Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: kwiecień 2007

2007-04-24 14:04

Czy za bilety na EURO 2012 zapłacimy w euro?

Nawet przez chwilę nie pomyślałbym nad tekstem tego wpisu, gdyby nie wypowiedzi ministerstwa finansów, które twierdzi, że w 2012 roku możliwe jest zrezygnowanie ze złotego i przyjęcie euro. Co prawda minister Zyta Gilowska zastrzega, że chodzi o techniczną, a nie polityczną gotowość, ale ja mam duże wątpliwości. O politycznej stronie zagadnienia nie będę pisał, bo to może się zmienić po wyborach w 2009 roku. Za dwa lata, bo najprawdopodobniej wcześniejszych wyborów nie będzie. Zbyt wielu ludzie straciłoby na zmianie warty, gdyby obecna koalicja straciła władzę. Nawiasem mówiąc niezwykle łatwo mówi się o możliwości wejścia do strefy euro w 2012 roku, kiedy to zapewne będzie rządziła zupełnie inna koalicja.

Wydaje mi się nieprawdopodobne, wręcz gotów jestem się założyć o własną pensję, żeby planowane wydatki budżetu na pokrycie kosztów przygotowań do EURO 2012 nie zostały znacznie przekroczone. Podobno Anglicy przebudowując stadion Wembley zakładali, że wydadzą pół miliarda funtów, a wydali miliard. Nie twierdzę, że również u nas realne koszty będą dwa razy większe od przyjętych w kosztorysie, ale uważam, że będą jednak w sposób istotny wyższe. Kto chociaż raz coś budował to wie, jak z czasem puchną koszty. A jednym z kryteriów dla przyjęcia euro jest deficyt budżetowy niższy niż 3 procent PKB. Pisałem ostatnio, że przedsiębiorcy z pewnością skorzystają z okazji, jaką stwarza konieczność zdążenia z inwestycjami na 2012 rok, więc ceny inwestycji będą wyższe od wstępnych założeń. To przyjmuję jako pewnik niewymagający dowodu. Trudno również nawet przez chwilę zakładać, że politycy zadecydują przed wyborami o ograniczeniu wydatków. Budżet zostanie wiec wzięty w dwa ognie - z jednej strony wyższe wydatki, a z drugiej mniejsze przychody. Trzeba być cudotwórcą, żeby w tej sytuacji doprowadzić do zmniejszenia deficytu.

Co w takim razie może budżet uratować? Bardzo silna, wręcz niezwykle silna gospodarka. Jednak w gospodarkach kapitalistycznych po fazie rozwoju zawsze nadchodzi stagnacja lub nawet recesja. Jeśli nie w tym roku to w przyszłym pojawić się ona powinna w USA, co uderzy w gospodarkę globalną. Polska oazą nie będzie, ale recesji też nie oczekuję. Wystarczy jednak, że wzrost będzie pięcioprocentowy i już pojawią się problemy z wykonaniem budżetu obciążonym dodatkowo przeróżnymi obietnicami polityków. A przecież przed wyborami tych prezentów z pewnością będzie więcej. Zgadzam się jednak, że to rzeczywiście jest słaby punkt w moim rozumowaniu. Skoro gospodarka tak bardzo nas zaskoczyła to wspomagana wydatkami na przygotowanie EURO 2012 może, wręcz powinna rozwijać się jeszcze szybciej. Trudno z tą tezą polemizować.

Załóżmy więc przez chwilę, że gospodarka będzie się w najbliższych 2 - 3 latach rozwijała niezwykle szybko (6 - 7 procent wzrostu PKB rocznie). Będą rosły płace i akcja kredytowa. Taki gorączkowy rozwój musi podnieść inflację, a za tym pójdą podwyżki stóp procentowych. Wcale się nie zdziwię, jeśli Rada Polityki Pieniężnej podniesie do 2009 roku stopy do poziomu 5,5 - 6 procent. To oczywiście będzie wzrost gospodarczy chłodziło. Czy to, mimo wydatków na infrastrukturę, nie obniży wzrostu gospodarczego, a tym samym i wpływów do budżetu w latach 2010 - 2011? Według mnie obniży, a to deficyt zwiększy.

