Blog Piotra Kuczyńskiego

Rynki pod mikroskopem

2012-01-16 9:07

Najbliższe dwa tygodnie

Od 18.01 do 5.02 jestem na urlopie, więc napiszę krótki komentarz odnośnie do najbliższej przyszłości po to, żeby łatwiej było wymieniać opinie na Forum. Nie obiecuję, że będą moderowane tak często jak dotychczas, ale poszukam dostępu do Internetu i mam nadzieję, że kilka razy dziennie będę je moderował. A teraz ad rem. 

Uważam, że do szczytu unijnego (30., stycznia - miał być przełożony, ale potwierdził datę Herman van Rompuy) i jednocześnie do końca sezonu raportów kwartalnych (koniec stycznia) byki są stosunkowo bezpieczne. Pisałem ten komentarzyk przed piątkiem, więc napisałem też, że „stosunkowo” dlatego, że nie wiemy, co może nam wyszykować agencja ratingowa Standard&Poor’s. Zakładałem jednak (to nie jest dorabianie poglądu do faktu), że nawet jeśli obniży ratingi wielu krajom to taka decyzja wpływ na rynek będzie miała najwyżej 1-2 dniowy. Najważniejsze jest, żeby nie obniżyła lub obniżyła tylko o jeden poziom rating Francji i żeby w treści komunikatu nie pojawiły się treści, które naprawdę przekonają graczy, że strefę euro czeka kataklizm.

W piątek decyzja agencji doprowadziła do mikro reakcji na rynkach akcji i surowców. Zbyt długie straszenie prowadzi do oswojenia z zagrożeniem i przyzwyczajenia rynków. Nawet rynek długu zareagował wstrzemięźliwie. To więc nie jest już zagrożeniem. Nawiasem mówiąc Olli Rehn, komisarza Komisji Europejskiej ds. gospodarczych i walutowych, powiedział, że decyzja nie przez przypadek została ogłoszona w tym właśnie momencie wyraźnie sugerując, że S&P ma dość złowieszcze cele do osiągnięcia. Może i ma, ale tym razem ma rację. Od początku twierdziłem, że podjęte na szczycie 8-9.grudnia 2011 decyzje są zdecydowanie niewystarczające. Twierdziłem też, że spokojne zachowanie rynków na przełomie roku uśpi polityków, co źle się skończy. 

Pojawiło się jednak inne zagrożenie. „Financial Times” poinformował w piątek, że przerwano negocjacje dotyczące restrukturyzacji greckiego długu, co może skutkować ogłoszeniem bankructwa przez Grecję. Podobno negocjacje zostaną wznowione we wtorek lub w środę. Zakładam, że tutaj też dramatu nie będzie, bo alternatywną jest ogłoszenie bankructwa Grecji (ogłoszenie, bo faktycznie Grecji jest już bankrutem) i uruchomienie efektu domina, ale chwilę grozy możemy przeżywać. Za to, jaka będzie euforia po osiągnięciu porozumienia!

Wydawałoby się, że prawdziwe zagrożenie może się pojawić po szczycie UE. Martwi bowiem to, że na rynkach panuje optymizm, co zachęca polityków do nicnierobienia, a to powinno się źle skończyć. Teoretycznie jest to więc zły prognostyk na luty (właśnie po szczycie UE). Dlaczego teoretycznie? Dlatego, że nie wykluczam innego rozwiązania.

Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się być to, że akcja ECB z dostarczeniem bankom nieograniczonej płynności na 3 lata na z niewielkim oprocentowaniem daje efekty. Jestem nieco tym zaskoczony, ale nie wykluczam, że naciski polityczne zmuszają banki do kupowania obligacji krajów PIIGS. W końcu przecież na konferencji prasowej po nocnym zakończeniu szczytu UE 9,12 prezydent Nicolas Sarkozy mówił, że jeśli rządy poproszą banki to pewnie te banki dług państwowy będą kupowały (sic!). Czeka nas jeszcze jeden przetarg LTRO w końcu lutego, co może ten trend utrwalić.

Skoro tak to takie ograniczone drukowanie euro (bo to jest ograniczone drukowanie) totalnie uśpi polityków i może znacznie wydłużyć okres zwyżki cen wielu aktywów. Może nawet do marca/kwietnia. Nic nie zastąpi jednak decyzji o nieograniczonym (to słowo jest ważne) druku euro przez ECB (co niekoniecznie znaczy, ze druk zostanie podjęty). Dlatego też kolejna faza kryzysu może się przesunąć nawet na wiosnę/lato tego roku. Wtedy pojawią się napięcia związane z lokowaniem potężnych emisji długu krajów strefy euro i banków.

Inaczej mówiąc zamiast szybko pojawiającej się, ostrej fazy kryzysu i decyzji o europejskim QE będziemy mieli psującą się sytuację gospodarczą z hossą w tle i powtórne uderzenie niedźwiedzi za kilka miesięcy, kiedy sytuacja gospodarcza w Europie będzie zdecydowanie słabsza. Wtedy to banki będą dodatkowo obciążone kupowanymi teraz na kredyt z pożyczek ECB obligacjami krajów PIIGS (plus Francji). Plusem byłoby to, że uderzenie nastąpiłoby na poziomach dużo wyższych niż obecnie. Pamiętać trzeba, że piszę to spoglądając na rynki z pozycji obserwatora w dniu 16.01. Podczas dwóch tygodni dużo się może jeszcze zmienić. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2012-01-03 13:43

Kryzys strefy euro szansą dla byków

Przełom roku zmusza wszystkich analityków do robienie podsumowań (czego szczerze nie znoszę) i stawiania prognoz (co uważam za mało poważną zabawę). Media wymagają jednak od nas prognoz, co można zrozumieć. Pamiętać jednak trzeba, że mówienie o poziomach, na których skończą rok złoty, WIG20 czy jakieś inne aktywa jest tylko i wyłącznie hazardem. Szczególnie wtedy jest hazardem, kiedy rok zapowiada się na równie lub nawet bardziej burzliwy niż 2011. Jeśli analityk przez przypadek trafi - przez przypadek, bo nie ma żadnych narzędzi dających sensowny, dopuszczalny poziom błędu - to uważany jest za (chwilowego) guru, jeśli nie trafi to mało kto o tym będzie pamiętać. 

Robiąc powyższe zastrzeżenie spróbuję i ja swoich sił na tym polu, ale zapowiadam: nie będę mówił o poziomach, na jakich rok się zakończy. Skupię się na omówieniu scenariuszy. Najlepiej można „zrobić sobie nazwisko” produkując katastroficzne wizje. Mamy takich dyżurnych proroków na pęczki. Nie twierdzę, że to jest zły kierunek. Czytający takie prognozy analizują możliwości realizacji czarnego scenariusza i starają się na nią mentalnie przygotować. Ważne jest jednak to, żeby nie przesadzić. Żeby nie pisać o potopie i pożodze wtedy, kiedy czeka świat „jedynie” recesja. 

Po to, żeby zakończyć tekst optymistycznie rozpocznę i ja od scenariuszy, które bardzo spodobają się giełdowym niedźwiedziom. Zaskoczę czytelników tym, że na pierwszym miejscu nie będzie kryzys strefy euro. Dlaczego? To się wyjaśni w dalszej części tekstu. Rozpocznę od konfliktu Izrael - Iran, bo uważam to zagrożenie za jedno z bardziej niepokojących. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej w listopadzie zeszłego roku ostrzegła, że Iran dąży do zdobycia broni atomowej i może ją mieć w swoim posiadaniu za dwa, trzy lata. 

Nie ma znaczenie, czy to jest realny scenariusz. Ważne jest to, ze Izrael uważa go za realny. Politycy izraelscy wyraźnie i niedwuznacznie mówią o ataku na atomowe instalacje Iranu. Zakładam, że problemu nie da się rozwiązać metodami dyplomatycznymi i do takiego ataku dojdzie. Pytania są trzy: kiedy nastąpi atak, jaka będzie odpowiedź Iranu i co zrobią Stany Zjednoczone. Uważam, że atak nastąpi w tym albo w przyszłym roku - w obu przypadkach prawdopodobieństwo wynosi 50 procent. Jeśli pamięta się o wyborach w USA to nie wykluczam, że do ataku dojdzie właśnie w tym roku. Barack Obama, prezydent USA, może zgodzić się na takie działanie Izraela chcą pokazać, że jest zdecydowanym politykiem. 

Gdyby tak się stało to pierwszą reakcje rynków byłoby znaczne podniesienie ceny ropy. Mogłaby nawet pokonać szczyt z 2008 roku, czyli dla ropy WTI poziom 147 USD. Potem liczyć się będzie odpowiedź Iranu. Czy naprawdę jest w stanie zablokować cieśninę Ormuz? Jakie ma możliwości uderzenia na Izrael? Jaka będzie odpowiedź innych państw arabskich? To są pytanie, na które trudno o odpowiedź, a ta odpowiedź (bez dodatkowych elementów, o których poniżej) może być warta setki miliardów dolarów. Może zresztą i więcej, bo podwojenie ceny ropy zapewniłoby naprawdę znaczne spowolnienie gospodarki światowej i wzrost inflacji. 

Drugim elementem ze strefy zagrożenia jest według mnie to, że w wielu krajach odbędą się wybory, lub będzie trwało przygotowanie do wyborów (Niemcy). Najważniejsze nie będą wybory w USA, bo ich wynik wpłynie dopiero na to, co będzie się działo w 2013 roku. Niezbyt istotne są wybory w Rosji, gdzie (mimo protestów) wszystko jest już ułożone. W Niemczech walka o wyborcę może prowadzić do dziwnych decyzji, w których siła euro może się stać ofiarą. 

Uważam, że prawdziwym zagrożeniem są wybory w Grecji i we Francji. W Grecji wygrać mogą politycy niechętni polityce oszczędnościowej Lucasa Papademosa, obecnego premiera Grecji. To mogłoby doprowadzić do wyjścia Grecji ze strefy euro i pogorszenia sytuacji Włoch, Hiszpanii i Francji. We Francji korzystna dla rynków byłaby wygrana w wyborach prezydenckich Nicolasa Sarkozy i jego koalicji w wyborach parlamentarnych. 

To drugie jest kompletnie nieprawdopodobne. To pierwsze jest mało prawdopodobne. Jeśli wygra François Hollande to sytuacja może się bardzo zmienić. Hollande jest niechętny ratowaniu zagrożonych krajów strefy euro, ale może zmienić zdanie. To często politykom się zdarza i myślę, że tak będzie i w tym przypadku. Jeśli go nie zmieni to doprowadzi do potężnych perturbacji na rynku walutowym, do znacznego obniżenia wartości euro (i złotego) oraz do potężnych spadków indeksów giełdowych. 

Trzecim zagrożeniem jest to, co dzieje się w Chinach. Od dawna analitycy ostrzegają, że budowane są tam liczne zagrożenia. Mówi się, że inwestycje przekraczające rok w rok 50 procent PKB muszą doprowadzić do przegrzania gospodarki. Twierdzi się, że rynek nieruchomości jest jedną wielką bańką spekulacyjną (ceny mieszkań zaczęły już spadać). Znający realia chińskie twierdzą, że ilość złych długów w chińskim sektorze bankowym jest olbrzymia, co grozi kryzysem tego sektora. Zagrożeniem jest też potężny sektor „shadow banking”, czyli pozabankowe firmy udzielające pożyczek. Chiny starają się ograniczyć podaż kredytów, ale to pomogło w rozbudowie potężnego sektora pozabankowego udzielającego kredytów na wysoki procent. Problem, w tym, że chińskie zagrożenie jest widoczne od wielu lat, a kryzys się nie pojawia. Kiedyś musi światu zagrozić, ale nie musi to być wcale rok 2012. 

