Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

2010-08-30 10:07

Wcale nie tak spokojny koniec lata

Lato się kończy, a w gospodarce i wokół gospodarki mnóstwo interesujących wydarzeń. O tym, co dzieje się na rynkach finansowych napiszę w dodatku do głównej części bloga, bo nie jest to nic nadzwyczajnego. Moją uwagę zwróciło to, co dzieje się w naszej polityce gospodarczej. O ile o takiej możemy w ogóle mówić, bo w rządzie można naliczyć chyba cztery ośrodki emitujące coraz to nowe i często sprzeczne i pomysły. Nie będę już pisał o nieszczęsnym podniesieniu podatku VAT, bo już dużo na ten temat mówiono. Jednak to, że opozycja wydaje z siebie jedynie piski, a rolę opozycji przejęli, nieco dyskredytowani przez premiera Donalda Tuska, ekonomiści i analitycy bardzo mnie dziwi. Przecież partie polityczne są zamożne, więc zamiast wypuszczać do mediów posłów, których często jedynym zadaniem jest wyprodukować barwną wypowiedź, mogłyby zatrudnić tych właśnie ekonomistów, którzy wypracowaliby poważne propozycje reformy finansów publicznych. 

Zamiast tego z całą powagą omawia się ewentualne ujednolicenie podatku VAT czy obłożenie podatkiem banków. Obie te propozycje nie są warte tego, żeby się nimi zajmować, co bardzo łatwo udowodnić, ale to w ogóle nie przeszkadza ich zwolennikom. Spójrzmy pokrótce na propozycję ujednolicenia podatku VAT. To prawda, że ustawa o VAT jest skomplikowana, a podział towarów na różne poziomy oprocentowania często dość dowolny i dający pole do nadużyć. Nie ulega więc wątpliwości, że trzeba to uprościć. Jednak „uprościć” to nie to samo, co „ujednolicić”. 

Zwolennicy tego drugiego chcą po prostu wprowadzić jedną stawkę VAT - na przykład 19 procent. Wtedy żywność opodatkowana stawką 5 lub 7 procent nagle musiałaby podrożeć o kolejne kilkanaście procent. Żywność w budżetach większości Polaków ma nadal bardzo duży udział. Owszem, zamożniejsi wydają na nią proporcjonalnie mało, ale mniej zamożni czy aspirujący do klasy średniej bardzo by na tym ruchu stracili. Książki oprocentowane teraz stawką zerową, a niedługo pięcioprocentową podrożałyby o kolejne kilkanaście procent. Już teraz Polacy prawie nie czytają. Chcemy mieć społeczeństwo analfabetów? Towary obecnie opodatkowane podatkiem 22 procent (niedługo 23 procent) staniałyby o kilka procent. Obrazowo można powiedzieć, że o kilkanaście procent zdrożeje chleb, a o kilka procent stanieje samochód. 

Polskie społeczeństwo jest nieruchawe, ale tego chyba by już nie zniosło. Jeśli komuś marzy się rewolucja to proszę bardzo - niech ujednolici VAT. W niczym nie zmieni sytuacji to, że przewidziane byłby rekompensaty dla najuboższych. Z góry można przewidzieć, że nie zawsze trafiałyby tam gdzie trzeba i z całą pewnością nie rekompensowałyby wzrostu kosztów. Ubocznym skutkiem byłby oczywisty przecież wzrost inflacji, który pociągnąłby za sobą wzrost stóp procentowych, co podrożyłoby kredyty i uderzyło po kieszenie zarówno konsumentów jak i zaszkodziłby całości gospodarki. 

Drugim „genialnym” pomysłem jest obłożenie banków podatkiem od wielkości aktywów. Postawię proste pytanie: dlaczego banków, a nie piekarzy? Odpowiedź: bo banki mają pieniądze. Szaleńczy pomysł. Po pierwsze polskie banki były bardzo odpowiedzialne i nie zawiniły w tworzeniu kryzysu - dlaczego je więc karać? Po drugie i tak wszystkie koszty przerzucą na klientów, więc rząd wyjmie pieniądze wcale nie z sejfów banków, a z naszych kieszeni. Podrożeją usługi bankowe, co też zresztą podniesie inflacje i zmniejszy popyt wewnętrzny. Tak mści się to, że zamiast zabrać się na serio do reform próbuje się szukać protez. 

Jest też zewnętrzny pomysł na podatek. Janusz Lewandowski, komisarz ds. budżetu Komisji Europejskiej, zaproponował, żeby w krajach Unii wprowadzić podatek od transakcji finansowych. Miałoby to odciążyć budżety państw (zmniejszyć składkę), a niedobór uzupełniłby sektor finansowy. Owszem przydałby się taki podatek, ale w formie proponowanej przez noblistę Jamesa Tobina już ćwierć wieku temu. W propozycji Tobina chodziło jednak o opodatkowanie niewielkim podatkiem obrotowym transakcji na rynku walutowym. To rzeczywiście miałoby sens, bo bardzo ustabilizowałoby kursy walut. Nad tym trzeba myśleć, a nie nad pomysłami, które szkodzą wszystkim oprócz budżetu, a i to jedynie w krótkim terminie. 

Ciągle na tapecie jest też „sprawa OFE”. Spotkanie premiera Donalda Tuska i ministra Michała Boniego z prezesami Otwartych Funduszy Emerytalnych nosiło znamiona teatru politycznego, który tak lubią szefowie rządów. Widzieliśmy już takie spotkania w wykonaniu premiera Silvio Berlusconiego, Władimira Putina, czy prezydenta Baracka Obamy. Dzięki takiemu spektaklowi społeczeństwo widzi, że rząd dba o społeczeństwo i gani, można nawet powiedzieć, że łaje, szefów funduszy, którzy uchylają się od wypracowania zysków, które zapewniłyby nam godne emerytury. To oczywiście jest nieco ironiczna ocena tego spotkania, ale nie miało ono na celu jedynie dostarczenie wrażeń publiczności.

 Trawestując znany gogolowski cytat („z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!” można powiedzieć: kogo ganicie? Samych siebie powinniście ganić. Fundusze emerytalne poruszają się przecież w ramach stworzonych im przez polityków. Ci politycy mieli mnóstwo czasu, żeby te ramy zmodyfikować, a nie zrobili prawie nic. Trudno winić fundusze za to, że wybrały łatwy zarobek skoro regulacje prawne im to ułatwiały, a można nawet powiedzieć, że do pójścia tą drogą zachęcały. 

Można sobie postawić pytanie: skąd ta dyskusja? Ostatnie zawirowania na rynkach akcji uświadomiły wszystkim, że OFE mogą również tracić pieniądze. Z kolei kłopoty budżetu zwróciły uwagę na to, że większość lokowanych w OFE kapitałów idzie na zakup obligacji skarbu państwa, których emisja zwiększa zadłużenia państwa. OFE używają naszych pieniędzy do kupna tych obligacji, na których bez żadnego ryzyka zyskują. Za to dostają spore wynagrodzenie. Wynagrodzenie w olbrzymiej większości nie zależy od zysku, a jedynie od wielkości zgromadzonego kapitału. Kapitału, który dostaje się zawsze, bez względu na koniunkturę, bo przecież składki emerytalne musimy płacić. Już na wejściu tracimy 3,5 procent (wcześniej 7 procent) ze swojej składki. Potem, co miesiąc, potrąca się nam opłaty za zarządzanie funduszem. Jest część stała zależna tylko i wyłącznie od wielkości zgromadzonych środków i uzależniona od wyników inwestycyjnych osiąganych przez fundusz część zmienna (od 1/9 do 1/3 części stałej). 

Załóżmy jednak, że koniecznie musimy inwestować swoje składki na rynkach finansowych. Jeśli zna się zasady działania tych rynków to można z dużą pewnością założyć, że wydzielona komórka w ZUS, zatrudniająca kilkunastu fachowców, dałaby sobie doskonale radę z tym, co robi teraz kilkanaście OFE. Kilka osób zajmujących się w ZUS zarządzaniem kapitałów w ramach funduszu rezerwy demograficznej miało wyniki lepsze od OFE. Nie muszę zapewne dodawać, że takie rozwiązanie kosztowałoby ułamek promila tego, co zarabiają OFE. Oszczędności zwiększyłyby emerytury Polaków. 

Widać już dość dokładnie, w jakim kierunku pójdą zmiany, które (już nie tak publicznie) zostaną z funduszami uzgodnione. Po pierwsze będzie wprowadzona wielofunduszowość. Będziemy mieli do wyboru 2 - 3 fundusze o różnym stopniu ryzyka. Na przykład człowiek młody będzie inwestował w fundusz mogący kupować nawet do 80 procent akcji, a człowiek na kilka lat przed emeryturą będzie musiał przejść do funduszu bezpiecznego, w którym udział akcji będzie marginalny. 

Teoretycznie dobrze, ale pamiętać trzeba, że takie zwiększenie ilości akcji nawet dla młodego człowieka może być bardzo niebezpieczne. Szczególnie teraz, kiedy jesteśmy w permanentnym kryzysie, który może potrwać jeszcze wiele lat. Kolejnym pomysłem jest zwiększenie konkurencji między funduszami. Miałby się zmierzyć z jakimś odnośnikiem (na przykład indeksem WIG20 czy nowym WIG30). Bardzo wątpię, żeby to się udało wprowadzić. Gdyby jednak nawet tak było to tak długo jak długo wynagrodzenie będzie przede wszystkim zależało od wielkości zgromadzonych (bez żadnego wysiłku) kapitału to konkurencja będzie udawana i nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. 

Konstruktywna krytyka polega nie tylko na ocenie stanu obecnego i propozycji, ale również na zaproponowaniu rozwiązań. Jeśli naprawdę musimy mieć OFE (ja mam co do tego olbrzymie wątpliwości) to uważam, że należy wrócić do źródła. Przy tworzeniu reformy mówiło się o obligacjach infrastrukturalnych, których nabywcami byłyby OFE. Należy szybko do tego pomysłu wrócić. Należałoby zmniejszyć limity na akcje, wprowadzić limity na obligacje skarbu państwa i wprowadzić limity na obligacje infrastrukturalne. Kupując te ostatnie OFE finansowałyby (udzielałby kredytu) inwestycje w drogi, mosty i inne obiekty użyteczności publicznej. Byłyby to inwestycje bezpieczne i pożyteczne. Chyba lepiej budować autostradę niż uczestniczyć w nadymaniu balonu spekulacyjnego? 

Jeśli chodzi o wynagrodzenie dla funduszy to zdecydowanie zmniejszyłbym udział wynagrodzenia zależnego od wielkości zarządzanych kapitałów. OFE nie muszą się natrudzić, żeby je zdobyć, a poza tym maja stałe, niezależne od koniunktury wpływy. Nie szukałbym też odnośników (benchmark) na rynku akcji. Takim odnośnikiem byłaby dla mnie rentowność obligacji rządowych (jakiś indeks ją odzwierciedlający). Zysk w wysokości tej rentowności OFE wypracowują bez najmniejszego wysiłku. Dlatego też powinny być wynagradzane jedynie za zysk powyżej tego pułapu. Mógłby to być nawet całkiem spory udział w tym nadwyżkowym zysku (np. 30 procent). Mogę się jednak założyć, że zmiany w tych kierunkach nie pójdą, a za kilka lat, w czasie ostrej fazy kryzysu, wrócimy do dyskusji, która zapewne zakończy się likwidacją OFE.

 

Dodatek

Twierdzę, że (tak jak pisałem na początku) to, co dzieje się na rynkach finansowych nie jest to niczym nadzwyczajnym. Na przełomie lipca i sierpnia po prostu skończył się sezon publikacji przez amerykańskie spółki raportów kwartalnych i pojawiły się schody. Znaczenie nabrały dane makro i wszystkie inne odkładane na później strachy i rozpoczęła się korekta letniej hossy. Taki scenariusz zapowiadałem od dawna. Twierdziłem też, że potem powinna się zacząć gra pod pomoc Fed i ewentualnie rządu amerykańskiego. 

