Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: styczeń 2007

2007-01-22 15:27

Obiecanki, cacanki, a niektórym radość

W minionym tygodniu wicepremier Zyta Gilowska zwołała konferencję prasową, żeby przedstawić plan reform finansów. Ciekawostką było to, że media potraktowały propozycje pani profesor z dużą wstrzemięźliwością. Tym razem sprawozdania z konferencji nie wylądowały na pierwszych stronach i prawdę mówiąc trudno się temu dziwić. Tyle już przecież było obietnic i nic z nich nie wyszło. 

Chciałbym jednak wrócić do tej „reformy” (bez cudzysłowu trudno o niej pisać), bo mam olbrzymie wątpliwości, co ministerstwo chce osiągnąć redukując składkę rentową (dwa razy - w 2008 i 2009 roku po 3 punkty procentowe). Ma to podobno zmniejszyć bezrobocie i zostawić nam w kieszeniach więcej pieniędzy. Nie wiemy co prawda jaki będzie podział tej ulgi między pracodawcę, a pracownika (teraz płacą 13 procent po połowie), a przecież obowiązujące proporcje nie muszą być zachowane. Jeśli nie ulegną zmianie to przy obecnej składce średnio zarabiający pracownik płaciłby nieco poniżej 200 zł. Tyle samo dokładałby pracodawca. Po zmianach docelowych (w 2009 roku) płaciliby po około 110 zł. (przy założeniu, że wynagrodzenie nie wzrosną). Średnio zarabiający pracownik zyskałby więc 90 złotych brutto. Tyle też przybyłoby w kasie firmy – pracodawcy.

Można postawić dwa pytania: czy takie zmniejszenie klina płacowego (różnica między tym, co wydaje pracodawca, a tym, co dostajemy netto) zmniejszy bezrobocie i czy jest nas na takie zmiany stać. Ja stawiam tezę, że propozycja wicepremier Gilowskiej jest albo economic fiction albo gigantyczną pułapką albo jednym i drugim. Dlaczego economic fiction? Po pierwsze dlatego, że nie wierzę, żeby pracodawca zatrudniał nowych pracowników tylko dlatego, że będzie nieco mniej za nich płacił. Będzie zatrudniał, jeśli popyt na jego produkty będzie rósł i to bez względu na to, czy klin się zmniejszy czy nie. Jeśli popyt spadnie to i tak będzie zwalniał. Jakiś, minimalny wpływ pewnie da się zaobserwować, ale będzie ona niewielki. Pewne jest jedno - zysk firm wzrośnie. Już słyszę jak mówicie, że przecież, jeśli zmniejszą się koszty to firmy obniżą ceny. Już to widzę…Ja w to po prostu nie wierzę, ale to jest jednak tylko kwestia wiary, wiec trudno o tym dyskutować.

Po drugie w 2009 roku mamy płacić dwie stawki podatku PIT (18 i 32 procent), z czego wynika, że 99 procent zatrudnionych (przy założeniu progu między 18 a 32 procent w okolicach 100 tys. zł. rocznie) będzie płaciło 18 procent. Ubytek w budżecie państwa w latach 2008 – 2009 ze skumulowania obniżki klina i zmiany skali podatkowej ekonomiści oceniają na ponad 20 mld złotych. Pani wicepremier na pytanie jak to zostanie sfinansowane odpowiedziała, że „wzrostem gospodarczym”. Inaczej mówiąc nie myśli o żadnej obniżce wydatków. Wszystko ma się „samo zrobić”. Tyle tylko, że gospodarka rynkowa przeżywa wzloty i upadki. Po cyklu ożywienia przychodzi stagnacja lub nawet recesja. Ekonomiści ostrzegają, że takiego, cyklicznego osłabienia możemy doświadczyć już w 2008/2009 roku. Skąd wtedy pieniądze do budżetu? Jak ma być finansowany system emerytalny, który już w tej chwili robi bokami skoro Rober Gwiazdowski, przewodniczący rady nadzorczej ZUS, twierdzi, że firma ta idzie prostą drogą ku katastrofie? Uważam, że zapowiedzi równoczesnego zmniejszenie składki rentowej i reformy podatków PIT są właśnie przejawem tej economic fiction.