Czwartym zagrożeniem, ale i nadzieją jest kryzys strefy euro. Moim bazowym scenariuszem było i jest to, że w roku 2012 dojdzie jeszcze do czegoś, co można będzie nazwać apogeum tej fazy kryzysu. Obawiam się bowiem, że politycy dojdą do wniosku, iż wynik grudniowego szczytu UE rynki zadowolił. Na przełomie roku indeksy rosły, a na rynku długu sytuacja była stabilna. Gdyby rynki zareagowały paniką to może politycy wymyśliliby coś więcej. w obecnej sytuacji obawiać się trzeba, że uznają oni, że kulawy pakt fiskalny i zapewnienie płynności sektorowi bankowemu przez ECB wystarczy. 

Być może zapewni to (plus czekania na kolejny szczyt 30. stycznia i sezon raportów kwartalnych spółek w USA) dobry nastrój w styczniu . Oczywiście o ile agencje ratingowe lub rynek długu tej sielanki nie przerwą. Jednak potem panika znowu się rozpocznie. Będzie trwała do momentu, kiedy to ECB znajdzie rozwiązanie, dzięki któremu będzie mógł działać tak jak Fed czy Bank Anglii. Poinformuje, że będzie skupował bez ograniczeń obligacje zagrożonych państw strefy euro. Niemcy będą musieli się z takimi decyzjami pogodzić. 

Dzięki takiej deklaracji nie będzie musiał niczego drukować. Rynki finansowe nie mają w zwyczaju walczyć z bankami centralnymi, które mogą po prostu w komputerze dopisać zero na końcu swojego rachunku. Zawsze w takiej walce banki będą górą. Nie jest właściwe mówienie o przegranych banków w sytuacjach takich jak atak G. Sorosa na funta, bo to jest kompletnie inna sytuacja i każdy prawdziwy gracz giełdowy to rozumie.   

Od momentu podjęcia takiej decyzji (lub podobnej, która wzniesie mury obronne wokół Włoch, Hiszpanii i Francji) hossa powróci na wszystkie parkiety. Najmocniej rosnąć będą ceny surowców. Zyskiwał też będzie kurs EUR/USD oraz nasz złoty. Okaże się, że recesji w strefie euro nie będzie, a w Polsce PKB wzrośnie o zdecydowanie więcej niż prognozowane w projekcie budżetu 2,5 procent. Za to wszystko zapłacimy (bez względu na to, czy ECB będzie, czy nie będzie drukował) dużą inflacją, ale zapewne jeszcze nie w 2012 roku. 

Jak widać z tego, co napisałem to nie kryzys strefy euro jest największym zagrożeniem roku 2012. Wręcz przeciwnie, gdyby doszło do oczekiwanego przeze mnie apogeum kryzysu to byłaby to okazja do kupna ostro przecenionych aktywów (od surowców, po akcje), na których do końca roku wypracowałoby duże zyski. Wszystko to jednak ma sens pod jednym warunkiem: że nie zrealizują się pierwsze trzy zagrożenia. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-12-09 13:47

Ktoś tu nie mówi całej prawdy?

Na świecie kryzys, szczyt UE, dziwna reakcja rynków (o tym więcej na stronach Xelion i Stooq.pl), a ja chcę pisać o wieku emerytalnym… Tak, trzeba wrócić do expose premiera i do zawartego w nim postulatu wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 67 roku życia. Czas goni, bo 1. grudnia premier bardzo wyraźnie zapowiedział przyjęcie propozycji rządowych bez uwzględniania zastrzeżeń płynących z różnych źródeł (również od koalicjanta). Potwierdził to Władysław Kosiniak-Kamysz, nowy minister pracy i polityki społecznej. Podobno Sejm ma odpowiednie ustawy przyjąć w styczniu. 

Z tego wynika, że społeczeństwo będzie zaskoczone, a dyskusji praktycznie nie będzie. Nie może jej być, bo decyzje będą podejmowane szybko i do tego na przełomie roku, czyli wtedy, kiedy wielu Polaków myśli o czymś zupełnie innym. Uważam, że tak być nie powinno. To, czy przyjmie się ustawy w styczniu, czy w listopadzie nie ma najmniejszego znaczenia skoro mają zacząć działać dopiero od 2013 roku. 

Nic też nie pomoże w postrzeganiu Polski przez rynki finansowe. Po miesiącu (może nawet wcześniej) nie będzie to już miało żadnego znaczenia. Poza tym okaże się zapewne, że wersji rządowej nie da się przyjąć, zaczną się przetargi łagodzenie, a to wręcz pogorszy sytuację. Zdecydowanie lepiej byłoby przyjąć jakieś rozwiązanie wtedy, kiedy rynki finansowe zwrócą na nas wzrok. Do tego czasu należałoby podtrzymywać wersję rządową i prowadzić konsultacje. 

Bez względu na powody uważam, że tak istotne dla społeczeństwa zmiany powinny być poprzedzone poważną dyskusją. Nie specjalizuję się w systemach emerytalnych, ale jestem myślącym logicznie Polakiem i to takim, który ma szansę się wypowiedzieć. Zakładam też, że mój tekst będzie rzucaniem grochem o ścianę. Uważam jednak, że dla czystości sumienia wypowiedzieć się trzeba, szczególnie, że analityczny umysł w prezentowanych (na razie nie jest tego dużo) poglądach znajduje wiele nieścisłości. Postaram się je tutaj przedstawić. 

Czy wydłużać wiek emerytalny? 

Na początek dwie uwagi. Po pierwsze - tytuł wpisu wyjaśni się na końcu tekstu. Po drugie ja też uważam, że wiek emerytalny trzeba wydłużać. Z prostego powodu i niekoniecznie dlatego, że nie wydłużenie zrujnuje finanse państwa. Przede wszystkim dlatego, że żyjemy dłużej, a skoro tak to stosunek ilości lat spędzonych na emeryturze do całkowitej długości życia nie powinny się drastycznie zmniejszać. 

Nie należy słuchać demagogów, którzy podają średni wiek życia w Polsce i twierdzą, że na przykład dla mężczyzny, czas życia na emeryturze to tylko 4 lata (po zmianach). Tak, średnia życia mężczyzny to nieco ponad 71 lat, ale takiego, który już dożył do obecnego wieku emerytalnego (65 lat) jest o około 9 lat dłuższa. Po prostu część ludzi umiera przed emeryturą. Podobno co 6 lat średnia życia w okresie emerytalnym wydłuża się o jeden rok. To bardzo dużo, ale to też jest demagogia - nie da się życia wydłużać w nieskończoność. Z pewnością jednak żyjemy dłużej. Problem więc nie jest w tym, czy wydłużać wiek emerytalny, ale jak to zrobić. 

Najprościej oczywiście zrobić to tak jak to przedstawiono w expose premiera. Wydłużyć stopniowo wszystkim i nie zawracać sobie głowy bardziej skomplikowanymi rozwiązaniami. Można przecież wykorzystać opinie ekonomistów i dziennikarzy zgadzających się na takie banalne rozwiązanie. Są nawet tacy, którzy żądają, żeby wydłużanie wieku emerytalnego zdecydowanie (dwukrotnie) przyśpieszyć. Sposób z expose spodoba się rynkom, ale zdecydowanie nie spodoba się społeczeństwu (80 procent jest przeciw). Uważam, że byłaby to błędna decyzja świadcząca o lekceważeniu społeczeństwa i o niechęci władzy do włożenia pracy w bardziej skomplikowane, ale zdecydowanie również bardziej „strawne” dla Polaków rozwiązania. 

Czy wydłużenie wieku emerytalnego zwiększy bezrobocie? 

Zdania są różne. Nie tylko związkowcy twierdzą, że bezrobocie wzrośnie. Tak mówią też niektórzy ekonomiści specjalizujący się w rynku pracy (na przykład prof. Elżbieta Kryńska). Jeśli pamięta się o tym, że w Polsce około 70 procent ludzi w wieku 50 + nie ma pracy, to wydaje się oczywistym, że wydłużenie wieku emerytalnego musi zwiększyć bezrobocie albo wśród młodych albo wśród starszych.

Są jednak i inne poglądy. Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy i polityki społecznej, twierdzi, że doświadczenia państw, w których wydłużono wiek emerytalny daje prawo do twierdzenia, że im więcej starszych ludzi pracuje tym więcej młodych znajduje pracę. Obawiam się, że wiem skąd taki wniosek. Badanie musiały być przeprowadzane w okresach ożywienia gospodarczego, kiedy popyt na pracę rośnie w obu grupach. Była to więc zapewne prosta koincydencja, a nie zasada. 

Podobny błąd popełnia Władysław Kosiniak-Kamysz, nowy minister pracy i polityki społecznej. Twierdzi on, że ma dowód na to, że dłuższa aktywność starszych osób nie zwiększy bezrobocia. Dowodem tym mam być wzrost zatrudnienia osób starszych po tym jak rząd w 2009 roku wygasił część przywilejów emerytalnych  (pomostówki). Powód znowu był prosty - w 2009 roku rozpoczęło się ożywienie gospodarcze, które trwa do tej pory. 

Ciekawe są poglądy profesora Marka Góry, twórcy reformy emerytalnej. Twierdzi on, że „nie pracy brakuje, ale pieniędzy na zapłacenia za pracę” jak również, że „pracy będzie zawsze tyle ile trzeba”. Trudno się z tym zgodzić. Wydaje się bowiem oczywiste, że jeśli (sztucznie, bo przez przedłużenie wieku emerytalnego) rośnie podaż pracy, a popyt z tego powodu się nie zmieni to stopa bezrobocia musi rosnąć. Może też spadać koszt pracy.

Twierdzi się też, że w przyszłości ludzi młodych będzie mniej niż obecnie, więc pracodawcy będą zmuszeni do zatrudniania osób starszych. Na pozór jest to doskonałe wytłumaczenie tego, dlaczego stopa bezrobocia nie będzie rosła. Tylko na pozór. Po pierwsze nie wiemy jak będzie wyglądał przyrost naturalny (zakładamy przecież, że państwo stworzy warunki do zwiększenia dzietności). Po drugie trudno sobie wyobrazić w wielu zawodach 67. letnich pracowników fizycznych. Po trzecie można w ciemno założyć, że pod presją przedsiębiorców nastąpi zwiększenie imigracji, a pracownicy ze Wschodu będą dużo tańsi niż starsi wiekiem Polacy. Poza tym przecież pracy może ubywać choćby z powodu postępu technicznego i przenoszenia miejsc pracy do miejsc, gdzie jest ona bardzo tania. 

Czy są warunki do wydłużenia wieku do 67. roku życia?  

W przypadku mężczyzn w zasadzie są. Nie przekonuje mnie jednak powoływanie się na inne kraje Europy Zachodniej, które wydłużają wiek emerytalny. U nas system ochrony zdrowia, profilaktyki jest w dużo gorszym stanie niż we Francji czy w Niemczech. Mężczyzna 67. letni może być oczywiście bardzo zdrowy, ale z całą pewnością więcej jest tych z problemami zdrowotnymi. Przedsiębiorcy zdecydowanie będą woleli przyjąć młodego i już doświadczonego 30. latka niż 67. latka. 

Nieporozumieniem jest według mnie wydłużanie wieku emerytalnego kobiet aż do 67. roku życia. W Polsce kobiety pracują na więcej niż jednym etacie - bo daleko nam jeszcze do super-partnerskich układów Zachodu. Poza tym nasza infrastruktura (żłobki, przedszkola, a raczej ich brak) obciąża przede wszystkim kobiety. Dodatkowym czynnikiem jest to, że młode kobiety często korzystają z instytucji babci. Szczególnie w Polsce, (patrz wyżej) ta funkcja jest bardzo istotna. Wydłużenie o 7 lat wieku emerytalnego kobiet tę instytucję praktycznie niszczy, bo wtedy, kiedy młoda kobieta potrzebuje pomocy może jej nie otrzymać. Potrzebuje jej często nie na stałe, a od czasu do czasu, czego babciom jest trudno odmówić. 

