Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: luty 2007

2007-02-28 11:23

Giełdowa przecena – szukanie winnych

We wtorek giełdami wstrząsnęła przecena, jakiej nie widziano (w USA) od września 2001 roku (atak na WTC). Oczywiście zaczęto szukać winnych. Tak naprawdę to ich nie było. Jeśli nawet byli to ci, którzy w początkach XX wieku zapewnili niezwykle niskie stopy procentowe pozwalające bez ryzyka, na kredyt inwestować na rynkach akcji, surowców, walutowym – wszędzie, gdzie można zarobić. Dzięki temu powstały liczne bańki spekulacyjne (jedna z większych na światowym rynku nieruchomości). Po czterech – pięciu latach hossy na rynku akcji indeksy doszły tak wysoko, że każdy mocniejszy impuls podażowy musiał doprowadzić do przeceny. Nie będę w blogu zajmował się tym, czy ta przecena zapowiada coś poważnego. Do tego celu służą moje komentarze publikowane codziennie na stronach Xelion i Stooq.pl. Tutaj opowiem o mechanizmie powstawania takich przecen.

Część analityków oświadczyła, że winny jest Alan Greenspan. Rzeczywiście, dzień wcześniej powiedział on coś, co mogło dziwić. Ostrzegł, że od ostatniej recesji minęło już sporo czasu, więc czas już na następną, której oznaki już widać i która pojawić się może w USA już w końcu tego roku. Były szef Fed zrezygnował ze swojego „greenspeaku”, czyli języka, którym się posługiwał, po to, żeby nie wyrazić jasno swojego poglądu. Uczestnicy rynku nieraz się głowili nad użytymi przez niego sformułowaniami. Kiedyś na stwierdzenie jednego z uczestników konferencji ze swoim udziałem, który powiedział, że rozumie jego wypowiedź odpowiedział „to musiał mnie pan źle zrozumieć”. Oczywiście ważny jest kontekst, ale było to dosyć zabawne wydarzenie. Teraz, kiedy nie jest już szefem Fed, może mówić jasno. Gdyby jednak te słowa padły w czasie jego urzędowania to z całą pewnością doprowadziłyby do przeceny akcji. Tym razem, według mnie, nie miały praktycznie żadnego znaczenia, a jeśli to jedynie pomocnicze. Po tej wypowiedzi, o której wszyscy wiedzieli, indeksy w Europie wzrosły, a w USA spadły o 0,1 procenta i to wcale nie dlatego, że coś powiedział były szef Fed.

Przecena rozpoczęła się dopiero następnego dnia. Gracze przestraszyli się mini - krachem w Szanghaju, gdzie indeks spadł o blisko 9 procent. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach nic takiego spadku nie zapowiadało, a dzień wcześniej został pobity rekord wszech czasów. Tak najczęściej, zupełnie nieoczekiwanie, rozpoczynają się duże przeceny. Zawsze jednak jest jakiś impuls, który taki proces uruchamia. Tutaj impulsem mogło być powołanie przez rząd Chin specjalnej grupy, która ma zwalczać przestępstwa kapitałowe. Władze Chin już od pewnego czasu ostrzegały, że spekulanci doprowadzają do powstania groźnej bańki spekulacyjnej. Co prawda w każdym kraju istnieje jakiś KNF, czy SEC (komisje papierów wartościowych i giełd), który dba o rynek, ale w Chinach doprowadziło to jednodniowej do paniki. Ale nawet wtedy japoński indeks Nikkei spadł tylko o 0,5 proc. niewiele sobie robiąc z Greenspana i chińskiego krachu.

Dopiero potem przecena rozpoczęła się w Eurolandzie i potem była kontynuowana w USA, a następnego dnia rano w Japonii i na innych rynkach azjatyckich (indeks w Szanghaju w tym czasie już rósł). Dlaczego do tego doszło? Można powiedzieć, że przecież chiński rynek akcji nie jest tak znowu bardzo istotny dla innych giełd, ale tu nie chodziło o jego wagę. Bańka spekulacyjna była od kilku lat nadmuchiwana niezwykle intensywnie, więc sygnał z Chin zmusił wszystkich do zastanowienia. W głowie każdego inwestora zrodziło się pytanie: czy za chwilę i na moim rynku nie wydarzy się coś podobnego? Na szukanie odpowiedzi nie było czasu, bo już inni zaczynali sprzedawać. W takich momentach przestaje działać analiza techniczna, dane makro i wyniki spółek. Liczy się tylko psychologia tłumu i strach. Gra na giełdzie to przecież jest zawsze walka chciwości ze strachem. We wtorek w USA też wygrał strach. Wyprzedaż rozpoczęła się od początku sesji i trwała do jej końca. Indeksy spadła powyżej 3 procent – najmocniej od uderzenia terrorystów na WTC we wrześniu 2001 roku. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja na rynkach Ameryki łacińskiej, gdzie argentyński indeks Merval, czy brazylijski Bovespa spadały chwilami po prawie 8 procent. Akcje stały się towarem niechcianym.