Zauważmy, że szczyt tych zmian ma przypaść na rok 2009, czyli na rok wyborczy. Może więc mamy do czynienia z zastawianiem gigantycznej pułapki? W roku wyborczym obniżamy klin, zmniejszamy podatki z PIT, a konsekwencje i konieczne zaciskanie pasa zostawimy następcom? Ciekawa koncepcja, nieprawdaż? Tyle tylko, że kto dołki (tu chyba olbrzymi dół) kopie ten sam w nie może wpaść, bo wcale nie jest pewne, że koalicja oparta o PiS nie wygra kolejnych wyborów. Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której Kazimierz Marcinkiewicz nie zostaje jednak szefem PKO BP (gdyby został to konkurs byłby obśmiewany przez wszystkie media) i razem z Janem Rokitą zakłada rzeczywiście nową partię (podobno 44 procent Polaków popiera taką inicjatywę). Po wyborach taka partia mogłaby spokojnie wejść w koalicję z PiS. Nawiasem mówiąc profesor Gilowska twierdzi, że tylko dlatego klin podatkowy nie został w 2006 roku zmniejszony, bo w czasie kiedy podejmowano decyzje nie było jej w rządzie. Zastanawiam się, co się stanie, jeśli trzeba będzie podejmować decyzje uderzające w dochody budżetu (a przez to i wydatki) w czasie rządów obecnej koalicji lub wtedy, jeśli sondaże będą dawały dużą szansę na wygraną. Czy wtedy pani wicepremier pójdzie na miesięczny urlop po to, żeby można było powiedzieć, że to nie ona kolejny raz złamała obietnice?

Jedno jest pewne – nie da się nalać z pustego w próżne. Jeśli rzeczywiście dojdzie do obniżenia klina i podatków PIT to trzeba będzie za to zapłacić w inny sposób. Jeśli nie będziemy ograniczali wydatków (a zapewne nie będziemy), nie zreformujemy na przykład KRUS- u (nie zreformujemy, bo kto będzie chciał narazić się rolnikom) to fiskus sięgnie w inny sposób do naszej kieszeni i wcale nie jest pewne, że nie wyjmie z niej więcej niż obiecuje, że włoży.

Miałem zamiar jeszcze napisać o propozycji następnego profesora (Zbigniew Religi), który chce, żeby można było się dodatkowo ubezpieczyć, ale skoro premier Jarosław Kaczyński skrytykował ten pomyśl to znaczy, że już go nie ma. A byłoby o czym pisać… Może zresztą pomysł w innej formie jeszcze wróci, a ja będę miał pożywkę po powrocie z urlopu.


2007-01-16 11:07

Dla kogo euro, dla kogo złoty?

Od wielu lat trwa w Polsce dyskusja na temat wejścia do strefy euro. Olbrzymia ilość ekonomistów mówi: zrezygnować ze złotego jak najszybciej. Uważają oni, że dzięki temu większy będzie wzrost gospodarczy. W tej grupie większość stanowią z kolei ci ekonomiści, którzy są pewni, że wzrost PKB jest jednoznaczny ze wzrostem zamożności całego społeczeństwa. Wydaje się, że to ich przekonanie jest kwestią wyznawanej ideologii, a nie empirii. W obecnie obowiązującym systemie wzrost PKB rozkłada się bardzo nierówno, a większość społeczeństwa korzysta na tym stosunkowo niewiele. Nie to jest jednak tematem tego wpisu, więc proszę mnie za to nie atakować ;-). Poświęcę kiedyś temu tematowi więcej miejsca i dam wtedy większą okazję do polemiki.