 Argumentem mającym obalić te tezy jest to, że można teraz zarejestrować babcię, jako nianię i państwo będzie za nią odprowadzało składki (oczywiście od płacy minimalnej). To wbrew pozorom wcale nie jest takie proste. Po pierwsze chodzi o dzieci do lat trzech. Kobieta w wieku 60. lat (babcia) musiałaby więc odejść z pracy, zająć się dzieckiem i po trzech latach (w wieku 63 lat) znowu szukać pracy. Życzę powodzenia. Poza tym musiałaby płacić podatek dochodowy (nawet gdyby rodzice dziecka nic jej nie płacili). 

Uważam, że wiek emerytalny kobiet powinien być u nas niższy niż mężczyzn. Z powodów czysto finansowych (o tym poniżej) nie twierdzę, że powinien wynosić 60. lat. Powinien być wyższy o parę lat (nie o szczegóły tu chodzi, a o zasadę). Propozycja PSL mówiącego o obniżeniu wieku emerytalnego w zależności od ilości dzieci wydaje mi się warta rozważenia. Nie musiałoby to być 3 lata - to zapewne za dużo, ale 1-2 lat za dziecko od drugiego w górę (z opłacaniem składki przez państwo do ustawowego wieku emerytalnego). 

Czy pokolenie powojenne też musi pracować dłużej? 

W expose zaproponowano, żeby wydłużanie wieku było stopniowe (od 2013 roku, co 4 miesiące dodawałby się jeden miesiąc dłuższej pracy). Podobnie było w Niemczech, ale tam odpowiednią ustawę przyjęto w 2007 roku, a wiek przedłużać się będzie od 2012 roku. Poza tym Niemcy nie objęli tymi regulacjami ludzi, którzy w 2007 roku mieli już 60 lat. Uważam, że w Polsce również należy ustanowić wiek, powyżej którego wydłużenie wielu emerytalnego nie będzie dokonywane. Wbrew pozorom nie piszę tego we własnym interesie. Jeśli zdrowie pozwoli to będę pracował tak długo jak długo będę mógł, nie zwracając uwagi na ustawowy wiek emerytalny.  

Piszę w interesie mojego pokolenia. Wśród niego już teraz tylko 30 procent ma zatrudnienie. Narzucanie im dłuższej (nie)pracy jest wręcz nieprzyzwoite. Poza tym mężczyzna, który ma do emerytury na przykład trzy lata będzie miał wydłużony okres pracy o około jedną czwartą (w zależności od daty urodzenia). Czterdziestolatek będzie miał wydłużony czas pracy o osiem procent. Ten pierwszy mógł już nawet sobie zaplanować, co będzie robił na emeryturze i teraz będzie musiał szybko zmieniać plany. 

W końcu pamiętać też trzeba, że moje pokolenie większość swojego życia spędziło w PRL-u. Ludzie z tego pokolenie nie znają języków (w większości i z pewnością nie po dwa jak to jest obecnie normą), a ich wykształcenie dalekie jest od obowiązującego obecnie ideału. Przez kilkadziesiąt lat realnego socjalizmu nie nabrali oni elastyczności, która obecnie jest też normą. Ciągła zmiana nie jest w nich „wbudowana” tak jak jest wbudowana w młodszych Polaków. Dzięki temu pokoleniu udało się przejść z socjalizmu do kapitalizmu. Czy musi ono za to teraz (do tego tak późno) znowu zapłacić? 

Jak to jest z tym bankructwem systemu? 

Już wyżej widać było, że nie do końca mówi się nam prawdę. Przyszedł jednak czas na wyraźniejsze postawienie tytułowego pytania. Politycy i ekonomiści mówią nam, że trzeba wydłużyć wiek emerytalny, bo w przyszłości system się załamie. Przypominam, że nowy system emerytalny został wprowadzony w 1999 roku. Wtedy to naukowcy i politycy mówili jednym głosem - to jest konieczne, bo inaczej system się załamie. 

Z systemu o zdefiniowanej emeryturze przeszliśmy wtedy na system zdefiniowanej składki. Zgodziliśmy się (zdaje się, że większość w pełni nieświadomie), że zamiast stopy zastąpienia około 60 procent (procent emerytury w stosunku do wynagrodzenia) będziemy otrzymywali około 30 procent. Być może było to konieczne, chociaż (tu pewności nie mam, bo specjalistą nie jestem) w wielu krajach UE nadal obowiązuje system zdefiniowanej emerytury, gdzie świadczenie emerytalne zależne jest od ilości lat pracy i średniego wynagrodzenia z pewnego okresu pracy.

To, że państwa ze zdefiniowanym świadczeniem przesuwają w górę wiek emerytalny to rozumiem. Dlaczego jednak my to robimy skoro już raz zrezygnowaliśmy z połowy emerytury? Przecież twierdzono (i nadal się tak twierdzi), że „system dwu filarowy charakteryzuje odporność na starzenie się społeczeństwa” (http://www.pzu.pl/produkty/otwarty-fundusz-emerytalny-pzu). I nie jest to jedyna strona, na której się tak twierdzi. Poza tym twórca nowego systemu emerytalnego, profesor Marek Góra, na stronie http://www.igte.com.pl/sysemeryt/syseme.htm#bm  (pkt. 15) twierdzi, że „Nowy system oparty jest w całości na indywidualnych kontach emerytalnych. Dzięki temu system automatycznie dostosowuje wielkość strumienia wydatków do wielkości strumienia swoich dochodów. Taki system - w przeciwieństwie do starego systemu - nie grozi bankructwem.”. 

Wydaje się, że są dwie możliwości. Albo wtedy świadomie wprowadzono nas w błąd (w co nie wierzę) albo naukowcy i politycy pomylili się. Jeśli się pomylili to może właściwe byłoby wyjście przed szereg, pokłonienie się po japońsku i przeproszenie społeczeństwa? Ale jest jeszcze jeden problem. Skoro wtedy się pomylili to skąd pewność, że i teraz się nie mylą? Dlaczego jeśli już raz zdecydowaliśmy się na bolesne zmiany musimy to robić jeszcze raz? 

Skąd ten pomysł? 

Załóżmy przez chwilę, że naukowcy i politycy mieli 12 laty temu rację i tak naprawdę bankructwo systemowi nie grozi. Alternatywnie: grozi, ale nie jest to nic pewnego. Jeśli tak to dlaczego już teraz politycy ryzykują gniew elektoratu (zaręczam, że nie zapomni on o tym co mu zrobiono do czasu następnych wyborów)? 

Zapewne po pierwsze dlatego, żeby usatysfakcjonować rynki finansowe. Po to, żeby nie wystawać nadmiernie negatywnie w gronie tych państw, które wiek emerytalny podwyższają. To jednak jest zbyt skromny powód, chociaż z pewnością istotny. Znacznie zwiększa determinację polityków to, że emerytury będą bardziej niż skromne. Odchodzące w wieku 60 lat  kobiety będą cierpiały biedę. To jest już wynik działania systemu zdefiniowanej składki. Jeśli zarabiałaś niewiele lub płaciłaś jedynie minimalne składki to uzbierałaś niewiele, a przewidywany okres życia po przejściu emeryturę to ponad 20 lat. Uzbierany kapitał podzielony przez ilość lat da po prostu grosze. Nie da się za to przeżyć. 

Nieznacznie jedynie poprawiać tę sytuację będzie waloryzacja. Mówi się, że jej wielkość zależy od inflacji i tego ile zarabia się w gospodarce. To też nie do końca prawda. Wielkość inflacji rzeczywiście będzie podnosiła nam świadczenia. Jednak jak pisze w swoim opracowaniu FOR (http://www.igte.com.pl/warto/Jak_dziala_nowy_system_emerytalny_i_co_warto_w_nim_zmienic.pdf): „Składki gromadzone w I filarze są waloryzowane corocznie o inflację oraz o realne tempo wzrostu przypisu składek ubezpieczeniowych. Przypis składek to kwota, jaka corocznie trafia do ZUS z tytułu ubezpieczeń społecznych.” i dalej: „Niezależnie od przyszłej dynamiki wynagrodzeń, niski wzrost zatrudnienia przyczyni się do obniżenia tempa waloryzacji składek gromadzonych na indywidualnych kontach emerytalnych w ZUS.”. 

Emerytury będą głodowe. To w zasadzie politycy nam mówią, ale obawiają się, że nie to działa na wyobraźnię. Politycy boją się, że wtedy, kiedy na emeryturę zacznie przechodzić więcej osób to zacznie się poważny problem. Przypominam, że nowy system obejmuje osoby urodzone po 1 stycznia 1949 roku. Kobiety już teraz otrzymują świadczenia emerytalne w nowym systemie, bo część z nich ukończyła 60 lat. Mężczyźni zaczną je otrzymywać w tym systemie od 2014 roku. Stąd to wydłużanie wieku od 2013 roku. Im większa będzie ilość emerytów z nowego systemu tym większy będzie nacisk polityczny na zmianę zasad. Ponieważ żyjemy w demokracji to w końcu będzie tak duży, że trzeba będzie emerytom dopłacać z budżetu. Stąd według mnie ten pomysł z wydłużeniem wieku. 

Czy nie ma innych metod na zwiększenie wpływów ZUS? 

Załóżmy, że rozumiemy polityków i ekonomistów i wpływy do ZUS muszą być większe. Zarówno te indywidualne jak i te zbiorcze. Potrafię to zaakceptować. Uważam jednak, że jeśli chodzi o indywidualne oszczędności to bardziej sensowne byłoby dawanie zachęt dla dłuższej pracy tym, którzy tę pracę mają. Ideałem byłoby dążenie do sytuacji szwedzkiej, gdzie ludzi całkiem dobrowolnie pracują mając dobrze ponad siedemdziesiąt lat. 

Załóżmy jednak, że z jakichś powodów nie potrafimy tego zrobić. Odważne założenie, bo tak naprawdę nawet nie próbujemy. Gdzie jest kampania pokazująca, jak bardzo głodowe będą emerytury, jeśli zrezygnuje się z pracy w ustawowym, obecnie obowiązującym wieku emerytalnym? Można przecież zaproponować system (podobno obowiązuje w Niemczech), w którym na kilka lat przed ustawowym wiekiem emerytalnym można odejść na emeryturę, ale świadczenie jest zmniejszane o 0,3 proc. za każdy miesiąc poniżej tego wieku. Ludzi bardziej bolą straty niż cieszą zyski (to udowodnione), więc taki system z pewnością bardzo zwiększyłby chęć do pracy. 

Można też (według tej samej filozofii) zaproponować poważne ograniczenia w dorabianiu do emerytury. W tej akurat sprawie zgadzam się z osobami twierdzącymi, że emerytura nie powinna być dodatkiem do pensji. Powinna być świadczeniem zamiast pensji, jeśli już nie chcemy albo nie możemy pracować. Można by wtedy jeszcze dorabiać, ale w bardzo ograniczonym zakresie. 

Jeśli zaś chodzi o całkowite wpływy do ZUS to możliwości jest mnóstwo. Powinno się jeszcze bardziej ograniczyć przywileje emerytalne. Powinno się też wprowadzić nakaz odprowadzania składek od „umów śmieciowych”. Konieczne jest zrezygnowanie z systemu, w którym przedsiębiorca (często zresztą niebędący żadnym przedsiębiorcą tylko osobą zmuszoną do samozatrudnienia) odprowadza minimalną składkę. Powinno się płacić tak jak płaci się na etacie. Zdecydowanie zmniejszyłoby to przy okazji problem, którym jest zatrudnianie na umowy śmieciowe. 