Ostatnie wystąpienie szefa Fed zawierało to, na co byki liczyły. Co prawda Bernanke przyznał, że gospodarka rozwija się wolniej niż oczekiwano, ale zapewnił, że w 2011 roku przyśpieszy (nie bardzo wiadomo, na czym opiera to twierdzenie). Gdyby jednak przyśpieszać nie chciała, a szczególnie wtedy, gdyby istniało realne zagrożenie spowolnieniem to Fed ma wiele środków, którymi może jej pomóc. Nie zgodził się z ekonomistami (między innymi z byłym wiceprezesem Fed Alanem Binderem), którzy twierdzą, że Fed już nie ma czym walczyć. Powiedział też, że ryzyko pojawienia się deflacji nie jest duże, ale gdyby się mylił to Fed da sobie z tym radę. Z wystąpienia wynikało, że szef Fed myśli przede wszystkim o poluzowaniu ilościowym, czyli skupie rządowych obligacji (pospolicie nazywanym drukowaniem pieniędzy). Jak widać nie były to nowe stwierdzenia, ale wyrażone bardziej kategorycznie. 

Słowa szefa Fed zostały wykorzystane i gracze posiadający krótkie pozycje zaczęli je w pośpiechu zamykać, a indeksy szybko rosły. Jeszcze bardziej umocniło się wsparcie na indeksie S&P 500 między 1.040 a 1.045 pkt. Pojawiły się jednak dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze, gdyby wkrótce doszło do przebicia tego bardzo mocnego wsparcia to zaowocowałoby potężnymi spadkami. Po drugie gdyby zapewnia szefa Fed zostały niedługo uznane za niewystarczające to nic nie uratowałoby rynku przed przeceną. Jeśli jednak rynki uwierzą w pomoc Fed (tylko wtedy, jeśli dane makro nie będą naprawdę bardzo słabe) to wpierw będą na nią czekały, a potem będą czekały na jej skutki, co pomoże nieźle zakończyć ten rok. Zalewanie rynków gotówką w krótkim okresie pomoże posiadaczom akcji, ale w dłuższym z pewnością smutno się skończy.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-08-04 9:50

Czekamy na raport „Polska 2013”

Na przełomie lipca i sierpnia, czyli w samym środku spokoju w Polsce nie było. Chodzi oczywiście o decyzje mającej na celu zmniejszenie deficytu budżetowego i ograniczenie zadłużenia, a nie o to, co działo się pod Pałacem Prezydenckim. Nawiasem mówiąc to ostatnie było pokazem słabości państwa, co może martwić, jako że czekają nas w gospodarce trudne dwa lata. Silne i zdecydowane państwo będzie bardzo potrzebne. 

W interesującej nas sprawie balon próbny wypuścił Michał Boni twierdząc, że możliwa jest podwyżka podatków, składki rentowej i VAT (do 25 proc.). Potem okazało się, że rządowym Wieloletnim Planie Finansowym Państwa nie będzie najbardziej drastycznych posunięć. Dokument ten ma być podstawą przygotowywania projektów ustaw budżetowych w kolejnych latach. Jeśli mówimy o kolejnych latach to radziłbym się tymi założeniami nie przejmować, bo nikt nie wie, co będzie się działo za parę lat. W przyszłym roku nikt o tym planie nie będzie pamiętał, ale z pewnością będzie podstawą do tworzenia projektu budżetu na 2011 rok. Oczywiście o ile posłowie PSL się nie zbuntują.

Dokument został tak zbudowany, żeby się rynkom finansowym spodobać, ale nie do końca wypełnił to zadanie. Wykluczono podwyżki PIT, CIT i składki rentowej. Wzrośnie o jeden punkt procentowy główna stawka VAT (z 22 na 23 proc.). Wzrośnie też VAT na żywność nieprzetworzoną (z 3 na 5 proc.) - znika w tym roku derogacja UE, więc rząd nie miał wyboru. Obniżony zostanie VAT na żywność słabo przetworzoną (z 7 na 5 proc.), a na odzież, czynsze, leki itp. wzrośnie z 7 na 8 proc. Główna stawka VAT może wzrosnąć w 2011 i 2012 roku o kolejny jeden procent dochodząc do maksymalnego w UE poziomu 25 proc. W dokumencie planowane jest też zamrożenie progów podatkowych do 2013 roku (czyli realna podwyżka PIT), ma wzrosnąć akcyza na tytoń i zostać wprowadzona akcyza na węgiel i koks.

Na pozór wydaje się, że podniesienie VAT o jeden procent będzie plastrem na ranę, bo niewiele pomoże budżetowi (5 mld złotych to nie jest dużo). Myślę jednak, że kluczem do zrozumienia tej decyzji jest to, co powiedział premier Donald Tusk „musimy sobie kupić czas”. Rok 2011 będzie trudny nie tylko dlatego, że jest to rok wyborczy. To „kupowanie czasu” zostało wpisane właśnie w tę sprawę, ale według mnie nie tylko o to chodzi. W 2011 roku (jak już nieraz pisałem) rynki finansowe będą szukały kolejnej ofiary. Wiele krajów obniży swoje deficyty, a Polska zamiast wyspą może się stać rafą, o którą wielu inwestorów się rozbije.

Rząd tłumaczy swoje działania tym, że musimy mieć pieniądze, by móc korzystać z funduszy unijnych. Moim zdaniem to nieprawda. Na taki cel można np. zaciągnąć pożyczkę w rocznych bonach skarbowych. My chcemy pokazać, że jesteśmy w środku drogi między USA (nie ograniczać wydatków to ich motto), a UE (ciąć wydatki, ograniczać deficyty) i ostrzejszych działań nie potrzebujemy. Poza tym rząd robi wszystko, żeby jak najmniej antagonizując wyborców nie dopuścić do przekroczenia progu ostrożnościowego 55 proc. zadłużenia w stosunku do PKB. Jeśli będziemy mieli szczęście (ta ekipa na razie je ma) to taki manewr może się udać, ale tylko wtedy, jeśli w 2011 roku nie będzie na świecie drugiego uderzenia recesji. Jeśli będzie to planowany wzrost (3,5 proc.) nie zostanie osiągnięty, złoty mocno straci, a to wszystko automatycznie podniesie zadłużenie. Polskę na razie traktuje się trochę ulgowo, bo wszyscy wiedzą, że 2011 rok jest rokiem wyborczym (agencja Standard&Poor’s poinformowała, że podtrzymuje swój rating naszego długu), ale łagodne traktowanie może się nagle i nieoczekiwanie skończyć.

Na krótką metę takie decyzje mogą doprowadzić do pożądanych celów. Rządzący mogą znowu wygrać w 2011 roku wybory, a potem spróbować reformować finanse publiczne. Według mnie nie jest to jednak właściwa droga. Przede wszystkim dlatego, że podwyżka podatku VAT jest szkodliwa. Na pozór mało szkodliwa jest podwyżka jednoprocentowa, ale też nie do końca. Wzrosną czynsze, ceny energii i paliwa. To oczywiście doprowadzi do wzrostu inflacji, a ta naprawdę dobierze się nam do kieszeni. Wzrosną też w tej sytuacji stopy procentowe, a to zaszkodzi gospodarce zmniejszając wpływu do budżetu. Prawdziwą katastrofą byłyby kolejne podwyżki VAT zapowiadane w latach 2011 i 2012.

Kompletnie nie do zrozumienia jest twierdzenie zgodnie z którym podwyżka VAT jest najmniej szkodliwa. Jest za to z pewnością najprostsza. Większość ludzi jako slogan traktuje opinie zgodnie z którymi na podwyżce VAT najbardziej stracą mniej zarabiający (w domyśle 70 procent Polaków). Wystarczy jednak przeprowadzić prostą pracę myślową, żeby zobaczyć, że tak rzeczywiście jest. Człowiek zarabiający 2000 złotych miesięcznie wydaje wszystko, więc cały jego przychód obciążony jest podatkiem VAT, akcyzą, cłem. Zarabiający kilkanaście tysięcy miesięcznie olbrzymią część swoich zarobków inwestuje (lokaty, fundusze). Podatki pośrednie tak bardzo jak mniej zarabiającemu nie podnoszą mu całkowitych obciążeń podatkowych, a przecież na swoich inwestycjach dodatkowo zarabia zmniejszając te obciążenia. Należałoby więc mówić nie o stawkach PIT, ale o efektywnym opodatkowaniu. Podwyższanie VAT zwiększa je zdecydowanie bardziej osobom o mniejszych zarobkach.

Moje stanowisko jest od dawna niezmienne. Powrót na dwa lata do poprzednich stawek PIT i składki rentowej dałby budżetowi ponad 40 mld złotych rocznie (tyle ile ma wynieść deficyt budżetu rządowego). Dlaczego nie ma parcia na takie rozwiązanie? To proste. Dwie główne partie (PO i PiS) głosowały za obniżką PIT i stawki rentowej, więc nie chcą się przyznać, że popełniły błąd. Elita finansowo-medialna nie jest zainteresowana obniżką swoich wynagrodzeń. Podobnie reagują dobrze zarabiające szefostwa związków zawodowych. W tej sytuacji każdy głos rozsądku zamienia się w niesłyszalny pisk, a Polakom ten pomysł przedstawia się jako wręcz szatański.

Mimo to należałoby cofnąć poprzednie obniżki. Olbrzymia większość Polaków straciłaby na tym kilkadziesiąt złotych miesięcznie, ale mówi im się, że byłby to dramat nie mówiąc, że podwyżka VAT kosztować ich może więcej. Opowieści o kilkunastu groszach dziennie można sobie między bajki włożyć. Pan premier Tusk mówiąc o takich obciążeniach nie wziął pod uwagę czynników, które wyżej wymieniłem - przede wszystkim zrostu inflacji i stóp procentowych (koszt kredytu wzrośnie). Obdarowani przez polityków dobrze zarabiający na pewien czas wróciliby do wynagrodzeń istotnie niższych, ale nie zaszkodziłby to zbytnio ani im ani gospodarce. Nie jest bowiem prawdą to, że 30 mld złotych wypłacone z tytułu obniżki podatków bardzo pomogły w zwalczaniu kryzysu. Większość z nich wylądowała przecież na lokatach i w funduszach inwestycyjnych.

Taka decyzja dałaby prawdziwy oddech, a zyskany w ten sposób czas należałoby wykorzystać na wprowadzenie porządnej reformy finansów. Oczywistym jest przecież, że jest niezbędna. Jeśli jej nie będzie to dług publiczny błyskawicznie wzrośnie do 60 proc. - a to by było naprawdę bolesne dla wszystkich (cięcia płac i emerytur nie byłyby niczym miłym…). Taka reforma powinna być uzgodniona ze wszystkimi siłami politycznymi, a jeśli się nie da się z wszystkim to chociaż z 75 procentami. Polacy będą popierać reformy wtedy, jeśli zobaczą, że ciężary są sprawiedliwie rozłożone, a brak reform kosztowałby ich zdecydowanie więcej. Taki plan wychodzenia z kryzysu może napisać na przykład minister Michał Boni. Napisał raport „Polska 2030″, niech usiądzie i napisze „Polskę 2013″. Na razie taki pomysł wygląda jak baśń, ale kiedy kryzys zaglądnie nam w oczy to zamieni się w rzeczywistość. Tylko po co czekać?

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-07-16 9:47

Oszczędności pomogą, czy zaszkodzą gospodarce?

Na rynkach finansowych znowu pojawiły się dobre nastroje. To dziwić nie powinno. Mnie nie dziwi, bo od dawna uważałem, że po fatalnym drugim kwartale i przed rozpoczęciem sezonu publikacji raportów kwartalnych (z obniżonym w wielu przypadkach prognozami) indeksy muszą rosnąć. Nie wiemy tylko tego, czy ten wzrost załamie się w trakcie sezonu raportów, czy zostanie przedłużony na sierpień, a spadki przyjdą dopiero we wrześniu. Wynik końcowy będzie jednak taki sam. Trzeci kwartał rozpoczął okres, w którym rynki finansowe będą doświadczać olbrzymiej zmienności nastrojów. Normalna walka między obozem niedźwiedzi i byków jest też walką między tymi, którzy obawiają się drugiego uderzenia recesji i tymi, którzy w to nie wierzą. Jest jeszcze walka „inflacjonistów” z „deflacjonistami”. Pierwsi wieszczą pojawienie się dużej inflacji, a drudzy wręcz przeciwnie - obawiają się deflacji. 