Przyjmijmy jednak wersję optymistów. Cudotwórca zapanuje nad finansami, politycy nie ulegną chęci przypodobania się wyborcom, inflacja będzie rosła powoli, a PKB przez pięć lat będzie rósł po 7 procent rocznie. Wygląda to nieprawdopodobnie? Fakt, ale przyjmijmy założenie, że nieprawdopodobne stanie się możliwe. Gospodarka to, jak mówił John Kenneth Galbraith, jest „rozkudłane, czarne, kosmate monstrum”, więc trzeba założyć, że wszystko jest możliwe. Pozostaje jednak rynek walutowy. Nadzieje na bardzo szybki wzrost gospodarczy i olbrzymi napływ kapitałów będą przez te pięć lat wzmacniały złotego. Sprzyjać mu będzie również wzrost stóp procentowych. Złoty będzie zyskiwał oczywiście tylko wtedy, jeśli nie trafi się gospodarce światowej jakiś kataklizm. Po pierwsze jednak tego, czy i kiedy wystąpi przewidzieć się nie da, a po drugie gdyby wystąpił to ucierpiałby i to bardzo również nasza gospodarka, a co za tym idzie i budżet.

Wcale się nie zdziwię, jeśli przez pięć lat złoty nie umocni się do na przykład do poziomu zbliżonego do 3 złote za euro (o około 20 procent). Oczywiście w trakcie tego okresu będą się trafiały korekty, nawet kilkutygodniowe. Przypomnę, że tylko w ciągu ostatnich trzech lat nastąpiło właśnie takie wzmocnienie naszej waluty. Wchodzenie do strefy euro z parytetem sztucznie ustawionym przez jednorazowe wydarzenie, jakim jest EURO 2012 byłoby szaleństwem. Wszystkie kraje dążą do utrzymania względnej słabości swojej waluty po to, żeby zapewnić gospodarce większą konkurencyjność, a Polska miałaby wchodzić wtedy, kiedy waluta będzie najsilniejsza? Drogo zapłaciliby za to eksporterzy, a co za tym idzie i cała gospodarka i rynek pracy. Niewielką pociechą byłoby to, że kredytobiorcy walutowi bardzo by na tym zyskali, a import byłby znacznie tańszy.

Wniosek jest prosty. Jeśli chce się zrezygnować ze złotego na rzecz euro (pożytki z tej zamiany wcale nie są takie zupełnie jednoznaczne) to trzeba to zrobić teraz, natychmiast lub rok, dwa po EURO 2012. Negocjacje z Unią trwają zazwyczaj około 2 lat, więc musiałyby się rozpocząć już teraz, żeby euro zastąpiło złotego w 2009 roku. To oczywiście, z czysto politycznego powodu, nie jest możliwe. Taki proces mógłby się rozpocząć w 2010 roku (po wyborach), czyli, że euro przyjęlibyśmy właśnie w 2012 roku, czyli w najgorszym możliwym czasie. Wątpię, żeby nowa ekipa była tak nierozsądna. Z tego wynika, że nie ma żadnej szansy, żebyśmy za euro kupowali bilety na EURO 2012. W ministerstwie finansów pracują super-fachowcy. Po co tacy zawodowy rozbudzają oczekiwania, które nie mogą zostać spełnione? Nie wiem. Może po to, żeby powiedzieć nowej ekipie: my przecież chcieliśmy wprowadzić euro w 2012 roku - to wasza wina, że się nie udało.


2007-04-18 13:23

EURO 2012 problemem dla budżetu (i nie tylko budżetu)?

Widząc, co dzieje się (euforia) po decyzji UEFA, która przyznała Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy  w piłce nożne postanowiłem napisać kilka słów na ten temat. A teraz (dzień po decyzji) doszedłem do wniosku, że muszę ten wpis uzupełnić. Niezwykle denerwuje mnie bowiem hurraoptymizm i normalne dla naszych mediów (szczególnie dla telewizji) skupienie się tylko na tym wydarzeniu z lekceważeniem wszystkich innych, czasem bardzo ważnych, spraw. Na wstępie, i chciałbym, żeby ci wszyscy, którzy nazwą mnie malkontentem to pamiętali, chcę wyraźnie powiedzieć, że niewątpliwie taka decyzja oznacza olbrzymi wzrost inwestycji i ożywienie gospodarcze w latach poprzedzających EURO 2012. Mówi się o kwotach inwestycji zbliżonych do 40 mld euro. Jest też możliwość rozreklamowania Polski i zwiększenia (po 2012 roku) ruchu turystycznego. To rzeczywiście olbrzymia szansa dla naszego kraju. Możliwe, że z tego powodu wzrośnie PKB i zmniejszy się (chwilowo) bezrobocie, chociaż pożytki z tego wzrostu zapewne trafią do nielicznych Polaków. Jednak entuzjazm na 5 lat przed wydarzeniem jest zdecydowaną przesadą. Nie byłby sobą, gdybym nie dodał łyżki dziegciu do tej beczki miodu. Po prostu wystąpię w roli advocatus diaboli, co może zmusi entuzjastów do krytyki i zmieni moje stanowisko.