Oczywiście podniósłby się pewnych gronach płacz, bo to znaczyłoby, że więcej trzeba odprowadzać do kasy ZUS. Jednak, jeśli mamy w Polsce problemy, to chyba powinniśmy solidarnie uczestniczyć w ich rozwiązywaniu? Przeciwnicy tego pomysłu mówiliby o wzroście szarej strefy. O tym zresztą mówi się przy każdej okazji nic nie robiąc w celu zmniejszenia tej strefy. Sposobów na jej zmniejszenie jest mnóstwo. Ja zalecałbym to, co robią Szwedzi zwalczając prostytucję - karzą klienta. 

Potrzebna jest dyskusja 

Powtarzam, że jeśli chodzi o rynek pracy i system emerytalny, ja specjalistą nie jestem. Będę jednak zapewne emerytem, a jako analityk widzę liczne niespójności i nieprawdy w tym co mówią politycy i ekonomiści. Dlatego też zachęcam po pierwsze do wymiany poglądów, a po drugie do powstrzymania się od błyskawicznego uchwalenie nowego prawa. Tak poważna zmiana powinna być zrobiona niekoniecznie wtedy, kiedy poprze ją większość, ale z pewnością wtedy, kiedy większość zrozumie, o co w niej chodzi. 

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-11-21 15:39

Expose w wersji eksportowej

Wygłoszone w Sejmie 18. listopada godzinne expose premiera Donalda Tuska miało najwyraźniej przynajmniej dwa cele. Po pierwsze było „eksportowe”, dlatego, że bardzo wyraźnie skierowane było do tzw. rynków (agencje ratingowe, dziennikarze ekonomiczni, inwestorzy itd.). Dlatego nie było w nim tematów światopoglądowych, służby zdrowia, edukacji itp. Gdyby inne tematy się pojawiły to straciłoby ono na przejrzystości. A przecież do obcokrajowców trzeba mówić prostym językiem, a zagranicznym dziennikarzom trzeba dać możliwość napisania efektownych artykułów z dobrymi tytułami i leadami. To nie jest żart - taki według mnie był cel. 

Po drugie expose miało w jak najmniejszym stopniu zdenerwować Polaków i rozłożyć obciążenia. Stąd wszelkie posunięcia, które uderzają w obywateli są albo przesunięte w czasie albo zmiękczone tak, żeby ucierpieli tylko bardziej zamożni Polacy. Bardziej zamożni, a nie bogaci, bo ci ostatni w Polsce podatków nie płacą. Brak mi było czegoś, co dotknęłoby też tę grupę. Na przykład przywrócenie podatku spadkowego w gronie najbliższych od jakiegoś (bardzo wysokiego) poziomu. Chęć pokazania, że wszyscy płacą doprowadziła do tego, że w expose znaleźli się przedsiębiorcy (składka rentowa), firmy (KGHM i inne), mundurowi, górnicy, rolnicy, księża i wszyscy Polacy (system emerytalny). 

O samym expose można w skrócie powiedzieć, że było bardzo konkretne, a propozycje były w większości sensowne. Tzw. „windfall tax”, czyli opodatkowanie zysków z kopalin jest stosowany np. w Australii i Chile. Zapewne będzie też stosowany do wydobywanego (za wiele lat) gazu łupkowego. Pytanie tylko, czy będziemy te środki przejadali, czy odkładali w specjalnym funduszu na gorsze czasy (tak jak w Norwegii). 

W tej propozycji jest „sprawa KGHM”. W Sejmie i nie tylko w Sejmie (sam otrzymywałem wiele mejli pełnych oburzenia) ta sprawa wzbudziła wiele emocji. Nie dziwię się. Nie chodzi mi o to, że ceny akcji spadły tak mocno - musiały po takiej informacji spaść i nie ma znaczenia kiedy i w jaki sposób byłaby ta informacja podana. Była to jednak zadziwiająca koincydencja: we wtorek 15.11 prezes ogłasza skup akcji w celu podniesienie ich wartości, w piątek premier podatek od wydobycia - różnica w cenach akcji około 20 procent. Rzeczywiście jak twierdzą oburzeni dużo do zarobienia przy grze na krótko. 

Wszystkie organa kontrolne od GPW po KNF twierdzą, że z oglądu sesji piątkowej wynika, że nie było przecieku umożliwiającego wykorzystanie tej informacji w celu zarobkowym. Należy w to wierzyć ( chodzi o sesję piątkową). Było jakieś 100 tys. zysku na krótkiej pozycji, co może jednak pewne wątpliwości nasuwać. Kto pożycza i sprzedaje akcje tuż po zapowiedzi skupu tych akcji przez samą firmę, kiedy prezes twierdzi, że warte są 190 złotych czyli o 15 procent więcej niż przed expose? Dosyć to dziwne i wymagające sprawdzenia. 

Generalnie sytuacja, w której państwo ma udziały w KGHM, której zarząd trzy dni wcześniej przed expose ogłasza skup akcji wygląda dziwacznie. Nie można przecież wykluczyć (bez podejrzeń o dbanie o własną kieszeń), że ktoś zasugerował zarządowi KGHM podjęcie decyzji o skupie i opublikowanie jej przed expose. Byłaby to jednak skrajna nieodpowiedzialność (delikatnie mówiąc), a autora takich sugestii należałoby przykładnie ukarać. Można też spekulować, że ktoś uczestniczący w tworzeniu expose pytał w KGHM o takie rzeczy, które dawały sugestię, w jakim kierunku będzie ono szło. Decyzja o skupie wynikałaby więc z nadgorliwości zarządu. Podkreślam: to tylko spekulacje, a nie zarzuty. 

Jedno jest pewne: jeśli ktoś grał na krótko (pożyczał akcje i je sprzedawał) wiedząc o tym, co znajdzie się w expose to sprzedawałby akcje we wtorek po ogłoszeniu informacji o skupie. Sprzedaż tuż przed expose byłaby dla osoby, która coś wie bardzo ryzykowna. Generalnie: jeśli ktoś doprowadził do przecieku to szybciej obsługa rządu niż ktoś z rządu. Zarobienie kilkuset tysięcy nie jest czymś wartym grzechu, jeśli wiąże się z ryzykiem popełnienia politycznego samobójstwa i perspektyw życia za kratami. A ryzyko było dla człowieka znającego treść expose olbrzymie. 

Tyle na temat KGHM. Podwyżka składki rentowej o 2 punkty procentowe po stronie pracodawców jest sensowna, bo po stronie pracobiorców ograniczyłaby popyt. W Brazylii prezydent Lula zwieszając dochody biednych doprowadził do wzrostu gospodarki (oczywiście pomogły mu też surowce). Mówienie o zwiększeniu z powodu wzrostu składki bezrobocia jest według mnie nieporozumieniem i zawsze to twierdziłem. Jeśli z tego powodu ktoś będzie zwalniał lub nie przyjmował, to znaczy, że jego biznes dąży ku bankructwu. Na kontach firm leży 170 mld złotych. Nic im się nie stanie, jeśli sytuacja wróci do normalnej, czyli tej sprzed obniżki. Pytanie tylko skąd rząd wziął 13 mld złotych rocznie przychodów z tego tytułu. Profesorowie ekonomii mówią, że jeden procent składki to 3,5 - 4 mld złotych, a nie 6,5 mld. To wymaga wyjaśnienia. 

Jeszcze raz powtórzę to, co nieraz mówiłem. Zadziwia mnie postawa ludzi, którzy narzekają na „lawinowy wzrost zadłużenia”, a jednocześnie chwalą przyjęte przez PiS i PO obniżki składki rentowej i redukcję progów PIT, które to decyzje zwiększyły zadłużenie o co najmniej 7 proc. PKB. Gdyby nie te decyzje to zadłużenie byłoby dalekie od progu 55 procent. Decyzje o obniżkach podobno pomogły nam przejść przez kryzys. Pomogły jednak w bardzo ograniczonym zakresie, bo olbrzymia większość tych pieniędzy poszła do kieszeni zamożniejszych Polaków, a to nie oni wydają wszystko, co otrzymują. 

Idźmy dalej. Niewątpliwie słuszne są zapowiedzi stopniowego przechodzenie rolnictwa na opodatkowanie podatkiem dochodowym. Nie można niczego zarzucić konieczności uregulowania sprawy emerytur mundurowych, czy górniczych. To wszystko pokazuje, że rząd chce dbać o równe rozłożenie obciążeń. 

Likwidacja becikowego oraz ulgi na jedno dziecko dla rodzin o dochodzie przekraczającym 85 tys. złotych rocznie jest trafne. Dotychczasowe rozwiązania nie miały sensu. Po co dopłacać za posiadanie dzieci ludziom, którzy nawet tej dopłaty w swoich wynagrodzeniach nie zauważą? Jest jednak problem. Słyszałem jak minister Jacek Rostowski zaplątał się w wyjaśniania dziennikarzowi, czy te 85 tysięcy rocznie dotyczy jednego z rodziców, czy sumy zarobków. Wyszło, że sumy zarobków. Wtedy dziennikarz podzielił na dwa te 85 tysięcy i wyszło mu nieco powyżej 3,5 tysiąca, czyli mnie niż średnia w przedsiębiorstwach. Minister potem tak wszystko tłumaczył, że nawet ja tego nie zrozumiałem, ale mam wrażenie, że tutaj jest jakieś nieporozumienie wymagające wyjaśnienia. Faktem jest to, że tak jak od początku zapowiadałem zmiany w ulgach wejdą w życie od 2013 roku, bo nie da się ich przyjąć do 30.11 tego roku. 

Część expose, w którym premier mówił o kwotowej rewaloryzacji emerytur i rent w miejsce procentowej zapewne jest niekonstytucyjna. Myślę, że rząd ma  świadomość, że to nie przejdzie. W sytuacji, kiedy nasz system emerytalny jest systemem zdefiniowanej składki, a nasze emerytury są pochodną zgromadzonego kapitału rewaloryzacja powinna być procentowo dla wszystkich jednakowa. Trybunał Konstytucyjne inne rozwiązania może odrzucić. 

Najbardziej kontrowersyjne są propozycje zmian systemu emerytalnego. Teoretycznie są słuszne, bo żyjemy dłużej. Nie należy słuchać demagogów, którzy podają średni wiek życia w Polsce i twierdzą, że na przykład dla mężczyzny, czas życia na emeryturze to tylko 4 lata (po zmianach). Tak, średnia życia mężczyzny to nieco ponad 71 lat, ale takiego, który już dożył do obecnego wieku emerytalnego (65 lat) jest o około 9 lat dłuższa. Po prostu część ludzi umiera przed emeryturą. Długość życia po osiągnięciu wieku emerytalnego od wielu lat rośnie, więc logiczne wydaje się wydłużenie wieku. 

Nie uważam jednak, żeby w sytuacji, kiedy w systemie emerytalnym mamy zdefiniowaną składkę, a stopa bezrobocia jest kilkunastoprocentowa (i będzie rosła) sensowne jest wydłużania wieku emerytalnego. Pamiętać trzeba, że w Polsce około 70 procent ludzi w wieku 55+ nie ma pracy. Niektórzy twierdzą, że wydłużenie wieku emerytalnego zwiększy bezrobocie wśród młodzieży. Podobno badania (?) tego nie potwierdzają. Ale z całą pewnością zwiększy je wśród osób starszych. 