Wróćmy więc teraz do naszych baranów, jak mawiają Francuzi, czyli do meczu euro – złoty. To bardzo kontrowersyjny temat, ale ostatnie badania pokazały, że blisko 2/3 Polaków chce szybkiej rezygnacji z narodowej waluty. Warto jednak zauważyć, że podobna ilość krajanów popiera konstytucję UE w obecnie proponowanej treści. Treści, którą odrzucili Francuzi i Duńczycy. Projekt tej konstytucji jest tak obszerny i napisany tak skomplikowanym językiem, że 99 procent naszych obywateli (ze mną włącznie) po prostu go nie zna i kieruje się emocjami. Duży wpływ mają też wypowiedzi autorytetów. Dokładnie tak samo jest z wejściem do strefy euro. Skoro prawie wszyscy (oprócz członków koalicji rządowej) mówią, że trzeba szybko przyjąć euro to i większość Polaków tak uważa. Ja od wielu lat uważałem, że decyzja wcale taka prosta nie jest. Już dwa lata temu mówiłem, że wejdziemy do strefy euro (z powodów stricte politycznych) nie wcześniej niż w 2012 roku. Mimo, że jestem zwolennikiem bardzo silnej Unii, nie rozpaczam z tego powodu, że jeszcze długo w euro płacić nie będziemy.

Forma tego bloga nie pozwala na pisanie poważnego komentarza – wpis ma być raczej zaczynem do dyskusji, więc nie będę dokładnie przedstawiał powodów swojej ostrożności, ale o kilku sprawach wspomnieć muszę. Nie ulega wątpliwości, że przyjęcie euro, z wielu powodów, jest bardzo korzystne dla przedsiębiorców. Nie ulega też wątpliwości, że zyskają kredytobiorcy i turyści. Jeśli tak, to dlaczego szybko nie zrezygnować ze złotego? Popatrzmy na inflację. Ceny importowanych i eksportowanych towarów nie zdrożeją. Pewnie nawet stanieją (mniejsze koszty transakcyjne i brak ryzyka walutowego). Jednak większość tego, co kupuje mniej zamożna część społeczeństwa to produkty i usługi nie wyceniane jeszcze przez handel zagraniczny. Ich ceny będą dążyły do cen w starych krajach Eurolandu. A tam są one znacznie wyższe niż u nas. Wniosek jest prosty: dla części (mniejszej) społeczeństwa inflacja nie wzrośnie, a może nawet spadnie dla większość jednak wzrośnie. A GUS wszystko uśredni i wyjdzie mu, że wzrosła nieznacznie.

Drugi element, dla którego zachowuję ostrożność to stopy procentowe i kurs walutowy. Przyjmując euro oddajemy te instrumenty w ręce Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Udział PKB Polski w stosunku do całego PKB Unii będzie w najbliższym czasie nie większy niż kilka procent. Czy w tej sytuacji EBC będzie podejmował decyzje biorąc pod uwagę problemy Polski? Oczywiście nie. Może się więc okazać, że światowe spowolnienie gospodarcze (to zdarza się cyklicznie i w końcu nadejdzie) uderzy również w Polskę, w której inflacja będzie niewielka. ECB jednak będzie zwalczał większą niż u nas inflację w całej strefie, więc nie będzie obniżał stóp lub będzie je obniżał bardzo wolno. W tym samym okresie euro będzie bardzo mocne. W tej sytuacji mocne euro ograniczy konkurencyjność naszej gospodarki poza strefą euro (nie będziemy mogli interweniować na rynku – obecnie możemy), a wysokie stopy dodatkowo stłumią gospodarkę. Kto za to zapłaci? Oczywiście rynek pracy. Bezrobocie gwałtownie wzrośnie. Nie przypadkiem Anglia i Szwecja bronią się rękami i nogami przed euro.