Trzeba pamiętać o tym, że organizacja tego typu wydarzenia to nie tylko przyszłe zyski, ale i poprzedzające je obowiązki i wydatki. Trzeba wybudować autostrady, boiska, hotele, zmodernizować lotniska, a tego nie da się zrobić bez udziału państwa. Inwestorzy zagraniczni i polscy z pewnością się dołożą, fundusze z UE pomogą, ale państwo musi jednak wyasygnować spore kwoty. Warto też zauważyć, że stadiony mogą się okazać chybioną inwestycją. W Portugalii też ich trochę przed mistrzostwami wybudowano, a teraz stoją puste. U nas na mecze przychodzi po kilka tysięcy osób. Jeśli odniesiemy sukces sportowy na EURO 2012 to będzie ich więcej, ale co się stanie z tymi stadionami (z kosztami ich utrzymania), jeśli będą stały puste? Może się wiec okazać, że były to wydatki chybione i w niczym społeczeństwu niepomagające.

Niewątpliwie zostaną hotele, lotniska, baza turystyczna i to jest olbrzymi plus. Jednak autostrady i tak mieliśmy budować. Gdyby nie EURO 2012 to pewnie budowalibyśmy nieco dłużej (pewnie 2 - 3 lata dłużej). Tyle tylko, że ustalona data daje olbrzymią premię wykonawcom (a propos - skąd pewność, że wygrają polskie spółki budowlane?) i posiadaczom ziemi, która musi zostać wykupiona. Zarówno właściciele ziemi jak i wykonawcy wszelkich prac budowlano - inwestycyjnych wiedzą, że jeśli będą przewlekali procesy przygotowawcze (zresztą już sam rząd może zwlekać z podjęciem decyzji) to postawią rząd pod ścianą. Tak było w Portugalii. Tam UEFA musiała (z powodu opóźnień w przygotowaniach) zagrozić odebraniem mistrzostw, żeby wszystko ruszyło z kopyta. Oczywiście dzięki pieniądzom z budżetu, co nie przyśpieszyło, a nawet pewnie przyczyniło się do spowolnienia wzrostu gospodarczego w tym kraju. U nas też państwo postawione pod ścianą będzie płaciło więcej, niż gdyby EURO 2012 nie było. Inaczej mówiąc będziemy mieli lotniska i autostrady, ale dużo droższe niż, gdyby mistrzostw nam nie przyznano.

Warto też wspomnieć o rynku nieruchomości. Tutaj opinie ekspertów są bardzo zróżnicowane. Są tacy, którzy twierdzą, że ceny mieszkań z tego powodu nie wzrosną lub wzrosną nieznacznie i ja się raczej skłaniam do poparcia tej tezy. Jednak nie ulega wątpliwości, że wzrosną ceny materiałów budowlanych i płace w tym sektorze. Wzrosną więc koszty deweloperów. Pytanie tylko czy przerzucą je na klientów. Zakładam, że w nieznacznym stopniu, bo marże są olbrzymie, a ceny mieszkań wyśrubowane. Jeśli chcą sprzedawać w warunkach wzrostu ceny kredytów to muszą zrezygnować z części zysku. Może się więc okazać, że deweloperzy na EURO 2012 stracą.

Oczywiste jest, że budżet będzie musiał się dołożyć do tych wydatków, a już przecież planowane jest jego znaczne uszczuplenie (zmniejszenie podatków, klina podatkowego, polityka prorodzinna itp.). Ciekawe, czy ktoś to w ogóle policzył. Jak znam życie to nie i teraz dopiero zacznie się skrobanie po głowie. I dodatkowa wątpliwość - czy uda się zapanować nad deficytem budżetowym tak, żeby umożliwić Polsce wejście do strefy euro? Jak może wyglądać pozyskiwanie pieniędzy na przygotowania do mistrzostw pokazała pani wicepremier Zyta Gilowska swoim, ośmielę się powiedzieć, że nierozważnym, wystąpieniem. W oka mgnieniu znalazł się jeden miliard złotych na stadion. Dla służby zdrowia, nauczycieli itp. ich nie ma, a tu proszę - jest! Wystarczyła chęć pani premier do pojawienie się przed kamerami w celu zdobycia paru punktów poparcia. Bez złudzeń - jeśli prace inwestycyjne będą się przedłużały to państwo nie będzie mogło przecież dopuścić do kompromitacji. Pieniądze się znajdą, ale nie da się przelać z pustego w próżne. Wszyscy za to zapłacimy. Jeśli entuzjaści mistrzostw są w większości i są świadomi tego zagrożenia to w porządku. Gorzej, gdyby go nie mieli, a obawiam się, że tak właśnie jest.