Rozumiem, dlaczego premier to zapowiedział (bo tego żądają rynki), ale nie popieram. Nawiasem mówiąc przed wyborami zarówno minister jak i premier opierali się idei obowiązkowego wydłużenia wieku emerytalnego. Twierdzili, a ja to twierdzę nadal, że bardziej sensowne byłoby dawanie zachęt dla dłuższej pracy tym, którzy tę pracę mają. Ideałem byłoby dążenie do sytuacji szwedzkiej, gdzie ludzi całkiem dobrowolnie pracują majac dobrze ponad siedemdziesiąt lat.

 Jeśli już jednak zdecydujemy się na ustawowe wydłużenie wielu emerytalnego (różnie to się może jeszcze w Sejmie skończyć) to zakładam, że nie uda się go przedłużyć kobietom aż do 67 roku życia. Opór polityczny będzie zbyt duży. Uważam, że w Polsce kobiety pracują na więcej niż jednym etacie. W Polsce, bo daleko nam jeszcze do super-partnerskich układów Zachodu. Poza tym nasza infrastruktura (żłobki, przedszkola, a raczej ich brak) znacznie obciąża kobiety. Wiek emerytalny kobiet powinien być u nas niższy niż mężczyzn. 

W expose zaproponowano, żeby wydłużanie wieku było stopniowe (od 2013 roku, co 4 miesiące dodawałby się jeden miesiąc dłuższej pracy). Podobnie było w Niemczech, ale tam odpowiednią ustawę przyjęto w 2007 roku, a wiek przedłużać się będzie od 2012 roku. Poza tym Niemcy nie objęli tymi regulacjami ludzi, którzy w 2007 roku mieli już 60 lat. Uważam, że w Polsce również należy ustanowić wiek, powyżej którego wydłużenie wielu emerytalnego nie będzie dokonywane. Wbrew pozorom nie mówię tego we własnym interesie. Jeśli zdrowie pozwoli to będę pracował tak długo jak długo będę mógł nie zwracając uwagi na ustawowy wiek emerytalny. 

Na koniec. Dziwić mogło, że premier nie wspomniał o planowanym (nawet dość odległym) wejściu do systemu ERM2 przygotowującego do wejścia do strefy euro. To bardzo pomogłoby kursowi złotego, bo przecież spełnienie warunków niczym nie grozi i nie zmusza do przyjęcia euro, a bardzo uspokaja rynki. Nie bardzo rozumiem dlaczego brak było tego elementu w expose. Może po prostu premier bał się skojarzeń takiej zapowiedzi z bałaganem, który obecnie panuje w strefie euro? 

Podsumowując można powiedzieć, że wygłaszając expose premier osiągną zamierzone cele. W kraju rozpoczął dyskusję, która musi niedługo zaowocować ustawami. Za granicą dzienniki poświęcone gospodarce expose chwalą, a agencje ratingowe nie grożą już obniżką ratingu. To oddala od nas zainteresowanie rynków finansowych, które niszczą kolejne kraje strefy euro. Nie jest to jednak szczepionka na wiele lat - raczej na kilka miesięcy. I o tym trzeba pamiętać.

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-11-07 14:10

Drukować, czy nie drukować? Oto jest pytanie

Na chwilę zapomnijmy o tym, co dzieje się na froncie walki o lepsze jutro Grecji, Włoch i innych krajów PIIGS. Przyznam, że dość trudno o tym zapomnieć, bo przecież to właśnie plotki, pogłoski i różne decyzje polityków są silnikami napędzającym działania graczy na rynkach finansowych. Obłęd związany z zapowiadanym i odwołanym greckim referendum czy z cyrkiem mającym miejsce w sprawie dymisji premierów Grecji i Włoch pokazał dokładnie, w jakim miejscu stoimy.

Dowolnego dnia i o dowolnej godzinie może pojawić się prawdziwa lub wyssana z palca wiadomość, która potrząśnie rynkami. Rynkami, które bardzo chcą dobrze zakończyć rok. Tylko zachowanie włoskiego rynku długu i/lub listopadowy powrót do dyskusji o limicie zadłużenia USA może bykom w tym dziele przeszkodzić. Do ratowanie strefy euro powrócę w drugiej części tekstu. Teraz spójrzmy na to, co w obecnej sytuacji robią banki centralne. 

Bardzo interesujące było na przykład ostatnie posiedzenie FOMC, bo było to jedno z czterech posiedzeń podczas roku (co kwartał), kiedy to Fed przedstawia prognozy dla gospodarki amerykańskiej. Stopy oczywiście się nie zmieniły (0-0,25 proc.). Nowe prognozy makro były gorsze od poprzednich. Oczekiwany wzrost PKB ma wynieść w tym roku 1,6 - 1,7 proc. (poprzednia prognoza to 2,7 - 2,9 proc.), a w 2012 2,5 - 2,9 (poprzednio 3,3 - 3,7 proc.). Oczywiście prognozy na 2012 można sobie między bajki włożyć, bo przecież nikt nie wie, jak będzie wyglądała sytuacja gospodarcza. W komunikacie znalazło się powtórzone po raz n-ty stwierdzenie: Fed będzie czuwał i jeśli będzie taka potrzeba to gospodarce pomoże. Możemy więc być pewni, że pomysł na trzecią rundę poluzowania ilościowego nie znikł z radarów członków Fed. Mało tego - wydaje się bardzo prawdopodobne, że w przyszłym roku skup obligacji z nowo wydrukowanych dolarów znowu się rozpocznie. Bank łatwo się nie podda. Jeśli będzie trzeba to będzie drukował do oporu. 

Popatrzmy teraz na to, co działo się po drugiej stronie Atlantyku. Tam odbyło się pierwsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego pod kierownictwem Mario Draghi, nowego szefa tego banku. Posiedzenie przyniosło niespodzianki. Bank wystosował pewnego rodzaju wotum nieufności pod adresem Jean-Claude Trichet, byłego prezesa. Okazało się, że Mario Draghi jest zdecydowanym gołębiem, bo stopy już na pierwszym posiedzeniu zostały obniżone o 25 pb. (teraz 1,25 proc.). Podczas konferencji prasowej szef ECB częściowo uzasadnił tę decyzję prawdopodobieństwem znacznego obniżenia prognoza dla strefy euro, która powinna przejść łagodną recesję. Powiedział też, że program skupu obligacji jest tymczasowy. Widać było jednak, że należy spodziewać się kolejnych obniżek stóp, ale na razie nie widać chęci do drukowania euro. Myślę jednak, że z czasem się ona pojawi. 

Nawiasem mówiąc można zaobserwować, że zmienia się mandat europejskich banków centralnych. Amerykański Fed ma za zadanie dbać o niski poziom inflacji i o rynek pracy (praktycznie o wzrost gospodarczy). Europejskie banki centralne mają za zadanie przede wszystkim dbać o niski poziom inflacji. Reszta (według neoliberalnego aksjomatu) ma się zrobić sama. Od zawsze krytykowałem to ograniczenie zadań europejskich banków. Teraz widać już gołym okiem, że mimo braku zmiany prawa zaczynają się też one troszczyć nie tylko o inflację. Można nawet powiedzieć, że dbają przede wszystkim o wzrost gospodarczy. Nasza RPP idzie w tym samym kierunku, chociaż chyba robi to zbyt ostrożnie. 

Mówiąc o bankach centralnych i drukowaniu pieniędzy warto jeszcze rzucić okiem na ustalenia szczytów UE/strefa euro z 24-26.10 zakończonych zbudowaniem kośćca (planu obrony strefy euro) bez mięsa (szczegółów). Nad ranem 27.10 ogłoszono sukces, który według mnie był bardzo mizerny. Dokapitalizowanie banków było i jest oczywistością. „Dobrowolna” redukcja długu Grecji o 50 procent de facto jest bankructwem. Wymiana obligacji będzie miała miejsce w styczniu i wcale nie jest pewne, że wszystkie banki się zgodzą. Najgorsze porozumienie osiągnięto w temacie, który jest najważniejszy. Fundusz EFSF ma być zlewarowany (zwiększona ma być jego siła rażenia, ale nie wartość gwarancji rządowych) do 1 biliona euro (to niewiele jak na obronę Włoch i Hiszpanii). Metodą zlewarowania ma być ubezpieczanie zakupu obligacji lub/i utworzenie spółki celowej, która zbierałaby fundusze na ten cel. 

Po szczycie G-20 już wiemy, że chętnych do wkładania pieniędzy do spółki celowej nie ma. Owszem, Chiny, Brazylia, Rosja z chęcią zwiększą swoje wpływy w MFW (ograniczając amerykańskie) i dlatego mówią o pomocy strefie euro za pośrednictwem MFW. Rozmowy mają być kontynuowane w lutym 2012 roku (szalony pośpiech, nieprawdaż?). Pomysłu na sensowne zwielokrotnienie siły rażenia EFSF tak naprawdę nie ma. Najbardziej sensowny był pomysł francuski, ale Niemcy się na jego wprowadzenie nie zgodziły. Chodziło o stworzenie z EFSF banku, który zaciągałby kredyty w Europejskim Banku Centralnym. Ten ostatni mógłby się zachowywać tak jak może kiedyś zachowywać bank szwajcarski osłabiający franka: jeśli pieniędzy jest za mało to się je drukuje. 

Gdyby ECB tak właśnie drukował to z całą pewnością strefa euro by ocalała. Być może nie trzeba by było nawet drukować, bo strach przed nieograniczonymi środkami powstrzymałby rynki przed atakowaniem długu krajów PIIGS. Zakładam, że taki rozwój sytuacji byłby najbardziej prawdopodobny. Gdyby jednak trzeba było drukować to Europa (i nie tylko Europa) zapłaciłaby za parę lat dużym wzrostem inflacji. Tego właśnie boją się Niemcy doświadczeni hiperinflacją w latach 20. tych XX wieku. Uważam, że to rozwiązanie będzie w końcu przyjęte, ale sytuacja musi się znacznie pogorszyć żeby tak właśnie się stało. 

Wniosek? Po podjęciu decyzji o uruchomieniu europejskich drukarek znacznie wzrośnie obawa o duży wzrost inflacji. To nie znaczy, że hiperinflacja musi się pojawić, ale sam wzrost oczekiwań inflacyjnych to oczywiście minus. Plusem jest to, że wtedy ceny różnych aktywów (przede wszystkim surowców i akcji) będą pędziły na północ. Trzeba będzie ten okres wykorzystać tak, żeby ocalić oszczędności przed zwiększoną inflacją.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-10-20 15:24

Z tego ziarna będzie kiedyś chleb

Pisanie tekstu przed szczytem Unii Europejskiej, podczas którego mają zostać podjęte bardzo istotne decyzje wydaje się na pozór być podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka, ale ja je podejmę. Chcę pisać o czymś innym, a w blogu nie sposób uniknąć najbardziej obecnie interesującego tematu. 

Nie wiem, co postanowią politycy podczas niedzielnego (23.10) szczytu. O ile nie zostanie przełożony, bo właśnie czytam, że to nie jest wykluczone. Kiedyś się jednak odbędzie. Niezwykle często decyzje polityków są spóźnione, nieadekwatne do sytuacji, a nawet szkodliwe. Jedno jest oczywiste: będą bronili strefy euro do upadłego (lub do jej upadłości) podejmując nieortodoksyjne i często dziwne decyzje. Zakładam, że chłodzenie oczekiwań przez Niemców w dniach poprzedzających szczyt doprowadziło do zmniejszenia oczekiwań rynków. Dzięki temu gracze zaczynają się godzić z koniecznością dłuższego poczekania na ostateczne rozwiązanie kryzysu. 