Przedstawicielem „deflacjonistów” jest Paul Krugman, ekonomista i noblista (2008 rok). Twierdzi on, że rządy nie tylko powinny wycofywać bodźców dostarczonych gospodarkom w 2008/09 roku, ale nawet znacznie ich skalę zwiększyć. Krugman nie obawia się o wzrost inflacji, ale przecież przed jej dużym wzrostem zawsze jest niewielka i wygląda niegroźnie. W Indiach już przekracza 10 procent. Niall Ferguson, wybitny znawca historii politycznej i gospodarczej czasów nowożytnych, ostrzega jednak, że droga zalecana przez Krugmana doprowadzić może do ataku spekulantów na Stany Zjednoczone. Lepiej nawet nie zastanawiać się, czym byłby taki atak i jak by się to skończyło. 

Problemem bodźców zajął się ostatni szczyt liderów państw G-20. Ustalenia były jednak niezwykle mikre. Ogłoszono sukces, czyli osiągniecie kompromisu miedzy drogą amerykańską (pobudzajcie gospodarki) i europejską (tnijcie deficyty). Kompromis między tak skrajnymi postawami jest głoszony tylko na potrzeby rynków i mediów. Rozwinięte państwa mają do roku 2013 zmniejszyć swe deficyty budżetowe o połowę, do 2016 roku rozpoczną zmniejszanie zadłużenia. Jednocześnie, zgodnie z zasadą „wilk syty i owca cała” państwa będą mogły zgodnie z własnymi potrzebami, elastycznie stosować środki pobudzające gospodarki. Poza tym G-20 zobowiązało się do przedsięwzięcia „skoordynowanych akcji” mających na celu podtrzymanie ożywienia gospodarczego. 

Słowa, słowa, słowa… W tak długim czasie (lata 2013 - 2016) wszystko się może jeszcze zdarzyć, a lata 2011 i 2012 będą bardzo dla gospodarki światowej trudne. Tym bardziej trudne, że na razie zdecydowanie przeważają „nie-deflacjoniści”. Europejczycy tną deficyty twierdząc, że to do recesji i deflacji nie doprowadzi. Europejski Bank Centralny zgarnął z systemu bankowego 442 miliardy euro, które pożyczył europejskim bankom na jeden rok w ostrej fazie kryzysu. Chiny próbują ograniczyć apetyty spekulantów na rynku nieruchomości, co może zaszkodzić ich bankom. Uelastyczniają też juana (renminbi), co ograniczy inflację, ale zaszkodzi ich eksportowi. W USA w przyszłym roku zakończy się program, którym rząd pomagał gospodarce (787 miliardów dolarów). W tym roku Kongres nie przedłużył programu zasiłków dla bezrobotnych, przez co 1,3 miliona Amerykanów straciło 30 czerwca możliwość wspomagania gospodarki. 

To tylko kilka przykładów, ale to wystarczy, żeby zacząć się jednak obawiać o drugie uderzenie recesji. Widać już zresztą, że na przykład rynek pracy w USA wygląda na niezwykle słaby, a rynek nieruchomości praktycznie się zwinął (w niektórych kategoriach spadek aktywności o 1/3). Słaba też jest sprzedaż detaliczna. To wszystko w sytuacji, kiedy środki pobudzające gospodarkę były wręcz bezprecedensowe. Co stanie się, kiedy zostaną wycofane? Między innymi z powodu pojawienia się takich pytań tak słabo zachowywały się w maju i czerwcu rynki akcji. W niczym sytuacji nie zmieniają ostatnie zwyżki. Wyceny poszczególnych spółek wyglądają w miarę atrakcyjnie, ale tylko wtedy, jeśli nie pojawi się znowu recesja. 

Wspomniany wyżej Paul Krugman twierdzi, że świat wszedł w trzecią depresję (pierwsza rozpoczęła się w 1873 roku, druga trwała w latach 20. tych XX wieku), która nas będzie jeszcze wiele lat męczyła, ale nie będzie tak niszcząca jak wielki kryzys lat trzydziestych zeszłego wieku. Profesor Nouriel Roubini, ekonomista, który z duża dokładnością przewidział obecnie trapiący nas kryzys, twierdzi, że Wielkiej Depresji nie będzie, ale nie wyklucza drugiego uderzenia recesji. Generalnie znani ekonomiści podzielili się mniej więcej po połowie. Część mówi o recesji, a część twierdzi, że wycofywanie bodźców i cięcia wydatków nie zaszkodzą gospodarce światowej. 

Kto chce niech wierzy. Ja zakładam, że jeśli recesji nie będzie to gospodarka światowa w 2011 roku znacznie zwolni. Jeśli mam rację to zapowiadany na przyszły rok 3,5 procentowy wzrost polskiego PKB jest mirażem. A jeśli tak rzeczywiście będzie to również inflacja będzie niższa od zakładanych 2,3 proc. Z tego zaś wynikać będzie, że przychody państwa będą mniejsze od zakładanych, a to zwiększy deficyt finansów publicznych. Nic dziwnego, że rząd przymierza się do decyzji zmniejszającej deficyt. Jednak (można powiedzieć, że oczywiście) nie idzie drogą wskazaną w poprzednim wpisie (czasowe przywrócenie poprzedniej składki rentowej i progów PIT). Rząd chce (między innymi) zamrożenia podwyżek dla urzędników służby cywilnej, policjantów oraz żołnierzy. Tylko nauczyciela mają dostać podwyżki. Chce też ograniczyć wysokość rent. Zamiast nadal wyłapywać oszustów chce uderzyć w całą grupę chorych ludzi. 

W Europie Zachodniej poparcie dla tego typu posunięć jest bardzo duże, ale tam urzędnik zarabia naprawdę sporo, więc oszczędności tak bardzo nie bolą. U nas zarabia grosze, a jeśli chodzi o policję to gorzej niż grosze. Nie tędy droga. Po części przekonuje mnie jednak twierdzenie, że gdyby wrócono do starej składki rentowej to strata w wynagrodzeniu netto byłaby nieco większa. Ból byłby jednak mniejszy. Jeśli płace w gospodarce będą rosły a w budżetówce będą stały w miejscu to mniej zamożni jeszcze bardziej oddalą się od tych zamożniejszych. Znowu za wszystko zapłacą właśnie ci mniej zarabiający. To w sposób oczywisty będzie ich zniechęcało do pracy, za co zapłacimy wszyscy. Inna jest sytuacja, jeśli za kryzys płacą wszyscy, a co innego, jeśli tylko wybrani.  

Wielu z nas narzeka na urzędników. Mówi się o ich niekompetencji, korupcji, ale część z nas z dużą ochotą zgadza się na ograniczenie płac tej grupie zawodowej. Być może trzeba zredukować ilość urzędników, ale trzeba pozostałym zapewnić konkurencyjne płace. Oczywiście trzeba też zreformować sposób naboru i metody kontroli ich pracy. Należy też znacznie zwiększyć odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Chodzi o to, żeby zatrudniani byli ludzie dobrze wykształceni i chętni do pracy. Tacy, dzięki którym my, klienci, nie będziemy tracili mnóstwa czasu i nerwów. Poza tym, jeśli nie zakładamy, że to fotoradary, a jedynie duża ilość patroli i kompetentna, sprawna policja zapewni nam bezpieczeństwo, to nie możemy na niej oszczędzać. Takie oszczędności tylko pogorszą jakość życia w Polsce. Czyżby rządzący tego nie widzieli? 

Uwaga dla Forumowiczów: wybieram się na urlop, ale komentarze będę akceptował. Widać jednak, ze wakacje to nienajlepszy okres dla forumowej aktywności, więc kolejny wpis umieszczę w okolicach przełomu sierpnia i września.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

2010-06-23 12:57

W roku 2011 Polska znowu może być wyspą…

Opublikowany dwa tygodnie temu w „Dzienniku Gazecie Prawnej” wywiad, który Jędrzej Bielecki przeprowadził z Kennethem Orchardem, wiceprezesem agencji ratingowej Moody’s odpowiedzialnym za wycenę wiarygodności kredytowej państw powinien by zrobić nieco zamieszania, ale wydawało się, że większość mediów go przemilczy. Nie było jednak tak źle. W środę 23 czerwca ukazały się artykuły w „Parkiecie” i „Rzeczpospolitej”. Tam też cytowano Piotra Kowalskiego, prezesa Fitch Polska, który twierdzi, że jeśli nie zreformujemy finansów publicznych „to negatywna presja na rating Polski będzie ogromna”. Można te artykuły traktować jako ostrzeżenia. Ostrzeżenia przed tym, co może nas, Polaków, niedługo czekać.

 

Wywiad w „Dzienniku Gazecie Prawnej” nosi tytułu „U was źle, jak w Hiszpanii” i dokładnie taka właśnie jest jego wymowa. Skonfrontowani z tym tekstem ludzie często reagowali prawie oburzeniem. Jak to, „zielona wyspa”, którą jest Polska, jedyna gospodarka, w której nie było recesji w czasie pierwszej fazy kryzysu, jest porównywana do Hiszpanii, o którą teraz boi się cały świat? Jak można mówić, że lepiej oceniane są Czechy, Estonia i Słowacja?

 

Można dyskutować z tym, czy wiceprezes Moody’s ma rację, ale warto zapoznać się ze sposobem myślenia i kryteriami oceny przez pracowników agencji ratingowych. Kluczowy w tym wywiadzie jest jeden fragment. Kenneth Orchard mówi, że agencja ocenia „nie konkurencyjność gospodarki, tylko zdolność władz do spłacenia długu”. Ocenia też działalność władz, które w Hiszpanii postanowiły przeprowadzić reformy prowadzące do znacznego ograniczenia deficytu budżetowego. Zyskują w ten sposób wiarogodność. W odróżnieniu od Polski, bo „jeśli władze nie potrafią nawet przy korzystnej koniunkturze zrównoważyć finansów, to znaczy, że są mało skuteczne”.

 

Chodzi oczywiście o okres 2005-2008, gdzie bez opamiętania rozdawano pieniądze. Cięcia składki rentowej, zmniejszenie podatku PIT (oba znacznie zwiększyły zarobki już dobrze zarabiających i niewiele dały tym mniej zarabiającym), podwójne becikowe. Wtedy należało przeprowadzić reformy, a nie bezsensownie rozdawać pieniądze. Mało kto ośmiela się krytykować te rujnujące budżet posunięcia, bo przecież prawie wszystkie partie (wyjątkiem był SLD - chociaż nie w becikowym) będące obecnie w Sejmie z radością te pieniądze rozdawały. Obowiązującym alibi jest teraz fraza mówiąca o tym, że dzięki tym 35 miliardom złotych, które trafiły do kieszeni obywateli zwiększył się popyt wewnętrzny, co pomogło w zwalczaniu kryzysu.

 

To oczywiście nie do końca jest prawda, bo trafiające przede wszystkim do kieszeni naprawdę zamożnych ludzi dodatkowe środki lądowały na lokatach bankowych lub przeznaczone były na zakup zagranicznych towarów, co niespecjalnie pomagało w zwalczaniu kryzysu. To jest jednak zupełnie osobny temat, który zresztą nie jest specjalnie często poruszany z oczywistych zresztą powodów. Musieliby o tym mówić/pisać krytycznie ludzie, którzy są beneficjentami tego rozdawnictwa. Z całą pewnością jednak te cięcia zwiększyły deficyt i zadłużenie. Zaimponował mi Marek Belka, prezes NBP, który w wywiadzie, który dla „Polityki” przeprowadził Jacek Żakowski, powiedział między innymi, że „krzywa Laffera (im mniejsze stawki podatkowe tym większe wpływy do budżetu - przyp. PK) to bzdura. Może się potwierdzić w jakichś skrajnych warunkach. W warunkach normalnych nigdy się nie sprawdziła”.  Rzadka odwaga w naszym kraju, gdzie mówienie o konieczności płacenia podatków o odpowiedniej wysokości jest ryzykowne.