Poza tym to dodatkowe obciążenie może znacznie obniżyć chęć do redukcji podatków. Niewykluczone, że zmniejszy też nieco chęć do obdarowywania elektoratu różnego rodzaju mniej czy bardziej uzasadnionymi podarkami. Na to bym jednak zbytnio nie liczył. Przecież przez najbliższe 1,5 roku prowadzone będą jedynie prace przygotowawcze do EURO 2012. Nie trzeba będzie na nie przeznaczyć zbyt dużo pieniędzy. Z tego wynika, że mój wpis pod tytułem „Rajskie perspektywy 2009 roku” staje się jeszcze bardziej aktualny. W tym właśnie roku zbiegną się wszystkie wydatki i cięcia, które obciążając budżet będą pomagały rządzącej koalicji przy wyborach, a ewentualne następcy będą musieli nie tylko działać w ramach tego nowego budżetu, ale również poszukać nowych pieniędzy na przygotowanie mistrzostw. Jeśli koniunktura gospodarcza choćby nieznacznie się pogorszy, a z tym się trzeba przecież liczyć, to nowy rząd będzie musiał w 2010 roku zakomunikować Polakom, że drogo za to wszystko zapłacą.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że od dzisiaj do EURO 2012 zmienią się przynajmniej dwie, jeśli nie trzy (jeśli będą wcześniejsze wybory) ekipy rządowe. Oczywiste jest, że jak zwykle, za wszystkie grzechy i niedociągnięcia ostatnia ekipa, ta, która będzie rządziła w 2012 roku, będzie winiła poprzednie, a sama spije śmietankę. Śmietankę, bo z całą pewnością uda się zorganizować mistrzostwa tylko koszt może być znacznie wyższy od oczekiwanego. Rządzący przed 2012 rokiem politycy doskonale będą sobie z tego zdawali sprawę i można obawiać się, że będą chcieli podstawić nogę tym ostatnim opóźniając przygotowania do EURO 2012.

Jaki będzie bilans tego, dzisiejszego wydarzenia? Z pewnością możne powiedzieć tylko jedno: kibice będą się bardzo cieszyli, a Polska będzie miała promocję. Traktuję ten wpis jako ostrzeżenie dla rządzących i pozycji. Trzeba kontrolować wydatki i budżet oraz prace przygotowawcze, żeby za dwa lata nie obudzić się z kacem po wielkiej fieście. Może na przykład trzeba powołać interdyscyplinarny komitet, do którego weszliby fachowcy a nie politycy? Miałby on specjalne sejmowe plenipotencje i co prawda nie mógłby dublować rządu, ale koordynowałby wszelkie prace i składał raz w miesiącu sejmowi sprawozdania, które publikowane byłyby w mediach? Poddani takiej kontroli politycy i przedsiębiorcy z pewnością mieliby mniejszą skłonność do zawyżania kosztów i opóźniania prac.


2007-04-16 12:20

Subiektywna ocena podatku liniowego

Teraz to mi się dopiero dostanie… Pytanie, po co sam kładę głowę pod gilotynę internetowej społeczności, ale taki już mam charakter - chociaż masochistą zdecydowanie nie jestem ;-). Zdaję sobie sprawę, że olbrzymia większość lepiej sytuowanych i wykształconych Polaków jest za wprowadzeniem podatku liniowego, a jego przeciwnicy (w tym ja) są gwałtownie krytykowani. Nie ulega wątpliwości, że podatek liniowy ma swoje plusy. To oczywiste. Mniejsze koszty ściągania, prostota, więcej pieniędzy w kieszeniach niektórych warstw społeczeństwa. Problem w tym, że ludzie mają zazwyczaj tendencję do patrzenia na jakieś zjawisko jedynie od jego strony widocznej, a nie zagłębiają się w szczegóły.

Podstawowe zalety podatku liniowego, które widoczne są na sztandarach walczących o takie rozwiązanie, to pobudzenie gospodarki i zmniejszenie szarej strefy. Dobrze, zacznijmy od szarej strefy. Rozumiem, że po zrezygnowaniu z podatku progresywnego znikną wszelkie ryczałty podatkowe i tym podobne uproszczone rozwiązania. Wniosek? Obecnie działający w szarej strefie przedsiębiorcy mogą, gdyby chcieli, płacić już teraz 19 procent podatku. Nic się dla nich nie zmieni, jeśli będzie to 18 czy nawet 15 procent. Ci, którzy się w tej chwili tak nie rozliczają będą musieli zacząć prowadzić jakąś księgowość (koszty), a podatek będzie z całą pewnością większy od obecnie płaconego ryczałtu. Dostaną po kieszeni, więc będą albo oszukiwali, albo zrezygnują z działalności gospodarczej i wejdą w szarą strefę. Uważam, że może się nawet okazać, że w wyniku wprowadzenia podatku liniowego szara strefa wzrośnie.