Chcieliby tylko dostać na szczycie UE realny plan, mapę drogową prowadzącą do oczywistego celu: zredukowania długu Grecji (tu jest już chyba zgoda), szybkiego dokapitalizowania banków (tu jest prawie zgoda) i pomnożenia środków obronnego funduszu EFSF. Z tym ostatnim jest problem. Obawiam się, że pomysł niemiecki (ubezpieczenie obligacji w wysokości 20 procent wartości) nie pomoże na dłużej. Gdyby EFSF zamienił się w bank (czego chce Francja) i pożyczał z ECB to metodą druku pieniędzy można by cudownie pomnożyć go wielokrotnie. Potrzeba bowiem 1,5 do 2 bilionów euro, a EFSF nie ma już wartości 440 mld euro. Część pieniędzy została wydana - zostało mniej niż 300 miliardów. 

Jeśli politycy zrozumieją, czego potrzeba rynkom to wytyczenie mapy drogowej może się udać. Przypominam jednak o tym, o czym już wielokrotnie wcześniej ostrzegałem: uśpieni sukcesem (zwyżkami na rynkach) politycy mogą znacznie zwolnić marsz po wytyczonej przez tę mapę drodze. To zaś doprowadzi z całą pewnością do katastrofy tyle, że może dopiero w przyszłym roku i po hossie kończącej ten rok. Jeśli bardzo szybko fundusz EFSF nie zostanie zlewarowany to rynki zaatakują Hiszpanię i Włochy. Jeśli zakłada się (a ja tak zakładam), że trwa walka dolara z euro to obniżenie we właściwym momencie ratingu Francji wbije ostatni gwóźdź do europejskiej trumny. Mam nadzieję, że politycy o tym wiedzą. I jeszcze mały aneks: nawet zwielokrotnienie sił uderzeniowej EFSF nie zapewnia zakończenie kryzysu. Zapewni tylko odroczeniu kolejnej fazy o rok, czy dwa, ale to (jak pisał Rudyard Kipling) już zupełnie inna historia. 

Tyle na temat palącego tematu. Resztę tekstu poświecę na protesty, które obserwujemy od wielu miesięcy („Oburzeni” w Hiszpanii) lub tygodni („Occupy Wall Street” w Nowym Jorku - OWS). Ostatnio na całym świecie odbyły się protesty „Oburzonych” i ruchów stowarzyszonych z Occupy Wall Street, ale nie miało to najmniejszego wpływu na zachowanie rynków finansowych. Na razie nie miało. Jeśli ruchy się skonsolidują (przecież mamy podobne ruchy w Chile, Izraelu i nie tylko tam) i staną siłami politycznymi to sytuacja się zmieni, ale na to jeszcze długo poczekamy. 

Politycy czują już jednak oddech na plecach. Na przykład Jose Manuel Barroso zapowiedział, że przedstawi propozycje wprowadzenia regulacji ograniczających spekulacje, które są jedną z przyczyn obecnego kryzysu. Ci, którzy je złamią mają podlegać odpowiedzialności karnej. Piszę tekst tuż przed publikacją tych propozycji, ale znane są założenia. Już z nich widać, że Jose Manuel Barroso znowu (tak jak w przypadku „planu” uregulowania kryzysu) wydał z siebie nic nieznaczący pisk. Rynek wymaga regulacji, ale przestępstwami (a „insider trading” i manipulowanie rynkami są przestępstwami) powinny się zająć prokuratury i sądy, a nie szef Komisji Europejskiej. 

W USA Partia Demokratyczna zaczyna ostrożnie popierać OWS. Problem w tym, że Barack Obama nie może w pełni poprzeć tego ruchu, bo przed wyborami zniechęci wielu konserwatywnych wyborców. Sondaż, który przeprowadził dziennik „USA Today” i Gallup pokazał, że 78 procent wyborców wini za zły stan gospodarki Wall Street, ale aż 87 procent wini za to polityków. Jak widać większość wini zarówno Wall Street jak i polityków. I mają rację, bo amerykańskie „drzwi obrotowe” zwane u nas karuzelą stanowisk oraz działania lobbystów prowadzą do tego, że politycy i finansjera to często ta sama grupa ludzi. Jednak tylko jednak czwarta Amerykanów popiera OWS - 19 procent jest jego przeciwnikami. W Nowym Jorku sytuacja jest nieco inna. Sondaż Polling Institute pokazał, że 67 procent mieszkańców Nowego Jorku popiera OWS, a 23 procent nie popiera. 

Poparcie w Nowym Jorku można zrozumieć, bo to duże miasto, a ludzie nie są tak konserwatywni jak mieszkańcy południowych stanów USA. Jednak dziwić może trochę to, że ludzie nie wiedzą, co popierają. Hasła protestującyh (zresztą zarówno „Oburzonych” jak i OWS) są tak zróżnicowane, a niektóre tak naiwne (nie chodzi o to, żeby je analizować), że spore poparcie nowojorczyków może nieco dziwić. Tak jak i aktywne poparcie dla nich przez tak różnych ludzi jak (żeby wymienić tylko niektórych) Jeffrey Sachs, Joseph E. Stiglitz, Naomi Klein, Lech Wałęsa czy Suzan Sarandon (i wielu innych aktorów). Zapewne popierają, dlatego że czują powiew świeżego powietrza tak bardzo światu potrzebnego. 

Jest również wielu polityków i dziennikarzy zarówno za granicą jak i w Polsce, którzy potępiają te ruchy lub się z nich nawet naśmiewają. Uważam, że albo nie rozumieją mechanizmów działania rynków finansowych (radziłbym im przeczytanie książki Paula H. Dembinskiego „Finanse po zawale”) i spełniają rolę „pożytecznych idiotów” albo świadomie działają jak lobbyści. Na szczęście coraz większa ilość ludzi dochodzi do wniosku, że system obowiązujący od ponad 30 lat jest nie do utrzymania. Skutek trwającej już 30 lat deregulacji rynków finansowych, wyścigu z podatkami do dna, zastępowanie miejsc pracy kredytami, rozwarstwienie społeczeństw, zastąpienie demokracji dyktatem rynków, rozmontowywanie państwa opiekuńczego i utworzenie kasty „niezastąpionych” widzimy właśnie dzisiaj. Gołym okiem widać, że musi zapanować nowy ład gospodarczy, a jego wypracowywanie potrwa bardzo długo. 

Oczywiście nowy ład to też będzie kapitalizm, ale taka jego wersja, którą Will Hutton w swojej książce („Them and Us”), którą każdy zainteresowany tematem powinien przeczytać, nazywa „fair capitalism”. U nas zostałoby to nazwane kpiąco „kapitalizmem z ludzką twarzą”. Kpiąco, bo w czasach PRL dyskusje na temat reform systemu odbywały się pod hasłem „socjalizmu z ludzką tworzą”. Wtedy się nie udało, bo system był niereformowalny, ale zakładam, że z kapitalizmem tak źle nie będzie. 

Nawiasem mówiąc w Polsce nie ma podłoża dla takiego ruchu, mimo że młodzieży nie powodzi się lepiej niż w innych krajach, gdzie takie ruchy powstały. Polacy wychowani przez 20 lat w systemie gloryfikującym właśnie to, co doprowadziło do Kryzysu nie widzą powodów do buntu. Uważają, że lekiem na ten kryzys jest więcej wolnego rynku i jeszcze większa deregulacja, czyli to, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Rodzice mówią młodym ludziom, ze w ich czasach było naprawdę tragicznie, a media gloryfikują cięcia budżetowe, czyli to, co naprawdę ludzi może zaboleć. 

Protest młodzieży z elitarnego liceum niczego w tym obrazie nie zmienia. Jak zwykle w Polsce manifestowała nieliczna grupka ludzi. Media kpiły z tego, że dzieci z zamożnych domów poczuły się oburzone, ale ja jestem daleki od naśmiewania się z tych młodych ludzi. Oni po prostu wiedzą więcej niż ich mniej wykształceni rówieśnicy i też chcą zmian. Nie są tak świadomi jak amerykańscy czy francuscy bogacze, którzy uważają, że są za nisko opodatkowani, bo ci ostatni po prostu dbają o swoją skórę. Widzą, że jeśli skala nierówności będzie się zwiększała to w końcu oni lub ich potomkowie drogo za to zapłacą. Manifestujący uczniowie wiedzą, że świat trzeba zmienić i wypowiadają się w imieniu tych, którzy jeszcze tego nie rozumieją. 

Jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu doszedł do wniosku, że ruchy takie jak „Oburzeni” czy „Occupy Wall Street” uważane są przeze mnie za coś, co musi zmienić świat to się myli. Nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie. Zbliża się zima, która zmrozi wszelkie tego typu protesty. Na to zresztą wielu liczy. W przyszłym roku, wiosną, nic już może z tego poruszenia może nie przetrwać. Jeśli jednak kryzys pod różnymi postaciami będzie nas kąsał (a ja jestem przekonany, że tak będzie jeszcze przez wiele lat) to dzisiaj zasiane ziarno wykiełkuje. Kiedyś z tego ziarna młodzi ludzie wypieką chleb i miejmy nadzieję, że nie będzie to chleb z zakalcem. Mówię o młodych ludziach, bo zgadzam się z lubianym przeze mnie Eduardo Mendozą: żeby świat zmienił się na lepsze młodzi muszą wyrzucić nas starych na śmietnik. 

PS.

Gdyby ktoś miał wątpliwości: „wyrzucenie na śmietnik” jest przenośnią ;-)

 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-10-06 11:38

Teoryjka na początek kwartału

Pisanie tekstu przed wyborami jest z lekka ryzykownym zadaniem, ale skoro jest popyt na kolejną „teoryjkę” to spróbujmy się zabawić. Na początku wezmę byka za rogi i powiem coś o wyborach. Od pewnego czasu twierdzę publicznie, że nie należy zmieniać konia w trakcie przeprawy, mimo że można mu dużo zarzucić. Sam dużo rządowi zarzucałem i jak wiadomo moje poglądy gospodarczo/światopoglądowe często nie pasują do tego, co prezentuje obecna koalicja, ale twierdzę, że czekające nas wieloletnie perturbacje nie pozwalają na szukanie wrażeń. Zbyt duże ryzyko. Zaznaczam, że to nie sygnalizuje, że będę głosował na jedną z partii z obecnej koalicji. To, na kogo oddam głos to już pozostanie moją słodką tajemnicą. Nie zachęcam też na głosowanie na konkretną partię. Zachęcam za to do pójścia na wybory. Chyba nie chcemy, żeby 14 procent uprawnionych (45% frekwencja x 30+ % poparcia dla jakiejś partii) wybrało nam premiera?

Po doświadczeniach z wyborów w 2005 roku doszedłem do wniosku, że nie ma znaczenia, kto nami rządzi. Wtedy to koalicja PiS - LPR - Samoobrona wydawała się tak niekorzystna dla rynków finansowych, że obawy były naprawdę bardzo duże. Sam je miałem. Do czasu, kiedy na jakimś większym sympozjum zarządzający zagranicznymi funduszami powiedzieli nam „od momentu, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej  wasza polityka nas nie interesuje”. Okazało się, że mieli rację. Politycy są uwięzieni przez rynki finansowe i trzeba Victora Orbana albo Hugo Chaveza, żeby im się przeciwstawić. Nie wartościuję tego sprzeciwu - stwierdzam fakt. Uważam zresztą, że Węgry za ten sprzeciw drogo zapłacą. 

Tym razem jednak z naszymi wyborami może być inaczej. Wtedy, w latach 2005-2007 nie było kryzysu. I tyle na ten temat. Ja zakładam, że po wyborach koalicja się nie zmieni, a jeśli się zmieni to nie będzie miało wpływu na zachowanie rynków, bo będzie w niej PO. Być może jednak pierwszą reakcją rynku walutowego po wygranej PO byłoby umocnienie złotego, a po wygranej PiS jego osłabienie. Potem wszystko wróciłoby do normy - złoty i GPW reagowałyby na czynniki zewnętrzne (o ile to można nazwać normą). 