 

Do tych dwóch wywiadów można dodać jeszcze jeden artykuł (tłumaczenie dla „Gazety Wyborczej” tekstu z tygodnika „The Nation”) pt. „Europejska reaganomika” autorstwa Jordana Stancila. Pisze on między innymi, że „od połowy lat 90. do dziś Niemcy zmniejszyły stawkę podatku od osób prawnych o 27 pkt proc., a najwyższa stawka podatku dochodowego zmalała o 9,5 pkt. W tym samym czasie Hiszpania i Francja obcięły najwyższe stawki podatku dochodowego o blisko 13 pkt proc., a Włochy zredukowały podatek od osób prawnych o 20,8 pkt, zaś najwyższą stawkę podatku dochodowego o 6,1 pkt.” My możemy spokojnie dodać do tego Polskę z jej bardzo podobnymi osiągnięciami.

 

Oczywiście w Polsce ta tendencja zbiera same pochwały, a to, że „rywalizacja podatkowa”, czasem nazywana również dumpingiem podatkowym, a będąca składnikiem szerszej strategii zagładzania sąsiada (beggar thy neighbor policy) prowadzi w sposób oczywisty po pierwsze do zwiększania rozwarstwienia społeczeństwa (nic dziwnego, że bardziej zamożni kryzysu wcale nie odczuli), a po drugie do zwiększenia deficytów budżetowych i zadłużenia uczestniczących w tym procederze krajów. To z kolei prowadzi do przyjmowania przez kolejne kraje programów cięć wydatków, co jeszcze bardziej zwiększy rozwarstwienie i najpewniej wprowadzi tnące wydatki kraje znowu w objęcia recesji.

 

Niedawno George Soros, w wywiadzie, który udzielił tygodnikowi Die Zeit powiedział, że nadmierne oszczędności (szczególnie w Niemczech) mogą w końcu doprowadzić do zamieszek populistyczno -nacjonalistycznych oraz przyczynić się do upadku europejskiego projektu z rozpadem strefy euro włącznie. Ja też tak uważam, co wyraźnie napisałem w poprzednim felietonie. Jest to oczywiście perspektywa lat, a nie miesięcy, ale trzeba o niej pamiętać.

 

Sytuacja Polski jest nie do pozazdroszczenia. Już w tym roku deficyt sektora finansów publicznych sięgnie blisko siedmiu procent. W przyszłym zapewne nie będzie lepiej. Szykujemy się do dyskusji budżetowej, a będzie ona niezwykle trudna. Jak zaproponować sensowny budżet, który znacznie zmniejszy deficyt finansów publicznych, a jednocześnie nie pozbawi obecnie rządzącej koalicji zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych? Pamiętać trzeba o tym, że w przyszłym roku kraje, które są teraz na celowniku spekulantów, ograniczą znacznie swoje deficyty. Jeśli nie podejmie się zdecydowanych kroków to Polska będzie znowu wyspą tyle, że wyspą wysokiego deficytu.

 

Rynki finansowe już dostały wstępne sygnały, o których wspominam na początku tekstu. Widzimy, że rośnie różnica między rentownością polskich i niemieckich obligacji dziesięcioletnich. Wystarczy rzucić hasło i złoty zacznie tracić, a obligacje szybko zaczną tanieć (rentowność będzie rosła). Jak rozciąć ten węzeł gordyjski? Jak zachowując władzę obniżyć deficyt i nie doprowadzić do recesji? Owszem, trzeba reformować finanse, ale wszelkie projekty wydłużenia wieku emerytalnego, czy reformy KRUS nie znajdą najmniejszego odzwierciedlania w przyszłorocznym budżecie. Chodzi nam przecież na razie tylko o wyborczy rok 2011.

 

Kryzys jest często okazją do przeprowadzenia reform. Można je przeprowadzać tak jak opisuje to w „Doktrynie szoku” Naomi Klein (działania w duchu konsensu waszyngtońskiego), ale można też inaczej. Uważam, że nie pojawimy się na radarach spekulantów, jeśli wrócimy do poprzedniej stawki rentowej i poprzednich progów podatkowych. Nie będziemy też płacić „becikowego” ludziom zamożnym. Już to powinno przynieść budżetowi około 30 mld złotych. Jest jeszcze pomysł ministra Jacka Rostowskiego i minister Jolanty Fedak - ograniczenie wpłat do OFE i przesunięcie ich do ZUS.  Owszem, to nie zmieni zadłużenia w długim terminie, bo zmniejszenie zadłużenia krótkoterminowego zamieni się na wzrost zadłużenia długoterminowego, ale w krótkim okresie zmniejszy deficyt.

 

Powrót do dawnych stawek i zmiany w OFE wzbudzą protesty wpływowej części społeczeństwa polskiego, ale łatwo będzie udowodnić, że olbrzymia większość na tym nie ucierpi. A przecież wyborów nie wygrywa się za pomocą głosów elity…Rynki finansowe szukają następnej ofiary. Nie pozwólmy, żeby w 2011 roku Polska się nią stała.

 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

 

2010-06-08 12:11

„Wszystko widzący oddzielnie” zapewnią nam rządy populistów

Zakładałem, że w drugiej połowie drugiego kwartału zobaczymy na rynkach finansowych korektę. I rzeczywiście rozpoczęła się przecena. Obroniło się jedynie złoto, dolar i obligacje USA. Martwi mnie to, że przyczyny, które doprowadziły do powstania korekty były niezupełnie takie, jakich oczekiwałem. Spodziewałem się, że obawa przed drugą połową roku, kiedy to gospodarka będzie coraz bardziej pozbawiona środków dostarczonych jej przez państwa i banki w pierwszej fazie kryzysu, doprowadzi, po ponad rocznej hossie, do realizacji zysków. Zapewne tak by się właśnie stało, ale pojawił się problem zadłużenia państw strefy euro, co znacznie pogorszyło sytuację. Oczekiwałem, że ten problem pojawi się, ale nie teraz, a za mniej więcej dwa lata. Nie wziąłem pod uwagę tego, że od dwudziestu lat kryzysy pojawiają się w coraz krótszym odstępie czasu. 

W pierwszej fazie ostatniego kryzysu państwa ratowały sektor finansowy i gospodarki pompując w nie biliony dolarów. Pozornie się udało. Sektor finansów został uratowany, a gospodarki zaczęły odżywać. Nie ma jednak nic za darmo. Zadłużyły się państwa i nie chodzi tylko o Grecję, którą nierozsądna polityka i tak doprowadziłaby do kryzysu. Nie chodzi też wyłącznie o państwa europejskie (a z pewnością nie o maleńkie Węgry), bo przecież zadłużone po uszy są zarówno USA jak i Japonia. Ta ostatnia na szczęście zadłużona jest w dziewięćdziesięciu procentach u swoich obywateli, ale już mówi się o tym, że będzie musiała poszukać kapitału poza swoimi granicami. 

Rezultatem kryzysu jest utworzenie zabójczego błędnego koła. Podatnicy ratowali sektor finansowy i gospodarkę przelewając swoje pieniądze do wielu prywatnych firm i dodatkowo zwiększając zadłużenia i deficyty budżetowe państw. Teraz zadłużone państwa nie mają innego wyjścia - muszą znowu sięgnąć do kieszeni podatnika. W celu zmniejszenia deficytów budżetowych rządy muszą ciąć wydatki i podnosić podatki. Wynik? Oczywisty, mniej pieniędzy w kieszeni konsumentów i mniejszy popyt wewnętrzny, a co za tym idzie mniejszy wzrost gospodarczy lub nawet powtórne wejście w recesję. To z kolei zmniejszy dochody budżetu i zwiększy zadłużenie państw. Jak z tego wyjść? Chyba nikt tego nie wie. 

Sytuację pogarsza dodatkowo krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć głupota wielu polityków. Na przykład to, co zrobili po objęciu władzy politycy węgierscy można określić jedynie tym niepoprawnym politycznie określeniem. Informowanie, że gospodarka Węgier jest fatalnym stanie, dane makro podawane przez poprzedni rząd były fałszywe, a niewypłacalność możliwa świadczyło o tym, że węgierscy rządzący nie znają mechanizmów rządzących rynkami. Mówienie o bankructwie gospodarki tuż przejęciu władzy i po doświadczeniach greckich to było dopraszanie się kłopotów na własne życzenie. Niepojęty brak rozsądku. 

Zaniepokoić mogło też graczy to, co stało się na szczycie ministrów finansów grupy G-20. Okazało się, że Europa uważa, iż drogą do naprawy gospodarki jest obniżenie deficytów, a USA, że należy zwiększyć popyt wewnętrzny nawet kosztem eksportu (chodzi o Chiny i Niemcy). Niemcy ustami kanclerz Merkel potwierdzili, że chcą oszczędzać 10 mld euro rocznie do 2016 roku. Wielka Brytanie też zapowiada cięcia, a Hiszpania, Grecja i Portugalia już to zrobiły. To będzie szkodziło gospodarce UE i nie tylko tej gospodarce. 

Gdyby nie to, że sytuacja jest bardzo poważna to można by nawet się uśmiechnąć widząc ewidentny paradoks. Europa, ostoja państwa opiekuńczego, stosuje metody zalecane przez Amerykanina Miltona Friedmana i neoliberałów, a USA, kolebka neoliberalizmu, zapatrzyła się w Europejczyka (mimo że Anglika ;-)Johna Maynarda Keynesa. Kto ma rację? W Polsce ekonomiści głównego nurtu powiedzą, że Europejczycy. Na pozór mają rację, ale uważam, że tylko na pozór, bo często przy analizowaniu zjawisk ekonomicznych spotyka się syndrom tuwimowskich „strasznych mieszczan”, którzy „widzą wszystko oddzielnie” (wiersz „Mieszkańcy” Juliana Tuwima). 

Takim klasycznym „widzeniem oddzielnie” jest na przykład narzekanie ludzi, którzy przeprowadzili transformację systemowa w Polsce, na zbyt małą stopę zatrudnienia, na te wszystkie wcześniejsze renty, emerytury itp. wymysły diabła-socjalisty, które obciążają teraz budżet. Jakże wygodnie zapominają, że te „łatwe” renty i wcześniejsze emerytury zostały wprowadzone za ich czasów po to, żeby bezrobocie nie przekroczyło 30 procent i żeby nie doszło do kontrrewolucji. Oczywiście, że to szkodzi państwu, ale to oni przecież są winni. Transformacja inaczej przeprowadzona nie doprowadziłaby do eksplozji bezrobocia i nie wymagałaby stosowania tych bardzo szkodliwych rozwiązań. To autorzy transformacji są ojcami „łatwych rent” i wcześniejszych emerytur, które z taką zaciętością zwalczają. Nawiasem mówiąc ciekaw jestem, gdzie znajdą się miejsca pracy dla ludzi, którzy będą musieli dłużej pracować (na przykład po przedłużeniu wieku emerytalnego)? 

To była dygresja. Wróćmy do europejskich cięć budżetowych. Analitycy widzący nie tylko rynki finansowe z pewnością zwracają uwagę na sukcesy „Najlepszej Partii” (komik plus artyści) w Rejkiawiku, partii Jobbik na Węgrzech, Liberalnych Demokratów w Wielkiej Brytanii, czy Partii Wolności w Holandii. Potężną przestrogą jest też szybki spadek popularności w Niemczech kanclerz Angeli Merkel i erozja (z 14 do 6 proc.) poparcia dla koalicyjnego FDP. Potężne straty odnotowały główne partie w Czechach. O czym mówią te polityczne wybory? Otóż o tym, że wyborcy maja już dosyć partii establishmentu i szukają nowych, nieortodoksyjnych rozwiązań. Te poszukiwania, podsycane przez cięcia budżetowe rządów, prowadzą rozczarowanych i zubożonych wyborców w kierunkach nacjonalistyczno - populistycznych. 

Wynikiem musi być przejęcie (za kilka lat) władzy przez takie właśnie partie. One zapewnią nam prawdziwe piekło na ziemi. Jedynym ratunkiem dla strefy euro i w ogóle UE jest zdecydowanie większa integracja i prawdziwy rząd gospodarczy. To oczywiście, niestety, jest utopia. Nowe rządy za 4 - 5 lat doprowadzą do rozbicia UE. Może się okazać, że populiści przestraszą się zwiększania deficytów i rosnącej inflacji, więc będą musieli wziąć społeczeństwa pod but albo doprowadzić do wojny (albo jedno i drugie). Żyć nie umierać…

Czy z tego wynika, że nie należy oszczędzać, nie należy zmniejszać zadłużenia państw? Nie, bo stan obecny przecież jest nie do utrzymania. Problem w tym, że nie ma odważnego, który powiedziałby, że trzeba zmienić cały system i do tego miałby wystarczające poparcie, żeby tego dokonać. Wymagałoby to przecież znacznego zmniejszenia udziału sektora finansowego w gospodarce, bardziej zrównoważonego podziału dochodów i powrotu do prawdziwej demokracji. Obecne elity nigdy po dobroci na to nie pozwolą. Wnioski są zbyt niebezpieczne, więc wróćmy do naszych rynków. 

