Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

Archiwum: grudzień 2006

2006-12-21 10:32

Strachy na lachy, czyli wpływ byłego premiera na WGPW

W minionym, przedświątecznym tygodniu dwa równoległe wydarzenia były w centrum uwagi rynków finansowych. Chodzi oczywiście o szukanie posady dla byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i o krach w Tajlandii. Pierwsza sprawa wywołała wiele emocji. Prawdę mówiąc te emocje podgrzewały media najwyraźniej nie mając przed Świętami Bożego Narodzenia innych tematów. Mnożyły się spekulacje i domysły, a gazety poświęcały im całe strony tak jakby od tego, jakie stanowisko obejmie były premier zależał los Polski. Nawiasem mówiąc media twierdzą, że niedługo Bronisław Wildstein przestanie być prezesem TVP. Może więc tam byłoby miejsce dla najbardziej popularnego polityka, który słynie z „piarowskich” umiejętności? To oczywiście żart, chociaż… Skoro mówiło się o tym, że może objąć fotel prezesa NBP to dlaczego nie TVP?

Jeśli już mówimy o NBP to wybór prezesa zamienił się komedię pomyłek. Kandydat wybierany podobno przez dziewięć miesięcy zrezygnował dzień po ogłoszeniu, że zostanie przedstawiony Sejmowi, a nowego nie widać. 10 stycznia Leszek Balcerowicz odchodzi, a Polska nie wie, jakie poglądy będzie miał nowy szef banku centralnego. W krajach rozwiniętych kandydat na to stanowisko jest przedstawiana na wiele miesięcy wcześniej po to, żeby można było go dobrze prześwietlić. U nas jest inaczej. Zaskoczenie będzie pełne, bo skoro pierwszy kandydat był spoza listy faworytów to i następne też prawdopodobnie taki będzie. Ciekawym, co nie znaczy, że akceptowalnym przez rynki, kandydatem był Ryszard Bugaj, były szef Unii Pracy. Wydaje mi się jednak nieprawdopodobne, żeby prezydent Lech Kaczyński wybrał kandydata, którego za podsuwa„Trybuna”. To był ze strony „Trybuny” klasyczny pocałunek śmierci. Czekamy w napięciu mając nadzieję, że nie będzie to ktoś, kto powie to, czego od niego żąda Roman Giertych - że jest przeciwny wejściu Polski do strefy euro. Gdyby jednak tak się stało to rynek walutowy pokazałby jak szybko silna waluta może zamienić się w słabą.

Wróćmy jednak do tytułowego bohatera. Taka histeria mediów byłaby może nawet dosyć zabawna, gdyby nie to, że jej apogeum przypadło na okres, kiedy to w Tajlandii indeks SET załamał się i spadł o 15 procent. Ta przecena wywołana była decyzją banku centralnego, który postanowił walczyć z umacniającymi tajską walutę (bahta) zagranicznymi spekulantami. Banki muszą teraz blokować przez rok 30 procent nowych wpływów zagranicznych. Jeśli tego nie zrobią to zapłacą 10 procentową karę. To też jest zresztą komedia, tyle, że raczej tragikomedia, bo taki krach wywołał błyskawiczną reakcję wojskowego rządu Tajlandii (niedawno wojsko dokonało tam zamachu stanu). Minister finansów, anulował część postanowień banku centralnego. Teraz ograniczenia dotyczą jedynie kapitału zainwestowanego w obligacje i inne komercyjne papiery wartościowe, ale wyłączone zostały inwestycje w akcje. Jak widać czasem dyktatura potrafi robić pożyteczne rzeczy. Można powiedzieć, że nie ma to jak oświecony dyktator ;-). Indeks SET następnego dnia wzrósł o 11 procent. Można sobie wyobrazić jak wielu inwestorów straciło (ale i zarobiło) na tej huśtawce.

A co wspólnego ma nasz bohater z Tajlandią? Otóż niektórzy komentatorzy twierdzili, że spadki cen polskich akcji spółek z udziałem skarbu państwa wynikają z niepewności, co do losów ich szefów, których mógłby zastąpić Kazimierz Marcinkiewicz… Tyle tylko, że Węgier wpływy Kazimierza Marcinkiewicza nie sięgają, a tam indeks BUX spadł we wtorek o 2,3 procenta. Zresztą następnego dnia kurs akcji banku PKO BP, na którego szefa media typowały byłego premiera, wzrósł. Tak to czasem można w giełdowym i informacyjnym szumie źle połączyć skutek z przyczyną.