Taki to był mechanizm. Piszę to w trakcie środowej sesji, kiedy to w Eurolandzie widać już początki chęci do kupna akcji i wiem, że od tego momentu wchodzimy w sytuację, w której zmienność rynków będzie olbrzymia, a nastroje będą zdecydowanie bardziej istotne niż informacje rynkowe. Jednak duch Alana Greenspana będzie unosił się nad giełdami. To nie on doprowadził do przeceny, ale jeśli dane makroekonomiczne z USA będą sygnalizowały, że nadchodzi recesja, to on właśnie będzie tym wielkim guru, który to wszystko przewidział. Przed nadejściem recesji akcje rzeczywiście by straciły, więc nie wykluczam, że były szef Fed przejdzie do historii giełd (błędnie) jako ten, który wystąpił w roli dziecka, które odważyło się powiedzieć, że „król jest nagi”. Paradoksalnie to przecież on zapewnił grunt, na którym wyrosła hossa początków XXI wieku. Przypomina więc piromana, który podpala dom po to, żeby potem go gasić.


2007-02-21 13:17

Powrót do przeszłości

Wróciłem z urlopu, który spędziłem zwiedzając Wietnam i Kambodżę, kraje, do których nie jedzie się po to, żeby spędzić czas na lenistwie. Rzeczywiście, fizycznie ta wyprawa była wyczerpująca, ale psychicznie bardzo relaksująca, bo pozwoliła na zapomnienie o rynkach finansowych i o tym, co dzieje się w polskiej polityce. Co prawda nie odmówiłem sobie przed snem sprawdzania w hotelowym telewizorze poziomu światowych indeksów, ale to jednak nie było to, co robię w Polsce, gdzie kilkanaście godzin dziennie poświęcam pracy zawodowej. Po powrocie do kraju szybko stwierdziłem, że bajka się skończyła i poczułem się jak Józef K., bohater „Procesu” Franza Kafki, ale nie o tym chcę tutaj pisać.

 Oczywiście, jeśli chodzi o zabytki, najbardziej ciekawa była Kambodża, do której przyjeżdża coraz więcej turystów po to, żeby zobaczyć na własne oczy Angor Watt. Jednak spędziłem tam zbyt mało czasu, żeby coś sensownego o tym kraju powiedzieć. Wietnam zaskoczył mnie przede wszystkim … smrodem spalin. Zarówno w Hanoi jak i w Ho Chi Minh City (Sajgon) miliony ludzi jeżdżą skuterami (od czasów wojny ludność Wietnamu wzrosła z 20+ do ponad 80 mln). W Sajgonie jest prawie 3 miliony skuterów. Można sobie wyobrazić, co się dzieje na ulicach. Transportu miejskiego praktycznie nie ma, więc każdy mieszkaniec miasta chcący się przemieścić musi uruchomić swojego „śmierdziela”. Nic dziwnego, że jedna trzecia kierowców prowadzi w maskach chroniących nos i usta. Mówimy, że w Warszawie powietrze jest zanieczyszczone, ale naprawdę nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, co to znaczy prawdziwe zanieczyszczenie. Właśnie w Wietnamie widać wyraźnie jak małe znaczenie przykłada rząd biednego kraju do ochrony środowiska.

W czasie, kiedy tam byłem obchodzono 70 rocznicę powstania Partii Komunistycznej Wietnamu (jedynej legalnej partii). Czasem czułem się tak jakby czas cofnął się o 30 lat. Na większości latarń wisiały czerwone flagi zarówno te z sierpem i młotem jak i z herbem Wietnamu. Zawodowa ciekawość musiał mnie jednak zżerać skoro zacząłem dowiadywać się, jak wygląda gospodarka Wietnamu. Okazuje się, że siedmioprocentowe wzrosty PKB nie są tam niczym wyjątkowym. Kraj został przyjęty do Światowej Organizacji Handlu, a inwestorzy zagraniczni z dużą intensywnością inwestują zarówno w sposób trwały jak i portfelowo. Giełda wietnamska szaleje. Nie wszystko jednak wygląda tak cudownie. Bieda też szaleje, szczególnie na wsi (ponad 60 procent Wietnamczyków to rolnicy). Oświata i opieka medyczna jest płatna. Szczególnie tego nie potrafiłem zrozumieć w kraju, którego nazwa brzmi Socjalistyczna Republika Wietnamu. Nie do końca jednak jestem pewien czy to, co nam w dwóch miejscach mówiono jest prawdą (proszę Państwa o informacje). Twierdzono, że nie ma bezpłatnej nauki, a po powrocie do Polski przeczytałem, że od 6 do 11 roku życia dzieci muszą się uczyć i dzięki temu poziom analfabetyzmu jest niższy niż 10 procent.

Widać jednak, że przykład Chin jest zaraźliwy. Można mieć system jednopartyjny i szybki rozwój gospodarczy. Zresztą to nie jest tylko przykład państw komunistycznych, bo przecież w Singapurze Partia Akcji Ludowej rządzi nieprzerwanie od blisko 40 lat. Puszczając wodze fantazji można sobie wyobrazić Polskę, w której po stanie wojennym PZPR przeprowadza reformy, co doprowadza do szybkiego rozwoju gospodarczego. Brr… Demokracja, mimo swoich wad, jest jednak tym ustrojem, który daje chociaż nadzieję. Nadzieję na zmiany. Nie ulega jednak wątpliwości, że państwa, w których rządzi się metodami niedemokratycznymi mają dla inwestorów (krajowych i zagranicznych) swój niezaprzeczalny urok. Przynajmniej jest pewność, że nikt się (do rewolucji ;-) nie będzie buntował.