Drugą przyczyną perturbacji na rynkach, a właściwie trzecią, jeśli weźmie się pod uwagę naturalną na rynkach okresową realizację zysków, był strach przed regulacjami rynków finansowych. Niedawno w centrum uwagi była niemiecka decyzja o ograniczeniu krótkiej sprzedaży („nagiej” i to słowo jest bardzo ważne) oraz „nagiego” kupna CDS. „Naga” krótka sprzedaż akcji to sprzedaż akcji, których się nie posiada - to zwiększa presję na spadek cen. „Nagie” kupno CDS to kupno zabezpieczających wartość np. obligacji rządowych instrumentów bez posiadania tych obligacji. To podnosi cenę CDS-ów, a co za tym idzie zwiększa prawdopodobieństwo bankructwa państwa. Taki handel od dawna powinien być zakazany.

Może tylko dziwić to, że Niemcy unilateralnie wprowadzają takie rozwiązanie. Twierdzi się, że powodem była polityka, czyli chęć uspokojenia wyborców, ale być może po prostu chcą sprowokować ogólnoświatową dyskusję. Dużo bardziej niebezpieczne dla rynków jest to, że zgodnie ze słowami kanclerz Niemiec Europa jest gotowa do działania w sprawie podatku od transakcji na rynkach finansowych.  Decyzja zaniepokoiła rynki, bo wpisywała się w ogólną tendencję do ograniczania nadmiernego wpływu rynków finansowych na realną gospodarkę. 

Uderzenie Senatu USA w zyski Visa i Mastercard, szykowane w Kongresie regulacje sektora finansów (prezydent ma podpisać je przed Dniem Niepodległości) w połączeniu z informacją o osiągnięciu porozumienia przez ministrów finansów UE (przy sprzeciwie Wielkiej Brytanii) w sprawie regulacji rynków, a szczególnie funduszy hedżingowych doprowadziły do powstania masy krytycznej. Inwestorzy zaczęli się bać o zyski banków i funduszy inwestycyjnych. Zapewne słusznie się boją. Różne są szacunki, ale mówi się, że na tych regulacjach sektor bankowy w USA straci 10 do 13 procent. Jest i jeszcze gorszy scenariusz. Meredith Whitney, wpływowa analityczka tego sektora zaleciła niedawno unikania „za wszelką cenę” akcji spółek sektora bankowego, ponieważ reforma doprowadzi do ograniczenia akcji kredytowej i zmniejszenia zysków banków. 

Jak widać rynki miały prawo zareagować bardzo negatywnie. Podstawowe pytanie brzmi teraz: mamy do czynienie z korektą, czy z powrotem do rynku niedźwiedzia? Tego jeszcze nikt nie wie, a prognozy są bardzo różne. Na przykład znany ekonomista (ten, który przewidział kryzys) profesor Nouriel Roubini mówi o spadku indeksu S&P 500 do poziomu poniżej 900 punktów. Ne można tego wykluczyć, ale ja zakładam, że banki i rządy mają jeszcze trochę amunicji, której mogą użyć. Można na przykład wyobrazić sobie wspólne interwencje Fed, ECB, Banku Japonii, Banku Anglii i Ludowego Banku Chin, co z pewnością sytuacją na rynkach by poprawiło. Problem jednak w tym, że za parę lat (to optymistyczny szacunek) tej amunicji już może nie wystarczyć, a wtedy będziemy wspominali obecne perturbacje z rozrzewnieniem… 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-05-18 14:55

Kolejny zakręt na drodze do prawdziwych reform

W czasie weekendu 8 -9 maja przywódcy państw UE i postanowili, że będą za wszelką cenę bronili stabilności strefy euro. W niedzielę powstał pakiet pomocowy dla krajów, które wpadną w kłopoty, czyli Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (EMS. Niektórzy nazwali te decyzje operacją „szok i przerażenie” (aluzja do ataku na Irak). Rzeczywiście 750 mld euro robi wrażenie. 440 mld euro mają dać kraje strefy euro w postaci kredytów i gwarancji, 60 mld euro zostanie wyasygnowane z budżetu unijnego (prawie tyle ile Polska dostanie w latach 2007 - 2013), a 250 mld będzie pochodziło z MFW. Skala EMS była tak potężna po to, żeby nie trzeba było go używać. Spadek ryzyka niewypłacalności pomaga zagrożonym krajom w zaciąganiu długów, a to zmniejsza prawdopodobieństwo konieczności uruchomienia EMS. 

Poza tym ECB zadeklarował, że w niektórych „ostrych” przypadkach będzie na „niektórych” rynkach kupował dług państwowy i prywatny. W ten sposób Jean-Claude Trichet, szef ECB połknął własny język, bo jeszcze parę dni wcześniej mówił, że nie ma takiej potrzeby. Niektórzy komentatorzy mówią nawet o końcu niezależności banków centralnych. Rzeczywiście, w kolejnych dniach zaczęły one kupować dług państwowy ten sposób działając tak jakby dodrukowywali pieniądze. To właśnie decyzje ECB były w tym pakiecie najważniejsze, bo jest on gotów do natychmiastowego działania. 

Jednak wszystkie media i nie tylko media twierdziły, że plan tylko na chwilę odsuwa zagrożenia. Ben Bernanke, szef Fed powiedział senatorom, że plan niczego w fundamentach nie zmienia. Straszył też Jean-Claude Trichet, szef ECB. W wywiadzie, którego udzielił niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel” powiedział, że obecna sytuacja na rynkach finansowych w Europie jest najtrudniejsza od II wojny światowej, “a być może nawet od czasu I wojny światowej”. To jeszcze pół biedy, bo widać to gołym okiem. Powiedział jednak też coś dużo gorszego. Stwierdził, że istnieje ryzyko, iż kolejne państwa “zarażą się” kryzysem i że “może to nastąpić radykalnie szybko, czasem w ciągu kilku godzin”. Gdzie ukryć kapitał skoro w ciągu kilku godzin może się stać coś strasznego? 

Takie oceny potwierdzało fatalne zachowanie europejskie waluty - bez przerwy traciła na wartości. Jednak akcje po ogłoszeniu decyzji o pakiecie EMS zyskiwały. Inwestorzy uwierzyli w pewnego rodzaju „decoupling”. Uważali, że EMS, który tak naprawdę jest programem ratowania banków, a nie Grecji, zapewni stabilność systemu bankowego. Euro będzie traciło, ale akcje będą drożały, bo dane makro są przecież bardzo dobre. Kolejne problemy w Europie pojawią się za parę lat, a teraz nic rynkowi nie grozi. Może nawet lepiej jest tak jak jest, bo banki centralne i rządy dwa razy się zastanowią zanim wycofają środki, którymi pobudzały gospodarki. 

Teoria bardzo pociągająca, ale trzeba pamiętać, że umacniający się dolar uderzy w gospodarkę USA (zmniejszy się jej konkurencyjność). W Europie ograniczenie wydatków zaszkodzi ożywieniu gospodarki. W Chinach rynek akcji jest już znowu w bessie. Inflacja wzrosła tam w kwietniu do 2,8 proc. (najwięcej od 18 miesięcy). Mimo prób chłodzenia, ceny nieruchomości skoczyły w kwietniu o 12,8 procent (w marcu o 11,7 proc.), a wartość nowych kredytów była wyższa od oczekiwań (113 mld USD). Chiny będą musiały zastosować ostrzejsze środki do wyhamowania zbyt szybkiego rozwoju, a to zaszkodzi gospodarce światowej. Jeśli kłopoty będą miały Chiny, USA i Europa to kto będzie bronił gospodarki globalnej? 

Polska gospodarka też to odczuje, bo przecież budżet Unii na lata 2014 - 2020 będzie z pewnością bardzo okrojony. Nie da się bez przerwy zwiększać zadłużenia, a przecież Polska, dzięki dopłatom unijnym jest największym beneficjentem tego programu. Ostrzeżeniem dla złotego i obligacji jest też to, co twierdzi w swoim raporcie Morgan Stanley. Analitycy twierdzą, że wynikiem pakietu pomocowego EMS będzie zmiana charakteru ryzyka kredytowego. Podobno ryzyko przesunie się z państw PIIGS do jądra strefy euro, a potem mogą się przenieść na państwa Europy Centralnej. 

Zapewne ostra faza kryzysu zadłużenia państw odsunęła się jednak dzięki pakietowi EMS w przyszłość, ale nic przecież tak naprawdę się nie zmieniło. Zadłużenie jest, będzie i będzie rosło. Wszelkie reformy spotkają się ze sprzeciwem społeczeństw. Być może nawet zostaną uchwalone i wdrożone, ale doprowadzą do sprzeciwu, który zagospodarują partie populistyczno - nacjonalistyczne. A te za kilka lat mogą zrobić w Europie coś, co większości ludzi bardzo się nie spodoba. To oczywiście tylko jeden ze scenariuszy - ten pesymistyczny. 

Teoretycznie jest i optymistyczny. Kraje unijne i ich społeczeństwa zrozumieją, że w jedności siła. Że trzeba dążyć do większej integracji krajów UE. Większa integracja to prawdziwy minister finansów, wspólna polityka fiskalna, prawdziwe kontrole publikowanych danych, surowe sankcje włącznie z wykluczeniem ze strefy euro. Inaczej mówiąc: federacja na poziomie gospodarczym (bez światopoglądowego). Jakoś trudno mi uwierzyć w jego zrealizowanie, mimo że takie zapowiedzi, szczególnie z Niemiec właśnie dochodzą. Nie wyobrażam sobie, żeby państwa unijne zgodziły się na jednego ministra finansów (już jeden bank centralny jest niektórym solą w oku), na ujednolicenie podatków (nasze musiałyby wzrosnąć) i na podporządkowanie budżetów państw ponadnarodowemu organowi. Czysta fantazja, a bez realizacji tego planu euro będzie ciągle miało problemy, co może się w przyszłości skończyć rozpadem strefy. 

Jest i jeszcze jeden, stary problem - spekulanci. Nawiasem mówiąc jestem przekonany, że niedługo postarają się sprawdzić determinację państw UE w niesieniu pomocy krajom z problemami. Znając nieruchawość europejskich polityków można w ciemno założyć, że przełożenie 440 miliardowych obietnic na realia zabierze im wiele miesięcy i wcale nie jest pewne, że zakończy się sukcesem. Jest jednak i prawie na pewno pozytywny aspekt tej całej sytuacji. Poważne kłopoty strefy euro zostały karykaturalnie wyolbrzymione przez grę spekulacyjną na instrumentach pochodnych (CDS). Nie ulega wątpliwości, że spekulanci spełniali pozytywną rolę, wtedy, kiedy nie byli tak silni jak teraz. Byli jak wilki polujące na słabą ofiarę. Stado dzięki temu się wzmacniało. Od kilku lat to się jednak zmieniło. Teraz te wilki potrafią zrobić ze swojego celu śmiertelnie chorą ofiarę wtedy, kiedy można mówić jedynie o grypie. 

Dlatego też należy oczekiwać (wyraźnie mówią to politycy w UE i w USA) posunięć zmierzających do zdecydowanego zwiększenia regulacji rynków finansowych i zmniejszenia wpływu spekulantów. Sprzeciwia się temu Londyn, bo City poniosłoby olbrzymie straty. W USA też trwa walka i z góry można założyć, że tam regulacje będą dużo słabsze niż europejskie. Wynik jest łatwy do przewidzenia. Fundusze przeniosą się tam, gdzie regulacje będą łagodne. Na terenie UE schowają trochę pazurki, ale przecież CDS-ami na dług państw europejskich mogą handlować nawet na Karaibach. Prawdziwe reformy są możliwe tylko wtedy, jeśli zgodzi się na nie cały świat. A to będzie możliwe tylko wtedy, kiedy strach zaglądnie w oczy ludzkości, czyli dopiero wtedy, kiedy uderzy w nas prawdziwy Kryzys. Na razie robimy wszystko, żeby do niego doszło. 