To może rzeczywiście nastąpi ożywienie gospodarki? Uważam, że to jest nieporozumienie. Zwolennicy podatku liniowego wprowadzają zamieszanie cytując w mediach wypowiedzi biznesmenów, którzy opowiadają, jaki to będzie pozytywny impuls dla całej gospodarki. Nie będzie, a właściwie będzie, ale przede wszystkim dla kieszeni biznesmena, a nie dla jego firmy. W dużym biznesie literalnie nic się nie zmieni. Rozwój gospodarki zależy od tego, co będą robiły podmioty gospodarcze, a te już mają podatek liniowy. Powszechny podatek liniowy PIT będzie dotyczył wyłącznie wszelkiego typu wynagrodzeń. Wynik będzie tylko taki, że szefowie firm z przyjemnością będą wypłacali sobie bardzo duże wynagrodzenia, dużo większe niż obecnie, bo nie będą powstrzymywani progresją podatkową. W firmach pieniędzy ubędzie, a to może zadziałać nawet anty-rozwojowo.

Można argumentować, że podatek liniowy zwiększy ilość pieniędzy w kieszeni podatników, które będą mogli zainwestować, albo przeznaczyć na konsumpcję poprawiając koniunkturę i przyczyniając się do rozwoju gospodarczego kraju. Problem w tym, że dziewięćdziesiąt procent konsumentów zyska bardzo niewiele, a ja uważam, że praktycznie nic. Trzeba przecież wyrównać jakoś ubytki w budżecie wynikające z wprowadzenia podatku liniowego podnosząc różne typy podatków pośrednich, a na tym oczywiście najbardziej stracą mniej zarabiający. Będzie im się wydawało, że nie płacą podatku lub płacą go mniej tylko z czasem zauważą, że coraz częściej brakuje im pieniędzy. Poza tym, gdzie łatwiej zmniejsza się wydatki niż w sferze świadczeń społecznych? Warto słuchać tego, co mówią zwolennicy podatku liniowego. Przed wyborami w 2005 roku były wiceminister finansów (obecnie PO) R.Zagórny pytany o koszty społeczne wprowadzenia tego rozwiązania powiedział, że oczywiście będą, bo nie da się nalać z pustego w próżne, ale trudny będzie tylko pierwszy rok. Potem, dzięki ożywieniu gospodarczemu wynikającemu z podatku liniowego, będą już same korzyści. Jak to czytać? Po prostu tak, że w pierwszym roku zapłacimy wszyscy za dopłatę do portfeli najlepiej zarabiających, a potem, jeśli sytuacja w gospodarce się poprawi to wszystkim się poprawi (ale śmietance bardziej), a jeśli się nie poprawi… Cóż tym gorzej dla społeczeństwa. Podatek już zostanie.  

Skutki społeczne będą fatalne. Już teraz w Polsce rozziew między zamożnymi a całą resztą jest olbrzymi. Wprowadzenie podatku liniowego zwiększy dysproporcje doprowadzając do jeszcze większych napięć społecznych. Górne kilka procent, które naprawdę zyska, nie pobudzi gospodarki za to zwiększy sprzedaż luksusowych sklepów i te z pewnością będą się cieszyły. Zwiększy się też import, bo bogatsi Polacy częściej korzystają z luksusowych dóbr produkowanych poza Polską. To teraz bardzo niemodne, jeśli ktoś troszczy się o uboższe warstwy społeczeństwa, ale narastanie nierówności zawsze w końcu wywołuje niepokoje społeczne, a to (również zawsze) uderza w finale również w bogatszych. Wprowadzeniem podatku liniowego znacznie przyśpieszymy ten proces. Nie będę przeprowadzał wyliczeń, ale zachęcam do eksperymentu i porównania realnej stopy podatkowej (z uwzględnieniem podatku VAT, akcyzy, cła - przy zakupach to płacimy, a wszystko idzie do budżetu) osoby zarabiającej 3.000 i 30.000 zł. miesięcznie (przed opodatkowaniem) przy założeniu, że na podstawowe potrzeby bogaty Polak wydaje jedynie klika razy więcej niż ten pierwszy (nie da się zjeść 10 obiadów), a zaoszczędzone pieniądze odkłada. Po wprowadzeniu podatku liniowego realna stopa podatkowa może być dla górnych kilku procent nawet mniejsza niż dla pozostałych 90+ proc.