Wróćmy do sytuacji rynkowej. Ponad dwa tygodnie temu pojawiła się propozycja planu ratowania strefy euro. Przypomnę krótko, o co chodziło. Plan składał się z trzech filarów. Pierwszy jest oczywisty: bankructwo Grecji rozumiane jako 50. procentowe zredukowanie zadłużenia tego kraju i rozciągnięcie w czasie reform tak, żeby społeczeństwo to zaakceptowało. Drugi filar to dokapitalizowanie zagrożonych banków europejskich. Ostatnie problemy z Dexią pokazują jak ważny to jest punkt. Trzeci filar to zwielokrotnienie europejskiego funduszu pomocowego (EFSF) poprzez na przykład zmianę EFSF w bank, który zaciągałby kredyty w ECB. Wtedy siła ognia takiego banku mogłaby sięgnąć nawet 2 bilionów euro, co wystarczyłoby, żeby ochronić Włochy i Hiszpanię. 

Plan jest rozsądny, ale napotyka na sprzeciw polityków. Przede wszystkim polityków niemieckich. Wolfgang Schaeuble, minister finansów Niemiec nazwał nawet ten pomysł „głupim planem”. Pewnie ma rację, jeśli patrzy się na długi okres. W krótkim (rok, może dwa) dałby szansę na uspokojenie rynków, zrobienie reform pozwalających na ograniczenie ich niszczącego działania i zreformowania finansów państw. W tym tekście nie będę się zajmował tym, co należałoby zrobić. Nie tego dotyczy „teoryjka” - chodzi mi o ostatni kwartał. 

Zakładałem w swoich rynkowych komentarzach na stronach Xelion i Stooq.pl, że czwarty kwartał rozpocznie się od zwyżek cen aktywów. Uważałem, że czekanie na sezon raportów kwartalnych amerykańskich spółek (11.10), szczyt ministrów finansów Eurolandu, zbliżający się termin zatwierdzenie pomocy dla Grecji (13.10), czekanie na kolejny szczyt (4.11) G-20, który podobno ma zatwierdzić powyższy plan muszą pomóc bykom. Pierwszy, giełdowy, dzień kwartału wydawał się tym tezom zaprzeczać, ale już kolejne je potwierdziły. 

Szczególnie istotny był wtorek. Wtedy to amerykański obóz byków starał się nie dopuścić do wejścia indeksu S&P 500 w strefę bessy. To takie dziwactwo Amerykanów. Zakładają, że do 20 procent spadku trwa normalna korekta, a potem zaczyna się bessa. To oczywiście całkowicie umowne wartości, ale ponieważ amerykańscy gracze dużo o tym mówią i bardzo się tym przejmują to poziom 20 procent niższy do maksimum staje się poważnym wsparciem. Jeśli za maksimum przyjmie się szczyt z kwietnia to strefa bessy rozpoczyna się kilka punktów poniżej okrągłego poziomu 1.100 pkt. 

Indeksy giełdowe gwałtownie zmieniały kierunek, a na godzinę przed końcem sesji indeks S&P 500 spadał już nawet ponad 1,5 procent. W ostatniej godzinie sesji byki zabrały się z do poważnej obrony przed zejściem w strefę bessy. Atak był tak potężny, że indeksy wylądowały na dużych plusach (2-3 proc.). Pretekstem było to, że Financial Times napisał o szykowanym planie dokapitalizowania banków europejskich. Potem potwierdził tę pogłoskę Antonio Borges, szef MFW na Europę oraz Jose Barroso, szef Komisji Europejskiej. Wygląda na to, że fundusze czekały na taką okazję, żeby wreszcie móc dobrze rozpocząć kwartał. Indeksy gwałtownie rosły. 

Dobrze, doszliśmy do stanu obecnego i pozostaje postawić pytanie: co dalej? Twierdzę, że plan dokapitalizowania banków bez wprowadzenie w życie pozostałych dwóch filarów wyżej opisanego planu jest niezwykle niebezpieczny. Niebezpieczny dlatego, że po pierwsze zapewne takie dokapitalizowanie zabierze dużo czasu, a po drugie uspokoi polityków, którzy dojdą do wniosku, że już nic więcej nie muszą zrobić. A przynajmniej nie muszą szybko zrobić. To uspokojenie wprowadzi ich w drzemkę, która doprowadzi do nieszczęścia. Nawet gdyby banki zostały bardzo szybko dokapitalizowane (niezwykle wątpliwe) to dadzą sobie radę z bankructwem Grecji (zapewne nastąpi do końca roku), ale z pewnością nie dadzą sobie rady z atakiem na Włochy i Hiszpanię. A do niego z pewnością dojdzie, jeśli EFSF nie zostanie zwielokrotniony. 

Jest jeszcze zagrożenie w postaci prognoz spółek, które od 11.10 będą w USA publikowały raporty kwartalne. Zapewne same raporty będą jak zwykle (to taka stała gra Wall Street) lepsze od oczekiwań. Spowolnienie w USA zawarte jest już w prognozach, a poza tym większą dużych spółek to firmy transgraniczne. Ich zyski nie zależą tylko od tego, co dzieje się w gospodarce amerykańskiej. prognozy to jednak już zupełnie inna bajka. Cały świat ma zwalniać, więc i prognozy będą słabe. Rynek może jednak uznać, że nawet słabe są już dyskontowane, a to pomagałoby bykom. 

Stawianie prognoz na cały kwartał graniczy obecnie z szaleństwem, bo nie wiemy, co za chwilę pojawi się w mediach, jaka pogłoska zatrzęsie rynkami. Ja jednak podejmę ryzyko. Zakładam, że z 70. procentowym prawdopodobieństwem czwarty kwartał będzie dla byków dobry. Jeśli jednak nie dojdzie w tym roku do zwielokrotnienia EFSF lub jego ekwiwalentu (MFW twierdzi, że może się włączyć w kupowanie obligacji - wszystko zależy od tego ile pieniędzy na to chce przeznaczyć) to najpóźniej w przyszłym roku, znowu z 70. procentowym prawdopodobieństwem, niepokoje i spadki powrócą z jeszcze większą siłą. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-09-25 8:47

Dodatek do poprzedniego wpisu

Zachęcopny linkiem, który podał Joker popełniłem tekścik, który chyba warto przeczytać.

Wiele się działo na świecie podczas weekendu. Pojawił się na przykład bardzo ciekawy artykuł w brytyjskim „The Telegraph” (http://www.telegraph.co.uk/finance/financialcrisis/8786665/Multi-trillion-plan-to-save-the-eurozone-being-prepared.html ), którego autor twierdzi, że liderzy G-20 zadecydowali o rozwiązaniu do następnego szczytu (4. listopada) problemu zadłużenie krajów PIIGS. Miałby to być (w dużym skrócie) plan z trzema filarami. Po pierwsze Europa pilnie zrekapitalizuje swoje banki (za pomocą funduszy prywatnych i państwowych), po drugie ECB wspomoże EFSF ( EFSF zapewnie 440 mld euro i będzie to 40 procent możliwej pomocy, resztę zapewni ECB lewarując te 440 mld euro), po trzecie dług Grecji zostanie zredukowany o 50 procent (tzw. upadłość Grecji). 

To jest prawie dokładnie to, o czym mówię w mediach. Od dawna twierdzę, że żeby przerwać błędne koło konieczne jest potrojeniu EFSF (tutaj widać, że chodzi o lewarowanie EFSF tak, żeby był prawie potrojony - dokładnie pomnożony razy 2,5) i bankructwo Grecji. W piątek szefowa MFW Christine Lagarde zdawała się potwierdzać istnienie takiego planu. Zasugerowała połączenie interwencji ECB i Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF) do ratowania zadłużonych państw strefy euro. Pytanie tylko, czy przypadkiem ostatnie zdanie tego artykułu nie jest prawdziwe. W nim George Osborne, kanclerz skarbu Wielkiej Brytanii twierdzi, że nie ma takiego planu (nie musi mówić prawdy). 

W sobotę kończył się też doroczny szczyt MFW. W komunikacie znajdziemy stwierdzenia bardzo podobne do tego, co znalazło się w komunikacie G-20. Szczyt zadecydował o podjęciu wspólnych działań mających na celu zwalczenie zagrożeń dla globalnej gospodarki. Niestety, tak jak w przypadku G-20 żaden szczegółowy plan nie został zaprezentowany. Poza tym Olli Rehn, komisarz UE i Evangelos Venizelos, minister finansów Grecji oraz sama Christine Lagarde z uporem twierdzili, ze Grecja nie upadnie, co teoretycznie stawia plan zarysowany przez The Telegraph pod znakiem zapytania. Nie wykluczam jednak, że wypowiedzi o ratowaniu Grecji mają posłużyć za broń w parlamentach poszczególnych państw, których ratyfikacja jest konieczna, żeby uruchomić do połowy października EFSF. Przypominam, że 29.09 decyzję ma podjąć Bundestag. 

Jak widać z tego, co napisałem powyżej coraz wyraźniej widać, że politycy wkrótce coś odważnego zrobią (o ile EFSF zostanie zaakceptowany). Byłbym bardzo, bardzo ostrożny, gdybym był w obozie niedźwiedzi. Jeśli politycy nie oszaleli to lada dzień może się pojawić oficjalnie jakiś plan zmieniający sytuację na giełdach

2011-09-16 14:48

W finansowym zoo wszyscy pomagają bykom

Czy ktoś pamięta, jakie po kolei czynniki działały na nastroje panujące ostatnio na rynkach finansowych? Twierdzę, że mało kto (bez pomocy materiałów) przypomni jak rozwijała się sytuacja. Kolejne pogłoski, plotki, odejścia (Jurgena Starka z ECB), wypowiedzi i obietnice doprowadzają do takiego bałaganu, że gracze na rynkach zachowują się jak atakowani przez osy ludzie - biegają bez pomysłu i bez kierunku. Bez kierunku, mimo że ostatnio indeks rosną.

Jak mają nie rosnąć, jeśli wszyscy starają się bykom pomóc? W poniedziałek 12 lipca prezydent Obama w Ogrodzie Różanym przekazał Kongresowi projekt ustaw mający wspomóc rynek pracy (przedstawił jego zarys w piątek 9,09 w nocy naszego czasu) i to wystarczyło do wygenerowania odbicia. Pomagały bykom zapewnienia polityków (szczególnie kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozego) twierdzących, że zrobią wszystko, żeby uratować strefę euro (to jest oczywiste, ale to wcale nie znaczy, że uratują Grecję). 

Poprawiło nastroje też to, że Financial Times napisał, iż Włochy dyskutują z Chinami zakup włoskich obligacji. Szybko okazało się, że „chiński” czynnik był tylko pretekstem do wzrostu. Okazało się bowiem, że jeśli nawet Chiny będą kupowały to z pewnością nie tyle, żeby uratować strefę euro. Upajano się jednak informacjami z jakiejś chińskiej strony internetowej cytującej jakiegoś wiceprzewodniczącego jakiejś komisji (specjalnie nie piszę, o kogo chodzi, bo to nie ma najmniejszego znaczenia) twierdzącego, że Chiny jednak mogą kupować obligacje krajów PIIGS. Twierdził tak, mimo że premier chiński wyraźnie powiedział „radźcie sobie sami”. 

Same optymistyczne głosy słychać też było ze szczyt ministrów finansów (Ecofin), który odbył się w Polsce. Wypowiadali się liczni politycy i trudno znaleźć takiego, który chciałby wystraszyć rynki. Jean-Claude Juncker, szef eurogrupy, podsumował wyniki tego spotkania mówiąc o twardej woli o wprowadzeniu w życie ustaleń szczytu z 21 lipca. Zapowiedział też uelastycznienie funduszu pomocowego (EFSF). Stwierdził, że w październiku zostanie podjęta decyzja o ewentualnym uruchomieniu następnej transzy pomocy dla Grecji. Nawiasem mówiąc do Grecji wrócili eksperci („trojka”: MFW-ECB-KE) i rynek liczy (słusznie), że ich misja zakończy się rekomendacją wypłaty kolejnej raty pomocy dla Grecji. 