Wnioski dla inwestorów i przedsiębiorców są niezbyt optymistyczne - czekają nas jeszcze długie lata niepokojów, a koniec rozpoczętego w 2007 roku kryzysu odsunął się w siną dal. Owszem, jest nawet bardzo prawdopodobne, że uda się na pewien czas uspokoić sytuację. Być może indeksy giełdowe nadal będą biły rekordy. Nawiasem mówiąc zakładałem na początku roku, że po majowej korekcie tak się właśnie stanie, ale przesłanki dla korekty miałem inne. Nie spodziewałem się, że tak szybko pojawią się problemy z zadłużonymi państwami UE. Czekałem na pojawienie się obaw o to, co stanie się z gospodarką w drugiej połowie roku, kiedy banki i rządy zaczną wycofywać środki pomocowe. Teraz ten temat znikną, bo kto odważy się na szkodzenie gospodarce w obecnej sytuacji? Pamiętać jednak trzeba, że im dłużej budowane są napięcia tym mocniejszy będzie wybuch.

 

 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-04-29 14:59

Politycy plus agencje ratingowe równa się nieszczęście

W połowie lutego pisałem o problemach Grecji w felietonie pt. „Koń trojański w strefie euro”. Pisałem wtedy, że niewypłacalność Grecji zmusiłaby do przyjęcia przez strefę euro zasad pomocy i wykluczania ze strefy, co znacznie zwiększyłoby wiarogodność całej Unii. Potężne problemy miałaby Grecja, być może Hiszpania i Portugalia oraz europejski sektor bankowy, ale nie cały świat. Optowałem za drastycznymi, szybkimi decyzjami, ale nie miałem jednak złudzeń i uważałem, że Unia Grecji pomoże. Tyle tylko, że byłem przekonany, iż decyzja zapadnie bardzo szybko. 

Nawiasem mówiąc nieco od tego czasu zmieniłem zdanie. Byłem zbytnim idealistą. Potężnie zadłużona Grecja ogłaszając niewypłacalność pociągnęłaby za sobą inne kraje (pierwsze na liście to Portugalia i Hiszpania). Analitycy JP Morgan i Royal Bank of Scotland zapowiadają konieczność wysupłania z unijnej kasy 600 mld euro w obronie najsłabszych państw strefy euro. Gdyby te pieniądze się nie znalazły to kolejne bankructwa uderzyłyby w sektor bankowy strefy euro i USA, a to zaszkodziłby ciągle jeszcze bardzo słabemu globalnemu sektorowi finansowemu, co rozpoczęłoby kolejną odsłonę kryzysu. Dużo gorszą od tej z lat 2007 - 2008. Inaczej mówiąc - można zgrzytać zębami, ale znowu nie było wyjścia. Unia musiała szybko Grecji pomóc. 

Politycy od lutego zbierali się do przygotowania pakietu pomocowego, ale szło to bardzo opornie. A euro ciągle w stosunku do dolara traciło, co bardzo podobało się niemieckim eksporterom. W końcu, w marcu podczas wiosennego szczytu Unii uzgodniono, że w razie problemów pomocy udzieli wspólnie strefa euro i MFW. Chodziło o 45 miliardów euro. Mówiono (wtedy wydawało się, że słusznie), że ta pomoc nie zostanie nigdy uruchomiona, bo przecież spekulanci się wystraszą, oprocentowanie greckiego długu spadnie i Grecja będzie mogła pożyczyć brakujące pieniądze na rynku. 

Problem w tym, że spekulanci się nie wystraszyli. Dlaczego? Dlatego, że politycy pomagali im tak jak mogli. Konkretne procedury przyznawania pomocy były ciągle w fazie tworzenia, a niemieccy politycy ciągle ostrzegali, że do pomocy może nie dojść, Politycy greccy też pomagali twierdząc, że Grecja nie będzie potrzebowała tej pomocy. Spekulacji wiedzieli lepiej, a sytuacja na rynku greckiego długu ciągle się pogarszała. W końcu kwietnia obligacje 10. letnie greckie miały rentowności gorsze od wenezuelskich, argentyńskich czy rumuńskich (kilkanaście procent). Coraz gorsze warunki uzyskiwania kredytów i zaciągania długów za pomocą rynku obligacji zmusiło w końcu Grecję do wystąpienia 23 kwietnia o pomoc. Wydawało się, że to na dłuższy czas kończy temat (bo według mnie za 2-3 lata Grecja jednak ogłosi niewypłacalność). 

Nic z tych rzeczy. Chyba (prawie) nikt nie przewidział tego, że Unia jest taka nieruchawa, a kanclerz Angela Merkel (mająca w perspektywie 9 maja wybory regionalne w Nadrenii Północnej-Westfalii) będzie zdobywała głosy wyborców dla swojej partii wyrażając sceptycyzm i mnożąc warunki, pod którymi Grecja może dostać pomoc. Gdyby tę pomoc otrzymała dwa miesiące temu problem zostałby na pewien czas zduszony w zarodku, a teraz mamy już nie tylko problem Grecji. Jest problem wiarogodności strefy euro. Owszem, Grecja i Portugalia to maleńkie gospodarki, ale za chwilę panika może sięgnąć Hiszpanii i Włoch, a wtedy całą strefa po prostu się zawali. 

Europejscy politycy w szczycie paniki kompletnie nie rozumieli powagi sytuacji i mówili o szczycie UE w okolicach 10 maja (sic!), kiedy to mieliby pomóc Grecji. Dominique Strauss-Kahna, szef MFW powiedział, że rozmowy są prowadzone, negocjacje będą krótkie, ale szczegółowego planu jeszcze nie ma. Praktycznie to samo powtórzył w czwartek 29 kwietnia Olli Rhen, komisarza UE ds. monetarnych. Wypowiedzi wspierające pomoc dla Grecji było zresztą dużo więcej, mnożyły się jak króliki (Horstem Kohlerem, prezydent Niemiec, Nicolas Sarkozy, prezydent Francji, opozycja SPD w Niemczech i wielu innych). Okazało się też, że Niemcy gotowi są nawet przez 3 lata wspierać Grecję. Źródła twierdziły, że przez te trzy lata MFW i strefa euro wyda na ten cel nawet 130 mld euro. Politycy po prostu zbierali rozsypane zabawki i próbowali uspokoić rynki. Wydaje się, że na razie to się udało, ale na jak długo takie wypowiedzi wystarczą? 

Osobne słowa „uznania” należą się agencjom, a raczej agencji ratingowej. Agencja ratingowa Standard & Poor’s rozpoczęła ostrą fazę tego greckiego kryzysu obniżając ratingi dla gospodarek Portugalii (o dwa poziomy) i Grecji (o trzy poziomy) do statusu śmieciowego. Perspektywa ratingu Grecji również została określona jako negatywna. Grecja jest pierwszym krajem ze strefy euro, którego dług utracił rating inwestycyjny. Trudno było nawet wyobrazić sobie, że jedna z trzech agencji ratingowych odważy się na taki ruch. Obniżano przecież ratingi Grecji, robiły to wszystkie trzy agencje, ale nigdy w takim pakiecie, o tyle poziomów, wspólnie z innym krajem i w takim momencie. A moment był szczególny, bo rynki były na granicy paniki. Jeśli ktoś cokolwiek rozumie z tego, co dzieje się na rynkach finansowych, jakie mechanizmy nimi rządzą to wie dobrze, że decyzja agencji w tej akurat chwili musiała doprowadzić do paniki. Następnego dnia, w środę 28 kwietnia ta sama agencja dodała do listy Hiszpanię. 

Można sobie tylko wyobrazić jak kolosalne pieniądze wpadły po tych decyzjach agencji do kieszenie graczom, którzy obstawiali upadek Grecji i problemy innych krajów PIIGS. Rola agencji ratingowych od dawna była na cenzurowanym, a po tej decyzji powinna być badana jeszcze dokładniej. Jeśli pamięta się jak reagowały agencje na kryzys azjatycki (do ostatniej chwili nie reagowały), czy na ostatnią odsłonę kryzysu (do jego początku utrzymywały nierealne ratingi obligacji CDO) to można naprawdę zacząć się zastanawiać, do czego i komu są one potrzebne. Nic dziwnego, że w USA senacka komisja odkryła, że niektóre agencje współpracowały z bankami inwestycyjnymi dostając olbrzymie wynagrodzenie za ratingi, które ryzykowne aktywa czyniły bezpiecznymi. 

Inny temat to rola rynku instrumentów pochodnych. Gracze wykorzystywali instrumenty (CDS), które teoretycznie chronią przed upadłością państw czy firm, a które doskonale są wykorzystywane do doprowadzenie do takiego upadku. Jeśli CDS szybko drożeją to inwestorzy wnioskują z tego, że rośnie prawdopodobieństwo upadku danego podmiotu. Klienci i dostarczyciele gotówki szybko ten podmiot opuszczają, a to w przyspieszonym tempie prowadzi do dalszego wzrostu ceny CDS. Tworzy się sprzężenie zwrotne z dużym wzmocnieniem. To musi doprowadzić do upadku. Tak jak doprowadziło do upadku Lehman Brothers i doprowadziłoby do upadku wielu innych, dużych banków, gdyby tej pętli sprzężenie zwrotnego nie przerwało uruchomienie przez Henry Paulsona, wtedy sekretarza skarbu USA, w październiku 2008 roku programu TARP. Prawdą jest, że Grecja w dużej mierze sama jest sobie winna, bo prowadziła kompletnie nieodpowiedzialną politykę. Jednak rynek CDS doprowadził błyskawicznie prawie do jej upadku. W ten sam sposób może doprowadzić do upadku prawie każde państwo/firmę, które ma chwilowe problemy. 

Wszyscy pamiętamy rolę, jaką odegrały instrumenty pochodne (CDO i CDS) w szybkim rozkręceniu się pierwszej fazy kryzysu (lata 2007 - 2008). Tym razem swoją siłę pokazały w odniesieniu do państw. Rynek instrumentów pochodnych wymaga szybkiego uregulowania. Będą z tym jednak problemy. W poniedziałek 26 kwietnia Demokraci porozumieli się w Senacie co do zakresu regulacji rynku instrumentów pochodnych. We wtorek okazało się jednak, że Republikanie zablokowali prace toczone w Senacie nad reformą systemu finansowego. Demokraci mieli przewagę (57:41), ale trzeba mieć 60 głosów, żeby przeciwnik nie wprowadził zasady filibuster, która do nieskończoności przedłuża dyskusje nad ustawami. W ten sposób Republikanie (nie pierwszy raz) przysłużyli się sektorowi finansowemu, ale tylko w krótkim okresie. W długim brak regulacji doprowadzi do kolejnego kryzysu. 

Wszyscy gracze/inwestorzy działający na rynkach finansowych wiedzę, że w tej fazie słowami nie uspokoi się trwale sytuacji. Trzeba przeciwdziałać warunkom do powstawiania paniki. Jeśli się już pojawi to trzeba gasić ją twardymi faktami. Można postawić pytanie: za co euro-politycy i ich doradcy (szczególnie doradcy) dostają duże pieniądze? Każdy inwestor giełdowy wie, że opanowanie paniki na rynku finansowym jest bardzo trudne. Lekarstwo jest tylko jedno: nie tworzyć sytuacji, które do paniki mogą doprowadzić. Czy naprawdę tak trudno to zrozumieć? Skoro jednak politycy nie rozumieją, że tylko szybkie reakcje uchronią rynki przed reakcją łańcuchową to sytuacja naprawdę jest poważna, a rozpoczęcie drugiej fazy kryzysu wcale nie jest wykluczone. 

