytam coś, co jest jedną wielką reklamą przerywaną niezbyt istotną treścią. Ok, powiedziałem sobie, zdarzają się widać i takie dziwne przypadki i wyzłościłem się jedynie na łonie rodziny.

Jednak w tym tygodniu przeczytałem kolejną „lekką, kobiecą” książkę. To „Faceci, których nie poślubiłam” J. Kaplan, L. Schnurnberger. Załamałem się. Jeśli w pierwszej reklamowano w zasadzie produkty świata mody to w tej bohaterka nie może kupić papieru toaletowego, czy pasty do zębów, żeby nie podać marki tego produktu. Dla tych, którzy tego nie czytali: nie przesadzam, rzeczywiście tak jest. Czy wyobrażacie sobie polskiego pisarza/pisarkę, która informowałaby widzów, jaki papier toaletowy kupuje??? Ja sobie nie wyobrażam, ale może mam za małą wyobraźnię… Na prawie 400 stronach tego „dzieła” wymienionych jest chyba około 1000 marek! Tego naprawdę nie daje się czytać. Nie daje się, ale w Merlin.pl, z którego usług niezwykle często korzystam, ta pozycja ma pięć gwiazdek…

Tego typu książki są dla mnie jedną wielką zagadką. Czytałem „No logo” Naomi Klein (wcześniej niż zostało wydane w Polsce) i zgadzam się z nią, że marki zdobywają świat, zagarniają przestrzeń publiczną i stają się ważniejsze od samego produktu, ale dlaczego włażą z butami do książek? Nie mogę się z tym pogodzić i nie bardzo rozumiem, co z tego ma zarówno czytelnik takiej twórczości jak i sam autor. Gdyby w tekście przewijało się jedynie kilka firm to potrafiłbym to zrozumieć - klasyczny „product placement”, za który autorowi się płaci. Ale jeśli tych marek są setki? Czyżby płaciło za to jakieś stowarzyszenie (jawne lub tajne)? Możecie mi Państwo to zjawisko wytłumaczyć?

I co z drugą stroną, z czytelnikiem? Rozumiem, że taki sposób pisanie odwołuje się do kobiet, czyli, że panie (w USA, czy wszędzie w naszej konsumpcyjnej cywilizacji?) bardzo lubią przeczytać co parę zdań nazwę znanej marki. Bardzo byłbym wdzięczny, gdyby jakaś Czytelniczka wytłumaczyła mi, na czym ten fenomen polega. Czy rzeczywiście marka papieru toaletowego ma tak wielkie znaczenie dla treści? Pewnie ma, bo inaczej takie książki nie byłyby pisane. Ja jednak jestem konserwatywnym czytelnikiem i nie trawię takich bloków reklamowych. Następnym razem nie zdobędę się chyba na zakup lekkiej, „kobiecej” książki. Po co mam się denerwować?