I ostatni argument. Nawet wtedy, kiedy na świecie trwała stagnacja nikt w krajach rozwiniętych nie rozważał wprowadzenia podatku liniowego. Prezydent Bush zrobił wszystko, żeby pobudzić gospodarkę, ale jego program obniżki podatków nie zawiera pomysłu zniesienia progresywnego podatku dochodowego. Skoro odkryliśmy taką doskonałą metodę na pobudzenie gospodarki to dlaczego jedynie karły gospodarcze ją wprowadzają? A w tych małych krajach (Rosja to zupełnie inny casus - tam były trudności ze ściągnięciem jakiegokolwiek podatku) ludzie zadowoleni nie są (Słowacja)?. Jestem za obniżaniem podatków, ale takim, które nie uderzy w warstwy uboższe. Przy okazji: nie daniny czy haraczu jak to lubią media nazywać - po prostu podatków, których płacenie jest naszym obywatelskim obowiązkiem. Kiedy będzie możliwe obniżenie podatku dochodowego PIT? Nie tylko szybki rozwój gospodarczy to może urealnić. Zwróciłbym przede wszystkim uwagę na poszerzenie bazy podatkowej. Na ukrócenie szarej strefy (ale nie zmianą podatków - niestety, fiskus musi być po prostu silniejszy), która w Polsce jest olbrzymia. Miałem niedawno „przyjemność” wymieniania zużytego zamka w drzwiach. Żaden z punktów oferujących takie usługi nie chciał mi wystawić rachunku na robociznę. A to tylko jeden maleńki, mało istotny przykład…


2007-04-11 10:15

Nic nie jest w stanie przestraszyć giełdowych graczy

Indeksy giełdowe na całym świecie rosną, a inwestorzy zdają się nie widzieć żadnych zagrożeń. Wystarczył miesięczny, lepszy od prognoz, raport z rynku pracy w USA, żeby zapomniano to, co sygnalizowały poprzednio publikowane dane (szczególnie raporty instytutu ISM). Gospodarka USA zwalnia, inflacja rośnie, a rynek pracy jest w doskonałej formie, mimo że subindeksy rynku pracy sygnalizowały, że jest bardzo słaby. Jak w to wierzyć? I w co wierzyć? Jedno jest pewne: Fed nawet przez chwilę nie będzie rozważał obniżki stóp procentowych. Dobrze, jeśli nie będzie myślał o podwyżce.

Nie poprawiła się też sytuacja na rynku nieruchomości. Pojawia się coraz więcej sygnałów, mogących niepokoić bardziej fundamentalnie nastawionych inwestorów. D.R. Horton, największy deweloper w USA, poinformował, że w pierwszym kwartale zamówienia na nowe domy gwałtownie spadły (o 37 procent), a początek sprzedaży wiosennej też rozczarowuje. Nie ulega wątpliwości, że rynek nieruchomości nie sięgnął jeszcze dna, a wiadomo, że pogorszenie sytuacji na tym polu wpłynie na zmniejszenie skali wzrostu gospodarczego. W tym tygodniu Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzegł, że sytuacja na rynku ryzykownych kredytów hipotecznych jest gorsza niż oczekiwano i może się przełożyć na inne segmenty tego rynku.

Nie można również nie zauważyć, że pogarszają się nastroje Amerykanów. Indeks zaufania do gospodarki publikowany przez Investor’s Business Daily i TechnoMetrica Market Intelligence. Spadł on w kwietniu gwałtownie sygnalizując, że konsumenci boją się recesji. Potwierdził tę tezę sondaż Los Angeles Times. Sześćdziesiąt procent Amerykanów przewiduje, że w USA w ciągu następnych dwunastu miesięcy zagości recesja. Wśród nich jest 71 procent tych Amerykanów, którzy zarabiają mniej niż 40 tys. dolarów rocznie i około połowy tych zarabiających więcej niż 100 tys. Bloomberg przypomina, że takie nastroje pojawiły się w końcu 2000 roku – tuż przed recesją. Pogorszenie nastrojów i obawy o nadejście recesji są niebezpieczne, bo ludzie, którzy niepokoją się o przyszłość mniej wydają, a to przecież popyt wewnętrzny w 2/3 odpowiada za wzrost PKB w USA.