Nawiasem mówiąc w zeszłym roku zarówno Dominique de Villepin, premier Francji jak Nicolas Sarkozy (minister MSW i kandydat na prezydenta Francji) oraz Segolene Royal (też kandydatka na fotel prezydenta), wyrażali zaniepokojenie zbyt wysokim kursem EUR/USD. Premier posunął się nawet do tego, żeby podważać rolę EBC. Również Jacques Chirac, prezydent kończący już kadencję, stwierdził też, że Unia powinna używać polityki monetarnej i kursowej w celu stymulowania wzrostu gospodarczego. Chyba nie przypadkiem Jean-Claude Trichet, szef EBC, na konferencji prasowej po posiedzeniu banku nie straszył szybką podwyżką stóp, wręcz przeciwnie podkreślił, że nie mówi o „czujności” odnośnie inflacji. Wspominał za to o zagrożeniach dla wzrostu PKB. Wypowiedzi polityków tworzą niekorzystny klimat wokół, euro, które i tak nie ma dobrej prasy. W Niemczech, Francji i Włoszech większość społeczeństwa chciałaby powrotu do narodowej waluty, a Słoweńcy już teraz, tuż po jej przyjęciu się buntują twierdząc, że rosną ceny. Do 2012 roku jest jeszcze dużo czasu. Dużo może się przez te 5 lat zmienić, ale ja uważam, że przed przyjęciem euro bezrobocie w Polsce powinno spaść do jednocyfrowego poziomu.


2007-01-11 9:35

NBP ma nowego szefa, ale problemy nie zniknęły

Po głosowaniu sejmowym, w którym kandydatura Sławomira Skrzypka na fotel szefa NBP została zatwierdzona, jeden z widzów programu „Szkło kontaktowe”, emitowanego codziennie w TVN24, napisał żartobliwie w sms-ie: „habemus problemus…”. Życzę nowemu prezesowi NBP powodzenia i sukcesów, bo jeśli on będzie miał sukcesy to Polska waluta i system bankowy nie będzie miał problemów, ale wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście nie „wybraliśmy problemów”.

Dużo myślałem na temat jednej z gaf, które popełnił pan prezes podczas przesłuchania w komisji sejmowej i doszedłem do wniosków, które mogą być niepokojące. Nie chodzi mi o to, żeby obśmiewać wypowiedzi, wtedy jeszcze, kandydata, chociaż rzeczywiście były one miejscami dosyć śmieszne. Wiem jednak, że obudzony w środku nocy z najgłębszego snu nie musiałbym szukać karteczki z nazwiskiem prezesa Rezerwy Federalnej i z cała pewnością wiedziałbym, że to nie nieżyjący od 2 lat Wim Duisenberg jest szefem Europejskiego Banku Centralnego (zmienił go w 2003 roku Jean-Claude Trichet).

Nie każdy musi znać te nazwiska. Wręcz przeciwnie, zakładam, że w Polsce jest może kilka, może kilkanaście tysięcy ludzi, którzy nie mieliby problemu, gdyby ich o nie zapytać. Jednak każdy, kto interesuje się rynkami finansowymi, procesami zachodzącymi w gospodarce globalnej, polityką monetarną największych potęg światowych te nazwiska musi znać i nie ma z nimi żadnych problemów. Wniosek z tego prosty: prezes Skrzypek od wielu lat tymi zagadnieniami się nie interesował. Z tego zaś można wysnuć kolejny wniosek – będzie tylko i wyłącznie dyrektorem zarządzającym NBP, a nie wizjonerem promującym swoją wizję polityki monetarnej i kursowej. To niekoniecznie musi być zła informacja, bo dobry menadżer jest potrzebny w każdej firmie, a prace merytoryczne mogą prowadzić prawdziwi fachowcy. W przypadku NBP byłby to zarząd i Rada Polityki Pieniężnej. Poza tym prezes może się przecież otoczyć doradcami, będącymi fachowcami najwyższej klasy, którzy ustrzegą go przed popełnianiem błędów, od których dużo i szybko się nauczy.