Niedługo sprawdzimy jak sytuacja się rozwinie. W Niemczech między 7 a 9 maja (daty w zależności od tego, czy mówi o tym Frank-Walter Steinmeier, przewodniczący opozycyjnej SPD, czy Wolfganga Schaeuble, minister finansów Niemiec) Bundestag i Bundesrat powinny zatwierdzić pakiet pomocy dla Grecji. 10 maja (lub nawet wcześnie) ma się odbyć nadzwyczajny szczyt UE poświęcony uruchomieniu pomocy dla Grecji. Do 19 maja Grecja musi wykupić obligacje o wartości 8,1 mld euro, a do końca roku około 30 mld euro. Grecji pomoc dostanie, mimo że nie chce się zgodzić na wszystkie warunki kredytodawców (np. nie chce obniżyć płac w budżetówce). Pytanie jest tylko jedno: czy przed udzieleniem tej pomocy rynki finansowe nie postawią kolejnego kraju w tej samej sytuacji, w której jest teraz Grecja? Jeśli postawią to rozpoczniemy nowy rozdział Kryzysu. Trzymajmy kciuki, żeby nie miały na tyle siły. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-04-13 12:32

Rynki finansowe wobec polskiej tragedii

Poniżej przytoczę mój komentarz, który ukazał się 13 kwietnia w „Pulsie Biznesu” uzupełniony do tekstu, który ukaże się we „Wprost” i o parę dodatkowych uwag: 

W sobotę 10 kwietnia Polskę spotkała wielka tragedia. Myślę, że wszyscy normalni Polacy bardzo głęboko przeżyli i przeżywają tę katastrofę. Owszem, zdarzają się dużo większe tragedie, gdzie giną setki tysięcy osób (trzęsienie ziemi na Haiti, tsunami sprzed kilku lat), ale są to ofiary odpersonifikowane. Tym razem było inaczej i nie chodzi tylko o to, że zginęły osoby stojące wysoko w hierarchii. Każdy człowiek ma przecież odruchową chęć powiedzenia „dzień dobry”, jeśli nagle natknie się na kogoś, kogo dobrze zna z telewizji. Byli to więc po części nasi znajomi. Dlatego też ból jest większy. 

Rynki finansowe nie mają jednak serca, duszy ani sumienia… Inwestorzy mają za to portfele, które muszą zwiększać swoją objętość. Nie oceniam tego źle, nie krytykuję. Stwierdzam po prostu fakt - życie musi toczyć się dalej. Tak było i ta zawsze będzie i praktycznie bez znaczenia jest tragiczne wydarzenie, które może doprowadzić do jakiejś reakcji. Wystarczy przypomnieć sobie to, co działo się na rynkach po kolejnych atakach terrorystycznych. Po uderzeniu w World Trade Center (WTC) giełdy amerykańskie były przez tydzień zamknięte, a indeksy spadały potem jeszcze przez kilka dni. Po ataku w Madrycie rynki cierpiały przez 1,5 dnia. Po ataku w Londynie reakcja ograniczyła się do kilku godzin. Widać było, że świat się przyzwyczaił i taki dramat musiałby coś poważnego zmienić w gospodarce albo być zapowiedzią całej serii podobnych wydarzeń, żeby miał duży wpływ na rynkowe nastroje. Tego ostatniego obawiano się właśnie po uderzeniu w WTC. 

W naszym przypadku było inaczej. Od samego początku uważałem, że ta tragedia nie będzie miała wpływu na zachowanie rynków i rzeczywiście nie miała. Powód jest prosty. Struktura państwa polskiego i jego rząd są nienaruszone, a przecież to rząd jest dla stabilności państwa najważniejszy. Nie wchodząc w szczegóły, bo jeszcze na to nie pora, można powiedzieć, że po tej tragedii rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich bardzo korzystna) umocniła się. 

Poza tym w banku centralnym i (nieoczekiwanie) w RPP Sławomira Skrzypka, zmarłego prezesa NBP, zastąpił Piotr Wiesiołek, jego dotychczasowy zastępca. Pełniący obowiązki Prezydenta RP Bronisław Komorowski zapewne nie zaproponuje przed wyborami prezydenckimi Sejmowi nowego prezesa. Jednak, jeśli wygra wybory (najbardziej prawdopodobne o ile nie wystartuje Włodzimierz Cimoszewicz) to takiego wyboru dokona. Jest prawie pewne, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii Rada Polityki Pieniężnej - NBP - rząd. Znikną wcześniej widoczne swary. 

W poniedziałek po południu agencja Bloomberg przyniosła opinie zagranicznych analityków, którzy mojej ostrożności widocznej we wcześniejszych komentarzach nie zachowywali. Twierdzą oni, że umocnienie władzy rządzącej koalicji i prawdopodobne wygranie przez Platformę Obywatelską w czerwcu wyborów prezydenckich oznacza, iż Polskę czekają duże, pozytywne zmiany. Przede wszystkim ma przyspieszyć prywatyzacja oraz nastąpić mają oczekiwane od dawna reformy. Mam duże wątpliwości, co do tego, jakie to będą reformy i czy będą rzeczywiście realizowane, ale o tym napiszę zapewne później, po okresie (nie tylko formalnej) żałoby. Teraz wystarczyć musi to, że taka właśnie ocena sytuacji gospodarczo-politycznej w Polsce dominuje w raportach zagranicznych ośrodków analitycznych. Nie można było oczekiwać, że będzie ona inna. 

Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą teraz jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce, a złoty mógłby się nawet nadal umacniać, gdyby nie strach przed kolejną interwencją NBP. A bank centralny będzie bardzo zdeterminowany, żeby pokazać, że tragiczna śmierć jego prezesa nic w jego polityce nie zmieniła. Przypomnijmy, że na rynku walutowym zapowiedzi zerwania z tradycją pojawiły się już kilka tygodni temu. Wtedy to członkowie Rady Polityki Pieniężnej zaczęli negatywnie wypowiadać się o sile naszej waluty. Te wypowiedzi złotemu nie zaszkodziły, ale już w piątek 9 kwietnia, dzień przed tragedią, okazało się, że NBP bardzo szybko przeszedł od słów do czynów. Przesłanie przeprowadzonej wtedy interwencji było wielowarstwowe. Po pierwsze i najważniejsze pokazało, że RPP i NBP nie ograniczą się do interwencji słownych jak to było w przeszłości, kiedy prezesem NBP był Leszek Balcerowicz. Wtedy interwencja nie wchodziła w ogóle w grę. W ten sposób bank zerwał z kilkunastoletnią tradycją. Po drugie „korzystny kurs” sygnalizował, że złoty jest zbyt mocny. Po trzecie poparły ten ruch zarówno ministerstwo finansów jak i RPP. Rada poinformowała też, że upoważnienie do interwencji udzielone Zarządowi NBP nie jest jednorazowe. 

Zmiana prezesa banku niczego w tej sprawie nie zmieni. Skoro wszyscy popierali interwencję to nadal będą popierali walkę ze zbyt silnym szkodzący gospodarce ( przez obniżenie jej konkurencyjności) złotym. Szczególną uwagę bank zwróci na kurs EUR/PLN. Dla naszej gospodarki najlepiej byłoby, żeby złoty umacniał się w stosunku do dolara (za surowce płacimy w dolarach) i tracił albo stabilizował się w stosunku do euro (80 procent handlu zagranicznego przeprowadzamy ze strefą euro). Interwencje banku obowiązującego trendu na umocnienie złotego nie zmienią, ale go spowolnią. Rynek akcji też pójdzie swoją drogą, co bardzo wyraźnie pokazał w poniedziałek po katastrofie. Rynki finansowe po prostu takie są. Cokolwiek by się nie wydarzyło to obowiązuje zasada: prowadzimy „business as usual”. To, że nasza tragedia jest tak potworna nie jest w stanie tego zmienić.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-03-23 15:16

Ta bardzo niebezpieczna statystyka…

Wiem, że Czytelnicy tego bloga domagają się tekstu dotyczącego przyszłości rynków finansowych, ale powiem szczerze, że nie jestem do tego przygotowany. Nie czuję jeszcze tematu. Nadal czekam na korektę w drugim kwartale tego roku (raczej w drugiej połowie tego kwartału), na dane makro, które będą się wtedy pojawiały i na rozwój sytuacji na froncie wycofywania bodźców zaaplikowanych gospodarce i firmom przez państwa i banki centralne. 

Nawiasem mówiąc kuriozalna była ostatnia wypowiedź Bena Bernanke, szefa Fed. Powiedział, że pomoc dla największych instytucji finansowych, jest przesadna i niesprawiedliwa (słowo „unconscionable” to mniej więcej znaczy). Stwierdził też, że skutkiem proponowanych zmian prawa (reformy systemu finansowego) powinno być wycofanie tej pomocy. Oczywiście takie wypowiedzi to nic innego jak obrona własnej pozycji, bo to przecież Fed dostarczył dużym bankom tę „niesprawiedliwą” pomoc. Zobaczymy, co wyniknie z tej krytyki samego siebie. 

Na razie dyskutuje się ciągle o reformie sektora finansowego (początek dał w styczniu Barack Obama). Ciekawe modyfikacje wprowadził niedawno senator Christopher Dodd, przewodniczący senackiej komisji ds. Bankowości. Ciekawe, co z tego na końcu zostanie. Może się bowiem okazać, że powstanie coś, co będzie spełniało funkcję szczęk, z których wyrwane zostały zęby. Tak jak stało się przecież z reformą ochrony zdrowia. Twierdzi się, że to był sukces Baracka Obamy, ale nie dokładnie tak jest. Odnotować warto, że przeciwko głosowali wszyscy Republikanie i nawet 30 Demokratów, czyli partyjnych kolegów prezydenta Baracka Obamy. Trudno to uznać za przekonujące zwycięstwo. 

To prawda, że dzięki reformie około 30 milionów nieubezpieczonych Amerykanów będzie posiadało ubezpieczenie zdrowotne, a firmy ubezpieczeniowe pod byle pretekstem nie będą mogły odmawiać ubezpieczenia lub odmawiać zwrotu kosztów leczenia. Gdyby to był jednak taki duży sukces administracji to reakcja rynków byłaby zupełnie inna. Obawiano by się utraty zysków przez ubezpieczycieli i spółki farmaceutyczne, a wystarczy spojrzeć na wykresy, żeby zobaczyć, że nikt się reformy nie bał. Z różnych zresztą powodów, których omawiał tutaj nie będę, bo nie to jest tematem tego wpisu. Wspomnę tylko, że kluczowa w reformie idea, czyli utworzenie państwowego ubezpieczyciela, który konkurowałby z prywatnymi, co prowadziłoby z pewnością do obniżki cen ubezpieczeń (i zysków ubezpieczycieli) legła w gruzach. Dlaczego w kraju, który chlubi się propagowaniem konkurencji nie udało się jej stworzyć? 40 tysięcy lobbystów mieszkających w Waszyngtonie musi coś robić. W sprawie reformy finansów też próżnować nie będą. 

Jak widać znaków zapytanie jest sporo, a można spokojnie dodać jeszcze kilka innych. W tej sytuacji lepiej koncentrować się na najbliższej przyszłości. Nadal według mnie obowiązuje zasada, o której wspominałem w ostatnim wpisie. Dane (szczególne z rynku nieruchomości) były w USA słabe z powodu zimy. Zima się skończyła, więc zaczną się poprawiać, a skoro tak, to jest pod co grać. Obowiązuje zasada kupowania na spadkach, co widać zresztą gołym okiem. 

Dla jasności: nie przypisuję przesadnego znaczenia realnemu wpływowi danych makro na zachowanie rynków. Są tylko dobrymi pretekstami. Przede wszystkim dlatego, że dają się one interpretować w dość dowolny sposób. Myślę, że część Czytelników pamięta publikowany już tutaj obrazek (http://www.adamduda.pl/wp-content/uploads/2009/08/unemploymentratemint2.jpg ) - trzeba nań kliknąć, żeby dokładniej zobaczyć o co chodzi. Opisuje on sytuację z 2008 roku, kiedy oficjalna stopa bezrobocia w USA wynosiła 7,2 proc. Wtedy realna sięgała ponad 17 procent. Teraz oficjalna to blisko 10 procent i ciągle czytam artykuły, w których pisze się, że realna to ponad 20 procent (podczas Wielkiej Depresji 25 procent). Podobne wyliczenia można znaleźć na temat inflacji. Około trzydziestu procent inflacji CPI (w cenach płaconych przez konsumentów) wynika z ekwiwalentu czynszu płaconego przy wynajmie domu. Można sobie wyobrazić jak bardzo zmienia to realny obraz cen płaconych codziennie przez Amerykanów. Jak widać wystarczy zmienić definicję i problemu nie ma. Przypomina się słynne „stłucz pan termometr, nie będziesz pan miał gorączki”. 