Nadal ciekawe rzeczy dzieją się na rynku walutowym. We wtorek wystarczyła zapowiedź, że USA złożą dwie skargi (w sprawie nie przestrzegania ochrony własności intelektualnej) przeciwko Chinom do Światowej Organizacji Handlu, a kurs EUR/USD natychmiast wrócił nad poziom 1,34 USD. W całym pierwszym kwartale chińska nadwyżka wzrosła do 46,4 mld USD i była dwa razy większa niż rok temu. Nic dziwnego, że Amerykanie stają się coraz bardziej nerwowi. W komentarzu z 30 marca („The Ghost of Reed Smoot”) Stephen S. Roach, analityk Morgan Stanley, ostrzega, że sytuacja staje się coraz poważniejsza. Porównuje ją z tą z 1930 roku, kiedy to ustawa Smoota-Hawleya mająca chronić gospodarkę USA w czasie recesji przez wprowadzenie zaporowych ceł bardzo pogłębiła i przedłużyła czas trwania Wielkiej Depresji. Teraz też, jak już pisałem, dwóch senatorów (demokrata Chuck Schumer I republikanin Lindsey Graham)  z dużym poparciem swoich kolegów chcą ograniczyć import z Chin.

Na razie wzrostem kursu EUR/USD nikt się nie martwi, bo w sytuacji kiedy gospodarka USA zwalnia słaby dolar zwiększa jej konkurencyjność i przeciwdziała recesji. Oczywiście to zadowolenie szybko by się zmieniło w przerażenie, gdyby ceny surowców (negatywnie skorelowane z dolarem) ruszyły szybko na północ lub gdyby zaczęły być sprzedawane nie tylko w dolarach, ale również w euro. A przecież rynek wyraźnie, chociaż powoli, idzie w tym kierunku. Jean-Claude Trichet, szef ECB, też się cieszy, bo mocne euro hamuje wzrost inflacji, co pozwala bankowi podejmować decyzje o niepodnoszeniu stóp procentowych. Tyle tylko, że szef ECB też zmarkotniałby, gdyby kurs EUR/USD rósł zbyt szybko, bo co prawda inflacja byłaby pod kontrolą, ale gospodarka szybko by zwolniła (spadałby jej konkurencyjność). Dziwić tylko może to, że mocne euro nie niepokoi inwestorów na giełdach europejskich. Przypominam sobie nie tak dawne czasy (rok 2004), kiedy to wzmacniające się euro na prawie rok zahamowało wzrost europejskich indeksów.

Jak rozwiązać tę zagadkę? Skąd te szampańskie nastroje przy tak dużych zagrożeniach? Mówi się, że w hossie kursy akcji wspinają się po ścianie strachu, ale ja nawet tego strachu nie widzę. Jedynym wyjaśnieniem jest ciągle olbrzymia ilość gotówki szukającej zysku. Konia z rzędem temu, który przewidzi, co i kiedy zepsuje giełdowym graczom nastroje. Większość (duża większość) mówi, że korekta rozpocznie się w maju, bo przecież pamiętamy, co stało się w zeszłym roku, a poza tym wiemy, że od lat kursuje powiedzenie „sprzedaj w maju i uciekaj” (sell in May and go away). Tyle tylko, że jeśli olbrzymia większość czeka na jakieś wydarzenie na rynku finansowym to najczęściej się myli. Z tego też wniosek, że korekta rozpocznie się wkrótce albo dopiero latem. Latem zazwyczaj dochodzi do tzw. „letniej hossy”, ale właśnie to „zazwyczaj” może być mylące. W końcu pierwszego półrocza zobaczymy, czy recesja pojawi się w USA i być może (gdyby prawdopodobieństwo wzrosło), wtedy właśnie dojdzie do spadku indeksów.


2007-04-02 14:52

Początek wojny handlowej USA –Chiny?

Zastanawiałem się, czy napisać o ciekawej dyskusji z udziałem Sławoja Żiżka (ostatnie wydanie „Europy”, dodatku do „Dziennika”) czy o zapowiedzi wojny handlowej między USA i Chinami. Wybrałem ten drugi, bardzo aktualny temat, ale z Żiżkiem przyjdzie się też niedługo zmierzyć, chociaż zapewne taki wpis wywoła gwałtowną polemikę. Ale ja lubię polemiki, więc kiedyś ją podejmę.

Popatrzmy więc na to, co stało się w piątek 30 marca. Administracja amerykańska obłożyła w tym dniu cłem import z Chin papieru powlekanego. Niby nic wielkiego, bo mówimy o niewielkiej części importu, w mało istotnym segmencie, ale USA zerwały z dwudziestoletnią polityką niestosowania ceł na subsydiowane towary z gospodarek “nierynkowych”. Otworzyły w ten sposób puszkę Pandory. Wszyscy zaczęli zastanawiać się, jakie artykuły będą następne na liście (produkty ze stali, tekstylia?). Jak zareagują Chiny? Czy zmniejszony eksport, czyli mniejszy wpływ dewiz do Chin nie ograniczy kupna amerykańskich obligacji, co osłabiłoby dolara? Jak mocno ucierpi gospodarka Chin, jeśli protekcjonistyczne decyzje ograniczą eksport kolejnych produktów? Dużo pytań i zagrożeń, a zapowiedź wojny handlowej między krajami będącymi silnikami gospodarki światowej jest bardzo niekorzystna dla całego świata. Nic dziwnego, że dolar osłabł do wszystkich walut.