I tutaj też mamy problem. Ja nie znam prezesa Skrzypka, ale po przeczytaniu artykułu w ostatniej „Polityce”, w którym opisuje się działanie Sławomira Skrzypka w PKO BP, zacząłem się niepokoić kadrami. Pozostaje mieć nadzieję, że nie przeniesie on metod stosowanych w PKO BP do NBP, który przecież (cokolwiek by nie mówić o Leszku Balcerowiczu) działa jak dobrze naoliwiony mechanizm. Jednak uważam, że zbytnimi optymistami ci komentatorzy rynku, którzy uspakajają, że zarząd NBP w 2/3 (6 osób) jest nie do ruszenia, bo osoby te są powołanie na 6 – letnią kadencję. Ustawa O NBP może się zmienić, a przecież widzieliśmy, że przy okazji takich zmian niejedna kadencja ulegała skróceniu. Poza tym mogą zrezygnować sami lub do tego zachęceni. Uważam, że zarząd się niedługo zmieni, a to od niego zależy polityka kursowa.

I jeszcze jeden problem. Z pewnością nie ostatni, ale istotny. NBP ostrzegł, że w tym roku nie będzie miał zysku, bo musi tworzyć rezerwę na ryzyko kursowe. Prezes Skrzypek powiedział też, że przyjrzy się rezerwom walutowym i zastanowi czy ich część można użyć do pobudzenia gospodarki. To na razie zostało całkowicie zlekceważone przez rynek, który zakłada, że prezes posłucha ekspertów i niczego w polityce banku nie zmieni. Ja mam też taką nadzieję. Zresztą problem pewnie nie powstanie dopóki gospodarka będzie szybko rosła. Jednak za rok, dwa wejdziemy w cykliczne spowolnienie i wtedy pojawi się chęć (szczególnie przed wyborami) użycia rezerwy walutowej i być może zmniejszenia zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym. Ostrzegam, że na to tylko czekają rekiny rynku walutowego. Nie takie waluty jak złoty potrafiły one w XX wieku przewrócić.

To, co napisałem powyżej to są tylko ostrzeżenia, a nie prognozy. Mam nadzieję, że nowy prezes jest z tych szybko się uczących i nie będzie wykonywał posunięć, które odbiją się czkawką całej gospodarce.


2007-01-04 12:49

Nieoczekiwany kandydat na szefa NBP?

Znak zapytania w tytule nie jest przypadkowy. Już pierwsza kandydatura (profesora Jana Sulmickiego) była dla rynków zaskoczeniem, a jego rezygnacja małym szokiem. Czy w tej sytuacji można było oczekiwać, że kolejny kandydat będzie wybrany z listy obstawianej przez media? Oczywiście nie. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że na niektórych listach pan Sławomir Skrzypek, p.o. prezesa PKO BP się pojawiał. Tyle, że mało kto wierzył, że to on właśnie zostanie szefem NBP. Z to, że zostanie jest według mnie pewne na 99 procent, bez względu na to, co mówiłyby o nim sejmowe „przystawki”.

Dotychczas zakładano, że kandydatem będzie ekonomista z dorobkiem naukowym – najlepiej profesor z doświadczeniem w bankowości i zajmujący się polityką monetarną. Sławomir Skrzypek ma co prawda doskonałe wykształcenie ekonomiczne i duże doświadczenie menadżerskie, ale to może nie wystarczyć. Jest to z pewnością nominacja typowo polityczna (to bardzo bliski współpracownik prezydenta Lecha Kaczyńskiego w NIK i warszawskim Ratuszu), ale nie mamy pewności, czy rodzi ona zależności, które mogą zaszkodzić NBP. Bardzo często człowiek mianowany na okres sześciu lat bez możliwości odwołania staje się nagle, i dla mianujących nieoczekiwanie, bardzo niezależny. Szczególnie niezależny, gdyby zobaczył, że zmienia się koniunktura polityczna. Uważam, że z reakcją trzeba poczekać na to, co będzie mówił i robił kandydat, bo ważne są przecież jego poglądy, których tak naprawdę jeszcze do końca nie znamy. Jakiekolwiek byłyby jednak jego poglądy to jego wpływ na politykę monetarną nie będzie olbrzymi, bo przecież jest tylko jednym z członków RPP, ale z pewnością będzie to członek o „gołębim” nastawieniu, co zmniejsza prawdopodobieństwo podwyżki stóp. Pytanie tylko, czy nowy prezes przypadkiem nie zrezygnuje z polityki nie interweniowania na rynku walutowym. Gdyby ujawnił, że nie wyklucza interwencji to zaszkodziłby złotemu.