Nie tylko Amerykanie są specjalistami w odpowiednim manipulowaniu statystyką. U nas też mówi się przecież o zmianie definicji zadłużenia po to, żeby uniknąć przekroczenia progów ostrożnościowych. Są i inne „kwiatki” niedawno dowiedzieliśmy się, że w stosunku do lutego zeszłego roku średnie [i]wynagrodzenie wzrosło w Polsce o 2,9 proc.. Polacy pewnie szukają tego wynagrodzenie w kieszeniach (3.288 złotych), ale większość go nie znajdzie. Po pierwsze mówimy o płacy w sektorze przedsiębiorstw, co nie uwzględnia małych firm, a po drugiej mówimy o średniej. Warto spojrzeć na badania GUS z 2008 roku (konferencja prasowa na ten temat miała miejsce w listopadzie 2009), żeby zobaczyć, o czym mówimy. Wtedy to, w październiku 2008, średnia płaca wyniosła 3232,07 zł. ale najczęściej otrzymywanym pracowników w gospodarce narodowej wynagrodzeniem było … 2091,35 złotych brutto. 

Mediana wyniosła 2639,51 zł. I to właśnie mediany należałoby używać, żeby pokazać jak Polacy zarabiają. Mediana to wartość, poniżej której połowa Polaków zarabia od niej mniej, a druga połowa więcej. Jaka jest różnica między średnią i medianą? Czytałem kiedyś anegdotyczny przykład, który bardzo ładnie to objaśnia. Jeśli do zatłoczonego baru wejdzie Bill Gates to średnia płaca skoczy mocno do góry. Jednak mediana zapewne się nie zmieni - przybędzie jeden człowiek zarabiający ponad próg, poniżej którego zarabia połowa klientów baru. 

Inny przykład. Na początku marca media skupiły się na szybkim wzroście deficytu i na dużo mniejszych od oczekiwanych wpływach z podatku VAT. W pierwszych dwóch miesiącach roku deficyt budżetowy wyniósł prawie 17 miliardów złotych, czyli ponad 32 procent z dopuszczonego przez ustawę budżetową deficytu na ten rok. Gdyby mechanicznie zastosować równanie: 2 miesiące to 32 procent, więc 12 miesięcy to 192 procent to doszliśmy do wniosku, że czeka nas katastrofa. Jeśli doda się do tego informacje o dużym spadku wpływów z VAT (po odliczeniu inflacji spadły o 6 procent) to można się zacząć poważnie niepokoić. Nie warto jednak tego robić. Po pierwsze zawsze na początku roku wydatki są dużo większe, a po drugie niższe wpływy z podatku VAT po części wynikają z zamrożenia gospodarki przez ostrą zimę. Niepokoić może tylko to, że nie wiemy jak wielki był to wpływ. 

Wiosna rzeczywiście zwiększy aktywność gospodarki zarówno w USA jak i w Polsce, a dane makroekonomiczne będą się poprawiały, ale nie będzie to poprawa spektakularna. Jeśli pamięta się, że statystyka służy mediom do interpretowania, a niekoniecznie do pokazywania realnego obrazu to trzeba zachować duży krytycyzm i nie ulegać ani panice ani euforii po przeczytaniu/wysłuchaniu jakiegoś medialnego przekazu. Pamiętać też trzeba, że po lepszych danych mogą za chwilę przyjść gorsze i tak powinno się stać w drugiej połowie roku. Jaki wniosek dla inwestorów? Portfele nadal powinni mieć napełnione aktywami, ale palec powinni trzymać na spuście… 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2010-03-04 21:34

Wrf = f (PKB*, πNBP)

Nuda. Na rynkach finansowych wszystko idzie mniej więcej w oczekiwanym przeze mnie kierunku, więc nie ma się czym ekscytować. W przyszłości bardzo się przyda ostra zima (w USA). Zakładam bowiem, że obowiązuje teraz taka teoria: dane (szczególne z rynku nieruchomości) były słabe z powodu zimy, zima się skończy i zaczną się gwałtownie poprawiać (tak rzeczywiście powinno być), a skoro tak, to jest pod co grać. Ciekawiej jest na rynku EUR/USD, gdzie najwyraźniej potwierdza się podejrzenie o świadomą grę funduszy hedżingowych na osłabienie euro. Są momenty, kiedy niczym innym reakcji tego rynku wytłumaczyć nie można. Dowieść tego jednak się nie da, więc nie ma co się nad tym rozwodzić. 

Prawdę mówiąc najchętniej odszedłbym od tematyki bloga i napisał coś na temat książki Artura Domosławskiego („Kapuściński non-fiction”). Tym chętniej bym coś napisał, że ja bardzo dokładnie ją przeczytałem w odróżnieniu od tych krytyków, którzy robią błąd oceniając na podstawie kilku cytatów. Nie mogę jednak robić wyjątków, bo za chwilę na forum pojawiłaby się polityka, a to by z forum zrobiło magiel. Powiem tylko, że często krytykuje się tę książkę patrząc na nią przez pryzmat swojego życiorysu. Pojawia się wtedy pytanie: jak wyglądałaby moja biografia napisana tak realistycznie? I pojawia się strach. Niepotrzebnie - mało który człowiek jest tylko czarny albo tylko biały. No dobrze, niechętnie zostawiam ten temat i ruszam na swoje pastwisko. 

Na początku marca, przy okazji posiedzenia powołanej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Narodowej Rady Rozwoju. Ministerstwo finansów przedstawiło założenia reformy finansów publicznych. Była to pierwsza część tych założeń, a ocenę trzeba robić po przeczytaniu całości, co często (również na tym polu) jest przez krytyków lekceważone. Warto jednak powiedzieć parę słów na temat kilku punktów już dostarczonego materiału, bo może pomoże to w tworzeniu drugiej jego części. 

Zdecydowanie trzeba pochwalić ministerstwo, że chce reformować finanse i rozpoczyna na ten temat dyskusję. Nie można się jednak zgodzić z tym, że wyłącznie pomysły rządu są drogą do reform. Nie można ich przyjąć na podstawie dosyć mglisto zarysowanych założeń. Na przykład przy ustalaniu reguł wydatkowych w budżecie państwa mówi się o doraźnej „zasadzie jednego procenta”. Maksymalny poziom wzrostu wydatków miałby wynieść 1 procent w ujęciu realnym (po uwzględnieniu inflacji). Przy okazji wypada przypomnieć, że rząd nie musi tych zasad ustalać w ustawie. Po co poddaje się osądowi Sejmu i Prezydenta? 

Ta reguła jest dosyć jasna. Jednak reguła docelowa już taka nie jest. Mówi się o tym, że wydatki zależałyby od średniego wzrostu PKB i od celu inflacyjnego NBP. Inaczej mówiąc im mniejszy wzrost PKB tym większe wydatki. Taką mam przynajmniej nadzieję skoro mówi się o prowadzeniu polityki antycyklicznej, czyli na przykład o wspieraniu wzrostu w okresach zagrożenia dla gospodarki. Bardzo dobrze, ale wzór definiujący tę regułę (w odróżnieniu od wzoru dla reguły tymczasowej) bazuje chyba na tym, że matematyki od dawna nie ma na maturze. Wygląda on tak: Wrf = f (PKB*, πNBP), gdzie: PKB* - średnia dynamika wzrostu gospodarczego w okresie referencyjnym. πNBP - cel inflacyjny. 

Co z tego można zrozumieć? Nic oprócz tego, że wydatki będą funkcją dynamiki wzrostu i celu inflacyjnego. Nie wiadomo jednak, jaka funkcją, bo równanie tego w najmniejszym stopniu nie określa. Jest to ogólny wzór - definicja funkcji. Skoro tak to, jakim cudem, nie znając formuły, dało się obliczyć, że „osiągnięte zostaną bezpośrednie oszczędności w wydatkach publicznych - ok. 11,58 mld zł łącznie do roku 2012, o 22,72 mld w 2020 r. i docelowo 19,2 mld zł w jednym tylko roku 2060.”. Szczególnie interesująca jest wiarogodność prognozy na 2060 rok… Naprawdę przydałoby się w założeniach dokładniej określić zasady.

Interesujące, ale całkowicie niejasne jest sformułowanie: „Resort finansów chce także wzmocnić odpowiedzialność i dyscyplinę finansów publicznych poprzez wprowadzenie odpowiednich mechanizmów prewencyjnych i korygujących”. Jak rozumiem będą to mechanizmy dyscyplinujące urzędników? A może znowu jakieś wzory? Chyba nikt nie wie, o co chodzi. Podobnie tajemnicze jest „uspójnienie wymiaru rent z wymiarem emerytur” i „odsztywnienie wydatków”. Pomijam dosyć kuriozalny język - naprawdę jednak nie wiadomo, co ma się stać z rentami i jakie sztywne wydatki maja się zamienić na elastyczne. 

Konkrety pojawiają się jedynie wtedy, jeśli ministerstwo mówi o ludziach w mundurach. Tyle tylko, że trudno będzie (bardzo trudno) wprowadzić zalecane zmiany. Oczywiście, „włączenie funkcjonariuszy i żołnierzy do powszechnego systemu emerytalnego oraz ujednolicenie przepisów regulujących ubezpieczenie społeczne” jest bardzo sensownym posunięciem, ale z pewnością wiele osób zatrudnia się w wojsku czy w policji licząc na wczesną emeryturę. Jak rząd ma zamiar dać sobie radę ze spadkiem ilości kandydatów? Pewnie przez wzrost płacy, a to przecież znacznie zmniejszy korzyści dla budżetu. Trzeba to zrobić, ale obawiam się, że założenia są zbyt optymistyczne (17 mld zł oszczędności w 2060 r.). 

Tego samego obszaru wydatków dotyczy postulat „dostosowania wydatków na wojsko do możliwości finansowych państwa w okresie pokryzysowym”. Jak rozumiem chodzi o to, żeby zrezygnować ze sztywnego określania minimum wydatków. Obecnie na drodze ustawowej musimy wydawać każdego roku co najmniej 1,95 proc. PKB. Nie uważam tych wydatków za niezbędne, ale jesteśmy przecież w NATO, gdzie zobowiązaliśmy się do finansowania wojska tak, żeby szybko zbliżyć się do poziomu profesjonalizacji „starych” członków NATO. Nie wiem, czy z tego powodu nie pojawia się jakieś problemy. 

Z uporem też jednak (niektórzy powiedzą, że z uporem godnym lepszej sprawy) przypomnę, że bilans to nie tylko wydatki. To również przychody. W obu przypadkach to społeczeństwo płaci za reformy, ale płaci po to, żeby pokolenia nie płaciły więcej. Niedawno wicepremier Waldemar Pawlak opowiedział niezły dowcip: rząd już wie jak zmniejszyć deficyt budżetowy - za pomocą pieniędzy, które są w naszych kieszeniach. To prawda, ale wszystko zależy od tego z czyich kieszeni się je wyjmuje. 

Proponowane w pierwszym rzucie reformy wyjmą je przede wszystkim z kieszeni tych mniej zarabiających. Mam nadzieję, że w drugiej części pojawi się coś interesującego na temat ograniczenie szarej strefy. Potrzebne jest też ograniczenie procederu samozatrudnienia. Korzystają z tego bardzo często zarabiający krocie menadżerowie, a w większości przypadków chodzi po prostu o uniknięcie płacenia ZUS i składki zdrowotnej we właściwej wielkości. A potem dziwimy się, że do ZUS i OFE nie wpływa odpowiednia ilość środków, a ochrona zdrowia kuleje. Nie zaszkodziłby też powrót do starych stawek PIT. 

Nie łudzę się - takich decyzji nie będzie. Czekam jednak z niecierpliwością na drugą część propozycji mając nadzieję, że będą bardziej konkretne. Jedno jest pewne: zachęcanie prezydenta przez ministra Rostowskiego i profesora Balcerowicza, żeby już teraz, na postawie tych materiałów, zadeklarował zrezygnowanie z prawa weta jest nieporozumieniem.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/