W sobotę Chiny oświadczyły, że cła nałożone przez amerykańską administrację są „nie do zaakceptowania” i zapowiedziały, że zastrzegają sobie prawo do podjęcia „właściwej” akcji. Nie bardzo jednak wiadomo, co miałoby być tą „właściwą” akcją. Rynki finansowe, oprócz walutowego, na razie lekceważą to wydarzenie, a w poniedziałek indeks giełdowy w Szanghaju wzrósł o ponad dwa procent bijąc kolejny rekord wszech czasów. Uważam jednak, że rozwój sytuacji trzeba bardzo pilnie obserwować. Wydawałoby się, że wojna handlowa między krajami żyjącymi w tak doskonałej symbiozie jest niemożliwa, bo nikomu się nie opłaca, ale takie rozumowanie zakłada, że nie wtrącą się politycy. A oni się z pewnością wtrącą.

Chiny (z Japonią) za pieniądze z eksportu kupowały bardzo dużo obligacji amerykańskiego rządu w ten sposób pomagając dolarowi i finansując amerykańskie deficyty. Ponad 1/3 chińskiego eksportu idzie do USA, więc dobre stosunki są w interesie obydwu tych państw. Podtrzymywany w ten sposób dolar zwiększa konkurencyjność towarów chińskich na rynku amerykańskim, a administracja USA sprzedając obligacje zdobywa środki na finansowanie swojego budżetu. Problem w tym, że rośnie deficyt handlowy USA, a konkurencyjne towary chińskie wypychają ze Stanów produkcję i przyczyniają się do zmniejszenia ilości miejsc pracy. Amerykanie kupując towary chińskie zamiast amerykańskich nie pomagają też gospodarce USA, a to przecież popyt wewnętrzny odpowiada za 2/3 amerykańskiego PKB.

Już w zeszłym roku kongresmani amerykańscy zgłosili propozycję obłożenia chińskiego importu cłem w wysokości (o ile dobrze pamiętam) 25 procent. Alternatywą miała być rewaluacja chińskiego juana. Wtedy groźba podziałała i juan zaczął szybciej się wzmacniać. Problem jednak w tym, że w lipcu 2005, kiedy to Chiny zmieniły reżim walutowy, mówiono o niedoszacowaniu juana o 20 -25 procent, a tymczasem w ciągu 21 miesięcy wzmocnił się on jedynie o niecałe piąć procent. Chiny nie mogą sobie pozwolić na dużą rewaluację, bo zaszkodziłyby swojej gospodarce i zwiększyły i tak już olbrzymie napięcia społeczne.

Propozycja wprowadzenia cła była posunięciem przedwyborczym i nie weszła w fazę legislacyjną. Teraz, jak widać, pomysł wraca niejako tylnymi drzwiami. Wydaje się, że USA chcą zastawać metodę salami. Będą małymi krokami, po plasterku, wydzielali te segmenty importu, które uważają za groźna dla własnej gospodarki. W przyszłym roku odbędą się wybory prezydenckie, a Demokraci, mający większość w Kongresie, będą chcieli pokazać, że to oni (w domyśle również ich kandydat) dbają o miejsca pracy w USA. Z tego wynika, że na cle na papier się nie skończy.

Problem jednak w tym, że Chiny maja potężną broń (ponad 1000 mld USD rezerw) i duże możliwości wpływu na rynek obligacji. Obawiam się, że jeśli politycy pójdą w kierunku protekcjonizmu to zamiast poprawić bilans handlu zagranicznego jeszcze go pogorszą, bo mniejszy popyt na obligacje osłabi dolara, co przełoży się na wzrost cen ropy (surowce generalnie są ujemnie skorelowane z dolarem), a to podwyższy inflację w USA. Droższe, ale nie tak drogiej jak amerykańskie, towary chińskie też zwiększą inflację. Wprowadzenie ceł okazać się więc może sposobem na popełnienie swoistego seppuku. Wynikiem mogą być wyższe, a nie niższe stopy procentowe i recesja w gospodarce. Czy ten scenariusz zostanie zrealizowany, czy też przeważy rozsądek i politycy zejdą z tej prowadzącej do dużych problemów drogi? Konia z rzędem temu, kto na to pytanie trafnie odpowie.