Na razie opinie polskich ekonomistów są bardzo zróżnicowane (raczej chłodne), ale na przykład Merrill Lynch już w czwartek rano ocenił, że jest to nominacja neutralna. Inaczej mówiąc, nie pochwalono, ale też zbytnio się nie krzywiono. Reakcja rynków była też w zasadzie neutralna. Co prawda złoty tracił, ale przede wszystkim dlatego, że spadał kurs EUR/USD. Indeksy giełdowe spadały też nie z powodu tej nominacji – szkodziła im przecena na rynku surowców i pogorszenie sytuacji na giełdach światowych. Być może nieznaczny wpływ ta nominacja miała, ale niepokój rynku akcji byłby niezbyt logiczny, bo to przecież pozostawienie stóp bez zmian będzie spółkom pomagało.

Tak więc z punktu widzenie inwestora wydarzenie jest rzeczywiście neutralne, ale może budzić wątpliwości innej natury. Choćby wizerunkowej. Po Leszku Balcerowiczu ta kandydatura jest z pewnością obniżeniem jakości. Od zawsze uważałem, że profesor Balcerowicz często się mylił i nie uważałem go za ikonę, której nie można krytykować. Jednak faktem jest, że jest on osobą bardzo poważaną na całym świecie, a to podnosiło dotychczas ocenę Polski. Teraz będzie inaczej. Poza tym staranie się p.o. prezesa PKO BP o fotel w NBP w połączeniu z decyzją o objęciu przez Kazimierza Marcinkiewicza stanowiska doradcy prezesa PKO BP (z jednoczesnym staraniem się o stanowisko prezesa banku) wywołuje bardzo jednoznaczne skojarzenia. Kiedyś, dawno temu, mówiono o karuzeli stanowisk. Cała ta sprawa nie wygląda zbyt estetycznie, ale z pewnością nie doprowadzi do kryzysu na rynkach lub w gospodarce.


2007-01-02 15:42

Remanent z końca roku

Nie lubię robić podsumowań roku. Wszyscy to robią i nie ma w tym nic ekscytującego, a poza tym im jestem starszy tym mniej mnie to bawi (to zdecydowanie eufemizm). Jednak to, co ostatnio mówią prawie wszyscy (cichy pisk sprzeciwu słychać jedynie z SLD), zahipnotyzowani chyba słowami premiera Jarosława Kaczyńskiego, skłoniło mnie do spojrzenia w statystyki. Premier i jego naśladowcy twierdzą, że rok 2006 był najlepszym okresem w gospodarce od czasu transformacji w 1989 roku. Nie jest to jednak prawda. To był rok jeden z najlepszych, ale wcale nie najlepszy. W latach 1996 -1998 bezrobocie spadało aż do poziomu 9,5 procenta - teraz jest bliskie 15 procentom, a przecież jego spadek w dużej mierze jest wynikiem emigracji, z czego trudno się cieszyć. Nie tylko rynek pracy wyglądał wtedy lepiej. Dynamika produkcji rosła po kilkanaście procent miesięcznie, a PKB w 1996 roku wzrósł o 7,9 procenta i powoli spadając dotarł w 1998 roku mniej więcej do poziomu, który osiągnęliśmy w tym roku. Potem było dużo gorzej, bo bezsensowne podwyżki stóp procentowych nałożyły się na recesję światową, co na przełomie wieku XX i XXI wprowadziło również i na naszą gospodarkę w stagnację. Wtedy to stopa bezrobocia wzrosła do prawie 20 procent.