Życzę wszystkim Czytelnikom spokojnych świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego roku 2007.


2006-12-09 12:26

Diament kontra kontrakty

Piękny tydzień za nami. Rekordy indeksów i niezmiennie doskonałe nastroje (korekta nie ma wielkiego znaczenia) powodują, że nawet sceptycy nawracają się na hossę z dużą powagą twierdząc, że akcje nie są przewartościowane. To nie jest prawda, ale hossa trwa i trwać będzie tak długo … aż się skończy. Truizm? Fakt, ale naprawdę nie da się przewidzieć jak długo będzie trwała, bo nie ma analityka, który wie jak daleko zaprowadzą rynek emocje ludzkie. W XVII wieku hossa na rynku cebulek tulipanowych trwała ponad 30 lat, a w jej końcu sprzedawano cebulki, które dopiero miały być posadzone – za jedną można było kupić niezłą posiadłość. Jak się to szaleństwo skończyło to wszyscy wiemy. Wbrew pozorom rodzaj ludzki tak bardzo się przez te trzy i pół wieku nie zmienił

Gracze, szczególnie ci w USA, nie chcą słyszeć żadnych ostrzeżeń i wszystko interpretują na korzyść posiadaczy akcji. W zeszłym tygodniu Michel Moskow, szef Fed z Chicago mówiąc o inflacji stwierdził, że Fed będzie bardzo ostrożny, a rynek chyba źle odczytuje intencje Komitetu Otwartego Rynku. Było to najwyraźniej ostrzeżenie, że gracze, którzy oczekują obniżki stóp w 2007 roku mogą się nieźle naciąć. Kto by jednak zwracał uwagę na takie ostrzeżenie …

Najbardziej zabawne było tłumaczenie wpływu jedynego, mniej dotąd obserwowanego, raportu makro. Okazało się, że ilość podpisanych umów na sprzedaż domów (miesiąc po podpisaniu mogą, ale nie muszą być sfinalizowane) spadła o 1,7 procenta. Część analityków twierdziła, że dane pokazują, iż rynek nieruchomości się stabilizuje, co pomaga rynkowi akcji, a część uważała, że rynek nieruchomości potwierdził swoją słabość, co pomaga we wzroście indeksów, bo Fed szybciej obniży stopy. Jak widać każda droga prowadziła do Rzymu, a w tym przypadku do wzrostu indeksów. Komentatorzy doskonale wiedzą, jakie są oczekiwania inwestorów, a przecież chcą być lubiani, bo nikt nie kocha „niedźwiedzi” - piszą więc to, co się większości podoba.

Nasze indeksy zachowywały się lepiej niż ich odpowiedniki na innych giełdach. Skąd ta euforia? Cóż, fundamentaliści powiedzą, że to wynik doskonałych danych makroekonomicznych, końca roku itd. itp. Niewątpliwie te czynniki miały spory wpływ na rynek. Bardzo ważne było też to, że na rynkach światowych osłabł dolar, co zazwyczaj pomaga rynkom rozwijającym się. Jednak prawdziwą odpowiedź na zagadkę super – optymizmu znaleźć można chyba w analizie technicznej i w kalendarzu. Indeks WIG20 w zeszłym tygodniu opuścił dwumiesięczną formację diamentu, co dało techniczny sygnał średnioterminowego kupna i to jest część techniczna odpowiedzi.

Część kalendarzowa też wydaje się być dosyć oczywista. W tym tygodniu, w piątek, wygasa grudniowa seria kontraktów. Można więc oczekiwać, że arbitrażyści realizując zyski doprowadzą do pogorszenia sytuacji na WGPW. Otwartych pozycji jest bardzo dużo, więc i zmiany wywołane zleceniami koszykowymi będą spore, a przecież fundusze muszą doskonale zakończyć rok, żeby kadra zasłużyła na duże nagrody. W tej sytuacji należało podnieść indeksy tak wysoko, żeby korekta niespecjalnie obniżyła dotychczasowe zyski i nie doprowadziła do wygenerowania technicznego sygnału sprzedaży, W drugiej połowie grudnia znowu będzie można pracować na premie.