Kulminacją było coś, co doprowadziło rynki do euforii. Dowiedzieliśmy się, że ECB przeprowadzi do końca roku trzy operacje zasilania rynku w dolary (z trzymiesięcznym terminem zwrotu) i skoordynuje to działanie z amerykańskim Fed, angielskim BoE, szwajcarskim SNB i japońskim BoJ. Okazało się, że banki europejskie miały problem z zaopatrzeniem w dolary, a działanie banków centralnych ten problem do końca roku likwiduje. Zauważyć trzeba, że niejasne pogłoski o braku płynności okazały się być prawdą, co w zasadzie powinno było rynki zaniepokoić. Poza tym przecież takie działanie banków centralnych nie uratuje krajów PIIGS ani nie poprawi koniunktury w USA i Europie… 

Mam wrażenie, że dostarczenie płynności nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że rzeczywiście, tak jak zapowiadano 10 września po szczycie G-7), banki centralne są zdolne do podjęcia skoordynowanej akcji. Tuż po tym ostrzeżeniu rynki nie zareagowały. Kompletnie je zlekceważyły. Pokaz jedności uzmysłowił graczom, że banki centralne nie żartują. Gdzieś tam, na zapleczu, ustalają posunięcia, którymi nieraz jeszcze rynki zdziwią. 

Sytuacja jest teraz taka, że prawie pewne jest finansowanie Grecji do końca roku (z pewnością i tak w końcu upadnie), w perspektywie jest posiedzenie FOMC i dochodzi jeszcze skoordynowana akcja banków, a w przyszłym roku plan Obamy wspomoże gospodarkę. Żyć nie umierać - do końca roku można jeszcze bardzo dużo zarobić. Przecież na rynku od dawna już nie obowiązuje zasada „kup i trzymaj”. Chodzi o to, żeby w krótkim okresie jak najwięcej zarobić. 

Jest teraz przed nami jeszcze posiedzenie FOMC. W swoim wystąpieniu w Jackson Hole Ben Bernanke, szef Fed, dał nadzieję, że właśnie podczas tego posiedzenia FOMC (Federalny Komitet Otwartego Rynku) może zaaplikować gospodarce jakieś lekarstwo. Pytanie, jakie to będzie lekarstwo i czy rzeczywiście FOMC coś postanowi. Piszę ten tekst na kilka dnia przed tym ważnym wydarzeniem, więc spróbuję przedstawić kilka różnych wariantów rozwoju sytuacji. Zaznaczam, że nie są to jedyne możliwe scenariusze. 

Pierwszy scenariusz to sytuacja, w której Fed znowu daje rynkom nadzieję nie oferując nic konkretnego. Rynek zareagowałby rozczarowaniem, ale chwilowym i miałby potem pod co grać. Dużo gorsze (to drugi scenariusz) byłoby ogłoszenie posunięć, które rynki uznałyby za niewystarczające. Doprowadziłoby to do przeceny. Oczywiście najlepiej by było (trzeci scenariusz), gdyby Fed zaproponował jakieś cudowne, zaskakujące rozwiązanie, ale prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest bardzo małe. 

Jest jeszcze scenariusz mieszany. Fed proponuje coś niewystarczającego i jednocześnie informuje, że jeśli sytuacja się pogorszy to zaaplikuje gospodarce i rynkom naprawdę jakieś cudowne lekarstwo (nie bardzo wiadomo, jakie, ale chodzi o nadzieję). Dane makro są tak słabe, że ten mieszany scenariusz wydaje mi się być obecnie najbardziej prawdopodobny. Można na przykład oczekiwać „operacji twist”, czyli zamiany w portfelu Fed obligacji krótkoterminowych na długoterminowe. Miałoby to obniżyć rentowność obligacji długoterminowych, które są w USA odnośnikiem dla różnych kredytów (przede wszystkim hipotecznych). Uważam, że w niczym by to gospodarce nie pomogło, bo rentowności i tak leżą na dnie (około 2 proc. w przypadku obligacji 10. letnich). Jednocześnie Fed zapewniłby, że ma inne narzędzia, których zastosowanie rozważa. 

Rynki wpierw zareagowałyby negatywnie, ale po chwili zastanowienia (od kilku minut do jednego dnia) sytuacja wróciłaby do „byczej” normy. Wtedy bowiem gracze nadal mogliby lekceważyć słabe dane makro (bo Fed pomoże) i zachwycać się danymi nieco lepszymi prognoz. Oczywiście pamiętać zawsze trzeba, że bykom uda się poprowadzić indeksy na północ jedynie przy założeniu, iż spekulanci do końca roku dadzą spokój krajom PIIGS. To wcale nie jest takie pewne. Jeśli bowiem uda się za parę tygodni znowu zaatakować i doprowadzić do paniki to mało kto będzie chciał potem uwierzyć w skuteczność skoordynowanej akcji banków, czy cudownej pomocy Fed. Jedno jest tylko pewne: olbrzymia zmienność nadal będzie królowała na rynkach, ryzyko jest bardzo duże, ale duże ryzyko to i możliwość dużej wygranej. Oczywiście ten wygra, kto zdąży ją zrealizować, bo do końca kryzysu jest jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/

2011-08-30 14:45

Odroczenie wyroku?

Fatalna sytuacja na rynkach finansowych zaczęła się poprawiać już przed wystąpieniem Bena Bernanke, szefa Fed na sympozjum Fed w Jackson Hole (26 sierpnia). Wiele było sceptycznych głosów analityków, którzy twierdzili, że szef Fed w obecnej sytuacji nie może niczym rynków pozytywnie zaskoczyć. Wiadomo było, że drukowanie dolarów (kupowanie obligacji określane skrótem QE) nie doprowadziło do trwałej poprawy w gospodarce, a jedynie poprawiło nastroje inwestorów giełdowych. Trudno było oczekiwać, że szef Fed zapowie kolejna rundę tak zgranego już środka pomocowego.

Okazało się jednak, że Bernanke i jego doradcy wypracowali skuteczną taktykę, która umożliwiła zarówno rynkom jak i politykom/bankom na zaczerpnięcie oddechu ulgi. Ulga będzie krótkotrwała, ale jednak z punktu widzenie wielu graczy giełdowych wystarczająca. Według mnie wystąpienie Bena Bernanke było majstersztykiem ukierunkowanym na (krótkoterminową) pomoc rynkom finansowym. 

Powiedział to, co wszyscy wiedzieli: ożywienie gospodarcze jest słabsze niż oczekiwano, inflacja nie jest groźna, a Fed ma narzędzia, żeby pomóc gospodarce i jeśli trzeba to ich użyje. Przypomniał, że Rezerwa Federalna już o tych narzędziach dyskutowała. Powiedział jednak też coś, co było zupełnie nową rzeczą. Otóż we wrześniu posiedzenie FOMC nie będzie jednodniowe jak planowano, a dwudniowe i będzie się na nim dyskutować użycie narzędzi wspierających gospodarkę. 

Nie jest prawdą, że rynki zareagowały pozytywnie, dlatego że szef Fed zasygnalizował, że gospodarka jeszcze nie potrzebuje pomocy. To jest bardzo amatorskie wytłumaczenie. Wszyscy wiedzieli, jaki jest stan gospodarki i słowa Bena Bernanke nic w tym obrazie nie zmieniły. Co w tym wystąpieniu było tym majstersztykiem? Otóż następny komunikat po posiedzeniu FOMC wyda dopiero 21 września. Przez ten czas rynki będą liczyły na pomoc Fed. Przecież Bernanke ją praktycznie obiecał. 

W tej sytuacji słabe dane makro będą traktowane z pobłażaniem, a może nawet będą pomagały bykom (bo jeśli sytuacja będzie się pogarszała to „przecież Fed pomoże”), a jeśli dane będą dobre to pomoc Fed nie będzie potrzebna. O to ostatnie modli się Ben Bernanke, bo jeśli trzeba będzie gospodarce pomóc to może się okazać, że zamiast asów w swojej talii kart ma blotki. Jest to wręcz prawie pewne. Można sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby podczas swojego wystąpienia w Jackson Hole zapowiedział użycie przez Rezerwę Federalną środków, które rynki przyjęłyby wzruszeniem ramion. To byłaby prawdziwa katastrofa. 

Nic dziwnego, że w wystąpieniu szefa Fed znalazły się też akcenty kelnerskie (pokazywanie palcem na kolegę). Bernanke wyraźnie sugerował, że piłka jest na polu polityków i to oni powinni wyciągnąć świat z kłopotów. Tyle tylko, ze ci politycy (amerykańscy i europejscy) też nie wiedzą, co mają robić. Christine Lagarde, szefowa MFW, podczas tego samego sympozjum w Jackson Hole, wyraźnie stwierdziła, że nie tylko banki europejskie powinny być pilnie dokapitalizowne (częściowo przez państwa), ale i rządy powinny się szybko włączyć w ratowanie gospodarki europejskiej przed recesją. Przed recesją, której uderzenie w Europę jest według agencji ratingowej Standard & Poor’s coraz bardziej prawdopodobne. 

Tylko jak to zrobić, skoro rynki finansowe domagają się cięć wydatków z budżetu? Tego już nie wie ani Christine Lagarde ani Ben Bernanke. Za to politycy i rynki finansowe cieszą się, kiedy łączą się dwa banki greckie z pierwszej trójki (Alpha Banki i Eurobank).  Tak jakby z dwóch problemów można było zrobić jeden sukces…Nie można. Za to z pewnością to postępowanie jest dokładnym zaprzeczeniem dążenie do rozbicia banków „za dużych żeby upaść”. Jeśli nowy bank będzie miał problemy to zwróci się o pomoc do państwa, a skoro Grecja mu z oczywistych powodów nie pomoże to pewne poprosi o to Unię Europejską. 

Na razie jednak gracze giełdowi mogą się cieszyć, bo słowa szefa Fed doprowadziły do (zapewne chwilowej) poprawy nastrojów. Co może przeszkodzić bykom przed wrześniowym posiedzeniem FOMC? To, co będzie się działo w Europie, gdzie problem pomocy nawet Grecji, nie mówiąc już o innych państwach znowu staje się nabrzmiewającym wrzodem. Zapowiedź przełożenia o jeden tydzień (odbędzie się 29 lub 30 września) przez parlament niemiecki głosowania w sprawie nowych środków walki z kryzysem zadłużenia nie zapowiada spokojnego września. 

Niestety, nie da się przewidzieć, czy i jeśli to kiedy Europa znowu zacznie szkodzić rynkom. Dlatego też do 21. września sytuacja na rynkach będzie bardzo zmienna, co znacznie utrudni życie konserwatywnym inwestorom. Dopiero po posiedzeniu FOMC, w końcu września, kiedy będziemy też już więcej wiedzieli o decyzjach politycznych w sprawie pomocy krajom PIIGS, będziemy mogli powiedzieć, w jakim kierunku idziemy. Może się okazać, że zarówno politycy i banki centralne jesienią nie podejmą decyzji o zasypywaniu rynków pieniędzmi. Wtedy nastroje się pogorszą, gospodarki zaczną szybko iść w kierunku recesji. Rynki zareagują przeceną, politycy się wystraszą i pieniądze oczywiście się znajdą. Gracze giełdowi się ucieszą, a obywatele zapłacą za zwiększoną inflację z własnej kieszeni. 

Zapraszam na zaprzyjaźniony ze mną portal: http://studioopinii.pl/