Był w tych dobrych latach również i problem - duży problem: inflacja, która przekraczała 10 procent. Trzeba by jednak zapytać tych Polaków, którzy od tego czasu stracili pracę, czy przypadkiem nie woleli pracować nawet przy wyższej inflacji. Czasem lepiej dopuścić do nieco wyższego wzrostu cen (teraz oczywiście nie dwucyfrowego, ale na przykład 3 procentowego), żeby podkręcić wzrost gospodarczy i zmniejszyć bezrobocie. Ale może słowa polityków rządzącej koalicji należy odczytywać nieco inaczej? Może mówiąc, że rok był najlepszy w historii od 1989 roku uważają, że to inflacja jest najważniejsza dla społeczeństwa i całej gospodarki? Może po prostu są wyznawcami neoliberalizmu i monetaryzmu, który nadal jest w ekonomii teorią panującą (chociaż pojawia się coraz więcej odszczepieńców)? Tyle, że w latach 2002 - 2003 dynamika wzrostu inflacji była bardzo podobna do tego, co obserwujemy teraz.

Poza tym, jeśli rzeczywiście inflacja jest dla rządu najważniejsza (w co trudno mi uwierzyć) to przecież jej zduszenie z całą pewnością nie jest zasługą rządu (żadnego rządu). To wynik skomplikowanych procesów przeniesionych do nas z globalnej gospodarki oraz skutek polityki prowadzonej przez Radę Polityki Pieniężnej. Zazwyczaj (niesłusznie) mówi się RPP, a myśli Leszek Balcerowicz, więc stawiając inflację na podium rządzący powinni dać profesorowi Balcerowiczowi medal. Nie wydaje się prawdopodobne, żeby o to im chodziło. Nauczka jest jedna: warto mówiąc coś o gospodarce spojrzeć w statystyki albo chociaż zapytać ekspertów, czy nie mówi się, co okaże się być nieprawdą.

W końcu roku wydarzyło się jeszcze coś, co nie wywołało większych komentarzy, a powinno było. Posiadacze akcji Energopolu dostali w przedświąteczny piątek 22 grudnia szczególny prezent - przecenę akcji o 65 procent. Nie będę przypominał całej historii, bo można ją prześledzić w innych miejscach, ale w skrócie chodziło o to, że J.W. Construction wejdzie na giełdę bocznym wejściem, bo mały, giełdowy Energopol przejmie duży nie-giełdowy J.W. Construction. Cena akcji Energopolu drożała na długo przed odpowiednim komunikatem, co było dosyć podejrzane. W listopadzie cena akcji doszła w okolice 200 złotych po czym zaczęła spadać (też teoretycznie bez powodu) i tak spadała do 21 grudnia tracąc blisko 50 procent. 22 grudnia okazało się, że mimo postanowień WZA Energopol zrezygnował z fuzji. W tej sytuacji jednodniowa, 65 procentowa przecena nie była niczym nadzwyczajnym.

Cała ta sprawa (włącznie z terminem podania informacji) wygląda bardzo dziwnie i naprawdę warto, żeby KNF się nią poważnie zajęła. Jeśli WGPW myśli o otwarciu parkietu typu londyńskiego AIM, na którym regulacje byłyby mniejsze niż na głównych parkietach to wcześniej powinno się doprowadzić do sytuacji, w której dziwne wydarzenia są błyskawicznie wyjaśniane, a komunikaty z tymi wyjaśnieniami natychmiast publikowane. W tym kontekście pytanie: czy jeśli na tak dobrze wydawałoby się uregulowanym rynku, jakim są giełdy akcji w USA, gdzie SEC (odpowiednik byłej KPWiG) jest bardzo silny, dochodziło i z pewnością nadal dochodzi) do „przekrętów” typu Enron, WorldCom itp. to jakim cudem w Polsce praktycznie nie ma żadnych przestępstw giełdowych? Może trzeba zmienić prawo i dać KNF lepsze narzędzia? Warto się nad tym zastanowić.